piątek, 31 października 2014

Józef Ignacy Kraszewski, Ulana






Józef Ignacy Kraszewski jest autorem cyklu dziewięciu utworów powieściowych o tematyce ludowej, a mianowicie są to: Historia Sawki, Ulana, Budnik, Ostap Bondarczuk, Jaryna, Ładowa pieczara, Chata za wsią, Jermoła, Historia kołka w płocie. Owe powieści pisał autor w latach 1842 – 1860.

Co skłoniło Kraszewskiego do pisania powieści ludowych? Na pewno powodem był pobyt na wsi i wszelkie kontakty z ludnością chłopską. Kraszewski przedstawia w swoich powieściach wieś wołyńską i poleską – z jej akcentem, dialektem, codzienną pracą, poziomem życia materialnego, ale również z troskami, smutkami czy rozterkami. Autor pisał o chłopach pańszczyźnianych, którzy nie umieli ani czytać ani pisać, a nawet bez zgody pana nie mogli zawierać związków małżeńskich. Swoimi powieściami autor włączył się w dyskusję na temat konieczności przeprowadzenia akcji uwłaszczeniowej. Z uwagą możemy śledzić w jego utworach konflikt społeczny jaki powstał między ukraińską wsią, a polskim dworem na Wołyniu i Polesiu.

Ulana opowiada historię niecodziennego romansu. Próżnujący dziedzic Tadeusz ujrzał swą poddankę boso, w białej chustce na głowie i zapłonął do niej uczuciem. Widział w niej „zaniedbany piękny kwiat wśród chwastów”1.

Ulana, żona Oksania Honczara, a przy tym matka, marzy o innym życiu. Zaloty panicza wprowadzają ją w inny świat: „Już nie pierwszy to raz na zawołanie pana biegła z nim w las lub do ogrodu i uplątana w tę miłość pańską, o której tyle w piosenkach słyszała, zapomniała już chatę, męża, wstyd, bo kochała pana.”2.
Podobnie Tadeusz jest szczęśliwie zakochany i zapomina o dawnym życiu, o dawnych zwyczajach, „żył tylko tą osobliwszą sielanką, w ciągłym odurzeniu, nieustannym pijaństwie bez wytrzeźwienia”3. Jednak czy to wszystko ma sens? Czy ta historia skończy się szczęśliwie?

Wtedy pojawia się Okseń- mąż Ulany. Przyjazd męża budzi w niej strach i przerażenie oraz przerywa cudowne chwile z Tadeuszem. Okseń dowiaduje się o zdradzie żony od chłopów w karczmie. Jest wściekły i pragnie ukarać Ulanę. Tadeusz chciałby „otwarcie wbrew wszystkiemu mężowi ją odebrać , albo obszyć się tajemnicą tak, żeby jej nie docieczono, żeby to, co już wiedzą ludzie, wszystkim kłamstwem się wydawało.”4.

Wtedy to, Okseń zostaje znowu wysłany w podróż do Łucka. Mężczyzna początkowo opiera się temu, ale „to już taka dola, skaczy, wraże, jak pan każe”5. Nadchodzi znowu czas spokoju, miłości i namiętności. Jednak dzieje się coś niedobrego, ponieważ „ona rosła w namiętność tylko i gwałtowność jej, jeszcze podscycając nieco słabnącą miłość pana […] ale już rozum częściej i głośniej przemawiał do niego”6.

 
Wzajemne zauroczenie nie ma jednak przyszłości. Nagle dzieją się straszne rzeczy, aczkolwiek Okseń mszcząc się na panu podpala dworskie zabudowania. Następnego dnia Tadeusz zapada w ciężką chorobę, Ulana ciągle jest przy nim, jest wierna i opiekuńcza, natomiast umiera Okseń, co nie wzrusza w ogóle Ulany.

Rozdział XIV powieści przynosi intrygę Augusta- przyjaciela Tadeusza ze studiów, przeciwko Ulanie. Za namową Augusta, Tadeusz wyjeżdża do miasta zostawiając Ulanę samą we dworze jako panią i gospodynię. Jest to okres samotności Ulany.

Przedłuża się nieobecność Tadeusza, przysyła on do dworu list, w którym powiadamia o swoim powrocie z kuzynami i każe usunąć Ulanę z dworu i umieścić ją w pańskim dworku nad jeziorem. Oczekiwanie się przedłuża.

Powraca Tadeusz, Ulana jest bardzo podekscytowana, ogląda przyjazd ukochanego: „w tej chwili odsunęły się firanki powozu i ukazała się głowa mężczyzny […] To był on. A za nim, zwieszona na jego ramieniu, wychyliła się druga głowa, głowa młodej, pięknej kobiety”7. Ulana rozpacza, że tracąc Tadeusza, straciła sens swego życia, wiesza się na czerwonym pasku od swej sukienki na drzewie w ogrodzie.

Tego rodzaju dramatyczna budowa sprawia, że powieść jest nadzwyczaj zajmująca i czyta się ją z niesłabnącym zainteresowaniem.

Chłopka nie jest tutaj niewinnym podlotkiem ani bawiącą się flirtem wychowanką romansów. Zachowała szczerą prostotę uczuć, ale w niszczący związek idzie ze świadomością biologicznej dojrzałości. Zdradzona przez kochanka, odrzucona i potępiona przez wieś jako sprawczyni samobójczej śmierci męża, nie umie znaleźć sensu życia.

Kraszewski jako romantyk, stara się czytelnika przygotować powoli na to, co spotka bohaterów. Pojawiają się więc w powieści co pewien czas przeczucia głównych bohaterów, np. Ulana przeczuwa, „że w takim kochaniu śmierć być musi na końcu, śmierć koniecznie8, a Tadeuszowi wydaje się, że epilogiem jego romansu będzie ogień i krew.

Kraszewski mało był wrażliwy na piękno przyrody, mimo to udało mu się doskonale oddać melancholijny i posępny charakter krajobrazu poleskiego, np. „tak myśląc wlókł się brzegiem jeziora nieprzytomny i poglądał to na niebo wieczorne, poczynające się już bladymi gwiazdkami ubierać, to na wioskę, przez której czarne, niskie, okopcone chaty widział Ulanę”9. Głównym zadaniem opisów przyrody jest tu odwzorowanie malowniczego pejzażu Polesia Wołyńskiego, na którego rozgrywa się akcja powieści. „Na ówczesnej mapie guberni wołyńskiej można odnaleźć nie tylko Łuck czy Ołykę, ale także Jezioro i Silne”10, sprawia to, że miejscowości wyróżnione w powieści są autentyczne, a nie fikcyjne jak uważano.Głównym problemem utworu jako powieści ludowej jest oczywiście sprawa wzajemnych stosunków wsi i dworu. Są to czasy poddaństwa i pańszczyzny, i chłop jest właściwie niewolnikiem dziedzica. Motyw nieszczęśliwej miłości, mezalians jest bardzo typowy dla romantycznej literatury.
 
Jednak tutaj, w powieści Kraszewskiego został on ukazany w inny i nowy sposób. Otóż „miłość szlachcica do chłopki pańszczyźnianej, gdzie obie strony występują przy powstaniu uczucia i namiętności jako równorzędni prawie partnerzy, była aktem prowokacji wobec przyjętych konwencji obyczajowych”11.
Między Tadeuszem a Okseniem toczy się zdecydowana walka. Aby pozbyć się niewygodnego męża Ulany, Tadeusz korzysta ze swojej wszechwładzy nad wsią i wyznacza Oksenia raz po raz na dłuższe wyjazdy. Czuje bowiem wstręt na myśl, że ma dzielić się Ulaną z prostym chłopem. Okseń zaś przewiduje co się święci, niby wykonuje rozkazy pana i uśmiecha się przy tym, ale w cichości knuje zemstę i dokonuje jej. Za to dostaje się na rozkaz Tadeusza do więzienia i tam ginie.
Autor swoją sympatię na pewno kieruje w stronę Ulany, co świadczą o tym wszelkie opisy jej odczuć. Kraszewski pokazał tutaj jak bardzo wielką posiadał umiejętność psychologiczną oraz to, że maksymalnie wczuł się w rolę i sytuację pańszczyźnianej chłopki.

Niewątpliwie Ulanę możemy uznać za powieść realistyczną, stwierdzając np. w części powieści, kiedy Kraszewski ukazuje nam jak zmienia się uczucie Tadeusza, kiedy odczuwa, że jednak między nim, a jego ukochaną jest wyraźna granica społeczna, kiedy to nie może patrzeć na jej wyczerpane pracą ciało i to, jak szczerze Ulana wyraża swoje uczucia ku niemu. Mimo to, że namiętność ukazana została w charakterze romantycznym to autor bez szwanku umocował ją w panujących wtedy warunkach społecznych wsi pańszczyźnianej. Pokazane jest to na przykładzie losów postaci, m. in. Tadeusz opuszcza Ulanę, a ta w konsekwencji tego popełnia samobójstwo. Jak mówi Danek „w warunkach społecznych połowy XIX w. inaczej być nie mogło”12. Giną najbardziej pokrzywdzone osoby, tutaj Okseń i Ulana, a wciąż żyje sprawca całej katastrofy- szlachcic, dziedzic folwarku.

Styl, jakim jest pisana Ulana, to styl jasny, prosty, unikający niezwykłych środków artystycznych. Język zaś posiada pewne cechy kresowe, właściwe samemu Kraszewskiemu, np. użycie biernika po przeczeniu, np. „Dzieci, chata nic ją już nie obchodziły”13 lub takie zwroty: „dwóch braci się zabili”14, „kilka stert płonęły”15. Nie zapomina jednak Kraszewski o potrzebie oddania lokalnego kolorytu poleskiego przy pomocy języka i dlatego zabarwia mowę przedstawicieli ludu licznymi wKraszewskiego znajdziemy również wiele przysłów ludowych i tamtejszych powiedzonek, np. „stado wron na słotę krakało”16, „sowi głos”17 i wiele innychyrazami ukraińskimi, np. skazka, mołodyce, ale również na wzór języka ukraińskiego pozbawia czasowniki w ustach ludu końcówek, np. byli my. W powieści .

