wtorek, 30 września 2014

Barbara Iskra Kozińska, Maria


"Maria" Barbary Iskry Kozińskiej to kontynuacja losów bohaterów książki "Czerwone niebo nad Wołyniem". Bohaterowie ocaleli z ludobójczych pogromów na dawnych Kresach Wschodnich wracają do Polski w nowych granicach. "Maria" opowiada o trudnych początkach w nowym miejscu zamieszkania, powolnym aklimatyzowaniu się i pokonywaniu codziennych przeszkód. Chwile radosne przeplatają się ze smutnymi. Narodziny kolejnych dzieci ze śmiercią przedstawicieli starszego pokolenia. Lata tłuste z latami chudymi.

Tytułowa Maria jest kilkunastoletnią dziewczyną (w chwili rozpoczęcia akcji), która przygarnęła dzieci swojej zmarłej siostry. Obdarzona ogromnym sercem i nieprzeciętną wrażliwością stara się jak najlepiej zaopiekować przybranymi synami. Mimo trudności finansowych udaje się jej zapewnić godny byt całej rodzinie. Pomaga także swoim rodzicom, którym braknie już sił do pracy. Maria nosi cechy Matki Polki. Jest samodzielna, samowystarczalna i niezwykle skora do poświęceń.

Autorka na podstawie faktów przekazanych przez rodzinę stworzyła powieść historyczno-obyczajową . Główna bohaterka to mama Barbary Iskry Kozińskiej. Dlatego też książka trochę traci na autentyczności. Maria jawi się jako kobieta idealna, pozbawiona wszelkich wad i słabości. Kobieta - anioł. Być może rzeczywiście taka była, ale każdemu zdarzają się przecież chwile słabości. Trudno uwierzyć, że nawet na chwilę nie straciła nadziei. Rozumiem jednak autorkę. Zazwyczaj jeśli piszemy o rodzinie (zwłaszcza najbliższej) to zwracamy uwagę na jej zalety, a wady i niedoskonałości umniejszamy lub wręcz pomijamy.

Książka uwrażliwiła mnie na pewne obawy ludzi żyjących tuż w powojennej Polsce. Zawsze wydawało mi się, że osoby ocalałe z wojennej zawieruchy uznały, że III Rzesza definitywnie upadła, a wojna (przynajmniej na razie) nie przyjdzie zza Odry. Tymczasem okazuje się, że mieszkańcy zachodnich rubieży kraju obawiali się tego. Strach przed powrotem niemieckich dywizji był codziennością.

Wydaje mi się, że opis z tyłu książki jest odrobinę mylący. Nie przedstawia rzeczywistej treści "Marii". Przypatrzmy się temu fragmentowi: "Świat, znany nam z filmowych komedii, ożywa w powieści ciepłej, pełnej scen komicznych i sentymentalnych, ale też dramatycznych i porażających życiowym realizmem". Powieść ciepła - zgoda. Sceny sentymentalne - jak najbardziej. Sceny dramatyczne - oczywiście są. Ale sceny komiczne? Nie odnalazłem ich w książce. Albo ich nie ma, albo to ja nie mam poczucia humoru.

Pod względem językowym książka przedstawia się bardzo dobrze. Barbara Iskra Kozińska obdarzona jest nieprzeciętnym piórem. Powieść wciąga w świat przesiedlonych Kresowiaków i nie pozwala się od niego oderwać.

Koniec książki przyszedł bardzo szybko. Zdecydowanie za szybko. Żal mi było rozstawać się ze światem Kozińskich i Romaniewiczów. Ale wszystko, co dobre szybko się kończy. Spędziłem trochę czasu nad nieprzeciętną prozą oraz bardziej zrozumiałem powoli odbudowywany świat ludzi, którym załamał się on 1 września 1939 roku. Wolter kiedyś powiedział, że "Z książkami jest tak, jak z ludźmi: bardzo niewielu ma dla nas ogromne znaczenie. Reszta po prostu ginie w tłumie". Wiem jednak, że "Maria" nie zginie w tłumie czytanych przeze mnie książek. Czuję, że "coś" z tej książki we mnie zostało. A to jest chyba największa nagroda dla autora. Barbara Iskra Kozińska nie przepadnie w otchłaniach mojej pamięci.


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Libri amici, libri magistri
 
 

poniedziałek, 29 września 2014

Polesia czar: "Ulana" - J.I. Kraszewski

 


Ulana Honczarowa miała wyjątkowego pecha w życiu. Nie dlatego, że uwikłała się w romans z dziedzicem - wiejska społeczność nie takie rzeczy toleruje, jeśli musi. Także nie z powodu zazdrosnego męża, który zareagował na całą sytuację ze skumulowaną energią kilku zazdrosnych mężów razem wziętych.

Pech Ulany polegał na tym, że się zakochała...

Opowieść o miłości niemożliwej mogłabym spuentować co najwyżej linkiem do pewnej piosenki grupy Die Ärzte (klip
tu, tekst tu), gdyby nie pewna rozmowa (pierwsza rozmowa Ulany i jej loverboya):

"-A zwitki ty?- spytał Tadeusz. - Z seła. - Z Ozera?..."[1]

Akcja większości dotychczas przez mnie przeczytanych książek JIK-a rozgrywa się (przynajmniej częściowo) na kresach. Jedynym wyjątkiem jest tu Stara Baśń, tu żadnym sposobem nie dało się wprowadzić do akcji choćby kilku Poleszuków bądź Wołyniaków. Wszystkie poprzednie książki traktowały jednak o ludziach z warstwy średniej czy wyższej, mimo rusińskich korzeni zazwyczaj od pokoleń spolonizowanych i odcinających się od ludu. Odrębność tych terenów wypływała na powierzchnię rzadko, np. w
"U babuni" jeden z bohaterów stwierdza, że jedzie "do Lachów" - miał na myśli sandomierszczyznę. Mimo jednak tej odrębności - kresy były cześcią Polski, być może najważniejszą dla określenia jej unikalności. Porównując świat JIK-a i dzisiejszy, fakt, że zniknęły nie tylko z mapy, ale ze świadomości Polaków, wygląda na amputację.

Mamy jednak drugą stronę tego obrazu. Polskie (bądź spolonizowane) były tylko warstwy "trzymające władzę", u ludu wprawdzie jeszcze w momencie pisania książki (1842), jeszcze nie zaczęła się kształtować odrębna świadomość narodowa (w tym przypadku ukraińska, Polesie, gdzie rozgrywa się akcja książki, leży w tym momencie na pograniczu Ukrainy i Białorusi).

"Ulanę", właśnie dlatego, że próbuje pokazać pełniejszy obraz społeczeństwa i zwraca uwagę na specyfikę kulturową, zaliczyłabym do nurtu powieści kresowej (obok "Nad Niemnem" i "
Zasypie wszystko, zawieje"). Nie wiem, czy sięgnę po raz kolejny po kolejną powieść ludową Kraszewskiego. Na pewno jednak "Ulana" zaostrzyła mój apetyt na kolejna literacką podróż na kresy. Choćby na Polesie. Spójrzcie jak tam pięknie....
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora
 

  

niedziela, 28 września 2014

Adrian Grzegorzewski, Czas tęsknoty



"Mówi się, że czas leczy rany. Są jednak takie, które mimo upływającego oceanu sekund za nic nie chcą zamienić się w blizny i w końcu zniknąć..."
Cyt.: "Czas tęsknoty"- autor: Adrian Grzegorzewski


Zainteresowania, ciekawość, pasja są wartością samą w sobie. A, jak jeszcze ktoś potrafi podzielić się czymś, co dotąd było tylko jego, z innymi i ich zainteresować, zarazić, to jest wartość bezcenna. Magia.Zupełnie od niedawna uważniej patrzę w stronę Kresów Wschodnich. Zafascynowała mnie historia i kultura tego regionu, przeżycia Kresowiaków, niezmiernie ciekawe, często bardzo bolesne, zwłaszcza te dotyczące czasu ostatniej wojny światowej.

Gdy usłyszałam o powieści "Czas tęsknoty" Adriana Grzegorzewskiego, chciałam jak najszybciej poznać opisaną w niej historię. Historię miłości młodego Polaka Piotra i pięknej Ukrainki Swiety. Historię miłości zakazanej, głównie z racji ich narodowości, różnych wyznań i wyjątkowo złego czasu. Tłem tego uczucia jest historia prawdziwa, ważne fakty dotyczące wrogich stosunków polsko-ukraińskich, doprowadzających do tragicznych zdarzeń, których pamięć jest wciąż żywa.

Jest gorące lato 1939 roku.Piotr Ochocki, student architektury z Warszawy wyjeżdża na wakacje w rodzinne strony swojej matki, do Bedryczan, małej polsko-ukraińskiej wioski na Kresach. Przyciągał go magnetyzm tych pięknych miejsc. Chciał zobaczyć jak najwięcej, chciał szkicować ciekawe obiekty architektury. Znalazł się w pobliżu cerkwi prawosławnej, gdzie usłyszał cudowny głos, piękną melodię, brzmiącą jak modlitwa. Głos ten należał do pięknej ukraińskiej dziewczyny o imieniu Swietłana. Gdy ją zobaczył...i wzajemnie..."Wskazówki zegara stanęły, a ziemia przestała się obracać."

Czas, w którym los splątał ich drogi był niezwykle trudny. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wróżyły widmo wojny. Narastała wrogość Ukraińców do narodu polskiego. Bo to Polacy, "Lachy przeklęte" stały na drodze do ich wolności. Marzenia o wielkiej, niepodległej Ukrainie od Kazachskich stepów po Małopolskę napędzały ukraińską wyobraźnię. Od dziecka wpajano każdemu deklarację ukraińskiego nacjonalisty.

"Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy." Członkowie organizacji nazistowskiej OUN-nowcy od Bandery, w swoim amoku, nie cofnęli się przed najgorszym okrucieństwem. Z okrzykiem na ustach: "na Lachy", zdolni byli do wszystkiego.
"Będziemy ich ciąć jak młode żyto (...) Za jednego skręta to dziesięciu Polaków zariżu!"
Nie ważne, że byli to sąsiedzi, ludzie obok których żyli od dawna...Teraz była to dla nich "banda Lachów".

Pokrętny los chciał, by ojciec Swiety, Danyło Horodyło był jednym z nich, był przywódcą OUN-nowców. A córkę swą przyrzekł już Jegorowi- najokrutniejszemu z okrutnych wyznawców ukraińskiego dekalogu.

Autor "Czasu tęsknoty", tak jak i jego bohater Piotr, zafascynował się historią Kresów, miejscem urodzenia swej matki. Jej rodzinne Rychcice to pierwowzór opisanych Bedryczan. Pisarz pozmieniał nazwy geograficzne, bo jego książka nie jest dokumentem, a powieścią historyczną. Bohaterowie też są fikcyjni, choć wszystko osadzone w realiach. Grzegorzewski, jako dziecko tych, którzy urodzili się na Kresach i zostali stamtąd wysiedleni, miał poczucie obowiązku opowiedzieć o tym, co stało się w 1943 roku na Wołyniu, jak szczególnie okrutna była to zbrodnia ludobójstwa, rzeź, której nie wolno zapomnieć. Nie można zapomnieć decyzji, mocą której okradziono nas z Kresów, odebrano Wilno, Grodno, Lwów i "skazano na wyrugowanie ze świadomości Polaków". Ofiary szaleńczych banderowskich ideologii dały temu świadectwo. Okrucieństwo bestialskich mordów zostało przez pisarza złagodzone poprzez beletrystyczny przekaz. Na tle historii prawdziwej nakreślił obraz romantycznej historii miłosnej Piotra i Swiety. Równie ważnej. Pisarz podkreśla, że to, co w nas najlepsze, w istocie zwycięża najgorszą rzeczywistość. Losy bohaterów wiążą się z kampanią wrześniową, rzezią wołyńską, historią Samodzielnej Brygady Spadochronowej, zamachem na Kutscherę. Natomiast całe okrucieństwo barbarzyńskich mordów dokonanych przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), choć mocno fabułą złagodzone, wydostaje się całą swą mocą z każdej stronicy i szokuje. Prawdą jest, że byli Ukraińcy, którzy narażając swoje życie, pomagali uratować swych polskich sąsiadów przed tym piekielnym pogromem. W powieści reprezentuje ich kościelny Witalij, czy Łuczenko, pomagający uciekinierkom z Bedryczan- Swiecie i Marcie, córce pani Marii, u których gościł Piotr. Te dwie dziewczyny połączyła rywalizacja w miłości do Piotra i wspólna niedola. Są skazane na siebie. Ten wątek, to prawdziwe studium ludzkich emocji, uczuć, relacji w ekstremalnych warunkach.

Podobne historie miały z pewnością miejsce. Zawierucha wojenna rozdzieliła naszych bohaterów. Gdzie rzucił ich los i jak przetrwali tak długi "czas tęsknoty"? Czas współgra z losem nierozerwalnie. W końcu, nawet ten najgorszy, mija, dobiega kresu. Co daje w zamian? Wynagradza, czy rozczarowuje? Czy pozostaje ta uporczywa "Tęsknota", drugie imię "Wojny"? I wspomnienia, które z pozoru tylko są balsamem na stęsknioną duszę, a tak naprawdę potrafią wyciskać tylko łzy. A każda, niczym kropla skałę, "każda łza wyrywa kawałek duszy..."


