środa, 31 grudnia 2014

Józef Ignacy Kraszewski, Wieczory wołyńskie



"Nie wiem zaprawdę dlaczego, ale wieczór ze wszystkich pór dnia zdaje mi się najprzyjemniejszą. Jest to chwila uspokojenia, wytchnienia, zwrócenia w siebie, i policzywszy chwile każdego życia szczęśliwe, najwięcej by się między niemi znalazło wieczorów. Umysł podbudzony walką i pracą dnia, rzeźwiejszy jest i ochotniejszy niż rano, a nie tak zastygłe serce z jakiem wstajemy z nocy; fantazja rozwija skrzydła, pamięć nawet do głębi poruszona żywiej się krząta, wynosząc z komórek co skrzętnie sobie uzbierała." 

Dzień się skończył, noc jeszcze się nie zaczęła, a więc jest to czas refleksji w samotności, nad kartką papieru, w czasie rozmów z przyjaciółmi. Czterdziestosiedmioletni Kraszewski we wstępie ciepło wspomina przyjaciół, którzy odeszli, a z którymi spędzał wiele godzin na pożytecznych rozmowach.



Wieczory wołyńskie to nie tylko książka wspomnieniowa, esej, przewodnik turystyczny, ale i wykładnia poglądów pisarza oparta na przemyśleniach, porównywaniu zmian w społeczeństwie Wołynia. Założony cel historyczny i dydaktyczny wydaje się oczywisty, a do tego podany w sposób, którego nie powstydziłby się specjalista od PR.

Wołyń wielokrotnie przemierzany, oglądany i szkicowany, kochany i zasmucający jest bohaterem tej wieczornej opowieści. To w Żytomierzu przy ulicy Berdyczowskiej zamieszkał pisarz z rodziną w 1853 roku. Angażował się w życie miasta i okolic poprzez działalność społeczną. Wieczory wołyńskie stają się plonem obserwacji, przemyśleń, konfrontacji. Różnorodne środki składniowe służące nawiązaniu kontaktu z odbiorcą przechodzą od zachwytu, rzeczowej informacji, porównania, gawędy, do smutku potępienia, wydobycia skaz w niegdyś idyllicznym obrazie, by w końcu wskazać nadzieję.

"Na Boga! czegoż tu nie ma! dzieje świetne, przeszłość wspaniała, chleb, poezja, nie zbywa na niczem! Jest tu i step w miniaturze, i góry kto je lubi, i puszcze, i błota, i polesie straszliwe, i piaski z wydmami, i czarnoziem podolski, jednem słowem co kto zapragnie, co sobie kto wybierze. Kraj cały malowniczy i urozmaicony, a ludność nawet zbiegła się tu ze wszystkich świata krańców, aby na niczem nam nie zbywało."

I jeszcze o ludności:

"Cała ludność naszych prowincji składa się naprzód z najliczniejszej klasy ludu, od wieków na tych ziemiach osiadłego, ze szlachty, która mu przewodniczyła dawniej, z urzędników, przybyłych po większej części z różnych stron kraju, z żydów i drobnych złamków pochodzenia rozmaitego, o których niżej powiemy.

Lud, zasiedlający Wołyń, jest Rusią, to jest plemieniem zmieszanem rusko-polskiem. Jak w naturze nie ma nigdzie nagłych przejść, tak w plemionach obok siebie z dawna zamieszkałych zawsze się znajduje pośrednie, jednoczące je. Z jednej strony tak zwana Białoruś, z drugiej Ruś Czerwona i Małorosja są właśnie takiemi ogniwami spajającemi, których barwa właściwa z dwóch pierwiastkowych się składa. Wyrobiły one sobie pewną samoistność, ale na tle dwóch połączonych narodowości. Na Białej Rusi w języku i charakterze ludu, przemaga polski wpływ, w Czerwonej Rusi pierwiastek ruski. Język, obyczaj, charakter narodowy poświadczają o tem, i rzecz nie potrzebuje dowodzenia."

Piękna ziemia. Raj, ale od człowieka zawsze zależy, jak w nim będzie żył.

"Pozostaliśmy daleko od wszystkich, i wleczemy się ledwie powoli śladami odradzającego się życia; jakaś gnuśność ścisnęła nam serce, obojętność zmroziła uczucia, szyderstwo zatruło zapał wszelki, i tak poglądamy na wczoraj i jutro, jakby jedno ni drugie do nas nie należały."

W wielu miejscach pisarz jest bardzo krytyczny wobec swoich współczesnych, wskazując negatywne strony życia, marazmu, lenistwa, wręcz głupoty.

Bolesne to oceny ludzi, którzy odeszli od ideałów wspólnoty stanów. Teraz "majątek stał się dojną krówką, materiałem do spekulacji, źródłem dochodów i nic więcej." Również zbyt łatwo uszczupla się polski stan posiadania, a dawniej "Szlachcic zdobywał się na największe ofiary, aby się przy niej utrzymać, wypuszczenie z rąk gniazda było mu hańbą i sromem;" 

Spoglądając wstecz widzi: "Dawniej inne miano wcale pojęcie o ziemi, jej posiadaniu i obowiązkach, jakie ona wkładała. Prawo nigdzie nie zapisało tego, co było w obyczaju i tradycji, ale nie mniej dziedzictwo w ziemi uważało się nie tylko za źródło dochodu, ale za symbol obywatelstwa krajowego, za przekaz dziadowski. Rodziny, wiekami ugruntowane na spadkowych majętnościach, związywały się węzły nierozerwanemi z mieszkańcami miejscowemi, z włością całą. (...) Wieśniak i pan stanowili niemal rodzinę, gdy często dwór, dziecię wieśniacze, chłopek pańską dziecinę do chrztu świętego trzymał, a ten związek chrześcijański tak był silny, jak połączenie krwi prawie." 