Podsumowując, w utworze swym Kraszewski chciał poruszyć tematy, które były również ważne dla innych twórców romantycznych. Na pierwszy plan wysuwa się chociażby uwłaszczenie chłopów i nadanie im praw. Poza tym mamy tu wątek miłości i zdrady, który był często wykorzystywany, zwłaszcza we wczesnej twórczości romantycznej.

Powieść Kraszewskiego jest pierwszą polską powieścią realistyczną. Nawiązuje tu autor do różnych motywów sentymentalnych i romantycznych. Zauważalna jest troska i dbanie o to, aby wszystko było prawdopodobne, tj. wydarzenia i postacie. Stefan Tomaszewski chwali również niewątpliwie „psychologiczne pogłębienie postaci, dostrzeganie innych poza społecznymi motywacjami ich postępowania, mistrzowskie operowanie dialogiem, interesujące eksperymenty narracyjne”18.

Walory Ulany decydują o tym, że staje się ona bardzo ważna dla literatury i powieści polskiej. To, że wartość dzieła Kraszewskiego została bardzo wyróżniona nie tylko w Polsce, świadczą na pewno tłumaczenia utworu.
Przypisy:

1J.I. Kraszewski, Ulana. Powieść poleska, wydanie 5, zmienione, oprac. S. Tomaszewski, Wrocław 1988, s. 48
2Tamże, s. 70
3Tamże, s. 70
4Tamże, s. 85
5Tamże, s. 88; przysłowie ludowe o podobnym znaczeniu jak: Pan każe, sługa musi.
6Tamże, s. 97
7Tamże, s. 119
8Tamże, s. 63
9Tamże, s. 81
10Tamże, wstęp, oprac. S. Tomaszewski
11W. Danek, Józef Ignacy Kraszewski, Wiedza Powszechna, Warszawa 1973
12Tamże, s. 173
13J.I. Kraszewski, op. cit. , s. 106
14Tamże, s. 62
15Tamże, s. 101
16Tamże, s. 99; w ludowej meteorologii często przepowiadano pogodę na podstawie zachowania się ptaków i innych zwierząt. Na Polesiu, a także na innych terenach słowiańskich, rozpowszechnione było przekonanie, że intensywne krakanie stada ptaków krukowatych zwiastuje bliski deszcz.
17Tamże, s. 51; tu: głos złowrogi; w wierzeniach ludowych niejednokrotnie utożsamiano niepokojące, nocne głosy sów, zwłaszcza puchacza i puszczyka, z obłąkanym złowieszczym śmiechem duchów, upiorów lub diabłów.
18Tamże.

(Tekst pochodzi z mojej pracy pt. "Romantyczna powieść ludowa w utworach Józefa Ignacego Kraszewskiego".)


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Recenzja pisana emocjami

 


czwartek, 30 października 2014

Jeno Szentivanyi, Orlęta Lwowskie





Na hasło "literatura węgierska" wyświetlają się nam w pamięci najczęściej nazwiska: Ferenc Molnar, Sandor Marai, Magda Szabo, Imre Kertesz, Dezso Kosztolanyi, ewentualnie jeszcze Zsusa Bank (niemiecka pisarka pochodząca z Węgier). Warto do tej listy dopisać i zapamiętać nazwisko autora powieści młodzieżowych , a mianowicie: Jeno Szentivanyi.


"Orlęta Lwowskie" to przedwojenna powieść, która ukazała się na Węgrzech w 1939 r i nie była dotychczas wznawiana., natomiast w Polsce - o ile mi wiadomo- ukazała się dopiero nakładem Wydawnictwa M w 2013 roku, z okazji 95-ej rocznicy Obrony Lwowa. (Gdyby ktoś miał inne informacje, proszę dać znać).


Szenivanyi przedstawił w fabularyzowanej formie mityczny wręcz epizod polskiej historii, -bohaterską walkę o Lwów w 1918 r., w której brali udział najmłodsi żołnierze, uczniowie, po prostu dzieciaki. 

"Dulce et decorum est pro patria mori" - prawdopodobnie większość dzisiejszej młodzieży nawet nie rozumie tych łacińskich słów, a nawet jeśli coś kojarzą, to nic one dla nich nie znaczą. Tymczasem dla rodzeństwa Potockich oraz ich kolegów, bohaterów powieści "Orlęta Lwowskie", była to maksyma stanowiąca jeden z życiowych drogowskazów. Kazimierzowi, Stanisławowi, Marii, Drogoczynowi, Jerzemu Koperze, Kadenowi i innym przyszło dorastać w czasach wojennej zawieruchy. W obliczu utraty ukochanego miasta chwycili za oręż. Powodowani poczuciem konieczności i obowiązku wstapili do służb pomocniczych, zajmowali się pomocą sanitarną, pełnili wartę, wyruszali na zwiady i patrole, brali także udział w boju. Wojna była dla nich przygodą - zabawą, odskocznią od szkoły (której jednak nie uniknęli - zorganizowano im lekcje), ale mimo to traktowali wszystko z powagą i poświeceniem. Wkładali w to całe serce, przekonanie, wierzyli w sens swych działań. Odznaczyli się odwagą, bohaterstwem, okazali hart ducha. Zapłacili niektórzy za to życiem, umierali z uśmiechem na ustach, na zawsze zapisując się w pamięci tych, którzy pozostali.

"Orlęta..." to jednak nie tylko opowieść o dążeniach do wolności i niepodległości, ale także o przyjaźni, honorze, autorytetach w życiu młodego człowieka, rodzinnych relacjach.


Państwo Potoccy całą rodziną angażowali się w obronę Ojczyzny. Ojciec- w wojsku, z dala od bliskich, był wzorem. Matka w przebraniu przedostawała się jako wywiadowca na ukraińską stronę, jej wieści miały ogromne znaczenie dla działań wojskowych. Ryzykowała zdrowiem i życiem ku chwale swojego kraju. Wszyscy rozumieli swój obowiązek, tak byli wychowani.

Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile ta książka jest zgodna z faktami, jeśli chodzi o szczegóły rozgrywających się we Lwowie akcji i walk. Nie wiem, na jakich źródłach opierał się autor, ale nawet jeśli naciągnął, czy podkoloryzował co nieco, to i tak stworzył piękną i cenną opowieść - bardzo wychowawczą, głoszącą wartości patriotyczne, a przy tym pasjonującą, przygodową, mądrą i wzruszającą.

Poświęcił ją wszystkim tym, którzy swe dziecięce życie oddali za Ojczyznę.

Ta książka śmiało może stanąć obok "Kamieni na szaniec". Na pewno współcześnie młodym czytelnikom wyda się ona staroświecka, pokazuje nie przez wszystkich lubiane historyczne realia, prezentuje wartości dalekie od tych, jakie są obecnie lansowane. Warto jednak odkurzać takie zapomniane powieści jak "Orlęta Lwowskie", sięgać do historii, pamięci narodowej. 

 


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Agnestariusz - notatki w kratki i książkowe zapiski

środa, 29 października 2014

Wspomnienie Anny Pruszyńskiej o Żytomierzu


Żytomierz w1914 r.
Źródło zdjęcia


"Żytomierz, w sercu Wołynia, był nie tylko miastem typowo prowincjonalnym, lecz też typowo starokresowym.
 
Ulice jego, przeważnie szerokie i wysadzane drzewami, brukowane były kocimi łbami. Domy na ogół nie wyższe jak dwupiętrowe, dużo parterowych dworków z gankami i ogródkami, odgrodzonych od ulicy sztachetami. Miasto doktorów, adwokatów i profesorów, urzędników, duchownych, emerytów, dewotek; miasto drobnych rentierów. Miał Żytomierz kurię biskupią i seminarium, miał sąd okręgowy i ziemstwo, bank rolniczy, wzajemny kredyt, gimnazja, prywatne stancje dla uczniów; miał także znaną cukiernię "François", z wielkim tarasem na piętrze, od niepamiętnych już czasów stały punkt zebrań wieczornych miejskiej elity, a także ziemiaństwa okolicznego, gdy interes przywiódł tego lub owego do gubernialnego miasta.
 
Najprzyjemniejszą dzielnicą Żytomierza były bulwary na skarpie nad Teterewem, gęsto wysadzone drzewami planty, zakończone pięknym, rozległym widokiem na rzekę w dole i ciągnące się za nią hen daleko łąki, pola, lasy. Często chodziliśmy tam na spacer z dziećmi i zabawialiśmy się wybieraniem spośród wielu ładnych domów i willi tej, którą kiedyś zakupimy." (s. 130)


Opis Żytomierza z 1918 r.

Anna z Chodkiewiczów Pruszyńska, "Między Bohem a Słuczą", Ossolineum, 2001   

wtorek, 28 października 2014

Ewa Krystyna Hoffman-Jędruch, Ślady na piasku





Ślady na piasku to wspomnienia będące, jak zaznacza Autorka we wstępie, swoistym pomnikiem zbiorowym. Złożyły się na nią, bowiem wspomnienia matki Ewy Krystyny Hoffman - Jędruch, jej brata, wuja Zbigniewa Neuhoffa, siostry ojca Autorki, ciotki Ludwiki Düringowej. Po za tym są to spisane przeżycia wojenne Autorki widziane oczami dziecka.