Tekst oryginalny ukazał się na blogu: Myśli rzeźbione słowem


Antoni Ferdynand Ossendowski, Polesie




Nieważne, czy Antoni Ferdynand Ossendowski zmyślał bądź koloryzował w swoich podróżniczych książkach (a takie wątpliwości się pojawiały), czy może jednak pieczołowicie i zgodnie z rzeczywistością przedstawiał zwiedzane przez siebie zakątki Polski i innych państw. Nie ma to dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, gdyż niezależnie od tego, jak było naprawdę, Ossendowski zapewnia czytelnikowi niezapomniane przeżycia! Zaprasza bowiem do uczestnictwa we wspaniałej uczcie literackiej! I duchowej! Bogactwo uczuć, jakie mi towarzyszyły w trakcie lektury Polesia, jest nie do opisania. Nie przypominam sobie, jaka książka wywarła na mnie ostatnio tak głębokie wrażenie. Może to były zapiski Kazimierza Nowaka, który między innymi na rowerze przemierzył Afrykę. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Ossendowskiego. Kolejne to będzie powieść Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów, która w latach 20. podobno, jak głosi blurb okładkowy, zatrzęsła światem literackim i naukowym Europy.

Lektura Polesia wzbudza ogromną nostalgię za tym krajem zaczajonym niegdyś między Polską, Litwą a Rusią. Reprintowe wydanie zawiera mapkę ilustrującą jej położenie po 1920 roku. Jak podkreśla pisarz, po wojnie polsko-bolszewickiej kraj ten został prawie w połowie przecięty nową granicą państwową.

Prawdziwie zniewalający jest urok zaklętej w słowach Ossendowskiego poleskiej ziemi! Na marginesie wspomnę, że w folklorze i dzikiej przyrodzie Polesia rozmiłowana była Krystyna Krahelska, autorka najpopularniejszej pieśni Powstania Warszawskiego Hej, chłopcy, bagnet na broń! Warto też podkreślić, że jej piękno sławił między innymi zapomniany dziś poeta Władysław Syrokomla, którego wiersz Ossendowski zresztą przytoczył.

Wyłaniający się z książki kraj przecięty jest licznymi strumykami, roztokami i rzeczułkami. Pełny jest rozległych bagien, lasów i łąk, nie wspominając o bogactwie flory i fauny. Wszystko to pod wpływem pióra Ossendowskiego zamienia się w jakieś absolutnie zaczarowane i pełne nieodgadnionej tajemnicy miejsce.

Począwszy od XIII wieku, olbrzymi wpływ - moralno-polityczny i etniczny - wywierały na ten kraj Ruś Nowogrodzka, Kijowska i Moskiewska, Litwa ościenna i Polska, o czym najlepiej świadczy mowa poleska.
Posłuchajcie sami zresztą:

Cerez pole szyrókieje,
Cerez mor hłybókieje,
Stojać stołuby zołotyje,
Mościać mosty srebranyje


Taką obrzędową pieśń śpiewali, jak pisze Ossendowski, Poleszucy po Wielkiej Nocy. A skoro już o Poleszukach mowa... Jawią się oni jako małomówni, uparci i nieufni, ale zaprawieni w bojach z dziką przyrodą i żyjący zgodnie z rytmem pór roku. Poleszuk to odwieczny łowca i niepoprawny kłusownik, walczący, a właściwie lepiej powiedzieć, i wcale nie będzie w tym żadnej przesady, że tańczący z wilkami.

A co śpiewały dziewczyny wiejskie, witając z utęsknieniem wiosnę?

Oj, wiesna krasna!
Da sztoż ty nam uniosła?
Oj, uniosła, uniosła
Try koryści radości [...]



Kobiety musiały się natrudzić, by mieć, co włożyć do garnka i wyżywić rodzinę. Sprytu im nie brakowało. Nie mogę nie wspomnieć, iż pojawia się wzmianka o szczawiu... Skojarzenie, wiadomo jakie. Nie chcę, żebyście pomyśleli, że tropię w literaturze polskiej wątki dotyczące tej rośliny zielnej, która od wieków stanowiła podstawę jadła dla ubogich i obrotnych zarazem ludzi. Poseł, wiedział, co godo.

Oto, co pisał Ossendowski na temat położenie kobiet poleskich:

Poleszuckie baby znają swój kraj i biorą zeń wszystko, co zdatne jest do zjedzenia: krupy z manny - majny rosnącej po łąkach, korzenie wodnych lilii, młode pędy tataraków i szczaw i cebulę polną; zbijają dzikie gruszki i robią z nich ulęgałki; mrożą czerwoną kalinę, sporządzają z owsa żur i tołokno, a z gryki lemieszkę i setki innych pożywnych rzeczy

Barwnie i żywo nakreślone przez Ossendowskiego zwyczaje, prace, wierzenia i obrzędy Poleszuków uświadamiają, jak bardzo uduchowione i bogate, mimo materialnego niedostatku, można wieść życie, pod warunkiem, że człowiek nauczy się odczytywać znaki przyrody i liczyć z siłami natury;

Starcy wiedzą dokładnie, że gdy pofrunie wpierw biała babka - rok będzie mleczny, jeżeli żółta - należy się spodziewać miodowego.

Poleszucy po ruchach szczupaka umieli rozpoznać, że ryby iduć i że można zacząć przygotowania do połowów. Musieli bacznie obserwować florę i faunę, by obficie czerpać z ich darów i nie zginąć. Mieli swoje tajemne modły, zaklęcia i wieszczby.

Pełna nieprzemijającego i zniewalającego uroku jest opowieść Ossendowskiego. I jeszcze ta polszczyzna! Wyśmienita i pełna poezji. Ponadto z edytorskim kunsztem opublikowana przez Zysk i S-kę literacka gawęda Ossendowskiego wzbogacona jest o mocno przemawiające do wyobraźni zdjęcia Jana Bułhaka, zwanego ojcem polskiej fotografii. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał Polesia, niechaj nie zwleka. Idealna lektura na pojawiającą się bardzo nieśmiało wiosnę.


Tekst oryginalnie ukazał się na blogu Szczur w antykwariacie


sobota, 27 września 2014

"Historia o Janaszu Korczaku i pięknej miecznikównie" - J.I. Kraszewski





 Nie ma to, jak zanurkować w otchłań . Trzylatka zdążyła wprawdzie przedzierzgnąć się w sześciolatkę, ale nadal często pada ofiarą nudy. Ciekawe, kiedy będzie na tyle duża, żeby sama wyprawić się na literackie Podole z Kraszewskim jako przewodnikiem?

Moja trzyletnia córka czasem wpada w szpony nudy. Informuje wówczas każdego, kto znajdzie się w zasięgu głosu "Już nie chcę tego robić, wolę robić COŚ ZUPEŁNIE INNEGO". Zresztą, nie oszukujmy się, niedaleko padło jabłko od jabłoni. Stając przed półką książek stwierdzam często: "Wcale nie chcę tego czytać, wolę COŚ ZUPEŁNIE INNEGO".

To zapotrzebowanie na zmiany całkiem nieźle zaspokaja proza Kraszewskiego. Pod dwoma warunkami - należy być początkującym czytelnikiem (ostatecznie kilka przeczytanych książek to prawie nic) i nie czytać cyklami. Jeśli dodatkowo postawimy na dobór losowy, możemy spodziewać się pełnej różnorodności. A i sama treść może kryć zaskakujące niespodzianki.

"Historia o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie" to komedia romantyczna z elementami przygodowymi z ... czasów Sobieskiego. O tym gatunku wiemy prawie wszystko. Katowane są nim (w formie kinowej), kolejne pokolenia facetów na pierwszych randkach. Niezbędne składniki romantycznego dania w wersji współczesnej to: impreza, była dziewczyna/facet, brak zasięgu, zagubione maile, wyliniały york i Meg Ryan. Porównajmy to z wersją barokową, tu pomocne są ingrediencje takie jak; tatarski najazd, niewola turecka, ponure zamczysko na Podolu, alternatywny absztyfikant, wujek kauzyperda i ucięta głowa. ami oceńcie, który zestaw oferuje większe możliwości:). A to jeszcze nie koniec atrakcji zaserwowanych przez kreatywnego JIK-a.

Zaczynałam czytać historię miłości Jadzi- bogatej miecznikówny, i ubogiego sieroty Janasza z nastawieniem - eeee, to nie dla mnie. Kończyłam nie mogąc się oderwać. Jedyne drobne zastrzeżenie- do zbyt kryształowych charakterów pary protagonistów, schowam chwilowo do kieszeni. W tym natłoku przygód nie ma szans, żeby zauważyć, że tak naprawdę są nudziarzami.

Polecam tym, którzy mają ochotę na COŚ ZUPEŁNIE INNEGO:). 




Tekst z bloga Filety z Izydora.

piątek, 26 września 2014

Maria Dunin-Kozicka, Burza od Wschodu





Autorka - ziemianka z Kresów Wschodnich, właścicielka Lemieszówki podjęła się spisania swych wspomnień okraszonych analizą społeczną i polityczną tamtych lat. Polscy ziemianie na Ukrainie przez lata wiedli w miarę spokojną, dostatnią egzystencję. Kraj bogaty w czarnoziem dostarczał środków na godne życie, wyjazdy zagraniczne, gromadzenie pięknych bibliotek, dzieł sztuki, pamiątek rodzinnych. Ziemia i dwory przekazywane z pokolenia na pokolenie stawały się skarbnicą pamięci, ostoją polskości, ale także miejscem dającym okolicznym chłopom pracę. Lemieszówka - biały dwór na wzgórzu z niewielkim balkonikiem, niczym jaskółcze gniazdo, drewnianą werandą, tarasem otoczonym żelazną balustradą, na którą wspinały się latem bukietowe różyczki. Otoczony lasem i parkiem. W środku jasne pokoje, urządzone staroświecko z biblioteką mieszczącą 5 tysięcy tomów.

Nadchodzi jednak rok 1917. Rewolucja w Rosji. Chłop agitowany ze wszystkich stron łatwo uwierzył, że ma prawo do korzystania ze wszystkiego, co do tej pory stanowiło własność pana. Rękę wyciągnął po to bez wstydu, z każdym dniem coraz hardziej i bezczelniej. Gdyby chodziło tylko o podział ziemi. Wielu właścicieli godziło się oddać nawet połowę swych ziem, by tylko móc pozostać u siebie, nie iść w nieznany świat.

Do Lemieszówki ktoś kiedyś przyniósł świstek agitacyjny, na lichym papierze pełen frazesów o panach - krwiopijcach, którzy stoją na drodze szczęścia i bogactwa ludu. Podpisany był krótkim nazwiskiem, którego wówczas jeszcze prawie nikt nie znał: Lenin.
Rewolucje rodzą najgorsze instynkty... Morderstwa, gwałty, grabieże, strach, ucieczki.
Dunin-Kozicka opisuje przejmująco zagładę polskiego, ziemiańskiego świata na Kresach Wschodnich.

"Szliśmy szybko, brnąc po kostki w świeżo nawianym śniegu, który śpiesznie i niezmordowanie zasypywał ślady stóp naszych. Z każdym krokiem oddalaliśmy się od zgasłej, ukochanej przeszłości, która po tylowiekowej pracy polskiej na Kresach zostawała teraz za nami w gruzach zwalonych siedzib rodzinnych, w zgliszczach narodowej kultury i piękna, w popiołach spalonych, bezcennych księgozbiorów, a wreszcie w krwi ofiar, co legły na wieki w dalekiej ziemi jako jedyna już odtąd jej straż!" (s. 333)

Po większości rezydencji, dworów, cukrowni należących do dawnych kwitnących, świetnie zarządzanych i prosperujących majątków, dających pracę okolicznym mieszkańcom, nic do dzisiejszych czasów nie zostało. Czasem smutne ruiny... Czasem nie została nawet jedna cegła.

Autorka przez Kijów, Odessę dotarła do Warszawy. Postanowiła pisać. Jej debiutancka "Burza od Wschodu" została wpisana na listę najwybitniejszych polskich książek za rok 1925. Maria Dunin-Kozicka zmarła w 1948 roku.


 Ten tekst oryginalnie ukazał się na blogu O biografiach i innych drobiazgach

czwartek, 25 września 2014

Barbara Wachowicz, Wigilie Polskie - Adam Mickiewicz




Biograficzna opowieść o Mickiewiczu osnuta wokół kolejnych jego Wigilii. Te najważniejsze spędził jednak na ukochanej Litwie. I nawet będąc na obczyźnie, duchem wracał właśnie tam.