Według Kraszewskiego siła tradycji tkwi w ziemi, wsi jako ostoi broniącej przed wynarodowieniem i wierze chrześcijańskiej. Dużo miejsca poświęca sprawom wiary, mądrej wiary, pozbawionej chciwości. Gdy spojrzy się na tragedię wołyńską XX wieku, o której pisarz nie mógł wiedzieć, nasuwa się uwaga, że pewne sprawy związane z obserwowaną zmianą warty, dojściem do znaczenie ludzi, dla których świętością były tylko pieniądze i zysk, kiełkowały w obserwowanej przez autora epoce. Kraszewski moralista jest zdecydowany w tępieniu zła, które zaczęło opanowywać jego ziemię. Od krytyki jest tylko krok domagania się oświaty dla ludu. "Mówiąc o oświeceniu, za najpilniejsze uważam religijne podniesienie wieśniaka; oświata od nowego chrztu duchownego począć się powinna i musi; - na innej podstawie nic zbudować nie będzie można. Dzieci i młodzież wyzwolić potrzeba od pracy ciężkiej choć w części, choćby na tem ogólne gospodarstwo przycierpieć miało, a przysposobić je do życia, gruntowniejsze wpajając zasady." Wybiórcze te moje cytaty, bo trudno streścić ideę pisarza-społecznika i patrioty. Wiele tematów porusza, łatwo przechodząc od jednej sprawy do drugiej, łączącej się z poprzednią w sposób logiczny.

"Wieczory wołyńskie" stały się zapisem poglądów, troski, obserwacji ludzi, ale i opisaniem turystycznym, przewodnikowym Wołynia ze szczególną uwagą zwróconą na Żytomierz, lecz i obserwacji tego, co dzieje się na innych rozdzielonych polskich ziemiach. "W W. X. Poznańskiem skąd na nas przed kilkunastą laty spłynęła filozofia niemiecka, mająca wrzkomo przetworzyć i odrodzić - germanizm pod pozorem cywilizacji podkopuje ostatki narodowości polskiej, w Galicji niespodzianie wyrosły rutenizm dopomina się późno praw swoich, które nieopatrzne zajątrzenie stworzyło... w naszych prowincjach żywioły małorosyjskie stawią się obok polskich, i zasad swych swobodą pozorną mamią tych, których zdają się posiłkować."

Ten skromny, niedoskonały wpis sygnalizuje obecność książki i paru tematów w niej poruszonych. Zabrakło opowieści o kolejnych miejscach, które w czasie podróży można zaobserwować, jakiegoś smutku zaniedbania, braku należytej pamięci oraz piękna przyrody. To pozostawiam uwadze kolejnych czytelników.




"Nadchodząca ciemność przeraża i zasmuca jakby przypominała nieprzespaną noc, w której tonie pamięć poza nami, a przeczucie, w straszliwej przyszłości. Ale pomimo smutku jakim napawa i niepokoju, którym karmi, chwila ta przynosi z sobą słodką jakąś tęsknotę. Człowiek, najmniej przywykły do dumania, zamyśla się, wzdycha i tysiące drobnostek przywodzi mu na pamięć wszystkie wieczory jego życia, za niemi całe życie prawie."


Józef Ignacy Kraszewski, Wieczory wołyńskie, [wyd. I], Drukarnia Zakładu im. Ossolińskich, Lwów 1859.

Książkę przeczytałam w Cyfrowej Bibliotece Narodowej.


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Niecodziennik literacki


wtorek, 30 grudnia 2014

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Lepszy dzień nie przyszedł już






Aleksandra Ziółkowska – Boehm napisała książkę, na którą złożyły się trzy opowieści dotyczące losów rodzin pochodzących z terenów należących przed II wojną światową do Polski i określanych, jako Kresy Wschodnie. Właściwie to jedynie dwie z nich zajmują większą część lektury, choć czytana pierwsza krotka opowieść o tym samym tytule jak książka, niezwykle poraża i wzrusza czytelnika. Powstała ona na podstawie wspomnień Jolanty Synowiec, osoby w dzieciństwie ciężko doświadczonej przez los. Wraca do okresu szczęśliwych dni w Szemiotówce koło Kobrynia na Białorusi, wkroczeniu Rosjan, przymusowego wyjazdu na wschód, śmierci rodziców i dziecięcej tułaczce wraz z rodzeństwem. 

Obszerne miejsce w książce zajmuje historia rodu Wartanowiczów i Jaxa Bąkowskich. Autorka przedstawia w niej z grubsza historię Ormian i wskazuje na przyczyny pojawienia się ich w rejonach południowo-wschodniej Polski. Rodzina była ceniona przez społeczeństwo lokalne i poważana. Miała też rodzinne majątki, piękne sady i winnice, stadniny koni na Podolu, które zostały utracone wraz z nastaniem władzy sowieckiej, albo tak jak dwór w Kraśnicy dopiero w styczniu 1945 roku. Autorka przedstawia losy poszczególnych członków rodzin, działalność konspiracyjną, służbę żołnierską, rodzinne zwyczaje, przymusową w szkołach naukę rosyjskiego, wywózki w głąb Rosji, głód, ciężką wycieńczającą organizm pracę, wędrówkę po krajach w poszukiwaniu schronienia.






Trzecia historia dotyczy Romana Rodziewicz o pseudonimie Roman, który był partyzantem majora Henryka Dobrzańskiego o pseudonimie Hubal. Rodziewicz urodzony na Kresach, pierwsze lata swojego życia spędził w Mandżurii i znał Polskę jedynie z opowiadań. Autorka przedstawia jego życie z uwzględnieniem jego lat dzieciństwa i młodości, kariery żołnierskiej, uczestnictwa w kampanii wrześniowej, aresztowaniu, torturowaniu podczas śledztwa, pobytach w hitlerowskich obozach. To opowieść o osobie odważnej, bezkompromisowej, o niezłomnych cechach charakteru, którą warto poznać.






Książka jest napisana przystępnym językiem i w głównej mierze oparta na wspomnieniach, listach i pamiętnikach obszernie zresztą cytowanych. Bogaty jest również materiał ikonograficzny książki. Znaleźć w niej również można przypisy i indeks osób. Bardzo dobra lektura, pobudzająca czytelnika do refleksji i momentami wzruszająca. Warto!



Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Lepszy dzień nie przyszedł już, wydawnictwo Iskry, marzec 2012, okładka twarda z obwolutą, stron 342.



Tekst oryginalny ukazał się na blogu Słowem Malowane

niedziela, 28 grudnia 2014

Gdzie Smotrycz płynie z wolna...