Jest to opowieść o jednej z wielu lwowskich rodzin, dla której życie zmieniło się z chwilą wybuchu II wojny światowej. Autorka rozpoczyna jednak książkę mocnym akcentem, kiedy to, jako dziecko w 1946 roku spędziła trzy dni w czeskim więzieniu złapana wraz z towarzyszącymi jej ludźmi podczas próby przedostania się na Zachód do matki. Potem wraca jednak do wspomnień wymienionych członków rodziny. Opowiada o korzeniach, losach dziadków, jak wyglądało miasto za czasów jej rodziców, domach prowadzonych w okolicy Lwowa, stylu życia i rodzinnych wydarzeniach: ślubach, pogrzebach, chorobach, przyjęciach, spotkaniach. Mamy tu także obraz ówczesnego Lwowa i tętniącego w nim życia na ulicach, w lokalach, sklepach. Dowiadujemy się między innymi, że matka Autorki jest trzecią kobietą w Polsce, która ukończyła wydział prawa w 1929 roku. Wszystko zmienia się wraz z nastaniem września 1939 roku, kiedy to Lwow zmienia swoje oblicze. Ojciec zostaje wywieziony do Starobielska i na długo słuch o jego losie zaginął. W kwietniu 1940 roku, kiedy Autorka ma osiemnaście miesięcy, NKWD zabiera jej matkę i babkę, a ona zostaje pod opieką wujostwa. Tylko przeziębienie ratuje ją, ponieważ jej dane również widnieją na liście. Po ogłoszeniu amnestii i wezwaniu Andersa obie panie jadą do Buzułuku. Potem służy na Bliskim Wschodzie, potem w Egipcie, a następnie dostaje się do Wielkiej Brytanii, a potem już z rodziną do Argentyny. 

Zapisane wspomnienia niezmiernie wzruszają. Pełna napięcia wydają się zapiski dotyczące ucieczki z komunistycznej Polski. Autorka pisze barwnie i w sposób naturalny opowiada czytelnikowi historię swojej rodziny. Książka jest bogato ilustrowana i wydana w porządnej oprawie graficznej. Czytelnik znajdzie tu również zapiski wspomnień członków rodziny, dokumenty, listy. Pozycja jest na pewno warta zauważenia.


Ewa Krystyna Hoffman-Jędruch urodziła się w 1938 roku we Lwowie. Wojnę przeżyła w Polsce. Od 1946 roku mieszka za granicą: początkowo w Anglii, następnie w Argentynie, gdzie ukończyła inżynierię chemiczną, a obecnie w USA. Po przejściu na emeryturę wstąpiła ponownie na uniwersytet i w 2010 roku obroniła pracę doktorską z historii średniowiecza.
 

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Słowem Malowane

 

poniedziałek, 27 października 2014

Zofia Kossak, Pożoga






Ta książka była zakazana w PRL-u, gdyż opowiadała o wydarzeniach, które władza komunistyczna chciała przed nami ukryć. Dzisiaj też jest tekstem niewygodnym, bo w dużym stopniu narusza obowiązujące tabu poprawności politycznej.

„Pożoga” to debiut literacki Zofii Kossak-Szczuckiej-Szatkowskiej. Rzadko się zdarza, by młoda, trzydziestoparoletnia kobieta, pisała i wydawała pamiętniki. Ale Zofia z Kossaków miała za sobą takie przeżycia, które domagały się uwiecznienia i upublicznienia. Jej wspomnienia otwiera rodzaj inwokacji, poetycki wstęp będący przypominający minioną wiejskiej Arkadii, w jakiej żyła rodzina Szczuckich w majątku Nowosielice niedaleko Starokonstantynowa na Wołyniu.

Zofia miała wówczas dwadzieścia kilka lat i była szczęśliwą żoną Stefana Szczuckiego, administratora dóbr Potockich. Jej teść pracował jako lekarz w Antoninach, pięknym i kwitnącym majątku Potockich. Jej wspomnienia zaczynają się wiosną 1917 roku, niedługo po rewolucji lutowej i abdykacji cara Mikołaja II: „Potężna fala rewolucji rosyjskiej nie od razu odbiła się o brzegi naszego kresowego życia. (…) Świadomie z pełnym przeczuciem tego, co miało nastąpić, cieszyli się wyłącznie Żydzi. Pamiętam owe pierwsze dni marcowe 1917 roku. Zabłoconą i niechlujną ulicą Starokonstantynowa przeciągał pierwszy „pochód wolnościowy”. Składał się on z kilkunastu uczniów i kilkudziesięciu Żydów i Żydówek. (…) Z okna Towarzystwa Rolniczego powiatowy marszałek szlachty, Szumatow, młody, zdolny dyplomata, machał ku niemu batystową chusteczką, ruchem pełnym wytwornej kurtuazji. Na chodnikach stali nieruchomo chłopi. Z niemożliwym do oddania wyrazem ironii i lekceważenia patrzyli na czerwony symbol Rewolucji i rozkrzyczanych Żydziaków. Przechodząc mimo, zamieniliśmy z nimi powitania i uwagi o niebywałym znaczeniu: - Ne bude dobra z toho, pani!... Bez cara ani poriadku, ni tołku. Ktoż bude hołowoju w hosudarstwie?... – mówili kiwając z zafrasowaniem głowami.”


Jednak nie minęło wiele miesięcy, kiedy ci sami, na początku rozsądnie myślący Rusini (dzisiaj zwani Ukraincami), podburzani przez bolszewickich agitatorów przybyłych z Piotrogradu, ruszyli palić, mordować i rabować dworu, a ich właścicieli obdzierać żywcem ze skóry. Dokładnie tak samo jak ich przodkowie podczas powstań kozackich. Chcieli ziemi i pańskiego dobra. Jak czegoś nie mogli zabrać, to złośliwie to niszczyli. Szczuccy wkrótce musieli ewakuować się ze swego malowniczego domku otoczonego kwiatami, w którym mieszkali wraz dziećmi. Przenieśli się do pałacu, którego mocne mury, kraty w oknach i żelazne wrota miały strzec ich przed chłopskimi rabusiami. Spali ubrani, z nabitą bronią w zasięgu ręki.

Przez pewien czas ich bezpieczeństwa strzegli „biali” żołnierze rosyjscy, jednak jesienią 1917 roku napady na dwory polskie w okolicy nasiliły się i Szczuccy musieli uciekać przed żądnymi krwi Ukraińcami. W tym czasie zostały obrabowane i zrujnowane polskie dwory w całej okolicy: „Runęły zburzone Samczyńce, Beregiele, cudna Eliaszówka z pałacem włoskim tak pięknym, że zdawał się zjawą (…), Semerynki (…) Werborodyńce (…), Derkacze o starym parku w stylu XVIII wieku (…) Wyższa Pohoryła, niegdyś bogata rezydencja Czetwertyńskich; Ładyhy, rodowa własność Szaszkiewiczów, Werchniki, Małaszyha, Swinna, Dmitrówka, Łahodyńce…” – czyż ta wyliczanka autorki „Pożogi” nie brzmi jak tren żałobny na śmierć polskiej cywilizacji i kultury jaka niegdyś kwitła na Kresach?


Oto jedna z najbardziej przejmujących scen: „Noc ostatnia przed pogromem w znajomym dworze w okolicy Płoskirowa… Wieś zbuntowana stoi na nogach i od rana pije, czekając chwili ruszenia na dwór. We dworze starym, białym, cała rodzina zebrana przy łóżku konającej matki właściciela. Z bohaterską pogodą, wiedząc o zamiarach wsi, kryją przed chorą faktyczny stan rzeczy (…) Dzikie wrzaski i śpiewy już blisko, już w ogrodzie, dają znać, że pogrom się zbliża”. Zaniepokojona staruszka podrywa się wtedy z łoża śmierci, chwyta w ręce krucyfiks i w koszuli nocnej wychodzi na ganek do tłumu: „Ludzie! – woła. – Ja na sąd Boga już idę! Ja za godzinę z Bogiem będę mówić! Jemu samemu na was się poskarżę!... Ja straszyć po śmierci was będę, wygubię wszystkich… Precz stąd! Precz! … Słyszycie!” – przecież to scena godna Mickiewicza lub Sienkiewicza… Okazało się, że groźba umierającej odniosła skutek, chłopstwo odstąpiło, staruszka faktycznie skonała w godzinę później, a jej syn z rodziną zdążył uciec przed pogromem.

W tej sytuacji Polacy musieli się bronić. Zawiązywały się samoistnie ochotnicze oddziały partyzanckie. Najsłynniejszym z nich był oddział Feliksa Jaworskiego, późniejszego rotmistrza Jaworskiego, który do końca II Rzeczpospolitej cieszył się taką estymą, że jego koń Mars, piękny kasztan, na którym jego pan walczył w latach 1917-1920, dożył swoich dni na łaskawym chlebie w szkole kawalerii w Grudziądzu.

Ale cóż? Nauczanie historii w Polsce jest tak „dobre”, że nikt nie pamięta dziś o rotmistrzu Jaworskim… A Kossak-Szczucka tak pięknie opisała mszę polową III Korpusu Polskiego z jego udziałem, jaka odbyła się w Antoninach wiosną 1918 r., kiedy Polacy na Kresach jeszcze myśleli, że uda im się wybić na niepodległość:

„Pierwszy pluton na karych. Same paradiery – ogromnego wzrostu, potężnej budowy. Jak mora czarna, jak miękki aksamit, połyskuje sierść błyszcząca; wypieszczone ogony, wyskubane grzywy falują leciutko na wietrze…
Prowadzi go Naruszewicz.
Drugi na gniadych.
Myśliwskie typy hunterów; potężne piersi, stalowe pęciny, rozumne oczy, nie znające trwogi; wiśniowo złote połyski na zadach. Żołnierze – prawie sami ochotnicy, krew z krwi, kość z kości ziemi, na której stanęli.
Prowadzi go kornet Szczucki.
Trzeci na kasztanach. Wszystkie konie krwi wysokiej; łabędzie szyje, sarnie nogi, kłąb wydatny. Suche nozdrza z rozkoszą wciągają wicher kresowy.
Prowadzi go Pruszanowski.
Czwarty na siwych, szpakach i tarantach. Pozornie konie drobne, ale gdy z bliska popatrzeć, uderza ich piękność przedziwna. Same to araby Sanguszkowskie ze Sławuty, odebrane chłopom po wsiach okolicznych. Srebrną kaskadą grają wzniesione w górę ogony; czarne oczy, pełne marzeń o przestrzeni wielkiej, płoną. Niespokojnie grzebie ziemię zwięzła, sucha noga. Prowadzi chorąży Tański”
– itd. itd.