"Wigilie polskie" zapowiadały się początkowo równie atrakcyjnie jak wycieczka zakładowa do Huty Katowice. Na początek bowiem Autorka zasypuje nas wspomnieniami ze swoich Wigilii lat dziecinnych, a chwilę później serwuje nam krótka historię kolędy polskiej. We wspomnienia, choć pełne uroku, ciężko mi było się wczuć, kolęd natomiast lepiej słuchać (a jeszcze lepiej śpiewać), niż je czytać. Choć i w tej dziedzinie trafiły się ciekawostki, jak ptasie kolędy Stanisława Herakliusza Lubomirskiego (czasy Sobieskiego), bożonarodzeniowe hymny Kochanowskiego (okazały się zbyt monumentalne, żeby zawędrować pod strzechy - ostatecznie kto chciałby śpiewać monumentalną kolędę?), jak również fakt, że większość aktualnie najpopularniejszych pieśni bożonarodzeniowych na początku XIX wieku uważana była za ... niepoważną i nie była zalecana w liturgii.

 Wszystko się zmieniło, gdy dobrnęłam wreszcie do części mickiewiczowskiej. Wigilia dla naszego wieszcza była szczególną datą, gdyż, jak może niektórzy pamiętają, był on łaskaw tego dnia przyjść na świat, w dodatku rodzice nadali mu imię Adama (imieniny 24/12), więc poeta do końca życia był skazany na łączenie uroczystości.

Często zdarzało się zatem, że 24/12 był nie tylko okazją dla jego rodziny i znajomych nie tylko do świętowania wigilii Narodzenia Pańskiego, ale także fetowania samego Adama.

Z większości tych spotkań, przynajmniej od czasów studenckich, zachował się bogaty materiał wspomnieniowy. Barbara Wachowicz miała więc sporo okazji, aby zaprosić nas na spacer śladami Adama Mickiewicza... od Wigilii do Wigilii.


Wiele z tych spotkań trafiło na karty literatury w tym najsłynniejsze: wigilia 1823 (w "celi Konrada"), utrwalona na kartach trzeciej części "Dziadów" oraz feta na cześć Mickiewicza z 1840, której echa znajdziemy u Słowackiego w "Beniowskim".

Najciekawsze było jednak samo życie Mickiewicza - charyzmatycznego młodego człowieka chronionego przed życiowymi przykrościami przez jego talent poetycki (i ludzi, którzy potrafili go docenić). Jak już nawet wyrok za konspirację - to dzięki solidarnej postawie kolegów - z rekordowo niskim wyrokiem. Zesłanie - nie na Syberii, a na Krymie, zresztą dzięki wsparciu rosyjskich arystokratów (również wielbicieli jego poezji) dość szybko zakończone. Z łatwością odnajdywał się w wyższych sferach (których przychylność miała jednak swoje granice, żaden z wysoko ustosunkowanych nie chciał wydać za niego swojej córki). Fanek miał pewnie nie mniej niż współczesny celebryta, w dodatku wiele z nich okazywało swój zachwyt w sposób czynny. Nawet to, że nie spieszył się do Powstania Listopadowego jakoś mu wybaczono, wielu uważało, że szkoda by było, gdyby taki talent padł od zabłąkanej kuli.

A do tego w regularnych odstępach czasu wypluwał kolejne arcydzieło.

I nagle ta złota passa się skończyła. Nie wiadomo, czy przyczyniły się do tego troski rodzinne, czy może toksyczna fascynacja Towiańskim, w każdym razie "wiek męski- wiek klęski" stał się faktem i wieszcz używał pióra co najwyżej do napisania kolejnego artykułu bądź wykładu. Ciekawe, czy jest jakieś wyjaśnienia, dlaczego tak a nie inaczej potoczyły się losy wieszcza na drogach literatury?

"Wigilie Polskie" mają jednak także trzecie dno. Zza historii pewnego poety wyłania się los całego pokolenia, pierwszego wychowanego (a często i urodzonego) pod zaborami, pierwszego z licznych "straconych pokoleń". Brak własnego państwa dramatycznie ograniczył ich możliwości życiowe. Próby niezależnej aktywności często kończyły się zesłaniem, przedwczesną śmiercią, konfiskatami, przymusową emigracją. Jeśli kariera, to raczej za granica (Domeyko).

Nie mogę wyjść z podziwu, że po ponad stu latach takiej obróbki, nad Wisłą jeszcze ktokolwiek mówi po polsku.

Polecam tę nietypową świąteczną lekturę.




Tekst oryginalny był opublikowany na blogu "Filety z Izydora".
 

środa, 24 września 2014

Witold Kieżun, Magdulka i cały świat




Obszerny tom będący zapisem wieloletnich rozmów Roberta Jarockiego ze świadkiem historii XX wieku, jakim jest wybitny ekonomista Witold Kieżun, jest epokowym i poruszającym do głębi dziełem. Profesor wraca wspomnieniami do dzieciństwa spędzonego na Kresach i na warszawskim Żoliborzu, porusza tematy rodzinne i nawet egzystencjalne, przede wszystkim jednak daje dwa świadectwa: o doświadczeniach wojennych i pobycie w sowieckim gułagu oraz o perypetiach życia w PRL. Bohater książki jawi się jako nie tylko twardy mężczyzna, bohaterski powstaniec warszawski, w trakcie Powstania odznaczony osobiście przez naczelnego dowódcę AK, gen. Tadeusza Bór-Komorowskiego, Krzyżem Virtuti Militari, więzień NKWD zesłany do łagru, po wojnie przeciwnik komunistycznego systemu, ale przede wszystkim jako wspaniały mąż, ojciec, przyjaciel, wykładowca i wielki patriota. Człowiek ciekawy świata i ludzi, o szerokich horyzontach intelektualnych, obdarzony wieloma talentami, w tym muzycznymi, uprawiający wiele sportów, aby - jak wyzna - wyzwalać się z małości codziennych kłopotów, a także prowadzący bogate życie towarzyskie. Z książki wyłania się też wizerunek osoby, która zrobiła międzynarodową karierę, odnosiła sukcesy akademickie, działała na zagranicznych misjach. Profesor Kieżun jest wizjonerem i zarazem człowiekiem starej daty, odwołującym się do lat minionych. Najprawdziwszy Europejczyk. Mimo mocno podeszłego wieku (w lutym prof. Kieżun obchodził 92 urodziny!) wciąż jest czynny naukowo i społecznie. Jest cały czas au courant w tym, co ważne w świecie. Autorytet oraz strażnik i ucieleśnienie najwyższych wartości


Mamy do czynienia z książką pasjonującą pod wieloma względami. Aż żal, że tylko do jednego tomu ograniczył się inicjator rozmów. Robert Jarocki wyraża przekonanie, że mogłyby powstać nawet trzy, ale musiał dokonać syntetycznej selekcji wątków z tak niezwykłej biografii. Wspominając swoje bogate w wydarzenia życie, nierzadko dramatyczne, Witold Kieżun tworzy malownicze portrety członków swojej kresowej rodziny: Gieysztorów i Bokunów, mocno rozgałęzionej. Szczególnie interesujący jest wizerunek matki, jako wyjątkowej kobiety, świetnie wykształconej, oraz do tego stopnia niezależnej i energicznej, że postanowiła się nauczyć jeszcze jednego języka obcego, gdy była już starszą panią, a raz nawet przepłynęła wpław morze daleko od plaży w Gdyni, by przywitać się z synem wracającym z kolegami jachtem z Morza Północnego. Nie brakuje anegdot o innych krewnych bohatera książki, odznaczających się równie niepowtarzalnymi osobowościami i talentami, a trzeba wspomnieć, że wszyscy członkowie rodziny byli wybitnymi intelektualistami.

 
Ojciec Witolda, także Witold, urodził się w Tbilisi. Skończył studia medyczne w Dorpacie. Podczas I wojny został wcielony do rosyjskiej marynarki wojennej, jako lekarz na krążowniku „Oleg”. W czasie przewrotu bolszewickiego marynarze wymordowali wszystkich oficerów, rozważnie zostawiając przy życiu lekarza. Tak wypadło mu służyć w sowieckiej flocie. Po zatopieniu krążownika przez brytyjską flotę w ramach tajnej akcji przeciwko bolszewikom jako jeden z trzech cudem wtedy ocalałych członków załogi otrzymał przydział do szpitala wojskowego w Rewlu (dziś Tallinie). Na wieść o powstaniu państwa polskiego przedostał się do Wilna, a potem Grudziądza, biorąc udział w wojnie z bolszewikami. Po jej zakończeniu pozostał w polskim wojsku w randze kapitana i jako lekarz garnizonu wileńskiego. W Wilnie był lubianą i cenioną osobowością, bohaterem krążących w mieście anegdot, a ponadto najwyższym człowiekiem: miał 195 cm wzrostu (jego syn nie przekroczył 190). Stryj Witolda juniora, Jan, był jednym z pierwszych rosyjskich lotników wojskowych, zastępcą attaché lotniczego przy ambasadzie Mikołaja II w Paryżu. W kampanii 1920 roku uzyskał Virtuti Militari. Po wojnie dowodził pierwszym pułkiem lotniczym w Bydgoszczy.

Matka pochodziła z zamożnej ziemiańskiej rodziny na Białorusi. Wiadomości o jej szlacheckiej rodzinie zebrał spowinowacony z nią prof. Aleksander Gieysztor. Jako szesnastoletnia dziewczyna straciła w tym samym roku oboje rodziców. Aby zapewnić osieroconym dzieciom środki na edukację, rada familijna zdecydowała sprzedać majątek i dzięki temu stworzyć fundusz stypendialny. Po edukacji domowej panna Leokadia Bokunówna zdała eksternistyczną maturę w Mińsku. Chciała studiować medycynę, a ściślej stomatologię. Szwajcaria była wówczas jedynym krajem, gdzie dopuszczano kobiety na takie studia. W Lozannie okazało się, że ma pewne kłopoty z łaciną, której znajomość jest niezbędna na studiach. W kręgu tamtejszych rosyjskich i polskich emigrantów polecono jej wówczas Rosjanina jako korepetytora. Był to jegomość koło czterdziestki, nudny, sztywny i mrukliwy, mól książkowy pochłonięty pisaniem. Nieduży, mocno wyłysiały i z ryżą bródką, mówił urywanymi gardłowymi zdaniami. Nie żądał opłat przekraczających jej możliwości. Ów Włodzimierz Iljicz Uljanow, po 1917 roku znany pod pseudonimem Lenin, dawał jej lekcje przez cały rok akademicki. Dyplom lekarza zdobyła ostatecznie w 1916 roku na uniwersytecie w Kijowie. Dopiero rok później zdała sobie sprawę, z kim miała do czynienia. Znajomość ta nie była jednak czymś, czym chciała się chełpić ani przed wojną, ani po wojnie, choć mogłoby to ułatwić jej wtedy życie. Unikała ujawniania tej historii, by nie znaleźć się w centrum zainteresowania władz i prasy. Swojego przyszłego męża poznała w 1913 roku w Druskiennikach, gdzie przebywała w ramach praktyk jako pielęgniarka. I jeszcze w tym samym roku się pobrali.

Żoną bohatera książki była sanitariuszka „Jola” z batalionu „Gustaw” kompanii „Anna”, Danuta z domu Magreczyńska, z którą łączyły go wspólna walka w Powstaniu i 63 lata związku małżeńskiego. W książce Magdulka i cały świat Robert Jarocki udzielił głosu także Danucie Kieżun. Jej świadectwo o udziale w Powstaniu Warszawskim oraz spotkaniu z przyszłym mężem jest równie poruszające i cenne. Profesor wskrzesza w rozmowie przedwojenne Wilno i Warszawę, mroczny Kraków z okresu stalinowskiego i zadzierzgnięte w tych miejscach przyjaźnie, w tym ze Zbigniewem Herbertem. Wspomina także powojenne, a więc w trudnych okolicznościach spotkanie z majorem Zygmuntem Szendzielarzem „Łupaszką” u wujostwa w Gołąbku (w pobliskich lasach Puszczy Tucholskiej walczył jego dobrze uzbrojony oddział). Opowiada oczywiście, jak jego rodzina ze strony matki weszła w posiadanie tytułowej Magdulki - folwarku Dolny Horodziej, położonego blisko granicy z sowiecką Białorusią. Siostra Leokadii wyszła za właściciela dworku, Aleksandra Gieysztora, który zostanie wybitnym badaczem historii średniowiecza polskiego i powszechnego.