Aby dojechać do Kamieńca Podolskiego należy przekroczyć kilka granic. Pierwszą jest lęk u wielu przed tym, z czym mogą spotkać się na Kresach, w państwie ukraińskim. Odradzający się w zastraszającym tempie nacjonalizm ukraiński, dziurawe drogi czy wręcz niechęć do Polaków. Kolejne granice, to te istniejące w Krakowcu i Medyce między Polską i Ukrainą, czy geograficzne między Polesiem a Wołyniem, ale i między zlewniami wód do Mórz Bałtyckiego i Czarnego. W końcu granice już nieistniejące – między II Rzeczpospolitą i komunistyczną Rosją oraz I Rzeczpospolitą i Turcją. Wszak od pewnego czasu, od 26 sierpnia 1672 r. do 1699 r., Kamieniec Podolski położony był po „multańskiej stronie”, a po wojnie polsko-sowieckiej, w 1920 r., znalazł się w granicach Rosji sowieckiej. 

 

Dzisiaj Kamieniec Podolski, kojarzony w dziejach z nazwą „Brama do Polski” i urbs antemurale christianitatis – przedmurzem chrześcijaństwa, na pierwszy rzut oka znajdujemy w dość dobrym stanie zachowania. Ale to tylko powierzchowność. Podobnie jak we Lwowie i innych miastach na Kresach, zasadniczo odnawiane są fasady – stawia się na krótkotrwałą efektowność. Tymczasem zabytkowe struktury budowli zazwyczaj toczone są przez wilgoć i grzyb. W Starym Kamieńcu, w jego sercu, oglądamy wykop głęboki na 8 m pod fundamenty, otoczony wysokim płotem, pewnie kolejnego hotelu budowanego przez „kogoś” z Kijowa (mówi się, iż jeden z najdroższych hoteli należy do syna Juszczenki, byłego prezydenta Ukrainy), wykonany bez archeologicznego nadzoru. Może dlatego na malowniczo położonym zamku oprócz architektury, zdjęcia z oswojonym orłem, piwa w plastikowym kubku, proponuje się wystawę – jakże nostalgiczną – za minioną socjalistyczną epoką!? Na zamku, który odegrał na przestrzeni wieków ważną, nie tylko dla Rzeczypospolitej, rolę oglądamy osiągnięcia Kraju Rad od rewolucji 1917 przez pryzmat miejscowych partyjnych kacyków, problemów społecznych, kolejek w sklepach, ale i osiągnięć sowieckiej techniki, jakim był kolorowy telewizor marki „Rubin”! Wprawdzie, gdzieś w kącie walają rzucone bezładnie popiersia Stalina i Lenina, obok których zwiedzający przechodzą wciąż „na paluszkach”… Zawsze może znaleźć się sprzątaczka, która je odkurzy i postawi w miejscach, z których je zabrano. To jakby wystawa muzeum komunizmu! Przypominam sobie pierwsze spotkanie z Kresami. W 1980 r. trafiam z przyjaciółmi do Lwowa, gdzie z otwartymi ustami chłoniemy jego Polskość, którą zacierano bezskutecznie przez 49 lat! Weszliśmy do klasztoru OO Dominikanów – wtedy muzeum ateizmu, dzisiaj muzeum religii… W jednej z sal stał potężny posąg Lenina, obok którego chodziliśmy w letnich globtroterskich kapelusikach. Nagle słyszymy po rosyjsku uwagę starszej pani pilnującej ekspozycję, że u nich przed Leninem czapki się zdejmuje… Nieskorzy do oddawania czci wychodzimy szybko na zewnątrz! A na kamienieckiej wystawie pachnie taką atmosferą! Wszyscy jesteśmy zdumieni, a na usta cisną się słowa wyjęte z „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza, które padły na pogrzebie pułkownika Michała Wołodyjowskiego z ust księdza Kamińskiego…

– Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają!...

Gdzie na zamku mieściła się prochownia? Czy w tej zniszczonej baszcie? A może budynek zniszczony wybuchem prochu nie został odbudowany? W czasie obrony Kamieńca Podolskiego w 1672 r., kiedy poddano twierdzę Turkom, zginęli tam znani z kart epopei Henryka Sienkiewicza „Ogniem i mieczem” Ketling i pułkownik Michał Wołodyjowski wraz z z prawdopodobnie kilkunastoma żołnierzami. To nie do końca fikcja literacka… Ku pamięci pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego – „Herosa kamienieckiego” przed katedrą rzymskokatolicką wzniesiono obelisk… A pierwowzorem postaci Keslinga był Kurlandczyk major Hejking, który również zginął w wybuchu.
 



Mieszkamy w dawnym klasztorze dominikańskim, który od pewnego czasu znalazł się w rękach OO Paulinów. Długo trwały rozmowy z władzami państwa ukraińskiego w sprawie przejęcia świątyni i klasztoru przez Kościół rzymsko-katolicki. W takich rozmowach decyzja zapada wtedy, gdy budynki właściwie do niczego się już nie nadają. Zakonnicy i księża przejmując budynki nie bardzo wiedzą od czego zaczynać. Tylko załamać ręce i odejść, bo tu się niczego już nie da zrobić! Na szczęście duchowni rzymsko-katoliccy, coraz częściej wykształceni w miejscowych seminariach duchownych (w pobliskim Gródku Podolskim i Brzuchowicach pod Lwowem) nie są skorzy do pogrążania się w stanach depresyjnych. Dowodem jest o. Alojzy Kosobucki, pochodzący z Horodyszcza z parafii Szepetówka, prowadzący paulińską wspólnotę w Kamieńcu Podolskim. Posiada wsparcie w wybitnym konserwatorze zabytków dr Januszu Smazie z warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, który zamierza zawodowo osiąść na stałe u kamienieckich paulinów w klasztorze dominikańskim – tyle tam pracy!
 