Zofia Kossak nie malowała koni pędzlem, jak jej dziadek Juliusz i stryj Wojciech, ale umiała oddać ich piękność słowami. Znała się na koniach doskonale, bo wyrosła wśród nich (nawet jej kuzynka Magdalena Samozwaniec pisała, że Zośka to w ogóle nie interesowała się strojami, tylko biegała boso, błyskając bosymi piętami i jeździła na koniu jak Kozak), a potem zajmowała się ich hodowlą. W Nowosielicach miała ulubionego wierzchowca, którego później zarekwirowali bolszewicy. Z ogromnym bólem pisze o spotkaniu z zamęczonym zwierzęciem w mieście, gdzie ukrywała się w przebraniu chłopki. Opisała także cierpienia zadawane koniom czystej krwi w Antonionach. Oto jak krasnoarmiejcy rekwirowali wierzchowce czystej krwi z rodowodem: „Rabowano cud-konie, niszcząc pracę wielu lat i radość wielu pokoleń. (…) Chamskie ręce chwyciły za grzywę cud-konia (…) Stanęły konie zdziwione, patrząc na nowy widok. Drżała pergaminowa skóra od chłodu i bezwiednego lęku, gdy zarzucano na grzbiety obrzydłe siodło żołdackie. Z ufnością i dobrotliwie pozwoliły wciągnąć na szlachetne głowy twardą, cuchnącą dziegciem uździenicę. Rzuciły się w bok, strwożone po raz pierwszy od lat wielu, gdy „towariszcz”, wskoczywszy na siodło, szarpnął ciężką łapą za ostre wędzidło. Świsnęła nahajka. Zamarło w przerażeniu dumne, wolne serce. Potoczyły wkoło obłąkane lękiem oczy…


Zabrano matki od źrebiąt maleńkich, bezradnych. Kilka starszych pobiegło za matkami w ślad. Drobne ich kopytka utykały w ciężkim błocie, a żałosne rżenie niosło się po polach jak sierocy płacz dziecięcy. Na przestrzeni kilkunastu wiorst padły ze zmęczenia, a gasnące oczy z trwożną ciekawością patrzyły na nadlatujące coraz bliżej kruki. Młodsze – żołnierze zabijali na dziedzińcu, by w drodze nie były zawadą. Wtedy płacz-rżenie matek rozdzierały serce.” No, nie wiem, kto nie zapłacze przy tym opisie cierpień zwierząt, to chyba nie ma Boga w sercu… Ja ryczę za każdym razem, jak to czytam.

Co było dalej? No cóż, skoro powstała ta książka, to znaczy, że autorce udało się wyrwać z rąk bolszewików. Jednak Polska do Nowosielic nie przyszła. Zostały za granicą. W Związku Radzieckim. Zostały tak samo jak Taraszcza czy Bobrujsk, opisane przez Marię Dunin-Kozicką i Floriana Czarnyszewicza. Polska tam już nie doszła.

Zofia Kossak-Szczucka, „Pożoga”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2005


Tekst oryginalny na blogu:
archiwum mery orzeszko 

 
 
 
 

 
 

niedziela, 26 października 2014

Film o obronie Grodna w 1939 r.


Źródło zdjęcia

Obrona Grodna przed wojskami sowieckimi w dniach 20-22 września 1939 r. jest jednym z tragicznych, bohaterskich, lecz zupełnie zapomnianych wydarzeń z okresu II wojny światowej. Symbolem tej obrony stał się Tadzio Jasiński, 13-letni obrońca miasta, który rzucając na sowiecki czołg koktajl Mołotowa zapomniał go odpalić, po czym został skatowany i przywiązany do czołgu w charakterze żywej tarczy...
 
 



Będąc w Grodnie pięć lat temu napotkałam na tamtejszym cmentarzu tablicę pamiątkową poświęconą obrońcom Grodna wydaje mi się również, że widziałam tam nazwisko Tadzia. Moja ówczesna ignorancja odnośnie przebiegu walk w 1939 r. spowodowała, że nie sfotografowałam tamtego miejsca pamięci, a pamięć mnie zawodzi.

Dlaczego o tym piszę? Otóż 24 września br. miał swoją premierę w Warszawie film dokumentalny pt. "Krew na bruku - Grodno 1939" w reżyserii Roberta Miękusa. 30 września film został pokazany w Grodnie. W planach są dalsze pokazy. Za kilka dni, 28 października (wtorek) o godz. 17.30, odbędzie się projekcja filmu w Centrum Edukacyjnym Instytutu Pamięci Narodowej (ul. Marszałkowska 21/25). Podobno, będzie go pokazywała również TVP Historia oraz TV Biełsat.
(Źródło informacji)

Niestety, nie będę mogła wziąć udziału w pokazie organizowanym przez IPN, ale liczę na uwzględnienie filmu w ramówce TVP. A póki co, możemy zapoznać się ze zwiastunem filmu.
 



Impresje białoruskie - Grodno





Dziś chciałabym Was zabrać do Grodna, takiego, jakim je odnalazłam w 2009 r. Był to pierwszy przystanek w naszej podróży, ale to nic dziwnego jeśli weźmiemy pod uwagę, że to historyczne miasto jest położone zaledwie dwadzieścia parę kilometrów od polsko - białoruskiej granicy.


 
Jeden z charakterystycznych billboardów promujących miasto

Początki miasta sięgają X wieku. Za panowania Jagiellonów Grodno stało się jednym z miast rezydencjalnych. Było to ulubione miasto Stefana Batorego, który zresztą tu zmarł w 1586 r. Grodno było także miejscem obrad sejmu Rzeczypospolitej, między innymi tego niesławnego z roku 1793, który zatwierdził II rozbiór Polski. W Grodnie, w 1795 r., abdykował też Stanisław August Poniatowski, ostatni król Polski. Niemym świadkiem tych wydarzeń był Nowy Zamek wzniesiony w połowie XVIII w. Zamek ten został zniszczony podczas działań wojennych i odbudowany w latach 50-tych w stylu socrealistycznym.

 
Widok na Nowy Zamek spod cerkwi św. św.Borysa i Gleba


Dziedziniec Nowego Zamku

Fronton Nowego Zamku wskazuje dobitnie, że po wojnie budynek pełnił rolę siedziby komitetu obwodowego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego...

W Grodnie możemy również odnaleźć Stanisławówkę, pałacyk wybudowany dla Stanisława Augusta Poniatowskiego przez Antoniego Tyzenhauza, podskarbiego litewskiego, w latach 60-tych lub 70-tych XVIII w., według projektu słynnego włoskiego architekta z Werony, Józefa Sacco. Była to podmiejska rezydencja króla, choć teraz leży ona w granicach miasta. Pałacyk ten i dawne dobra królewskie po rozbiorach zostały skonfiskowane i sprzedane. W poł. XIX w. Stanisławówkę kupili Druccy-Lubeccy – w ich rękach majątek pozostawał do 1939 r. Obecnie w pałacu mieści się szkoła rolnicza i jest on niedostępny dla zwiedzających.

 
Po wojnie pałac przebudowano zniekształcając bryłę poprzez dobudowanie drugiego piętra. Przed budynkiem postawiono w latach 60-tych pomnik Klimienta Timiriaziewa, botanika, propagatora teorii Darwina



W at­tyce można zauważyć inicjały SAR (Stanislaus Augustus Rex), a nad nimi – królewską koronę

Najważniejszą świątynią rzymsko - katolicką w Grodnie jest katedra, kościół pojezuicki pw. św. Franciszka Ksawerego, którego fundatorem był Stefan Batory. W latach 1960 - 88 odprawianie mszy w kościele było zabronione. Mimo to w każdą niedzielę i święta wierni gromadzili się przed ołtarzem, zapalali świece i śpiewali pieśni religijne.
 

 

Wejście do katedry w Grodnie

 


W katedrze nie może zabraknąć popiersia fundatora świątyni

 


W katedrze odnajdujemy również pomnik Antoniego Tyzenhauza, który położył ogromne zasługi dla rozwoju tego regionu w XVIII w.

Kolejną świątynią rzymskokatolicką jest kościół pobernardyński Znalezienia Krzyża Świętego, który został wzniesiony w latach 1602 - 18 z datków polskich rycerzy wracających z wojny polsko - rosyjskiej. Obecnie jest to siedziba Wyższego Seminarium Duchownego, co być może sprawia, że kościół jest rzadko otwarty.


 




Kościół i czołg - dość niespotykane zestawienie...

Wnętrze kościoła pobernardyńskiego


  

Jednym z najcenniejszych zabytków Grodna jest cerkiew pod wezwaniem świętych Borysa i Gleba z XII wieku. Jedna z najstarszych zachowanych świątyń prawosławnych w północnej Europie stoi malowniczo na skarpie nad Niemnem. Wielokrotnie była niszczona i odbudowywana. Gdy w połowie XIX wieku w wyniku osunięcia się skarpy zawaliła się część świątyni, braki zastąpiono drewnianymi wstawkami.