Witold Kieżun jako bardzo młody człowiek zetknął się z okrucieństwem sowieckiego systemu. 9 marca 1945 roku, przechodząc przez Rynek Główny, został zatrzymany przez patrol NKWD. Znalazł się w więzieniu na Montelupich. Więziony był najpierw w Polsce, a potem w radzieckim gułagu na pustyni Kara-Kum. Świadectwo o uwięzieniu w sowieckim łagrze cechują rzeczowość i powściągliwość ocen, a także szczerość opowiadania. Kieżun poddaje chłodnej analizie system łagrowy, posługując się sugestywnymi opowieściami o losach poszczególnych więźniów (m.in. księciu Bałutinie, jednego z adiutantów cara Mikołaja II, Japończykach, Francuzach z dywizji Charlemagne oraz… niemieckich gestapowcach i esesmanach), ich cierpieniach, jakie przechodzili w śledztwie, i obróbce, jakiej poddawani byli w obozie, niejako na dalszy plan spychając swoje dramatyczne doświadczenia, gdyż nie skupia się tylko na sobie. Wstrząsająca jest relacja o tym, jak cudem ocalał mimo kolejnych chorób: zapalenia płuc, tyfusu brzusznego i plamistego, beri-beri, dystrofii, świnki i świerzbu! Enkawudowski obóz w Krasnowodsku ukazuje Kieżun w całej grozie łagrowej egzystencji. Warto podkreślić, że w całości wyposażyli go… Amerykanie, co było szokującym odkryciem dla uwięzionych Polaków. Jak wspomina profesor: wszak byliśmy polskimi żołnierzami, kraju walczącego z Trzecią Rzeszą od 1 września 1939 roku, uczestnikami antyhitlerowskiej kolacji Zachodu! To Stany Zjednoczone tak bogato wyposażyły sowiecki aparat represji NKWD: namioty, ciężarówki, młotki, drut kolczasty na ogrodzenie, siekiery, łopaty, konserwy były produkcji amerykańskiej! Lokomotywa, która ciągnęła transport z profesorem Kieżunem z Taszkientu, również była amerykańska. Więźniowie poddawani byli przymusowej, wycieńczającej pracy, walczyli o przeżycie, przechodząc torturę głodu, wielu chorób (m.in. tropikalnej beri-beri), ataki tarantuli i wyzucia z wszelkich praw. Podlegali procesowi odczłowieczania. Zachowanie godności w takich warunkach przechodziło ludzkie siły, granicząc niemal z cudem. A jednak w tym morzu znieprawienia i hańbiącej przemocy znajdowały się enklawy ludzkich uczuć, czasami jednak dobro zwyciężało. W puencie tej części wspomnień Jarocki spytał Kieżuna, czego się dowiedział po łagrowych przejściach o samym sobie i w ogóle o człowieku. Obszerna odpowiedź ściska za gardło. Zacytuję dwa zdania:

Skala zakłamania, a jednocześnie okrucieństwa systemu ugruntowała we mnie świadomość o głębokiej warstwie podłości i zła tkwiących w ludzkiej osobowości, a jednocześnie o równych głębokością pokładach dobra, życzliwości, nawet niejednokrotnie chęci poświęcenia się dla bliźnich. […] Dowiedziałem się też, że istnieje szeroko społecznie upowszechniona potrzeba istnienia sacrum: modlitwa, wiara były czynnikiem silnie podtrzymującym odporność psychiczną (s. 252). 

A odporność psychiczna miała ogromne znaczenie, bo, jak wspomina Kieżun, umierali ludzie będący w miarę w dobrym stanie fizycznym, ale słabi psychicznie. Historia uwolnienia w wyniku listu Jana Strzeleckiego napisanego do Stalina jest niebanalna. 23 kwietnia 1946 przed północą doprowadzono Kieżuna do NKWD w Kaganie, gdzie kazano mu przetłumaczyć pismo z kancelarii Stalina. Znajdował się w nim załącznik w języku polskim. Papier był z nadrukiem: Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, adresowany do Towarzysza Generalissimusa Józefa Stalina, podpisany przez przewodniczącego Jana Strzeleckiego. Tekst brzmiał: Związek gorąco prosi o zwolnienie z obozu w Krasnowodsku naszego kolegi Witolda Kieżuna, zasłużonego w walce z hitlerowskim faszyzmem, którego przez jakąś tragiczną omyłkę aresztowano w Krakowie. Kieżun, nie wiedząc, czy był ZNMS, przebiegle oświadczył, że to polski Komsomoł. Enkawudzista przy okazji przeczytał mu donosy złamanej pary akowskiej, które przyczyniły się do uwięzienia. Dopiero po powrocie do Polski Kieżun dowiedział się, jakim cudem list ten dotarł do biura Stalina. Ostatecznie jednak to nie on zaważył w sprawie uwolnienia, ale opinia o tym, że jest nieuleczalnie chory, wystawiona przez rosyjskiego lekarza, jak się okazało, bliskiego kolegi ojca z czasów uniwersyteckich w Dorpacie oraz świadka na ślubie rodziców w Druskiennikach. Doktor Wasiliew zdążył mu wyszeptać: Pamiętaj, że my, Rosjanie, nie jesteśmy złymi ludźmi, to nie my wprowadziliśmy zło do naszego kraju.

Nie sposób w recenzji przybliżyć wszystkich intrygujących epizodów opowiedzianych przez świadka ubiegłego wieku i zapisanych przez Roberta Jarockiego w obszernym tomie. To trzeba koniecznie przeczytać! Rzadko ma się do czynienia z tak chwalebnym, niezwykłym i pełnym niesamowitych splotów okoliczności życiorysem. Takiej biografii nie trzeba fabularyzować czy podkoloryzować, by powstał porywający film. Do wspomnień Witolda Kieżuna nie potrzeba też beletryzatora. Magdulka i cały świat jest najbardziej zajmującą książką z czytanych w ciągu ostatnich paru lat. Powinna stać się obowiązkową lekturą wszystkich myślących Polaków.

 
 Ten tekst oryginalnie ukazał się na blogu Szczur w antykwariacie
 

wtorek, 23 września 2014

Maria Rodziewiczówna, Byli i będą




Kazimierz Czachowski, w swej książce " Maria Rodziewiczówna na tle swoich powieści" z 1935 roku tak napisał o "Byli i będą" :
"Poznajemy różne środowiska : arystokrację w stolicy, za granicą i na wsi w Królestwie, uczącą się w Warszawie młodzież z różnych sfer, rozbitków na bruku miejskim,zwłaszcza zaś ziemiaństwo kresowe, uparcie utrzymujące swe placówki narodowego stanu posiadania, które raz stracone, nie byłyby już do odkupienia(...), oraz zagrodową szlachtę krośniańską, prześladowaną nie tylko za patriotyzm, ale i za religię, gwałtem zmuszaną do prawosławia".

W odległej już przeszłości byłam wielką fanką powieści Marii Rodziewiczówny. Do dzisiaj mam w swojej bilioteczce kilka jej książek a między nimi ukochanego i wielokrotnie czytanego "Dewajtisa". Toteż jak zobaczyłam w
Kuferku Książkówki powieść Marii Rodziewiczówny "Byli i będą", biorąc dział w rozdaniu, wybrałam ją właśnie i udało się. Książka przyciągnęła mój wzrok również swą niebanalną okładką, na której umieszczono fragment Pikiety powstańczej Maksymiliana Gierymskiego. Powstaniec na koniu to wyraźny sygnał, że w treści książki będzie odniesienie do powstania styczniowego. I tak faktycznie jest, gdyż akcja książki głównie toczy się na Litwie po 1863 roku, chociaż również w Warszawie, gdzie przebywający, a pozbawieni swej ziemi, kresowiacy marzą tylko o powrocie w swoje rodzinne strony na Litwie, gdy lojalna wobec zaborcy arystokracja nie gardząc przejmowaniem w zarząd zarekwirowanych na Litwie majątków ziemskich prowadzi wystawny tryb życia i bawi się doskonale.

Upadek powstania styczniowego sprawił, że Polacy mieszkający na Litwie ponieśli ogromne straty nie tylko osobowe, materialne, ale i moralne, gdyż część społeczności polskiej uległa rusyfikacji przechodząc na prawosławie co zdegradowało ich społecznie w oczach patriotów polskich. Ci, którzy przetrwali próbują wszelkimi sposobami utrzymać ziemię, która pozostała w ich rękach, a przy tym wspomagać się wzajem, ale również dbać o odradzanie się ducha patriotycznego. Wydatnym przykładem takiego postępowania jest matka powstańca Stefana Hrehorowicza, którego majątek w Kozarach został po jego śmierci zarekwirowany przez zaborcę, gdy opuściła go wdowa po nim z synem. Starsza Pani Hrehorowiczowa po przeniesieniu się do dworu w Grelach, jedynego majątku, który jej pozostał staje się ostoją nie tylko dla swych wnuków, których rodzice zostali zesłani na Sybir, ale i dla będących w potrzebie sąsiadów. Z ogromnym trudem udaje jej się utrzymać tę ziemię dla jedynego syna Stefana, który wychowywany w Warszawie przez matkę i jej ojca na panicza długo nie wie czyim jest synem, i nie utrzymuje żadnych kontaktów z babką. Dopiero, gdy dowiaduje się kim był jego ojciec w jego życiu następuje diametralna zmiana, która doprowadza do zerwania z rodziną matki i zbliżenia się do babki.

Wątek rodziny Herhorowiczów to jeden z wielu, jakie w książce Rodziewiczówny "Byli i będą" się pojawiają. Książka jest bowiem wielowątkowa, a co za tym idzie i bohaterów ma wielu i z różnych klas społecznych się wywodzących. A każda postać jest barwna i ciekawie oraz dogłębnie nakreślona na tle warunków życia na kresach, na wsi czy też w mieście a przy tym mocno osadzona w fabule książki jak choćby żebraczka, od przybycia której do krośniańskiego zaścianka zaczyna się akcja książki.
     
Powstanie z 1863 roku, ruchawka, jak w książce jest ono określane przez niezbyt mu przychylnych a wręcz nawet przeciwnych, jednych pozbawiło wszystkiego a innych wzbogaciło. Do tych drugich należał mieszczanin Bohuszewicz, który jednak swą lojalność dla zaborcy przypłacił życiem żony, zgwałconej przez jenisiejców. Bohuszewicz mszcząc się sprowadza nieszczęście na zaścianek krośniański, który w odwecie zostaje spalony, a szlachta w nim mieszkająca wywieziona na Sybir. Ratuje się z tej represji tylko cztery osoby w tym dwójka narzeczonych, Marcelka i Wiktor, którzy po latach ukrywania się w lesie pozostawiają w Grelach swego syna i uciekają do Królewca, skąd wracają po latach z córką i pod przybranym nazwiskiem osiadając w miasteczku. Historia tych dwojga i ich dzieci to smutny i wzruszający wątek w "Byli i będą", który jednak ku mojemu zadowoleniu dobrze się kończy.
     
Jak to w książkach Rodziewiczównej bywa, mamy i w "Byli i będą" różne odmiany miłości, ale na pierwszym miejscu jak zawsze jest miłość do ziemi ojczystej. Umierający dziadek Wiktora przekazując mu ostatnią swą wolę tak mówił do wnuka :

"- No to jakby i wszystko. Dobro i wszystko, co jest, twoje. Trzymaj w garści i pilnuj, ano się w dostatku nie kochaj. Jedno zdechnie, drugie się spali, nie trza się o to turbować. Ale ziemi to nie puść, pazurami, zębami dzierż. Ziemia się nazywa grunt, w niej wszelkie korzenie tkwią, i trawy , i drzewa, i człowieka. Puścisz ziemię, będzie cię wiatr nosił po świecie, suchą łomakę!. A uchowasz ziemię - to choćby cię sto razy od niej oderwali, to wrócisz i zakorzenisz się znowu.
Oj, święte słowa, święte! - rzekła przeciągle jedna z kobiet.
- A niby to rozumiecie. Jakże, o jakiej ja ziemi to gadam?
- O jakże, o naszej.
- Co to? Naszej?
- Ot, o tych zagonkach, co je od wieku trzymamy.
- Durne wy. Nasze i pod Krakowem, i pod Smoleńskiem. Oj zgłupiał naród, zgłupiał. Bodajby was znowu do szkoły nie wzięli, byście sobie przypomnieli! "


Rodziewiczówna w swej powieści pisze również o wielkim przywiązaniu chłopów kresowych do swej wiary, której bronią oni wszelkimi sposobami ponosząc nawet ogromny trud kar finansowych, rujnujących ich gospodarstwa, za nieuleganie naciskom ze strony zaborcy.

Lubiłam książki Marii Rodziewiczówny za klimat jaki w nich tworzyła. Na ten klimat miał istotny wpływ sposób w jaki pisarka ukazywała miedzy innymi budzenie się uczuć pomiędzy bohaterami w swych powieściach. I w tej jest podobnie, gdyż książka, mimo iż nie ma nic wspólnego z romansem wątków romansowych ma aż cztery, a nawet przez moment pięć, gdy weźmie się również pod uwagę płomienny związek młodego Herhorowicza ze starszą od siebie żoną kuzyna. Sporo miejsca w powieści zajmują sprawy miłości, która łączy młodych nie bacząc na komplikacje wynikające z podziałów społecznych. A są to komplikacje poważne, gdyż jak mają spojrzeć rodzice na miłość swych dzieci do potomków ludzi, którzy ulegli degeneracji społecznej trzymając stronę zaborcy, albo oszukali swych sąsiadów. Te uczucia to jednak pozytywna strona tych związków, gdyż pozwalają na odradzanie się w młodym pokoleniu polskiego ducha.