W odrestaurowanej i udostępnionej wiernym części kościoła oglądamy kamienną ambonę – minbar. Trafiła tam z kamienieckiej katedry, która za czasów panowania tureckiego pełniła rolę muzułmańskiego meczetu (podobnie jak kościół jezuicki w węgierskim Pecs!). Na niej arabski napis: Nie ma Boga nad Allaha. Odnowili ją, w ramach prac dyplomowych, studenci Janusza Smazy. Jest porażająco piękna, choć jej wschodnia stylistyka nie pasuje do wnętrza barokowej świątyni. Ten zabytek stał się przyczyną postawienia przed sądem o. Alojzego, który oskarżony został przez kamieniecką Partię Allaha, o… zniszczenie zabytkowej ambony. Przed ukraińskim sądem odbyły się rozprawy, które uniewinniły go od postawionych zarzutów.


– Czy to znaczy, że w Kamieńcu Podolskim jest działająca wspólnota muzułmańska? – dziwię się.

– Nie, –odpowiada o. Alojzy – ale każdy pretekst jest dobry, by uderzyć w Kościół albo Polskość. To stare metody prowokacji stosowane przez sowieckie służby!

Nie tylko sowieckie, bo i w Polsce dokonywano prowokacji, by zaangażować w konflikt aparat administracji i sądownictwo do swych gier!

Przed, kiedyś gotycką, renesansową obecnie, rzymsko-katolicką katedrą pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła (to najdalej na wschód wysunięta budowla wzniesiona w stylu gotyckim, niektórzy architekci uważają, że tu kończy się Europa!) wznosi się wysoko, dominując nad miastem, złoty posąg Matki Boskiej. Masywna kolumna, na której ją postawiono, to minaret. Do niedawna jeszcze można było wejść na jego szczyt i podziwiać kamieniecką okolicę. Dzisiaj jest to niemożliwe z obawy przed prowokacjami Partii Allaha. W warunkach pokoju w Karłowicach z 12 września 1699 r., strona polska przejmując zrujnowany i wyludniony Kamieniec z rąk tureckiego baszy Kahramana Mustafy, zobowiązała się do tego, że minaret nie zostanie zburzony. Warunek został dotrzymany, ale na tureckim półksiężycu ustawiono najpierw drewniany posąg Matki Boskiej, który został w 1756 r. zastąpiony przez, sprowadzoną z Gdańska przez biskupa Mikołaja Dembowskiego, pozłacaną figurę Maryi (4,5 m wysokości) pochodzącą ze znanego gdańskiego warsztatu Henryka Szobera. Odnowienie posągu, to dzieło dr Janusza Smazy i jego studentów.

Zmierzając do kamienieckiej twierdzy, mijamy dawny klasztor i kościół OO Trynitarzy pod wezwaniem Świętej Trójcy. Wybudowany został w 1750 r. w stylu barokowym. Na jego fasadzie znajdowała się kiedyś figura Pana Jezusa zrywającego łańcuchy więźniów. Obecnie to cerkiew greckokatolicka pod wezwaniem św. Jozafata. Trynitarze, to bardzo specyficzny zakon, którego korzenie sięgają średniowiecza, czasów wypraw krzyżowych. Ich głównym celem było uwalnianie chrześcijan z niewoli muzułmańskiej. Istnieją przekazy, że kiedy brakowało im pieniędzy na wykupienie jakiegoś nieboraka, potrafili siebie oddać w jasyr. W trakcie swej działalności mieli uwolnić ok. 900 tys. chrześcijan. Na ziemie polskie sprowadzeni zostali dopiero za czasów króla Jana III Sobieskiego, po jego zwycięstwie nad Turkami pod Wiedniem. Zaprosił ich do Polski opat z Mogiły Jan Kazimierz Denhoff, który przebywał w Rzymie jako wysłannik Jana III Sobieskiego do papieża Innocentego XI. Pierwszy dom zakonny założyli w 1686 roku we Lwowie. Działali do 1783 r., do kasaty zakonów po pierwszym rozbiorze Rzeczypospolitej, w okresie józefińskim. Jak podają źródła, polscy trynitarze w latach 1688-1781 podczas 18. wypraw wykupili 517 jeńców za kwotę 573.427 złotych polskich (kwota za niewolnika wynosiła 300-600 zł, za postać znamienitą trzeba było zapłacić nawet 1800 zł). Do Kamieńca Podolskiego, będącego jeszcze w rękach tureckich, Trynitarze pierwszy raz mieli udać się w 1688 r., kiedy dokonali wykupu pierwszych ośmiu osób, wśród których były dwie kobiety – Marianna Chmielowska ze Lwowa i Katarzyna Tarczewska z województwa ruskiego. Oswobodzonych uroczyście wprowadzono do Lwowa. Opis uroczystego wprowadzenia ich do Lwowa pozostawił Józef Białynia Chołecki: „I stanął pochód w murach kościółka i upadli wszyscy na kolana składając dzięki niebiosom i czcigodnym zakonnikom. Obok mężczyzn w sile wielu kroczył już prawie starzec, tuz przy nim dwie kobiety, z których młodsza tuliła kilkumiesięczne dziecię w swych objęciach”. 



Z rozmyślań o przeszłości wyrywa nas głos dobywający się z głośników na trynitarskim kościele. Ktoś mówi... Gdybyśmy się znajdowali w muzułmańskim państwie, pomyślałbym, iż to mułła kieruje swe modlitwy do Allaha, nawołując też wiernych, by poszli w jego ślady... Może to nabożeństwo? Dopiero po chwili dociera do nas czysto polska mowa... To nasz Cicerone, Stanisław Dziedzic, głosił, do mikrofonu użyczonego przez sympatycznego duchownego urzeczonego wiedzą naszego przewodnika, na pół Kamieńca Podolskiego wykład po polsku na temat trynitarzy, ich kamienieckiego klasztoru i baroku... Zadziwieni ludzie, miejscowi i turyści, zatrzymywali się słuchając tego niezwykłego wykładu! Niektórzy poszli za głosem do świątyni…

Przy rozległym Rynku Ormiańskim kiedyś znajdował się sąd. Dzisiaj w popadającym w ruinę budynku mieszczą się zakłady dziewiarskie, których właścicielem jest Włoch. Maszyny pracują na pełnych obrotach, ludzie nie zarabiają wiele, ale mają pracę. Na fasadzie budynku tablica pamiątkowa informująca, że swą siedzibę miał tutaj w 1919 r. rząd ukraiński, na czele którego stał Symon Petlura. Przy ulicy Ormiańskiej dominuje wysoka wieża stojąca za kutą bramą, obok niej ślady fundamentów dawnego kościoła ormiańskiego, wysadzonego w powietrze w latach trzydziestych XX wieku przez Rosjan. W Kamieńcu Podolskim było kiedyś 5 kościołów ormiańskich, 12. cerkwi i 11. kościołów rzymsko-katolickich, a w XIX w. wzniesiono tam 20 synagog żydowskich. 