 






W poprzednim wpisie przypomniałam Wam, że z Grodnem nierozerwalnie związana była Eliza Orzeszkowa, mało kto jednak wie, że w tym mieście w latach 1922 - 27 mieszkała również Zofia Nałkowska. Był to owocny okres w jej twórczości, napisała wtedy m. in. powieści "Niedobra miłość, "Granica" i Węzły życia". W 1989 r. na Wydziale Filologii Polskiej Grodzieńskiego Państwowego Uniwersytetu im. Janki Kupały otwarto muzeum Zofii Nałkowskiej, które nadal pracuje. Niestety, będąc w Grodnie, nie byłam tego świadoma. Odnalazłam jedynie dom, w którym pisarka mieszkała, a to dzięki tablicy upamiętniającej ten okres życia pisarki.

Tablica jest na zdjęciu nieczytelna ze względu na siatkę ochronną, która była umieszczona na budynku z powodu trwającego właśnie remontu
 
Grodno leży nad Niemnem, które nadaje temu miastu szczególny koloryt i nastrój...
 
W oddali po prawej stronie widać cerkiew św. św. Borysa i Gleba



Na koniec pozwólcie, że zabiorę Was jeszcze raz na grodzieński cmentarz, który jest jednym z miejsc, gdzie można oddać się zadumie...









Jeden z zaniedbanych grobów
 

sobota, 25 października 2014

"Magdulka i cały świat" - Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego





ODYSEJA POLSKA

„Co mnie zafascynowało w biografii Kieżuna? Wszystko! Bo jest ona niezwykła, nawet przyjmując za oczywiste, że biografie polskich inteligentów z tzw. pokolenia Kolumbów, w porównaniu z biografiami ich rówieśników z innych krajów europejskich, są wyjątkowe. A historia Kieżuna jest niebywała nawet na tle tych polskich i niebanalnych. Nie wiem, czy wielu jeszcze żyjących polskich inteligentów ma za sobą tak bogatą przeszłość, jak on”. Robert Jarocki

Robert Jarocki to autor, który poświęca sporo czasu i wysiłku na poznanie i prezentację ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją i nietuzinkowym życiorysem. W swoich opracowaniach skupia się na ich działalności politycznej i naukowej, relacjach ze znanymi osobistościami i emocjonalnych związkach z Polską. Biografie opracowane przez niego charakteryzują się dogłębną analizą dokonaną na podstawie rozmów, dokumentów i wspomnień i pozwalają poznać bohatera, klimat czasów, w których żyje, a przede wszystkim uświadamiają i pozwalają docenić rangę ich zasług dla kraju i kultury. „Magdulka i cały świat” to wywiad-rzeka z profesorem Kieżunem, wybitnym naukowcem i człowiekiem należącym do grona niepodważalnych autorytetów.

Witold J. Kieżun jest profesorem nauk ekonomicznych, przedstawicielem polskiej szkoły prakseologicznej, teoretykiem zarządzania (uznanym za światowego specjalistę, a nawet guru w tym zakresie); żołnierzem AK, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, więźniem sowieckich gułagów, pracownikiem misji ONZ, wykładowcą (m.in. na Temple University w Filadelfii, na Uniwersytecie w Montrealu, na Akademii Leona Koźmińskiego); humanistą i modelowym przykładem człowieka renesansu, posiadającego wszechstronne zainteresowania, wykształcenie i wiedzę.

Książka o profesorze Kieżunie to ujęta chronologicznie historia jego życia od dzieciństwa, przez udział w walkach powstańczych, po karierę naukową, ukazująca podróże, pasje i przyjaźnie, związki ze znanymi i cenionymi ludźmi. Opowieść zaczyna się relacją dotyczącą najwcześniejszych dziecięcych wspomnień, za sprawą barwnej narracji zostajemy przeniesieni w czasie, pogrążając się w klimacie i specyfice wschodnich kresów II Rzeczpospolitej. Sama historia rozgałęzionej i licznej rodziny jest niezwykle ciekawą i dobrze udokumentowaną sagą, której korzenie sięgają XII wieku. Poznajemy środowisko, z jakiego profesor się wywodzi i czynniki, które wpłynęły na kształtowanie jego charakteru. Dowiadujemy się także, jakie znaczenie miała posiadłość ziemska w Magdulce nie tylko dla młodego Witolda, lecz także dla kilku pokoleń rodziny Gieysztorów i Bokunów.

Po śmierci ojca Witold wraz z matką przenosi się do Warszawy, gdzie zastaje go wybuch II Wojny Światowej; poznajemy jego wojenne losy, studia w warunkach konspiracji, udział w Powstaniu, zasługi i okoliczności zdobycia odznaczeń: Krzyża Walecznych oraz Virtuti Militari. Wojenne dokonania i członkostwo w AK zostały skrzętnie odnotowane w odpowiednich aktach i na długie lata zahamowały i utrudniły karierę naukową Kieżuna, a także sprowadziły na niego polityczne represje. W roku 1945 rozpoczęła się jego tułaczka po sowieckich łagrach, czego omal nie przypłacił życiem. Po wojnie rozpoczął studia prawnicze i podjął pracę w NBP. Poznajemy historię jego trudnej i wyboistej kariery w PRL (przypomnimy sobie smak komunistycznych absurdów), a potem dla kontrastu prześledzimy sukcesy osiągane błyskawicznie za granicą. Poznamy uniwersytety, na których wykładał i ludzi, z którymi pracował. Wreszcie dowiemy się, na czym polegała jego misja w Afryce Środkowej, na którą został wysłany z ramienia ONZ oraz jak wyglądały jego związki z polską władzą i politykami współczesnymi…

Życie profesora jest niezwykle barwne, książkę czyta się trochę jak powieść przygodowo-podróżniczą: poznamy okolice Wilna i Nowogródka (zawędrujemy aż nad Świteź), przedwojenny Żoliborz, Warszawę z okresu okupacji i Powstania, powojenny Kraków, obozy sowieckie (Krasnowodsk, pustynia Kara-Kum, Uzbekistan), ponownie wrócimy do Warszawy, a potem przeniesiemy się do Francji, USA, Kanady, Burundi, Rwandy i Burkina Faso… Miejsca zmieniają się jak w kalejdoskopie. Życie napisało profesorowi niezwykły scenariusz, zadbało o dynamizm i zaskakujące zwroty akcji. Śledząc losy naszego bohatera czasem mamy wrażenie, że trzymamy w ręce gotowy scenariusz filmowy, co jest zasługą obrazowej i działającej na wyobraźnię narracji, ale także przemyślanego układu rozdziałów. Poznajemy losy Witolda Kieżuna wplecione w nurt historii jak w kolejnych odsłonach teatralnego spektaklu, ze zmieniającymi się dekoracjami i rekwizytami.

„Magdulka i cały świat” to książka dość obszerna, ale jej styl i forma powodują, że czyta się ją szybko, a lektura pochłania od pierwszych stron. Jarocki jest profesjonalnym reporterem, który panuje nad żywiołem rozmowy, a czytelnika uderza krystalicznie czysta logika zdarzeń; trzyma się wytyczonego szlaku i nie zapuszcza w zbędne wątki poboczne i dygresje. Reporter nie pełni wyłącznie roli słuchacza, jest starannie przygotowany, przytacza opinie uczonych i naocznych świadków wydarzeń, czasem polemizuje – nadaje rozmowie odpowiednią oprawę. Z drugiej strony profesor Kieżun, który jest dydaktykiem, „wykłada swobodnie, dowcipnie, niekiedy porywająco, cechuje go świetna dyscyplina słowa mówionego; nie ma w sobie nic z tradycyjnej profesorskiej pozy i wyniosłości” – okazuje się równie wybornym gawędziarzem. Jego wspomnienia śledzi się z prawdziwą przyjemnością, tym bardziej, że rozmowa jest interesująca i dynamiczna, a styl wypowiedzi zachwyca piękną polszczyzną i elegancką frazą. Nie zabrakło oczywiście tego, co dodaje biografiom szczypty pikanterii – anegdot oraz faktów (nawet buduarowych) z życia ważnych osobistości. Ważnym aspektem książki jest jej przystępność, nawet rozdziały dotyczące kariery naukowej nie stanowią suchego wywodu i pozostają dla laika (który nie ma pojęcia o prakseologii) zupełnie zrozumiałe.

„Magdulka i cały świat” to nie tylko wywiad i autobiografia wybitnej osobistości. To epopeja narodowa, spełniająca wszystkie cechy tego gatunku. Czytelnik poznaje szeroką panoramę polskiego społeczeństwa i spory fragment najnowszej historii Polski. Bohater książki jest reprezentatywnym przedstawicielem mitycznego niemal pokolenia, ponad życie ceniącego honor i ojczyznę; uwikłany jest w ważkie wydarzenia, często nie z własnej woli, raczej porwany w wir rozpędzonej historii. Wielkie wydarzenia i kruchość ludzkiego życia… Nieuchronna, tajemnicza siła, która kieruje losami tysięcy ludzi i ogranicza możliwość wyboru, do złudzenia przypomina starożytne greckie Fatum, a zmagania profesora przywodzą na myśl analogiczne perypetie antycznych bohaterów. Ta książka to odyseja polskiego uczonego i patrioty.

Co w postaci i sylwetce profesora Kieżuna budzi największy szacunek? To, że przez całe życie, pełne przeciwności i tragicznych zrządzeń losu, potrafił zachować idealizm, ufność i wiarę w ludzi. Jego książka przybliża nie tylko etos Powstania, przypomina także podniosły nastrój i nadzieję, jaką zrodził w ludzkich sercach ruch „Solidarności”, a profesor powraca do źródeł jej ideologii, inspirowanej nauką Jana Pawła II, kształtującą „moralny wymiar relacji międzyludzkich w procesie pracy”.