Mogłabym tak pisać i pisać, gdyż "Byli i będą", mimo iż nie są objętościowo obszerną książką, są jak powieść rzeka. Tyle w niej wartko toczących się wątków, które są ściśle ze sobą powiązane podobnie jak i losy jej bohaterów, które się przeplatają i łączą.

Z ogromną przyjemnością powróciłam do prozy Marii Rodziewiczówny i z rozrzewnieniem zagłębiłam się w losy bohaterów jej powieści współczując im i ciesząc się gdy się okazało, że ich losy mimo różnych przeciwności znajdują szczęśliwe rozwiązanie. Odnalazłam w książce wszystko to co kiedyś sprawiało, że czytałam jej powieści z ogromną przyjemnością chłonąc słowo i obrazy jakie w nich stworzyła chociaż to co pisała dzisiaj wydawać się być może przygnębiającym, gdyż sporo w tym smutku i udręczenia wynikającego z sytuacji polityczno społecznej.
    
Maria Rodziewiczówna urodzona w lutym 1863 roku, już po zesłaniu jej rodziców na Sybir, z którego powrócili gdy miała 8 lat sama doświadczyła losu jaki stał się udziałem wielu innych rodzin powstańców. W "Byli i będą", które napisała w 1908 roku zawarła więc sporo z doświadczeń własnej rodziny, która podobnie jak mąż córki Herhorowiczowej po powrocie z Syberii osiadła w Warszawie, gdzie żyła w biedzie do czasu, gdy ojciec został administratorem majątku ziemskiego a z czasem odziedziczył majątek Hruszowa po swym bezdzietnym bracie. Maria po śmierci ojca przejęła zarząd nad majątkiem i zarządzała nim do wybuchu wojny. Żyjąc sama na kresach poznała doskonale realia społeczne i kulturowe tych ziem co pozwoliło jej wiernie oddać je w powieści, w której stworzyła społeczną i kulturową panoramę kresów w drugiej połowie XIX wieku.

Dla tych, którzy nie znają języka rosyjskiego pewne trudności może sprawiać sporo nazewnictwa zaczerpniętego z tego języka, którym przeplatana jest mowa części bohaterów książki, ale przypisy u dołu stron pozwalają bez problemu zrozumieć te pojęcia a książkę czyta się szybko, gdyż jej intrygująca fabuła sprawia, że trudno się od niej oderwać. Przynajmniej ze mną tak właśnie było.


 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Moje zaczytanie

poniedziałek, 22 września 2014

Eustachy Sapieha, Tak było...





Krążyłam wokół tej książki wiedząc doskonale, że w końcu ją kupię, bowiem od lat interesują mnie losy polskiej arystokracji.

Tym razem mamy do czynienia z pięknie wydaną książką "Tak było... Niedemokratyczne wspomnienia" Eustachego Sapiehy (Świat Książki, 2012). Podtytuł "Niedemokratyczne wspomnienia" nie jest tu przypadkowy, Sapieha ma wyraziste poglądy, które nieraz w dosadny sposób akcentuje. Dodaje to smaczku książce, która okazała się jedną z najciekawszych moich lektur ostatnich miesięcy. Pasjonująca opowieść!

Sapieha na życzenie swych dzieci, urodzonych już na emigracji, w Afryce, spisuje dzieje swojej rodziny. Z nostalgią, ale i z humorem, powraca do majątku rodowego w Spuszy (dziś na Białorusi). Opisuje życie pałacowe (tak naprawdę był to dom w stylu zakopiańskim), polowania, psikusy z dzieciństwa, swoje ukochane nianie, smak gruszek, świeżego chleba, masła... Smaki, do których tęsknił całe życie.

Potem nadchodzi wojna, bitwa pod Kockiem, obozy jenieckie. Bardzo ciekawy jest - dla mnie - rozdział "Grabau". Sapieha po wydostaniu się z obozu w Lubece zostaje komendantem stadnin w Grabau, gdzie stacjonowało kilkaset wspaniałych koni z polskich stadnin w Racocie czy Janowie. Wszystkie te konie przetrwały wojnę, opiekowali się nimi polscy masztalerzy. Tam poznał swoją przyszłą żonę Antonię Siemieńską. Po krótkim przystanku u zaprzyjaźnionej belgijskiej rodziny wyjechał do ojca, do Afryki. Pobyt w Afryce pokazuje jak wszystko można zacząć od zera. Dosłownie. Syn księcia, student europejskich uniwersytetów należący do przedwojennej elity nie tylko polskiej, ale i europejskiej, w Afryce jest debiutantem. Mieszka z rodziną skromnie, często się przeprowadza, gdy dzieci podrosły i czas był na to, by poszły do szkoły Sapieha przyznawał, że gdyby przyszło mu za szkolę zapłacić byłoby to ogromnym obciążeniem dla rodziny. Zrządzeniem losu nie musiał. Siostry loretanki wyczytały, że w XVII wieku jakiś Sapieha otrzymał od papieża Złotą Różę... Przełożona zakonu stwierdziła, że potomkowie takiego człowieka nie mogą płacić za szkołę. W domu wszystkie sprzęty wykonywali sami - krzesła, stoły, abażury... Początkowo nie było ich stać na porządne meble, a "pretensjonalnej tanizny" nie chcieli. By dzieci wiedziały skąd pochodzą na abażurach wymalowano rodowy herb Sapiehów. Noblesse oblige...

To książka również o przedmiotach, ale oczywiście nie byle jakich. Mamy tu piękną historię zegarka, luksusowego Patka z 1845 roku. Sapieha zdawał sobie sprawę, że jego sprzedaż ułatwiłaby rodzinie życie, ale... sentyment był wielki. "Patek niech śpi spokojny i szczęśliwy, że go z rodziny za pieniądze nie wyrzucamy" (s.340)
Można jeździć - jak sam autor wyznaje 20, a nawet 30 -letnim renaultem, mimo że Patek pozwoliłby na kupno nowego, luksusowego wozu.

Niesamowita historia dotyczy także losów pięknego XVIII-wiecznego portretu Pelagii z Potockich Sapieżyny
. Portret pięknej Pelagii wielokrotnie rabowany przez Rosjan po Powstaniu Listopadowym, potem w czasie rewolucji bolszewickiej znalazł się w 1917 roku w Kijowie na jakimś targu, gdzie zwinięty w rulon leżał między szczotkami, starymi butami. Obrazy kupowano za bezcen, bo cenę liczono od cala! Wuj Sapiehy uratował Pelagię, która trafiła do Warszawy, a w końcu do majątku w Spuszy, skąd w czasie wojny wyjechała przybita do jakiejś szafki! "...biedna Pelagia uciekała po raz trzeci od wschodnich braci"(s.342)

Potem słuch o niej zaginął, odnalazła się po latach w mieszkaniu pewnego sędziwego profesora, który kupił ją w 1950 roku, a w testamencie swe zbiory przekazał na Zamek Królewski w Warszawie. Tam Pelagię widziałam i ja, przed wielu laty, zwiedzając zamek, ale nie miałam pojęcia, że obraz miał tak burzliwą historię!

Najbardziej wzruszający był moment, gdy Sapieha po kilkudziesięciu latach wraca do Spuszy. Chce ją zobaczyć, jeszcze raz poczuć tamto powietrze, czuć tamtą ziemię. Tamtą, swoją, sapieżyńską... Lata 90. XX wieku, Białoruś... Nieużytki, ruiny dawnych siedzib, rozgrabionych, spalonych, unicestwionych.

Sapieha nie poznaje okolicy, szuka kościołka, wjazdu do starego lasu, złotego piasku. Przy drodze stary człowiek pilnujący jednej krówki. Sapieha go pozdrawia, wywiązuje się rozmowa.
" - A wy skąd?
- Ja syn knizia spuszańskiego.
- To wy kniaź! Spuszy nie ma, folwark rozkradli, spalili, zaorali (...) pałacu też nie ma..." (s. 403)
Gdy się pożegnali, Sapieha wsiadł do samochodu i ruszył wskazaną drogą do Spuszy, której nie ma... a chłop zdjął czapkę i stał, odprowadzając wzrokiem kniazia Sapiehę.
Jest to jeden z najbardziej wzruszających momentów w tej książce.

****

Zabrakło mi jednej rzeczy - noty wydawcy na temat autora tych świetnych, wprost nieprawdopodobnych wspomnień. Eustachy Sapieha (1916-2004), zmarł w Nairobi, pochowany w Polsce, w Boćkach, na Podlasiu, w kościele ufundowanym na początku XVIII stulecia przez jednego z książąt Sapiehów. Postać niezwykła, tak jak niezwykła jest książka, pod której urokiem i wrażeniem jeszcze pozostaję.


 Ten tekst oryginalnie ukazał się na blogu O biografiach i innych drobiazgach


niedziela, 21 września 2014

Mateusz Jantar, Zmowa




Jakiś czas temu na blogu, którego już niestety nie ma w blogosferze spotkałam się z Eugeniuszem Werstinem, autorem trylogii ukazującej historię życia Króla Dawida i jego syna Salomona, który na rok przed śmiercią wydał powieść "Szklana góra". Szukając jego książek w internecie natknęłam się na powieści Mateusza Jantara a próbując dociec kim był Jantar odkryłam, że to pseudonim Werstina, pod którym ten wydawał swe książki w początkach lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, a były to : Samotne kruki, Zmowa, Dzieci wdowy.

Żyjący w latach 1921-2006 Eugeniusz Werstin urodził się w Wilnie, w którym mieszkał do wybuchu II wojny światowej. W czasie wojny uczestniczył jako partyzant Armii Krajowej w walkach wyzwoleńczych na kresach, był internowany w obozie dla Polaków w Połondze na Litwie i więziony w sowieckim obozie pracy dla polskich żołnierzy w okolicach Kaługi i Riazania. W książkach swych, poza wymienioną wyżej trylogią, Eugeniusz Werstin ukazywał dzieje Polski kresowej w ubiegłym wieku.

Akcja wydanej w 1973 roku przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą "Zmowy" zaczyna się po Trzech królach w roku 1927 od sytuacji, która doprowadziła do śmierci starego Lityńskiego, "egzekwie", czyli stypę, po którym długo we wsi Świątniki pamiętano. Dzień ten zapisał się w pamięci świątniczan również dlatego, że sprawdziła się wieść jaką im Lityński przekazał przed śmiercią, że wieś będzie mieć nauczycielkę, na którą długo czekano. Po nauczycielkę i jej rodzinę oraz dobytek trzeba było pojechać. Po sporze, który wokół dania podwody* się potoczył, zdecydowano, że pojedzie po nią młody Jan Kuklis z sąsiedniego zaścianka Popawle. I tak doszło do pierwszego spotkania pary, o której głównie jest ta książka.

 
Basia, która jest wdową posiadającą syna wiele w życiu przeszła, ale twardo stąpa po ziemi realizując swe plany życiowe. Jan musi się ożenić przed swym bratem Bronkiem, by móc zostać właścicielem Brzozy, ziemi, o której marzy. Basia chce tam zbudować dom. Obydwoje łączy więc wspólny interes i w niezwykle szybkim tempie dochodzi między nimi do zaręczyn oraz do ślubu. Małżeństwo zawarte nie z uczucia, a nawet nie z rozsądku, lecz dla interesu nie ma dużych szans na to, by się w nim dobrze układało, tym bardziej, że ona nauczycielka a on niby z szlachty, ale prostak i cham. I tak się faktycznie staje. Już projekt domu staje się kością niezgody, gdyż każde z nich ma inne o nim wyobrażenie.

"Chatę budowano zawsze tak samo: środkiem sień, dzieląca budynek na dwie równe części. Z sieni wchodziło się na lewo do piemieszczenia, gdzie stał piec i gdzie wszyscy jedli, kłócili się, rodzili, po drugiej zaś, jak mówią "czystej" stronie, była prawdziwa podłoga i łóżko drewniane ze stosem poduszek, nakryte piekną, w domu tkaną dzieruhą. W pomieszczeniu tym przy oknach stały kołowrotki i kosmate kądziele, zimowy "odpoczynek" kobiet".

O takim domu marzył Jan, ale Basia miała inne wyobrażenie o swym domu.

- "Patrz : wejście frontowe powinno być przez werandę. Przedpokój. Z przedpokoju wejście na wprost do stołowego. Na prawo salonik, na lewo pokój mojej mamy. Nasz pokój za salonikiem. Myślę, że powinno być również bezpośrednie połączenie z jadalnią...
- Nic z tego nie rozumiem! Pokoje, pokoje....a gdzież tu żyć? Gdzie kuchnia, gdzie....
- Kuchnia za pokojem mamy. Ona i tak będzie zajmować się kuchnią, powinna mieć najbliżej.
Złość go ogarnęła. Mruknął z przekąsem :
- O jeszcze jednym pokoju zapomniałaś.
- Nie zapomniałam, tylko nie bardzo widzę jak...Ostatecznie na naukę wystarczy mu miejsca w stołowym ..
Spać będzie na razie z nami, jeszcze mały, a jak podrośnie....
Wstał gwałtownie i machnął ręką. Drobna kruszyna upadła na ziemię.
- Mnie na taki dom nie stać. Mnie wystarczy miejsce do gospodarki....
- To sobie gospodarz, czy ja Ci bronię?
- Nie zabronisz mi pracować na chleb.
- Iii...praca! Przez cały rok nie zapracujesz tyle, co ja dostanę za miesiąc!
Umilkł i patrzał na nią szeroko otwartymi oczami. Bardzo chciał wiedzieć, ile też ona zarabia w szkole, tylko chłopska intuicja powstrzymywała go przed zapytaniem wprost".[...]