Stromą uliczką docieramy do Smotrycza. Wije się skalnym korytem, otaczając stare miasto naturalną fosą. Nad nami wznoszą się olbrzymie koszary wzniesione w XVIII w. Mieszkał w nich znany architekt gen. Jan de Witte, komendant twierdzy. Jego syn, Józef, przeszedł do historii przez to, że zakochał się w słynnej w ówczesnej Rzeczypospolitej i Europie „Pięknej Bitynce” – Sophia Galvani, która rozkochała w sobie Szczęsnego Potockiego. To dla niej powstała słynna „Zofiówka” – park w okolicach Humiania, który do dzisiaj budzi podziw odwiedzających go turystów. „Piękna Bitynka” mieszkała z pierwszym polskim mężem w tych koszarach. Ich syn, Jan, generał w carskiej armii, zapisał niechlubną kartę w tłumieniu Powstania Listopadowego w 1830 r. Idąc wzdłuż rzeki podziwiamy dodatkowe umocnienia, jakby wyrastające ze skalnego zbocza, na którym wzniesiony jest Kamieniec. Brama Ruska kiedyś dochodziła aż do rzeki. Dzisiaj jej walory wykorzystywane są do zabaw rycerskich, bowiem i tutaj modne są już rycerskie grupy rekonstrukcyjne…



Gdy Kamieniec Podolski przejęli Turcy, ciężar obrony Rzeczypospolitej przed atakami z Kamieńca, przejęły na Okopy Świętej Trójcy. W 1692 r. z rozkazu Jana III Sobieskiego, hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski założył u ujścia Zbrucza do Dniestru obóz warowny, który przez lata powstrzymywał zapędy tureckich oddziałów na granice Rzeczypospolitej. I choć w 1699 r. Kamieniec wrócił do Polski, to załoga Okopów Świętej Trójcy była utrzymywana do upadku Polski. Piękną kartę swej historii zapisali tam w 1769 r. Konfederaci Barscy walczący z Rosjanami pod dowództwem Kazimierza Pułaskiego. Otoczeni przez wraże oddziały ewakuowali się przeprawiając przez Dniestr na stronę turecką. Ci, którym się nie udało wyrwać z otoczenia, walczyli do końca w niewielkim kościele pw. Świętej Trójcy wzniesionym w 1693 r. Świątynia została odbudowana w 1903 r. Kościół został ponownie spalony przez UPA w 1945 r. Pozbawiony dachu, z pozostałościami malowideł ściennych pędzla Soznańskiego, zachowanych od remontu z początków XX w., czeka na swego wybawcę… Zatrzymujące się autokary przy Bramie Kamienieckiej lub Lwowskiej zawsze wzbudzają zainteresowanie miejscowych. Dla nich to okazja do nawiązania kontaktów i pozyskania kilku hrywien, które przydadzą się, by przetrwać do końca miesiąca… Podchodzi do nas staruszka, mówiąca pięknym archaicznym już językiem polskim. Nazywa się Biela. Mówi, że jej ojciec przybył tu spod Krakowa, z okolic Myślenic.



– Ja już ostatnia żyjąca w Okopach Polka. Jak umrę, to już będzie koniec… – mówi ze smutkiem.

Ostatnia strażniczka tradycji Okopów Świętej Trójcy? Czy przekaże komuś „klucz do tajemnicy”? Zawsze jest nadzieja… Pojawiają się sympatyczne dzieciaki, które prowadzą nas do ruin kościoła, usiłują mówić po polsku, to dobry znak. Tam nadzieja osiadła na ruinach kaplicy wraz gniazdem bocianim. A leniwe wody Zbrucza i Dniestru nie zwracają uwagi na szamoczące się z historią społeczności…



Janusz M. Paluch


Tekst oryginalny ukazał się na stronie Kraków Rozwadów





sobota, 27 grudnia 2014

Lucie Di Angeli-Ilovan, Żniwo gniewu





I znowu czytam o Kresach… Dwie kobiety, dwoje dzieci i dwa totalitaryzmy XX wieku... Przejmująca opowieść o trudnej, wojennej wędrówce dwóch sióstr z Mołodeczna (dzisiaj to Białoruś) na Ziemie Odzyskane pod zachodnią granicą Polski. Czytałam i płakałam, płakałam i czytałam… „Żniwo gniewu” Lucie di Angeli-Ilovan to świetnie napisana i trzymająca w napięciu książka, pochłonęłam ją jednym tchem!

Latem 1939 r. Kaszmira (zdrobnienie od Katarzyny Mirosławy) i Maruszka (zdrobnienie od Marii) miały po dwadzieścia parę lat i były świeżo poślubionymi żonami. Tuż przed wojną Kaszmira wyszła za żydowskiego komunistę Szuryka i zamieszkała w Nowojelni koło Grodna, gdzie oddziedziczyła dom po ciotce. Pracowała tam jako kucharka w sanatorium. Maruszka (krawcowa) wyszła za przystojnego ułana z pułku w Mołodecznie, właściciela majątku ziemskiego koło Tarnowa. We wrześniu 1939 r. zaczęła się wojna. Najpierw na Kresy zaczęli przyjeżdżać uchodźcy z bombardowanej przez Niemców centralnej Polski, a 17 września weszli Sowieci. Mąż Kaszmiry powiesił w kuchni portret Stalina i zaczął pracować dla bolszewików. Mąż Maruszki ukrywał się w Puszczy Nalibockiej wraz z innymi partyzantami z rozbitej polskiej armii i odwiedzał żonę po kryjomu.