Witold Kieżun jest człowiekiem, który szuka we wszystkich wydarzeniach jasnych stron i czerpie z nich swoją moc. Zapytany o to, czy żałuje czegoś w swoim życiu, odparł, iż omal nie został ministrem w pierwszym niekomunistycznym rządzie wolnej Polski i żałuje, że do tego nie doszło. Robert Jarocki kwituje: „A ja uważam, że całe szczęście. (…) Gdyby był ministrem, doznałby wielu rozczarowań, a może i upokorzeń. A tak może się cieszyć sławą wielkiego guru od zarządzania. Z ministrami we wszystkich ustrojach jest bowiem tak, że muszą mieć skórę słonia. On jej nie ma. Z mojego punktu widzenia szkoda by było Kieżuna na ministra”. Trudno się z tymi słowami nie zgodzić…

Wygląda na to, że ISKRY to jedno z najważniejszych wydawnictw na polskim rynku książki w ostatnich latach, a „Magdulka…” jest najważniejszą książką, jaką w ostatnim czasie przeczytałam. Szkoda by było, gdyby nie zaistniała tak szeroko, jak na to zasługuje. Polecam gorąco!

 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli
 

 

czwartek, 23 października 2014

Maria Dunin -Kozicka, Burza od Wschodu




Ta książka była zakazana w PRL-u, bo pokazywała ten kawałek historii, który władze komunistyczne chciały przed obywatelami ukryć. Przedstawiała też prawdziwą rolę wrogich Polakom Ukraińców i Żydów w czasie rewolucji październikowej na Kresach. Opisywała, w jak okrutny sposób sprzymierzeni z bolszewikami Żydzi przyczynili się do wymordowania polskiej szlachty i inteligencji z Ukrainy.

Maria Dunin-Kozicka (z domu Izdebska) pochodziła z rodziny powstańców styczniowych wysiedlonych po 1863 r. w głąb Rosji. Mimo, że rodzina dorobiła się tam sporego majątku, otrzymała, na wszelki wypadek, wykształcenie pedagogiczne. Wyszła za mąż za Kaliksta Kozickiego. Mieszkali we dworze Lemieszówka w taraszczańskim powiecie (stolica – miasto Taraszcza). Mieli jedną córkę Haneczkę. Mąż kierował majątkiem ziemskim, ona zajmowała się sadem i ogrodem. Takich dworów, ośrodków polskości i katolicyzmu, było w okolicy bardzo wiele, były to m. in. Białocerkiew (hrabiny Marii Branickiej), Baczkuryn, Popówka, Rosochowata, Czerepaszyńce, Mołoczki, Monasterzyska i wiele innych. Ten świat polskiego ziemiaństwa trwał na Kresach od kilku wieków. Polacy najpierw zdobywali Kresy tak jak Amerykanie Dziki Zachód, później przeżyli tam krwawe powstania hajdamaków i inne bunty kozackie (opisane w „Ogniem i mieczem”), a potem wejście wojsk Katarzyny II. Było im ciężko pod zaborem rosyjskim. Organizowali powstania. Walczyli. Ale, mimo wszystko, życie pod carskich butem to był pikuś w porównaniu z tym, co im później zgotowali bolszewicy i Żydzi.   
Za cara Polacy mieli wprawdzie mniejsze prawa niż Rosjanie, nie mogli np. zakładać szkół polskich, a i do kredytów bankowych nie mieli dostępu, więc musieli pożyczać na lichwiarski procent od Żydów. Ale poza tym, mogli żyć normalnie. Mieli swoje wiekowe domy, rozwijali rolnictwo i przemysł (to Polacy pierwsi zakładali na Kijowszczyźnie cukrownie i inne fabryki produkujące na rzecz przemysłu spożywczego). Z Ukraińcami, czyli Rusinami, żyli zgodnie. Zatrudniali ich w swoich majątkach i nie było żadnych konfliktów. Wprawdzie stosunki były dość patriarchalne, bo chłopi całowali pana w rękę, ale był to tylko taki zwyczaj, pogłos dawnych pańszczyźnianych stosunków.

Ta polska idylla na Kresach skończyła się wraz z abdykacją cara Mikołaja II. W tym właśnie momencie rozpoczyna się akcja książki Marii Dunin-Kozickiej, która w pierwszym rozdziale opowiada, jak to pojechała wraz z mężem w połowie marca 1917 r. do Kijowa w interesach. Już po drodze, w Białej Cerkwi, przywitał ich Żyd Motel, właściciel hotelu, cieszący się, że nie ma już cara, „Mikołaja Krwawego”. W Kijowie na Kreszczatiku byli świadkami pierwszego pochodu bolszewickiego, któremu najbardziej kibicowali miejscowi Żydzi. Potem szedł pochód zbuntowanego przeciw carowi wojska, do którego też przyłączali się poddani rosyjscy mojżeszowego wyznania: „W tym uroczystym, wolnościowym pochodzie jaskrawo biły w oczy dwie wybitne cechy: brak inteligencji rosyjskiej (…) i przewaga liczebna Żydów. Nie tylko czarny, anarchistyczny sztandar Bundu miał swoich licznych przedstawicieli; byli oni wszędzie, kręcili się we wszystkich grupach, pilnowali porządku – słowem, z lubością i wprawą rzucili się w wir życia społecznego, dotychczas im zabronionego. Prawie wyłącznie z plebsu i Żydów składał się cały pochód rosyjski.”
„Manifestacja polska miała wręcz inny charakter. (…) Wszystkie warstwy społeczeństwa naszego na Kresach były reprezentowane w pochodzie polskim. Stanęli wszyscy do apelu: członkowie Komitetu Wykonawczego na Rusi, siwi weterani 63 roku, inteligencja miejska, ziemianie z Kijowszczyzny, organizacje kobiece, rzemieślnicy, robotnicy, mieszczanie, młodzież szkolna – szli jedni z drugimi w sprawnym ordynku, niosąc amarantowe sztandary. Leciał na czele orzeł biały, rozciągając swe skrzydła nad ukochaną ziemią kresową, równie silny i śmiały, jak ongi za czasów Chrobrych i Śmiałych. Płynęły tony nie „Międzynarodówki”, lecz wiecznie żywych pieśni narodowych…”.

Był więc to doskonały moment na odrodzenie polskości na Kresach. Po abdykacji Mikołaja II Polacy szybko zaczęli zbierać fundusze na polskie szkoły, które miały powstawać w majątkach. Wręcz opodatkowali się dobrowolnie na ich rzecz. Jednak szybko nadzieje upadły. Ukraina ponownie zalała się polską krwią. Zbuntowani Rusini podburzani przez bolszewickich agitatorów, którzy przyjeżdżali z Piotrogradu, zaczęli palić i rabować polskie dwory i zabijać szlachtę. Zaczęło się nowe „Ogniem i mieczem”.

Koziccy spali z bronią pod poduszką, czuwali nocami, wypatrując ukraińskich band włóczących się w okolicy. Kiedy okoliczne dwory były już spalone i obrabowane, zdecydowali się na wyjazd do Kjowa. Mąż autorki na pożegnanie przemówił do swoich chłopów, prosząc o opiekę nad majątkiem. Oni potwierdzili, że będą pilnować, a jakby co, to lepiej, żeby oni sami się obłowili na pańskim, niż obcy… Chociaż, były też wyjątki wśród Rusinów, np. stróż, który nie opuszczał ich do końca i służąca Jewdokia, która bardzo długo wiernie była przy swej pani i panience. Nawet zdarzył się pewien „sprawiedliwy” watażka ukraiński znany z tego, że przypalał pięty bogaczom po dworach, który z życzliwości odwiedził pana Kaliksta w mieście.

Kijów też nie był wówczas miejscem bezpiecznym, gdyż cała Ukraina przechodziła z rąk do rąk. Najgorzej było za bolszewików, kiedy do władzy doszła Czerezwyczajka i zaczął się słynny czerwony terror. W Czeka jako komisarze pracowali przeważnie Żydzi, młodzi, oczadziali komunizmem synowie dawnych handlarzy (m. in. jeden z nich, znajomy osiemnastoletni syn żydowskiego handlarza jajek wyrzucał Kozickich z mieszkania). Czeka robiło codzienne rewizje, zabierało złoto i kosztowności. Bolszewicy kazali wypełniać ankiety o pochodzeniu społecznym i majątku, zagęszczali mieszkania, dokwaterowując obcych. Ale to jeszcze nie było najgorsze. Ludzie nie byli pewni dnia, ani godziny, bo czekiści robili łapanki na przechodniów, aresztowali ich, a potem czekali, kto się po nich zgłosi, później oczywiście, aresztowali kolejnych. W jednej z takich łapanek wpadł w ręce bolszewików mąż Kozickiej, Kalikst. Było to tuż przed opuszczeniem Kijowa przez bolszewików, którzy uciekali przed nacierającą armią białych Rosjan Denikina.
Przez kilka dni autorka wraz z córką biegała jak oszalała po wszystkich więzieniach Czerezwyczajki, szukając męża. Na próżno. Weszli denikinowcy, Kozickiego nigdzie nie było. I tu – najstraszniejszy moment tych wspomnień – następuje wędrówka zrozpaczonej kobiety po miejscach straceń, gdzie leżały świeże trupy zastrzelonych przez bolszewików ludzi, a krew i mózg martwych ludzi przylepiały się do butów. Te miejsca to były zwykle podwórka kamienic i ogródki, więc autorka nazwała ten rozdział „Ogrody tortur”. Nie brała tam córki, zostawiała ją przed wejściem, by chronić przed drastycznymi widokami. Ale potem opisała to wszystko tak obrazowo, że nie mogłam w nocy zasnąć, a potem śniły mi się obrazy jak z horrorów.