To Basia buduje dom i to ona stawia warunki. Basia, która ma dobrze płatną posadę nie ceni sobie ani męża ani jego ciężkiej i mało dochodowej pracy na roli. Najważniejszy w jej życiu jest jej praca i syn.

Mateusz Jantar w swej "Zmowie" zawarł przekrój przez społeczność zamieszkującą w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku okoliczne wsie wokół Wilna. Głównie byli to biedni, ciężko zarabiający na chleb polscy chłopi uzależnieni w swym trudzie od pór roku i pogody, od której zależały zbiory i ich byt. Naród twardy, niekształcony, dla którego największym dobrem była posiadana ziemia, gdyż to ona wyznaczała status społeczny. I taki jest właśnie Jan Kuklis, dla którego Brzoza to najcenniejsze co posiada i o którą jedynie się stara i zabiega. Kuklis to hardy, bitny i gburowaty chłop, który nie jest dobrym człowiekiem i ma sporo złego na sumieniu, w tym i darzące go uczuciem kobiety Władkę i Helę, które traktuje przedmiotowo i wykorzystuje bez skrupułów. Jedynie nie może poradzić sobie z wykształconą żoną, bo ta jest niezależna od niego i z czasem przeprowadza się do Wilna z synem, którego tam posyła do szkoły, by z czasem opuścić go całkowicie.

"Zmowa" napisana żywym, barwnym a momentami i dosadnym językiem pozwala poznać zwyczaje kresowiaków i ich charaktery a także nawyki, do których niestety należało również picie na umór.Bez monopolki nic się nie obywało.

Powieść wciąga swą fabułą, gdyż wiele się w niej dzieje za sprawą emocji jakie są wynikiem prostackich i niepohamowanych natur jej bohaterów. Czytając ją czuje się, że pisarz znał doskonale środowisko o którym pisał.

Wprawdzie niewiele w powieści jest o patriotyzmie, jedynym akcentem patriotycznym jest tu wystawienie przez Basię "Karpackich górali" i młody ksiądz, który nastaje w sąsiednim zaścianku, a pochodzący z patriotycznej rodziny, niemniej chłopi nie zapominają, że są Polakami mimo czasem litewsko brzmiących nazwisk, jak w przypadku Kuklisa. Kuklis pytany kim jest, gdy stara się o pracę policjanta stanowczo mówi, że jest Polakiem.
   
Książkę czytałam z dużą przyjemnością być może i dlatego, że żywię sentyment do kresów. Muszę grzebnąć w dokumentach parafialnych czy czasem ród mojego dziadka nie wywodzi się ze wschodu. Szkoda, że nie miałam okazji z nim często rozmawiać i że w ogóle jak byłam młoda, dokąd żył przeszłość nie znajdowała się w kręgu moich zainteresowań.
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Moje zaczytanie 

sobota, 20 września 2014

"Czerwone niebo nad Wołyniem" Barbara Iskra - Kozińska



Autor : Barbara Iskra - Kozińska
Tytuł : "Czerwone niebo nad Wołyniem"
Wydawnictwo : Bellona 


 Piękna, czarująca opowieść o życiu na Wołyniu, przedstawia ona losy rodziny Kozińskich o których już na pierwszej stronie czytamy :


 
Niespiesznie snuta historia pozwala nam nie tylko dokładnie poznać rodzinę Kozińskich Michalinę i Wincentego oraz kolejno każde z ich dzieci ale także ich otoczenie, sąsiadów bliższych i tych dalszych czyli i Polaków i Ukraińców. Czytamy o zwyczajach panujących w tych dwóch różnych przecież narodach, o zwyczajach świątecznych , o życiu codziennym o tym czym się zajmowali domem , gospodarstwem , obrządkiem , uprawą pól. Pięknie to wszystko opisane wręcz odnosiłam wrażenie że sama zagrabiam siano czy tez prowadzę konia do stajni. Podpatrujemy zagrody, domy ich urządzenie, stroje zarówno osób majętnych jak i chłopów tych Polskich i tych Ukraińskich. Tak naprawdę książka ta stała się dla autorki szansą nie tylko na nagłośnienie tematu samej Rzezi Wołyńskiej ale i tego co utraciliśmy przez II wojnę światową. Przedstawienie tego w taki a nie inny sposób to mam wrażenie efekt tego że autorka spisywała przede wszystkim wspomnienia a te jak wiadomo lubimy idealizować a raczej pamięć nasza to lubi, po drugie jest to po trosze ( moim zdaniem) zabieg celowy gdyż w zderzeniu z zakończeniem jest nam tego sielankowego obrazu zdecydowanie bardziej żal, niż gdybyśmy nie mieli okazji zapoznać się z czasami wcześniejszymi i to z takiej właśnie perspektywy pokazanymi. Wezmy też poprawkę na to że czytamy historię majętnej rodziny ziemiańskiej, zle im wówczas przecież na Kresach nie było. Nie jest to żaden zarzut tylko stwierdzenie faktu, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zamierzał zarzut z tego uczynić.
 


Tekst uprzednio pojawił się na blogu moleslawa
 

Krzysztof Hejke, Polesie






„Często podróżowałem szlakami wodnymi łodzią bądź kajakiem płynąc kilkumetrowym kanałem w palisadzie z trzciny. Po godzinach wędrówki tunel się otwierał ukazując zjawiskowe jezioro o płytkim dnie z krystaliczną wodą i stado białych czapli niczym z obrazu Chełmońskiego.” (Krzysztof Hejke, Wstęp)

Dziś chciałabym Wam przedstawić książkę niezwykłą. Jest ona niezwykła nie tylko z uwagi na temat - tajemniczą krainę, o której opowiada, ale jej niezwykłość wynika z faktu, że jest to album fotograficzny z urzekającymi zdjęciami Krzysztofa Hejke. Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że to tylko „książka do oglądania”. Ostatnio raczej nie kupuję albumów, ale po przejrzeniu tego wydawnictwa stwierdziłam, że warto je mieć na własność. Wszystko, co wiąże się z Polesiem interesuje mnie i przyciąga jak magnes, co jest spowodowane moją krótką stycznością ze współczesnym Polesiem podczas białoruskich wakacji w 2009 r. oraz lekturą
„Polesia” Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego.

Album podzielony jest na kilka rozdziałów zatytułowanych prosto i konkretnie: Rys historyczny; Krajobraz ; Architektura; Ludzie; Cmentarze; Współczesność

Teksty autorstwa Katarzyny Rzehak i Jarosława Książka (rozdział Współczesność) wprowadzają w temat, a nastrojowe zdjęcia Krzysztofa Hejke pokazują dzisiejsze Polesie, gdzie często można się natknąć na urzekające piękno natury i ślady dawnych tradycji. W „Rysie historycznym” autorka prezentuje dzieje tych ziem od wczesnego średniowiecza po współczesność, a tekst ilustrują stare zdjęcia i pocztówki potwierdzające unikalny charakter tych ziem. Oprócz nich można także obejrzeć portrety synów Polesia, polskich bohaterów narodowych, takich jak Tadeusz Kościuszko czy Romuald Traugutt.

W kolejnych rozdziałach zanurzamy się w specyficzny krajobraz tych ziem, obecnie znacznie zmieniony, ale gdzieniegdzie można się natknąć na błota i zarośnięte szlaki wodne, gdzie można się dostać jedynie łódką czy kajakiem.

Czasem jedna fotografia mówi więcej niż tysiące słów… Kiedy oglądamy zdjęcia ciągle imponujących ruin pałacu Sapiehów w Różanach, ruin neogotyckiego pałacu Pusłowskich w Mereczowszczyźnie, niszczejącego kościoła w Wołczynie, przez pewien czas miejsca spoczynku doczesnych szczątków ostatniego króla Polski, to… żal serce ściska. I nie zmienia tego fakt pięknie odnowionej, cieszącej oko zabytkowej katedry w Pińsku, kilku kościółków oraz cerkwi.

„Bywało, że dom witał zapachem chleba z mąki gryczanej i dzielił się prastarym przepisem na pranie koszul w popiele ugniatanymi nogami. Poznałem tam receptę, jak pozbyć się kołtuna, oraz drogę do starej baby, co »zamawia i masuje«. Odkryłem genezę nazwy rzeki Prypeć, która pochodzi od »trzy razy pięć« i oznacza liczbę dopływów trudnych do policzenia w dawnych czasach przez niewykształconą społeczność.
To tu, w zaściankach szlacheckich przetrwała świadomość lepszego pochodzenia, mimo że mało kto potrafi dziś przywołać swoje zawołanie lub określić herb. Tu spotkałem szczery i szalony gniew przedwojennego wiarusa na zmianę języka w modlitwie (teraz obowiązuje białoruski). Bo polski od wieków swą melodią i oddaniem wpisywał się w krajobraz miejsko-wiejski. Mój rozmówca, były zakrystianin, nie mogąc znieść myśli o liturgii po białorusku, spalił pierwsze wydanie Biblii w tym języku, uważając, że jest dowodem... działalności szatana”.
(Krzysztof Hejke, Wstęp)


Ogromne wrażenie robią portrety ludzi, których napotkał na swojej drodze Krzysztof Hejke. Są to w większości zdjęcia ludzi żyjących na tych terenach z ich pamiątkami, wspomnieniami, starymi zdjęciami. Niektórzy wykonują uświęcone tradycją czynności, niektórzy pamiętają, że wywodzili się z zaścianka szlacheckiego. Ale ludzka pamięć jest ulotna. Za 5, 10, 20 lat tych ludzi, którzy coś pamiętają, już nie będzie, a nowe pokolenie chyba nie będzie miało nawet najmniejszych wspomnień o przeszłości rodzinnej…

Wszystko powoli zanika. Ten album stanowi próbę zatrzymania tego nostalgicznego wspomnienia unikalnego miejsca na ziemi, które już praktycznie znikło w takiej formie, w jakiej opisywał je Antoni Ferdynand Ossendowski. Prawdziwych Poleszuków już chyba nigdy nie spotkamy…

Polski fotografik szczególne miejsce poświęcił w albumie poleskim cmentarzom. Pokazał te niszczejące i te zadbane. Uwagę zwracają tradycyjne poleskie krzyże kolorowe ze wstążką. Są to miejsca pamięci, gdzie można natknąć się na ślady tradycji starszej niż czasy II Rzeczpospolitej.

Współczesna Białoruś jest dość specyficzna. W każdej, nawet najmniejszej miejscowości w centralnym punkcie jest pomnik Lenina lub innego socjalistycznego bohatera. Hejke doskonale to odzwierciedla pokazując zadbane, czyste ulice i te pomniki świadczące o niewygasłych sentymentach do lat komunizmu, a może jest to teraźniejszość dla tego kraju.

Polecam ten przepiękny album z całego serca. Może nie oddałam wszystkich szczegółów tej publikacji, gdyż kończę pisać ten tekst z dala od domu, ale chciałam, abyście spojrzeli na nią życzliwie. Dzięki wspaniałym zdjęciom autorstwa Krzysztofa Hejke można poczuć ten niedzisiejszy, specyficzny klimat, który został praktycznie zdemolowany przez huragan historii.


 Ten tekst oryginalnie ukazał się na blogu Notatnik Kaye

piątek, 19 września 2014

Joanna Wieliczka-Szarkowa, Wołyń we krwi 1943






Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie,
Zapomnij o mnie.