Maruszka urodziła najpierw jedno, potem drugie dziecko. W 1941 r. weszli Niemcy. W czasie bombardowania szpitala przez niemieckie lotnictwo zginęła matka sióstr, która leżała tam po operacji biodra. Potem Niemcy złapali i wywieźli Żyda Szuryka. Niemiecki patrol zastrzelił w lesie męża Maruszki. Siostry postanowiły wyjechać z Kresów w bezpieczniejsze miejsce. I tak zaczęła się ich kilkuletnia wojenna wędrówka, w trakcie której pechowym zbiegiem okoliczności trafiły wraz z dziećmi na roboty przymusowe w niemieckich majątkach w Prusach Wschodnich. Potem było „wyzwolenie” przez Armię Czerwoną, obóz przejściowy NKWD w Działdowie, krótki pobyt w Nasielsku i Krakowie, a także odwiedziny w znacjonalizowanym już przez władzę ludową i zrujnowanym dworze męża Maruszki pod Tarnowem. Włosy stają dęba na głowie, jak się czyta, co te kobiety przeszły! Została im wprawdzie oszczędzona wywózka na Sybir czy do Kazachstanu, jaka była udziałem wielu Polaków z Kresów, ale za to spotkał je szereg innych nieszczęść, jakie mogą przytrafić się kobietom w czasie wojny.

W tej powieści są dwa plany narracyjne: współczesny i historyczny. Oba wątki splatają się ze sobą, prowadząc do wyjaśnienia niezwykłej, wojennej tajemnicy rodzinnej. Całość jest oparta na faktach. Powieściowe Maruszka i Kaszmira to matka i ciotka autorki. Naprawdę nazywały się Maria i Kazimiera Ganeckie. Maria wyszła za mąż za polskiego oficera Romana Karasińskiego, zaś mężem Kazimiery był Aleksander (Szuryk) Kardasz, którego rodzina prowadziła w Nowojelni piwiarnię. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule „Dwie siostry z Wilna i ich mężowie” opublikowanym na portalu Kresy24.pl. Są tam również ich rodzinne zdjęcia.

Lucie di Angeli-Ilovan, mimo egzotycznie brzmiącego imienia i nazwiska, jest Polką, urodziła się w Zielonej Górze, w latach 60. wyemigrowała, najpierw do Francji, a potem do USA. „Żniwo gniewu” to jej debiut literacki. Czytałam tę książkę dwa razy, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Interesowały mnie nie tylko kresowe korzenie bohaterek, ale także epizod związany z ich pobytem na robotach przymusowymi w Prusach Wschodnich, a także opis późniejszej pieszej wędrówki bezbronnych kobiet z dziećmi przez ogarnięte wojną Prusy.

Moja matka w styczniu 1945 r. jako niespełna 15-letnia dziewczynka także została wyzwolona przez żołnierzy Armii Czerwonej, a potem wracała pieszo do domu w trzaskający mróz z Prus Wschodnich wraz z grupą polskich przymusowych robotników. Na szczęście, mojej mamie udało się ominąć przejściowy obóz NKWD w Działdowie, bo szli przez Iławę. Pod koniec lutego 1945 r. dotarła szczęśliwie do domu. Ale mimo upływu lat ta wędrówka wciąż jest dla niej żywa.

Tekst oryginalny na blogu:
archiwum mery orzeszko

czwartek, 25 grudnia 2014

Mariusz Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna.




Mariusz Urbanek po napisaniu trzech książek poświęconych pisarzom (Brzechwa nie dla dzieci, Tuwim. Wylękniony bluźnierca, Broniewski. Miłość, wódka, polityka.) tym razem zebrał materiały do pozycji, której bohaterami jest głównie czterech panów i w dodatku przedstawicieli ścisłego przedmiotu, jakim jest matematyka. Chodzi tu o Stefana Banacha, Hugo Steinhausa, Stanisława Ulma i Stanisława Mazura. To oni spotykali się sukcesywnie w okresie międzywojennym w kawiarni w Szkockiej mieszczącej się przy ulicy Akademickiej 9 we Lwowie. W spotkaniach tych uczestniczyli oczywiście jeszcze inni profesorowie, docenci i doktorzy Uniwersytetu Jana Kazimierza. Stefan Banach uważał, że kawiarnia jest równie dobrym, o ile nie lepszym, miejscem na naukowe dysputy, co biblioteka czy gabinet. W Szkockiej rozmawiano właściwie o wszystkim. Były plotki, dowcipy, tematy dotyczące polityki, ale przede wszystkim roztrząsano zagadnienia matematyczne i to w dość emocjonujący sposób. Rozterki pisano na kartkach papieru, emocjonująco roztrząsano, niekiedy całe towarzystwo cichło i następowały indywidualne rozmyślania. Często pisali ołówkiem po stolikach: pierwiastki, równania, liczby, klamry, zygzaki – symbole, które dla przeciętnego bywalca były zupełnie niezrozumiałe.


Jedna z takich sesji trwała siedemnaście godzin, „nie licząc przerw na posiłki” – napisał Ulam. Hugo Steinhaus zapamiętał tylko, że powstał podczas niej dowód ważnego twierdzenia. Ale następnego dnia nikt nie był w stanie go odtworzyć, zaś „blat stolika, pokryty śladami chemicznego ołówka, został po owej sesji, jak zwykle zmyty przez sprzątaczkę kawiarni” – pisał.[1]
 

Potem jednak sprzątaczki miały przykazane, że stolika przykrytego obrusem myć nie wolno dopóki studenci wszystkiego nie odpiszą. Na pomysł wprowadzenia zeszytów w Szkockiej wpadła żona Stefana Banacha. Pierwszy wpis nosi datę 17 lipca 1935 roku. Każdy z nich opatrzony był numerem, datą, nazwiskiem autora problemu i potem notką o nagrodzie, którą ustanawiał. Stanisław Mazur miał, jako pierwszy obiecać autorowi dobrego rozwiązania flaszkę wina. Tak narodziła się Księga Szkockiej, w której były zarówno problemy trudne, poważne, jak i lekkie i żartobliwe. W sumie wpisano 193 problemy, a ostatni zapis pochodzi z 31 maja 1941 roku. To z inicjatywy Ulma zawartość Księgi Szkockiej została przetłumaczona, skopiowana w 300 egzemplarzach i rozesłana do matematyków na całym świecie. Została zaprezentowana w roku 1959 na międzynarodowym Kongresie Matematycznym w Edynburgu. Autor książki donosi, że w Polsce do tej pory Księga Szkocka nie ukazała się w całości drukiem. Po wojnie powstała Nowa Księga Szkocka (inna nazwa to Księga Wrocławska), gdzie wpisanych zostało 968 zagadnień w latach 1946 (pierwszy zapis należał do Steinhausa) – 1987.