Męża nie znalazła. Władza Denikina nie była silna. W Warszawie już powstawała Polska, ale ta nowa Polska miała gdzieś Polaków na Kresach. Piłsudski odmówił pomocy wojskowej Denikinowi. Odpuścił sobie Kresy. Nie wiedziałam wcześniej, że tak mógł postąpić, że mógł poświęcić życie i majątki potomków kresowych rycerzy. Piłsudski, wielki polski patriota? Hmmm, teraz będę już inaczej na niego patrzeć. Nie chciał walczyć ramię w ramię z armią białych Rosjan, a przecież gdyby wysłał mu polskie wojsko na pomoc, może historia ułożyłaby się inaczej? Może wspólnie pobiliby bolszewików? Może nie byłoby wojny roku 1920? Nie byłoby Katynia? Tragedii Polaków w czasie II wojny światowej? Katastrofy w Smoleńsku?

Kozicka pisze, że Piłsudski targował się z Denikinem o Kamieniec Podolski i całe Podole. Denikin chciał przywrócenia dawnej Rosji, w starych granicach. Piłsudski chciał więcej. Ale myślę, że trzeba było najpierw wysłać to nasze wojsko na Kresy, ratować rodaków i ich majątki, a potem układać się z Rosjanami. Białymi Rosjanami. Już po pobiciu bolszewików. Oni wtedy byli jeszcze do zwyciężenia. Na Syberii walczył przecież z czerwonymi biały admirał Kołczak. Walczyły z nimi wojska angielskie i francuskie. Ale nasz pan Piłsudski nie chciał, bo nie lubił Rosjan (jego brat brał udział w zamachu na cara wraz z bratem Lenina, ot, ciekawostka, prawda?).

Wracajmy do Kozickiej… Męża nie znalazła, majątek straciła, była w biedzie i rozpaczy. By przeżyć, sprzedawała pierożki na ulicach miasta. W końcu, wraz z córką, w towarowym wagonie, po wielu perypetiach ewakuowała się do Odessy, a stamtąd do Polski. Córka szybko dojrzała i była jej jedyną pociechą. Po powrocie nadal szukała męża. Czy znalazła? Przeczytajcie tę książkę, a dowiecie się, jakie były dalsze losy tej rodziny.

Książka „Burza od Wschodu”, debiut literacki Marii Dunin-Kozickiej, uchwałą Międzynarodowej Komisji Współpracy Intelektualnej w Lidze Narodów, została wpisana na listę najwybitniejszych polskich dzieł literackich za rok 1925 r.  

Niezwykle poruszające dzieło, czytałam to z łzami w oczach i ściskaniem w gardle. Lektura obowiązkowa dla każdego Polaka chcącego poznać historię swojego narodu.

A jeśli chodzi o Kresy, to jestem optymistką. Nic w historii nie jest wieczne. Nigdy nie mówi się „nigdy”. Może jeszcze wrócimy na Kijowszczyznę? Tam ciągle pełno pamiątek po polskich czasach. 

Dunin-Kozicka Maria, „Burza od wschodu. Wspomnienia z Kijowszczyzny”, wyd. LTW, Łomianki 2007.



Tekst oryginalny ukazał się na blogu
archiwum mery orzeszko

środa, 22 października 2014

I wszystko było dobrze (Helena Zawistowska, „Od Wilii po Uklę”)



 

Gdyby nie Nowe Książki, zapewne nigdy nie dowiedziałabym się o istnieniu „Od Wilii po Uklę”. Po przeczytaniu recenzji postanowiłam jak najszybciej kupić i przeczytać wspomnienia Heleny Zawistowskiej. To jedna z tych książek, które niepostrzeżenie i skromnie przemykają przez dział nowości w księgarniach, a tak naprawdę bardziej zasługują na uwagę niż szumnie reklamowane bestsellery.

Autorka skończyła w tym roku dziewięćdziesiąt lat, jest doktorem medycyny i pisze baśnie dla dzieci. Od 1948 roku mieszka w Gdańsku. „Od Wilii po Uklę” to wspomnienia z wakacji spędzanych z rodziną na Kresach. Podtytuł zgrabnie streszcza treść książki: „Niezapomniany czas letnich wakacji w Wilnie i na Wileńszczyźnie w latach dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku”. Każdy z siedemnastu rozdziałów poświęcony jest innej miejscowości, w której wypoczywali państwo Hajdukiewiczowie. Już same kresowe nazwy brzmią tajemniczo. Na przykład Łosza, Załuż czy Ołona. Ramy czasowe retrospekcji obejmują lata 1922-1939. Autorka poświęca też sporo miejsca rodzinnemu domowi w Wilnie na ulicy Połockiej 45a i swoim najbliższym.

Zachwyciła mnie piękna polszczyzna Zawistowskiej, jej talent do barwnych, przemawiających do wyobraźni opisów i celnych charakterystyk ludzi, których Hajdukiewiczowie spotykali w czasie wakacyjnych podróży. Galeria ciekawych postaci jest bogata. Wspomnę jedynie ekscentrycznego polonistę, Stanisława Cywińskiego, który chodził mrucząc zachęcająco „Norwid, Norwid”. Niestety, wszyscy letnicy przed nim uciekali i nie miał komu przybliżyć postaci ukochanego poety.

Czym różniły się wakacje w latach dwudziestych i trzydziestych na Kresach od letnich wypraw AD 2012? Porównanie wypada na naszą niekorzyść. Odniosłam wrażenie, że urlopowicze byli wówczas zdecydowanie bardziej twórczy i aktywni. Nie potrzebowano żadnych kaowców czy animatorów. Mali wczasowicze robili zielniki i uzupełniali kolekcje motyli. To rodzice organizowali czas dzieciom i z zaangażowaniem uczestniczyli we wszystkich przedsięwzięciach. Duże wrażenie zrobiły na mnie fragmenty o przedstawieniach teatralnych, w których przygotowanie była zaangażowana duża grupa dzieci i dorosłych z zaprzyjaźnionych rodzin. Powstawały prawdziwe widowiska plenerowe z kostiumami, muzyką, tańcem i rekwizytami. Okazuje się, że wtedy był czas na wszystko. Nawet na drylowanie porzeczek.

Inny zwyczaj, który w naszych czasach prawie zanikł, to wspólne śpiewanie. Dla Heleny, jej rodziny, przyjaciół było czymś naturalnym, a nam kojarzy się zwykle z suto zakrapianymi imprezami i wyjątkowymi okazjami. Stanowiło nie tylko sympatyczną rozrywkę towarzyską, ale miało też działanie terapeutyczne. Po stracie zabawki czy nabiciu guza mama zarządzała: „Śpiewamy Kalinę!”. Choć pierwsze zwrotki jeszcze tonęły w szlochach, wkrótce troski znikały. „I wszystko było dobrze”.

Mieszkańcy Kresów wymagali nie tylko od siebie, ale również od innych. Ojciec Helenki nie mógł przeboleć, że w jednym z pensjonatów, w których wypoczywali, podawano zupę w garnku i na znak protestu już tam nie przyjechał. Zaznaczam, że był urzędnikiem, a nie zblazowanym arystokratą.

Wyjazdy na Kresy były też wspaniałą lekcją tolerancji. Oto relacja Heleny Zawistowskiej z wycieczki do Brasławia: „Miasteczko powiatowe, bardzo ruchliwe, gdyż był to dzień targowy. Pamiętam stojące niedaleko siebie dwie świątynie: duży kościół katolicki i okazałą cerkiew. A ludność tych okolic? Naliczyłam siedem narodowości: Polacy, Białorusini, Litwini. Rosjanie, Żydzi, Ukraińcy, Tatarzy. Wtedy współżyli w pokoju”. 

Wspomnienia obfitują w liczne szczegóły życia codziennego na Kresach i czytelnicy, którzy interesują się tym tematem, na pewno nie będą zawiedzeni. Widoki, zapachy i smaki Wileńszczyzny zostały opisane z serdecznym wzruszeniem i pietyzmem. To świat zapamiętany przez dziecko, więc znajdziemy cudne detale: „Ze wszystkich konfitur na świecie najpyszniejsza jest poziomkowa”. Autorka jest szczególnie wrażliwa na uroki przyrody i fragmenty jej poświęcone sprawiły mi szczególną przyjemność.    

W „Od Wilii po Uklę” dominują radosne i beztroskie tony szczęśliwego dzieciństwa. Jednak świadomość tego, co stało się po wakacjach w roku 1939, zmusza do spojrzenia na te poprzednie z zupełnie innej perspektywy. Uczestnicząc w letnich eskapadach rodziny Heleny, mamy świadomość jak kruche i ulotne są chwile szczęścia w obliczu katastrofy, która wkrótce się wydarzy.

Bezcennym dodatkiem do opowieści Zawistowskiej są liczne zdjęcia z domowego archiwum, które świetnie współgrają z tekstem i tworzą nostalgiczny, ujmujący klimat. Skrupulatne podpisy pod ilustracjami pozwalają natychmiast zidentyfikować osoby i miejsca przywoływane przez autorkę.

Wspomnienia „Od Wilii po Uklę” powstały przede wszystkim z myślą o prawnuczce pisarki, Zoi, jako upominek na jej pierwsze urodziny. To ona została wymieniona w dedykacji. Publikacja zapisków była prezentem dla autorki-jubilatki od najbliższych. Bardzo się cieszę, że wspomnienia Zawistowskiej udostępniono czytelnikom. Są stanowczo zbyt piękne i ciekawe, by tylko spoczywać w szafie w charakterze zakurzonej pamiątki rodzinnej.
 