(Adam Mickiewicz)


Recenzja ku pamięci pomordowanych Polaków na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej


We wprowadzeniu do książki, do której lektury chcę w przededniu 70. rocznicy rzezi wołyńskiej zachęcić, ks. prof. Józef Marecki opowiada przejmującą i symboliczną historię dziewczynki w czerwonej sukience. Jako historyk badający relacje polsko-ukraińskie wielokrotnie przemierzał Wołyń, Podole, Lwów i Kijów. Dwadzieścia lat temu w Kamionce Strumiłłowej (dziś Buskiej) przyszła do niego starsza kobieta, która chciała się wyspowiadać „przed ksiondzem z Polszy”, ale w imieniu jej nieżyjącego ojca. Na taką formę spowiedzi ksiądz jednak nie mógł się zgodzić. Dopytywana, dlaczego zamierzała się wyspowiadać w imieniu swojego ojca, opisała zgromadzonym w kościele wiernym, jak wyglądała jego śmierć. Ojciec umierał w strasznych męczarniach, rzucając wyzwiskami i bluźnierstwami. Opowiedziała także o swoim dzieciństwie. Urodziła się na Wołyniu w posiadającej dosyć duży majątek i szczęśliwej rodzinie. Z rodzicami uczęszczała na cerkiewne nabożeństwa, wspominała także szkołę z polską nauczycielką oraz koleżanki z sąsiedztwa. Po wybuchu wojny zdawała sobie sprawę, iż bolszewików należy się bać. Ojciec ukrywał ziarno i stale pouczał ją, iż nie wolno jej nikomu nic zdradzić. Kolejna wojna sprawiła, że Ukraina stała się wolna. Z matką spała na strychu, gdyż pozostałe pomieszczenia zajmowali mężczyźni, którzy zbierali się w ich domu. Zapamiętała, że to wtedy zaczęły się kłótnie między jej rodzicami, a ojciec ciągle gdzieś znikał na kilka nocy. Wracał brudny, pijany i zakrwawiony. Przywoził wiele rzeczy: meble, sprzęt gospodarczy, kury i kaczki, ubrania. Matka płakała i błagała męża, by więcej już nie wyjeżdżał. Pewnego dnia przywiózł dla swej córki czerwoną sukienkę, poplamioną, chyba krwią, więc matka ją wyprała. Załatała także małą dziurkę na wysokości serca. Okazało się, że świetnie pasuje. W całej wsi żadna dziewczynka nie miała takiej sukienki. Jedna z sąsiadek powiedziała jej, że wygląda jak polska panienka. Jednak wówczas jeszcze nic nie rozumiała. Okrutną prawdę o tej sukience pozna wiele lat później. Po zamążpójściu opuściła rodzinną wioskę i pracowała w kołchozie. Dowiedziała się, jak naprawdę wyglądała wojna, w której brał udział jej ojciec, i zrozumiała, że nosiła sukienkę swej polskiej rówieśniczki, której serce przebił ukraiński nóż. Po powrocie w rodzinne strony dręczyła ją przeszłość. Pytana o czas wojny, matka odpowiedziała, że wszyscy mordowali, bo tak trzeba było”. Od ojca usłyszała zaś kilka przekleństw i pytanie: czy ci źle w wojnę było, brakowało ci czego? Później, jak wspominała, żyła w biedzie i nieszczęściu. I pomyślała sobie, że jak wyspowiada się w imieniu ojca przed polskim księdzem, to może Pan Bóg jej i rodzicom wybaczy. Opowiedziana przez księdza historia swojego spotkania z Ukrainką jest dla niego kwintesencją wydarzeń, do jakich doszło na Wołyniu w 1943 roku. Ewa Siemaszko z kolei podkreśla w swoim wprowadzeniu do lektury książki dr Szarkowej, że podczas II wojny światowej naród polski był ofiarą trzech ludobójstw - niemieckiego, sowieckiego i ukraińskiego. Ta prawda powoli, ale jednak przebija się do naszej, polskiej, świadomości. Ale czy nasi sąsiedzi ją pojmują i przyjmują? O tym, jak ciężko dziś zmierzyć się Ukraińcom i Kościołowi Greckokatolickiemu z przeszłością, można przeczytać w końcowych rozdziałach książki Joanny Wieliczki-Szarkowej.

Historyczka podaje, że ponad 100 tysięcy (według niektórych źródeł, 130 tysięcy) Polaków padło ofiarą niespotykanego ludobójstwa. Tej tragedii nie można zrozumieć bez tła historyczno-geograficznego. Autorka przybliża więc najpierw czytelnikom długie dzieje Wołynia oraz opisuje jego położenie i sielską przyrodę. Przywołuje postaci znanych Polaków związanych z tą krainą leżącą niedaleko, bo między górnym Bugiem i Słuczą (do stolicy Wołynia, Łucka, trzeba z Warszawy pokonać tylko 400 km). W końcu XVIII wieku, gdy ziemia wołyńska znalazła się częściowo pod zaborem rosyjskim, a częściowo austriackim, pojawiały się wśród Ukraińców zachowania zapowiadające późniejsze tragiczne wydarzenia, w których podczas dwóch wojen światowych z wielką mocą odżyły okrutne, krwawe tradycje kozaczyzny hajdamacczyzny, prowadzące do niewyobrażalnych cierpień tysięcy niewinnych i bezbronnych Polaków. Nie mogło zabraknąć wzmianek o Zofii Kossak-Szczuckiej i Kornelu Makuszyńskim, którzy byli naocznymi świadkami dantejskich scen, jakie rozgrywały się w listopadzie 1917 roku. Bolszewicy zniszczyli ponad sto polskich dworów i folwarków, w tym pałac Sanguszków w Sławucie. Właściciela tych dóbr, Romana Sanguszkę, bandyci bestialsko zamordowali. Autor Awantury o Basię, który także widział, jak to określił, szaleństwo zbolszewizowanych Ukraińców, niezwykle sugestywnie opisał, jak ludzkość została sponiewieraną po tysiącu lat chrześcijaństwa w tym kraju. Wyrażał nadzieję, że może przyjdzie jeszcze ten czas, że i ten człowiek oszalały, co piłą rzezał człowieka i gwałcił dzieci, stanie nagle nieprzytomny z lęku przed ohydnym widmem tego czynu i człowiek się w nim odezwie? Nie przypuszczał, że to szaleństwo może się powtórzyć...

Po przedstawieniu dziejów Wołynia, życia jej mieszkańców (z relacji, które zebrali państwo Siemaszkowie, wynika, że sąsiedzkie stosunki między Polakami a zwykłymi Ukraińcami układały się przed drugą wojną światową dobrze) i tego, jak powstawała ukraińska nacjonalistyczna ideologia o mocno antypolskim zabarwieniu (porzucająca chrześcijańskie zasady współżycia; główne hasło OUN brzmiało: „Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń”), która przyczyniła się do rzezi wołyńskiej, historyczka oddaje głos ocalałym ofiarom. Ich świadectwa są nasycone dotkliwym i przejmującym bólem.

Trudno opisać ogrom emocji towarzyszących w trakcie lektury książki dr Joanny Wieliczki-Szarkowej poświęconej zagładzie Polaków i polskości na Wołyniu. Bardzo silne przeżycia wywołuje jej lektura, ale ogromny głód wiedzy i prawdy tłumi to wzburzenie i każe jednak nie odkładać książki. Wstrząsające relacje świadków przywołują dramat dwóch okupacji, narastającą grozę wojenną, a w końcu ludobójcze działania ukraińskich nacjonalistów, którzy mordowali ze szczególnym okrucieństwem (jeden z historyków policzył 130 sposobów zabijania Polaków na Wołyniu!!!) całe rodziny, wsie, kolonie... Dworek w Butejce, Parośla, Huta Stepańska, kolonia Lipniki (zamieszkana przez potomków szlachty zagrodowej; wśród uratowanych przez samoobronę zorganizowaną przez Polaków był wówczas dwuletni, przyszły kosmonauta, Mirosław Hermaszewski), Klesów (w tej wsi ukraińscy nacjonaliści bagnetami oraz nożami wymordowali dziesięcioro dzieci pilnujących bydła), Janowa Dolina, Dominopol to tylko niektóre przykłady skupisk Polaków unicestwionych niemal w całości. Tych wsi już nie ma. Na ich miejscu rozciągają się pola i ugory. Są to trupie pola, gdyż tysiące Polaków zamordowanych w bestialski sposób przez ukraińskich nacjonalistów do dziś nie mają grobów… Większość ofiar pozostaje bezimienna. Ci, którzy przeżyli rzeź, rozpaczliwie próbują odnaleźć ślady dawnych domostw, miejsca pogrzebania, pomordowanych rodzin...

W czasie „krwawej niedzieli”, 11 lipca 1943 roku, w rodowym mieście Czackich Porycku oraz miasteczku Kisielinie (powiat horochowski) ukraińskie bojówki napadły kościół w czasie odprawiania mszy świętej, stąd narodziła się poruszająca nazwa dramatu: „przerwane msze wołyńskie”. Z bohaterskiej obrony kościoła w Kisielinie ocalał Włodzimierz Sławosz Dębski, który stracił wtedy nogę, ale mimo to walczył później w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Ożenił się z Anielą Sławińską. Ich synem jest znany kompozytor Krzesimir Dębski. Szał bestialstwa trwał jeszcze długo, do lutego 1944 roku. Jak wspominają ocalali, śmierć była wszędzie. Jesteśmy im oraz pomordowanym ich całym rodzinom winni pamięć. Jednym z jej przejawów może być lektura książek poświęconych tej tematyce, a pojawia się ich coraz więcej. Dr Szarkowa przypomina także historie Ukraińców, którzy jako sąsiedzi z narażeniem życia ratowali Polaków przed mordami dokonywanymi przez ich rodaków, a ponadto akcentuje, że ofiarami OUN-UPA padali obywatele nie tylko polskiego pochodzenia, ale też żydowskiego i właśnie ukraińskiego.

Warto podkreślić, że książka dr Szarkowej jest przepięknie wydana pod każdym względem, wzbogacona o liczne fotografie oraz indeksy nazw miejscowości i nazwisk, a ponadto niezwykle przyjazna dla oka, gdyż tekst został złożony dużą czcionką, co jest dziś rzadkością na polskim rynku wydawniczym. Styl wywodów daleki jest od narracji typowo akademickiej czy naukowej, gdyż zamierzeniem autorki było przystępne i przejrzyste przybliżenie skomplikowanych i dramatycznych faktów wciąż mało znanych Polakom (o czym świadczy najnowszy sondaż). Mimo grozy opisywanych wydarzeń trudno oderwać się od lektury.

Wszystkie zaznaczone kursywą cytaty pochodzą z książki Joanny Wieliczki-Szarkowej, Wołyń we krwi 1943, Wydawnictwo AA, Kraków 2013.
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Szczur w antykwariacie  
 

czwartek, 18 września 2014

"Wyklęte pokolenia" - Janusz Rolicki


Odwiedzający mojego macierzystego bloga pewnie zauważyli, że mam pewną słabość do Kresów Wschodnich (czy w ogóle do Europy Wschodniej, ale to już inny temat). Po lekturze książki pana Rolickiego poczułam jednak wdzięczność do losu, iż moja rodzina z kresów nie pochodzi, na wschód ich kompletnie nie ciągnęło, a nawet, jak się tam w kompletnie nieodpowiednim momencie dziejowym zaplątał mój dziadek, to nie będąc ani oficerem, ani inteligentem nie przyciągnął uwagi NKWD. Gdyby stało się inaczej, zapewne nie oglądałabym wtedy tego świata.
 
"Wyklęte pokolenia" początkowo sprawiają wrażenie zupełnie zwykłej sagi rodzinnej. Śledzimy losy Jaremy Krzemieńskiego, właściciela ziemskiego z Dzikich Pól (okolice Bałty, okręg odeski), któremu mimo udziału w Powstaniu Styczniowym udaje się nieźle urządzić w rosyjskiej rzeczywistości, koleje jego dwóch małżeństw (z Rosjanką i Polką), dowiadujemy się też jak wyglądało życie ukraińskich i syberyjskich krezusów. Równolegle śledzimy losy jego dzieci i żony kilkadziesiąt lat później - od brawurowej ucieczki z Sowietów w 1922, aż po rok 1945.
 
Jednak ta saga jest nietypowa i to nie dlatego, że jej bohaterowie zostaną nieźle wyłomotani przez dziejowa zawieruchę. Już od początku towarzyszy im podskórny niepokój. Wszyscy boksują się ze swoją polskością, wyrzekają na zgubny wpływ romantycznych poetów, deprecjonują narodowe zrywy, podziwiają potęgę Rosji (zwłaszcza z wątpliwym urokiem ówczesnej Polski - czyli Priwisljenja). Jednak nie potrafią się zasymilować.
 
Drugie źródło niepokoju, to świadomość nadchodzących nadciągających ciężkich czasów. Carat mimo, że tłumił polskość zapewniał jednak pewne bezpieczeństwo materialne i porządek prawny. Rosnący w siłę komuniści/socjaliści - niekoniecznie. Jednak dość trudno jest sprzedać majątek i prysnąć na Zachód, jeśli na razie jakoś to wszystko funkcjonuje... Nie zdradzę tajemnicy (sugeruje ją już tytuł), że te wszystkie złe przeczucia spełnią się, aczkolwiek nie nastąpi to od razu. Polskiego "Przeminęło z wiatrem" nie będzie. Losy rodziny Krzemieńskich poruszają tym bardziej, że jest to historia prawdziwa - oparta na dziejach rodziny autora.
 
Wnioski z lektury nie są niestety optymistyczne. Niezależnie jak kombinujesz i jaki jest Twój stosunek do kraju w którym mieszkasz, jesteś na straconej pozycji mieszkając w tej części Europy. Mówicie, że od dawna nie było wojen, a nadciągający kryzys będzie li i jedynie ekonomiczny? Poprzednie, "wyklęte" pokolenia tak sobie właśnie powtarzały przed każdym kolejnym zakrętem dziejowym...


Tekst oryginalny ukazał się na moim blogu.