Mariusz Urbanek przybliża czytelnikowi życie i działalność naukową wielkich lwowskich matematyków. Robi to w sposób nietypowy, bowiem postawił przede wszystkim na chronologię. Życie matematyków poznajemy więc od początku, ale na przemiennie. Jeżeli mowa jest o dzieciństwie i domu rodzinnym Steinhausa, to potem jest podrozdział dotyczący tegoż samego, ale w odniesieniu do Banacha. Pomiędzy tym jest jednak wzmianka, że Steinhaus poznał Banacha na Plantach w Krakowie w lipcu 1916 roku. Szybko jednak wpada się w rytm czytania i poznawania życia i pracy naukowej matematyków. 

Każdy z nich to postać nietuzinkowa. Banach był nieślubnym dzieckiem i wychowywał się w rodzinie zastępczej. Wyjechał do Lwowa na zaproszenie Steinhausa i to dzięki niemu otrzymał asystenturę na uniwersytecie. W 1923 roku został profesorem zwyczajnym i objął katedrę matematyki na UJK. Hugo Steinhaus pochodził z Jasła, studiował matematykę i filozofię we Lwowie, potem w Getyndze. Został profesorem nadzwyczajnym matematyki UJK w roku 1920, objął katedrę, a w 1923 profesorem zwyczajnym. Stanisław Mazur (nota bene to ojciec tancerki Krystyny Mazurówny) urodził się we Lwowie, był studentem matematyki tamtejszego uniwersytetu, ale też studiował w Paryżu. Mazur, podobnie jak Banach, nie ukończył studiów, został asystentem na UJK, doktorat obronił w 1932 roku. Stanisław Ulam był polskim matematykiem, urodzonym we Lwowie, który w 1943 roku przyjął obywatelstwo amerykańskie. W 1934 roku obronił doktorat z matematyki, a jego wykładowcą był między innymi Banach. W 1935 Ulam otrzymał zaproszenie do Stanów Zjednoczonych do Princeton University. Po roku dostał propozycję pracy na Harvardzie, z której oczywiście skorzystał. W 1941 roku rozpoczął pracę, jako profesor na uniwersytecie w Wisconsin. Oczywiście oprócz tych czterech wybitnych matematyków, Mariusz Urbanek wspomina o innych uczonych, którzy w okresie międzywojennym tworzyli tak zwaną lwowską szkołę matematyczną. Mowa jest również o tych, którzy wpadali do Szkockiej, tak jak filozof Kazimierz Ajdukiewicz czy chemik Roman Małachowski.






Autor kreśli życie i dokonania matematyków na tle życia kulturalnego, politycznego, społecznego i historycznego. Nie zapomina o panujących nastrojach wojennych, wojnie, losach powojennych, antysanacyjnych i antysemickich wystąpieniach na uczelniach, wprowadzeniu nowych ustaw o szkołach akademickich, wysiedleniach, zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną (potem Niemców i ponownie Armię Czerwoną), zaangażowaniu uczonych w politykę i innych sprawach. Przechodzimy przez cały etap życia każdej z głównej postaci przedstawionej w książce. W tym wszystkim pokazuje również ich życie towarzyskie i prywatne. Dowiedzieć się między innymi można, że Bronisława, żona Mazura, wpadała do Szkockiej, by wywlec męża i ciągnąć go do domu, głośno wyrzekając, że nie ma z niego pożytku[2]. W tym wszystkim odnaleźć można informacje dotyczące osiągnięć naukowych matematyków. Steinhaus słynął wśród współpracowników i studentów z aforyzmów (np. Kula u nogi – Ziemia). 

Książka uzupełniona została o rozmowę Mariusza Urbanka z profesorem Romanem Dudą matematykiem i historykiem nauki na temat lwowskiej szkoły matematycznej. W pozycji odnaleźć można kalendarium, indeks osób oraz spis bibliograficzny. W tekście dodatkowo zamieszczono archiwalne fotografie.






To książka o burzliwych losach wielkich polskich uczonych, którzy zrobili międzynarodową karierę i zyskali sławę. Zyskali prestiż i wnieśli wielki wkład do nauk ścisłych. Otrzymywali nagrody, honorowe doktoraty różnych uczelni, byli autorami cenionych książek. Los niektórych z nich był tragiczny. Niektórzy profesorowie zginęli we Lwowie w lipcu 1941 roku, Herman Auerbach zażył cyjanek w sierpniu 1942 roku, Juliusz Schauder zginął zastrzelony w 1943 roku, w styczniu 1945 roku lekarze rozpoznali u Banacha raka płuc. Bardzo dobrze, że powstała książka, która przypomina nam, że wybitne osobistości kryją się nie tylko w literaturze, sztuce i pokrewnych dziedzinach, ale również w naukach ścisłych.



[1] M. Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, Warszawa 2014, s. 9.
[2] Tamże, s. 77.



Mariusz Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, wydawnictwo Iskry, wydanie 2014, oprawa twarda z obwolutą stron 284.

wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!


Źródło
 

Niech spokój z Wami będzie i szczęśliwość będzie,
Niech błogosławi Bóg czyny i kroki, które stawiacie,
Niech rozprasza mroki.
Niech w Narodzenia świętą chwilą bożą
Nową się życie opromieni zorzą
I z Nowym Rokiem co nam oto świta
Do serc strwożonych niech pokój zawita.
Niech zginą wojny, zagasną pożogi,
A ludzkość wznosi nowe życia progi,
Nowego bytu niechaj zręby stawi,
A Bóg przedwieczny z niebios błogosławi.