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Lektury Lirael
 
 

wtorek, 21 października 2014

Anna Pawełczyńska, Koniec kresowego świata




 

Profesor Anna Pawełczyńska, uznany socjolog kultury, nie wahający się ferować odmiennych od dominującego przekazu sądów i analiz, postanowiła spisać historię swojej rodziny, aby ocalić od zapomnienia te obrazy i resztki, które się jeszcze zachowały w ludzkiej pamięci. Książka ta zwróciła moją uwagę już jakiś czas temu, ale dopiero teraz udało mi się ją zdobyć i przeczytać.

Autorka opisuje przede wszystkim rodzinę ze strony matki, Zofii Pawełczyńskiej, która wywodziła się z Podola, a dokładniej z okolic Latyczowa. Wynika to głównie z faktu zachowania wielu dokumentów, zapisków, wspomnień świadczących o życiu rodziny Ruszczyców oraz powiązanych z nimi krewniaków. Autorka opierała się na wspomnieniach matki, która – choć na Podolu spędziła tylko pierwsze dwadzieścia lat ze swojego 84-letniego życia – to jednak z tamtym życiem wiązało się najwięcej przywoływanych wspomnień i wzruszeń, a Podole było krainą dzieciństwa i młodości, z którą nic z późniejszego życia nie mogło się równać. Zofia Pawełczyńska pozostawiła po sobie zapisane wspomnienia z tych lat, autorka miała również dostęp do arcyciekawych zapisków babci dokumentujących codzienne życie średnio zamożnej kresowej rodziny szlacheckiej. Zachowały się one przypadkowo, ale dzięki nim można mieć wgląd w strukturę wydatków na gospodarstwo w kresowym dworku, w którym specjalnie się nie przelewało, ale przy rozsądnym gospodarowaniu dało się odłożyć co nieco.

Poza zupełnymi drobiazgami uratowanymi z pożogi 1920 roku, kiedy to młodzi Pawełczyńscy wraz z babcią autorki zdecydowali się uciekać do Pruszkowa, gdzie od tamtej pory mieszkali, zachowane zostały również niektóre dokumenty urzędowe poświadczające własność do ich dworku czy dokumentujące transakcje rodzinne. Uchodźcy niewątpliwie liczyli, że będzie szansa powrotu na ojcowiznę, my wiemy, że ich nadzieje się nie ziściły...

Wspomnienia dotyczą losów rodzin Ruszczyców, Gdowskich, Dyakowskich, Czerkawskich, Czarkowskich i innych oraz dworów i wsi: Rosochy, Buhłaje, Budy Rososkie, Dyakowice, Czereszenka, Czahary itd. Autorka przedstawia obraz życia we dworkach szlacheckich i stosunków rodzinnych swoich przodków w końcu XIX wieku i na początku XX wieku. Potem opisuje losy rodzinne po rewolucji 1917 roku, kiedy niektórzy z członków rozgałęzionej rodziny straciło życie w pogromach, część uciekła do Polski, a niektórzy zostali w Związku Sowieckim.

Książka dzieli się na dwie części. „Testament prababki” opowiada historię rodziny do 1917 roku, kiedy odczytaniem testamentu seniorki rodu symbolicznie kończy się dawna epoka. Druga część zatytułowana „Na cztery wiatry” opowiada o dziejach rodziny po 1917 r., kiedy nastał czas zamętu i zawirowań dziejowych rozdzielając rodzinę na zawsze.

Galeria postaci krewnych, kuzynów jest bardzo bogata. Mimo załączonych tablic genealogicznych łatwo się pogubić w koligacjach rodzinnych. Nie jest to jednak najważniejsze. Dzięki przywołaniu jednostkowych losów najpierw rozpościera się przed nami panorama uporządkowanego życia rodzinnego rodzin szlacheckich na Podolu, potem jesteśmy świadkami tułaczki rewolucyjno – wojennej często z elementami tragicznymi, a na koniec odbudowywania swego życia na nowo w odrodzonej Polsce. Szczególny szacunek wzbudza osoba dziadka autorki ze strony matki Konstantego Ruszczyca, który mimo zakrętów dziejowych, nie do końca udanego życia rodzinnego naznaczonego separacją z żoną i śmiercią dwóch synów potrafił znaleźć w sobie energię i entuzjazm do budowania swego życia od nowa i do radzenia sobie z nową rzeczywistością, gdy jego mała ojczyzna zniknęła. Do walki o Polskę nikt go nie musiał przekonywać.

Dzięki zachowanym listom możemy poznać tragiczne dzieje jednej z ciotek, która nie zdążyła uciec przed rewolucją. Z treści listów jasno wynika, że w miarę upływu czasu, kolejnych szykan, aresztowań jej i jej męża, obojga starszych i schorowanych, zupełnie osamotnionych ludzi, ich horyzont życiowy ograniczył się do kwestii zaspokojenia najbardziej rudymentarnych potrzeb: jedzenie i kąt do spania. Ciągle groziło im więzienie, zakaz pracy, niemożność zdobycia jakiegokolwiek grosza na życie. Ostatni list nadszedł w 1937 r. Jej los pozostał nieznany….

W drugiej części wspomnień autorka opisuje również rodzinę ze strony ojca, o której ma dużo mniej informacji i z którą również czuła się mniej związana. W pamięci czytelnika pozostaje głównie ojciec autorki, Henryk Pawełczyński, dobry, zaradny człowiek, który nie chciał być żołnierzem, ale życie go zmusiło do udziału w dwóch wojnach… Takie to były czasy, niewątpliwie ciekawe, ale burzliwe, niespokojne, niosące ze sobą zagładę dawnego świata. Kłania się tu słynne zawołanie „Obyś żył w ciekawych czasach!”…

Ważną rolę odgrywa opisana przez autorkę więź łącząca kresową część rodziny, nieustanne wymienianie się informacjami, kto gdzie mieszka, co się stało z krewniakami. Już od czasów dzieciństwa krewni ze strony matki autorki utrzymywali kontakt wspierając się wzajemnie. Przy okazji spotkań rodzinnych opowiadano dzieje rodziny, wspominano podolską krainę, nic więc dziwnego, że te opowieści zapadły profesor Pawełczyńskiej w pamięć i przyczyniły się do wzbogacenia tej opowieści. Niewątpliwie miały też wpływ na ukształtowanie osobowości przedstawicieli najmłodszego pokolenia rodziny, tych, którzy nigdy nie poznali Podola…

Jak gorzko zauważa jeden z Podolaków, który często odwiedzał dom Pawełczyńskich „Nasz świat się skończył, skończyła się kultura, tradycja, obyczaj, rodzina, ojcowizna. Skończyło się wszystko, na co potrzeba ludzkiej troski, wiary, nadziei, miłości i szczodrości w ofiarowaniu wysiłku i czasu, w którym to, co piękne i dobre, rozwija się, rośnie, nabiera kształtu.” (s. 387)

Ostatni rozdział, nie bez powodu zatytułowany „Requiem dla Ojczyzny”, to swoiste pożegnanie i właśnie swoiste requiem profesor Pawełczyńskiej odnoszące się do współczesności i wyrażające żal za minionym światem, jego patriotyczną tradycją. To też skarga na współczesny upadek obyczajów i zanik pamięci o przeszłości.

Ta książka, tak bogata w treści i emocje, wywołała we mnie olbrzymią falę wzruszenia i tęsknoty za tym, co zostało utracone i pogrzebane przez kapryśną panią Historię. Choć nie mam korzeni kresowych, ta lektura bardzo mnie poruszyła. Jakbym dopiero teraz uświadomiła sobie ogrom tragedii ludzkich poplątanych losów, co spowodowała zawierucha dziejowa w 1917 r. Uderzający kontrast między poukładanym życiem odbijającym się w skrupulatnych rachunkach babci Ruszczycowej a bezprzykładną i okrutną siła rewolucyjnych watah, które parły do zniszczenia i grabieży. Może to mnie tak uderzyło i poruszyło. Wiadomo, że sytuacja narodowościowa na dalekich Kresach Rzeczypospolitej nie była sielankowa, ale Polacy podczas trwania władzy cara nie należeli do nacji uprzywilejowanych, czego przykładem były represje po powstaniu styczniowym, niemożność sprzedaży majątku osobie narodowości polskiej, zakaz uczenia po polsku etc. Można tylko by dumnym z faktu przetrwania poczucia polskości wśród naszych rodaków, nawet na najdalszych Kresach Wschodnich mimo tak dużego nasilenia metod rusyfikacji.

Do momentu przeczytania tej książki Podole było dla mnie tylko jakąś odległą krainą, luźno powiązaną z Rzeczpospolitą. Teraz wiem, że to było mylne wrażenie, a polscy mieszkańcy najdalszych Kresów Wschodnich, często niezbyt zamożni, ale zwykle dbający o swoje gospodarstwo i dobrobyt, niejednokrotnie przypłacili życiem swoje przywiązanie do polskości. Bo ginęli tylko z tego jednego powodu: byli Polakami, czy też raczej Lachami...

Książka godna polecenia wszystkim, którzy interesują się historią Polski i naszym dziedzictwem, zwłaszcza kresowym.
 


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye


Anna Pawełczyńska (1922-2014) - polska socjolog kultury, profesor nauk humanistycznych. W czasie II wojny światowej w konspiracji, należała do Armii Krajowej. Aresztowana w 1942 r., była więziona na Pawiaku, później wywieziona do obozu Auschwitz Birkenau, następnie do obozu w Niemczech, gdzie zastał ją koniec wojny. Wróciła do kraju w 1945 r. Po wojnie studiowała socjologię. Była współzałożycielką i pierwszym dyrektorem Ośrodka Badania Opinii Publicznej. Autorka i współautorka 25 książek i opracowań. W 1976 r. podpisała jeden z listów otwartych przeciwko wpisaniu przyjaźni z ZSRR do Konstytucji PRL. Autorka książek wspomnieniowych: "Koniec kresowego świata" i "Koni żal".
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...