środa, 17 września 2014

Beata Obertyńska, W domu niewoli





Wstrząsająca lektura. To jedna z tych, które się czyta niemal na wdechu, która wywołuje tysiące myśli, o której wiedziałam, że muszę napisać, już kiedy zaczęłam ją czytać. Kiedy siadłam przed ekranem komputera ogarnęła mnie panika, bo napisać o niej nie potrafię, a przynajmniej nie tak, jakbym chciała, bo słowa utraciły swe znaczenie pojęciowe, wybladły, zużyły się, bo przecież niepodobna słowami odtworzyć upiornej grozy tamtych dni, jakie były udziałem autorki i milionowej rzeczy zesłanych i skazanych na powolne umieranie.

W domu niewoli to opis gehenny, jaką przeżyły miliony uwięzionych w Rosji Sowieckiej w latach 1939-1942 pisany z punktu widzenia osoby, która doświadczyła niespotykanego upodlenia w sowieckich więzieniach, łagrach i co najgorsze na sowieckiej wolności. 

Nałkowska pisała Ludzie ludziom zgotowali ten los, a ja zastanawiam się, czy to na pewno ludzie, czy to były istoty stworzone na obraz i podobieństwo … Czytając często nasuwała mi się myśl o zezwierzęceniu, ale przecież …Użycie słowa „zezwierzęcenie” ubliżałoby zwierzętom. Żadne zwierzę nie potrafi tak zbezcześcić swojej zwierzęcości, jak w tej otchłani plugastwa, ohydy i zbrodni zbeszczeszczone zostało człowieczeństwo….. Jesteśmy zewsząd objęte tym plugastwem, piekłem, zalane, zalepione śluzem chorobliwie wyuzdanych słów, utopione w czymś, co poniża, znieważa, kaleczy twoje - Bóg wie po co aż tu ze sobą przywleczone człowieczeństwa, a czemu bronisz się daremnie bezsilnym, w więzienny tobołek wgniecionym płaczem… (str. 87 książki* fragment ten dotyczył zachowania tzw. małolat w turmie, których niezaspokojony popęd fizyczny próbował zaspokoić żądze w wywrzaskiwanych z samcami z celi obok „dialogach”). 

Ale to właśnie słowo przychodziło mi się na myśl, kiedy czytałam opis pobytu w kolejnych więzieniach; zezwierzęcenie, upodlenie, bestialstwo. A potem już zabrakło tych słów, bo żadne nie było w stanie oddać wrażenia, jakie wywoływał opis pobytu w sowieckich tiurmach, gdzie procedura przyjmowania zaczynała się od łamania ludzi długotrwałym oczekiwaniem; godzinami, dniami stanie w upale bez jedzenia i picia w oczekiwaniu nie wiadomo na co, potem rewizje, podczas których odzierano wszystkich z resztek ubrania i resztek godności, badania służące wyłącznie upokorzeniu; na oczach pozostałych współwięźniów przy braku elementarnych zasad higieny, następnie wpychanie ludzi w zatłoczone do granic możliwości sale, gdzie nie było miejsca, aby postawić nogę, a co dopiero usiąść, czy się położyć. Potem następuje opis wegetacji; leżenie na mokrym betonie, w ścisku, głodzie, brudzie, smrodzie, wilgoci, w towarzystwie wszy i fekaliów. 

Więzienia we Lwowie, Kijowie, Charkowie, Chersaniu, Starobielsku niewiele się różnią między sobą. Kiedy zastanawiam się, jak można przetrwać takie upodlenie i co daje siły, aby czerpać się rękoma skrawków życia autorka pisze o uporze i nadziei:
 

Trzeba się głęboko zaciągnąć siłą i uporem i – wytrwać. Z podobnym uczuciem lęku i odrazy, przy gotowości zniesienia wszystkiego, co je czeka wchodzą - wyobrażam sobie- pokutujące dusze do czyśćca. Potępienie i rozpacz zaczyna się dopiero tam, gdzie nie ma nadziei. (str.80 książki)

Najgorszym doświadczeniem nie są upokarzające warunki wegetacji; rewizje, wszy, choroby, zmęczenie, duchota, brud, głód, przerzucanie ludzi z miejsca na miejsce, są nimi ludzie, na których towarzystwo autorka została skazana. Złodziejki, paserki, oszustki, prostytutki, najgorsze szumowiny zamknięte razem z „politycznymi”, „burżujkami” i przypadkowo zgarniętymi ludźmi potrafią tę codzienną egzystencję skutecznie zatruć wrzaskami, awanturami, bijatykami, wyszydzeniem. Tylko dzięki umiejętności wewnętrznej izolacji autorka potrafi przetrwać ten koszmar. 


… umiem ów obłędny, niegasnący wrzask, który z początku doprowadzał mnie do desperacji, czy choćby nucenie takich szablonowych kiczów pod bokiem - zamienić sobie w doskonałą ciszę. Niepodobna wytłumaczyć, jaka jest technika takiej przemiany, jak się ją przeprowadza, jak się do niej dochodzi. W przybliżeniu, opowiedziane, wyglądałoby to tak; w grząskiej jak galareta, opornej, rozłopotanej wrzawie celi drąży sobie człowiek- czy wytapia sobie – wnękę, trochę większą od niego samego, i wtedy znajduje się raptem jakby w hermetycznie zamkniętym jaju. W jaju tym jest już cicho, bezpiecznie i samotnie. Można sobie myśleć, można się modlić, można spać. Człowiek robi się jakiś dośrodkowy, wewnętrzny. (str. 60 książki)

Wyniszczone chorobami, wychudzone, wynędzniałe, w towarzystwie świerzbu, biegunki i wszy stłoczone w bydlęcych wagonach przemierzają ogromne połacie sowieckiego kolosa. W końcu ledwie żywe docierają do punktów przeznaczenia, do mieszczących się w najmroźniejszych obszarach koła podbiegunowego łagrów. Tutaj w zamian za garstkę pożywienia i kubek wrzątku mają odpracować swe niezawinione winy. Kiedy po kilku tygodniach morderczej pracy autorka chora i wygłodzona trafia do „szpitala” dowiaduje się o losie innych zesłańców, którzy nie mieli tyle „szczęścia” co ona.

Człowiek jest tak nieludzko zmęczony, że nie ma siły brnąć ku któremuś z ognisk, by ogrzać skostniałe ręce. Nie. Niepodobna odtworzyć słowami upiornej grozy takiej polarnej nocy w lesie. Bezdenne, mroźne piekło, szarpane od spodu czerwienią dalekiego ognia i to właśnie oślepiające znużenie, i silniejsze od znużenia, tępe, bezmyślne pragnienie śmierci. Palce od mrozu są tak zgrabiałe, tak sztywne i bolące, że kiedy przyjdzie oddać ziemi, co ziemskie, o rozpięciu pasa czy guzików-ani marzyć. Watowe briuki godzą się więc na wszystko, tylko sztywnieją potem lodową skorupą. Na skutek tych zamarzniętych kompresów, w których tkwić muszą pół doby, wszystkie chorują na pęcherz. I robi się błędne koło; mają chore pęcherze, bo pracują po pas zamarznięte, i są po pas zamarznięte, bo mają chore pęcherze. I gdybyż wróciwszy do baraku, mogły się ogrzać i oprać. Gdzie tam. W baraku nie ma światła, a jest w nim tak zimno, że śpiąc przymarzają do ścian…. (str. 231 książki) 

W końcu przychodzi zbawcza wiadomość. Na terenach sowieckich tworzone będzie wojsko polskie, które przyjmie w swe szeregi zesłańców i skazanych. Ogłoszona zostaje amnestia. Wczorajsi wrogowie stają się ludźmi wolnymi i sprzymierzeńcami. I wtedy okazuje się, iż być wolnym w Rosji jest o wiele ciężej niż być skazanym. Skazany może wegetować w ciasnym i brudnym zamknięciu, dostaje głodową porcję jedzenia i jeśli ma szczęście nie zachorować to nawet może uda mu się przeżyć, wolny musi sam martwić się o kąt do spania, jedzenie, łach na grzbiet.

Więzienie i łagier nie są w Rosji najgorsze. Daleko gorsza jest „wolność”! Ta jej ustawiczna pogoń za chlebem, ta wieczna niepewność jutra, borykanie się z każdym dniem o kęs bodaj jakiego pożywienia, walka z życiem nie o życie - bo to do życia jest wcale niepodobne- ale o to przytomne, powolne, rozłożone na lata konanie. (str. 302 książki)

I zaczyna się kolejna gehenna. Podróż w poszukiwaniu tworzącego się wojska. Podróż barżami (statkami), pociągami bydlęcymi, na wielbłądach, piechotą, w przerażającym zimnie, po pas w błocie, z przyrastającym do krzyża żołądkiem, w wycieczeniu, z kolejnymi chorobami, w łachach, które nie grzeją (mroźną zimą), w nieodłącznym towarzystwie wszy, z lejącym się na głowę deszczem, siekącym wiatrem, piaskiem, w brudzie i poczuciu beznadziei. Odsyłani z miejsca na miejsce, niepotrzebni, jak zadżumieni, których nikt nie chce przygarnąć „podróżują” wynędzniałe ludzkie strzępy, a wśród nich; dzieci, ciężarne kobiety, starcy, chorzy. 

To jedna z najbardziej przejmujących relacji, jakie przeczytałam. Nie jestem w stanie oddać całości grozy, ohydy, przerażenia, żalu, wszystkich uczuć, jakie budzi lektura. Jest to książka, którą powinno się przeczytać, pozwala ona lepiej zrozumieć przeszłość, ale może też być ostrzeżeniem dla przyszłości. 

Swoje relacje przeplata autorka spostrzeżeniami dotyczącymi sowieckiego systemu sprawowania władzy i opisu życia mieszkańców tego „sowieckiego raju”. 

I dopiero niebacznie-wierząc zapewne, że żywa noga już stąd nie wyjdzie pozwolono nam, Polakom, zobaczyć z bliska całą miażdżącą maszynerię ich ustroju i my już wiemy. Nie wiemy tylko, co zrobić, aby się dowiedział, aby uwierzył, aby na czas zrozumiał cały cywilizowany świat, że wszystko, co od nich wysyłane jest na zewnątrz, że wszystko, co od nich wie i słyszy się o Rosji, jest wytworem genialnie bezczelnej propagandy, jest bezprzykładnym kłamstwem i blagą, udrapowaną przewrotnie w szlachetne hasła i teorie. Tiurma dopiero - gdzie ma się sposobność usłyszenia szczerych nareszcie wypowiedzi i zeznań tysięcy przedstawicieli tej właśnie warstwy, o której prawa walczy rzekomo rosyjski komunizm - jest odkrywką, która unaocznia prawdziwe złoża i warstwice gigantycznej, przechodzącej ludzkie wyobrażenie tragedii, jaką przeżywa już trzeci dziesiątek lat ten wiecznie przez kogoś ciemiężony, uciskany, wyzyskiwany, czarno roboczy rosyjski naród! Biedny car Iwan Groźny. Jakże pobladł, jakże zmalał, jakże znaiwniał jego krwawy cień w historii tego strasznego kraju (str.122 książki)

 Opisując Kotłas - miasteczko przez które przejeżdżali pisze: 

… domy robią wrażenie umarłych. Nie widziałam w oknie, ani jednej twarzy, ani jednego wazonika. Czasem krzywo bądź jak zawieszona, pełna rudych zacieków szmata broni wglądu w głąb czyjegoś mieszkania. Nigdzie śladu jakiegokolwiek wysiłku ku ozdobie, zadbaniu, czystości. Nigdzie śladu przekwitłej już choćby grządki. Nędza, opuszczenie i jakby dążenie właśnie do wtopienia się bez reszty w ogólną popielatość, nijakość, żadność- strach przed zwróceniem na siebie czyjejkolwiek uwagi, czyich kol wiek oczu. Cieniste to wszystko, nasiąkłe wilgocią i smutkiem… Za to nad każdym- często blachą z puszek łatanym dachem sterczy na żerdzi antena!... W każdy …z tych martwych domków sączy się nieustannie jad propagandy, wpycha się w nie słowami i muzyką, nie daje odetchnąć, myśli zebrać, do głosu dojść- budzi i usypia… ogłupia i urabia. (str. 268-269 książki)


Książka napisana jest pięknym literackim językiem. Czasami napotykamy na zwroty, które dziś wyszły z użycia, ale których znaczenia z łatwością można się domyślić.

W całym tym opisie plugastwa, brzydoty i brudu autorka nie pozostała obojętna na piękno. Pomiędzy przejmującymi opisami bólu, nędzy i zdziczenia znajdują się niezwykłe opisy otaczającej przyrody, zjawisk natury czy okruchów ludzkiej dobroci. Bo poza ludźmi, którzy zgotowali innym taki los znaleźli się także i tacy, dzięki którym udało się przeżyć i ocalić wiarę w człowieczeństwo. Niezwykle wzruszające są te opisy ludzkiej uczynności, dobroci, miłosierdzia, one pozwalają zachować mimo wszystko nadzieję.

 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Moje podróże

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...