(
Cyt za: W bożą noc : jednodniówka świąteczna : Łuck, Równe, Dubno, grudzień [nieznana data powstania dokumentu])


Kajetan Kraszewski z Romanowa do brata, Józefa Ignacego Kraszewskiego przebywającego na wygnaniu, w Dreźnie:

Ojców to naszych obyczaj prastary,
Polskiego kraju maluje dostatek,
Symbol braterstwa, miłości i wiary;
Święty opłatek.
Dawniej po dworach chadzali kwestarze -
Przy nich katechizm powtarzały dziatki,
I z Bożym słowem przynosili w darze
Białe opłatki.
Lecz świat dzisiejszy, który w nic nie wierzy,
Co nie jest złotem, bogactwem, dostatkiem,
Co - Boże odpuść - nie mówi pacierzy,
Gardzi opłatkiem.
Ale my - czcimy, co obyczaj święci,
Czy ty za światem, czy ja w naszej chacie,
Więc ten opłatek w dowód mej pamięci
Przyjm, miły bracie.

Cyt. za: Barbara Wachowicz, Siedziby wielkich Polaków. Od Reja do Kochanowskiego, Świat Książki, Warszawa 2013, s. 394.
 


Wincenty Pol: Z pieśni o ziemi naszej


Trzy krzesła polskim strojem
Koło stołu stoją próżne,
I z opłatkiem każdy swoim
Idzie do nich spłacać dłużne,
I pokłada na talerzu
Anielskiego chleba...
Nikt nie pyta o kim mowa,
wszyscy wiedzą co się święci,
I dla kogo serce chowa
Winną pamięć w tej pamięci.
Łzą się ucztę rozpoczyna,
Niemo uczy się drużyna
Ze strat wielkich, z lat ubiegłych,
Z nieobecnych i poległych...
Kazimierz Wierzyński: Kolęda dziecięca
Kolęda dziecięca
Zbieram się długo, od samego lata,
Zobaczyć Ciebie w świętym Betlejemie,
Tylko, że od nas trzeba przejść pół świata,
By w Twą zamorską zawędrować ziemię.
Pokaż mi dzisiaj za naszym ogrodem
Najbliższą drogę do Twojej stajenki,
Za to opłatek przyniosę Ci z miodem,
Stanę na palcach i podam do ręki.
Snop wezmę z sobą, przyda Ci się słoma:
Niech Matka Boska w jakąś noc zadymną,
Żłób nią wyścieli świętymi rękoma,
By Ci nie było w Twej kołysce zimno.
A gdy Ci twardo będzie bez poduszek
I smutno, zapal na gwiazdach światełka,
Ja Ci dam trochę mych suszonych gruszek
I zeszłoroczne opowiem jasełka.
Jak szli Trzej Królowie z koroną na głowie,
Jakeśmy wtedy zabili Heroda,
I jak na skrzypkach grali pastuszkowie...
Tak ślicznie było... Tyś nie widział...
Szkoda...
A potem razem z Betlejem pójdziemy
Do nas pomodlić się gdzieś na Pasterce,
I tu usłyszysz, Malusieńki, Niemy,
Jak kolęduje Tobie moje serce
 


Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia
życzymy Wam wiele spokoju, cierpliwości i dobroci.
Niech Boże Narodzenie zagości w Waszym domu na długo!

 

P.S. Wiersze użyte powyżej zostały zaczerpnięte z bloga Szczur w antykwariacie za łaskawym pozwoleniem jego właścicielki. :)

Wigilia na Kresach






Nazwa Wigilia pochodzi od słowa łacińskiego ,,vigilia” i oznacza czuwanie, straż nocną, wartę. W Polsce nazwa ta jest związana z 24 grudnia, z dniem poprzedzającym Boże Narodzenie. Najważniejszym momentem obchodów Bożego Narodzenia, jest postna wieczerza nazywana Wigilią lub Wilią. Wieczerza wigilijna, do której zasiadano po podzieleniu się opłatkiem, składała się zawsze z potraw postnych . Ich rodzaj oraz liczbę określa dotąd - przechodzący z pokolenia na pokolenie - obyczaj religijny i rodzinny

Polska Wigilia to jedna z naszych tradycji, dzięki której naród bez państwa przetrwał i doczekał się wolności. Wieczerza wigilijna charakterystyczne dla tego szczególnego dnia potrawy wywołują w nas wspomnienia związane z oczekiwaniem na Mikołaja i dziecięcą radością wywołaną nie tylko otrzymanymi prezentami, lecz również spotkaniem z członkami rodziny, kiedy wszyscy obecni dzielą się opłatkiem, a w domu panuje zgoda i radość.

Stół wigilijny zastawiony potrawami odzwierciedlał zwyczaje i tradycje kulinarne regionu, które często były odmienne od powszechnych wyobrażeń ograniczonych do barszczyka, uszek i karpia.
 
Na Kresach w dniu wigilijnym pan domu polował a gospodyni szykowała wieczerzę, aby na stole nie zabrakło :
zupy migdałowej z ryżem i rodzynkami,
a ponadto:
barszcz z uszkami albo zupa rybna z farszem lub grzybowa z łazankami,
szczupak na szaro w sosie z cytryną i rodzynkami,
okoni posypanych jajami, oblanych masłem,
szczupaka na żółto, zimnego, w całku, z szafranem i rodzynkami,
karpia całego na zimno w rumianym sosie z rodzynkami,
pasztetu z chucherek we francuskim cieście,
lina w galarecie,
karasi smażonych z czerwoną kapustą,
kremu śmietankowego,
galarety albo kisielku,
suszeniny ze śliwek,
wisien i gruszek,
zamiast chleba : strucle na migdałowym lub makowym mleku – powinny leżeć całe z jednego i drugiego końca stołu.

Na Wileńszczyźnie na stole wigilijnym nie mogło zabraknąć rolmopsów śledziowych na sposób wileński, smażonych śledzi, a uszka do barszczu były smażone, nie gotowane, podawano również grzyby w cieście, a na deser do wigilijnego kompotu pierniki, makowce i dużo bakalii z suszonymi owocami i południowymi. Pani pan domu obowiązkowo, a goście na dobrą wróżbę, musieli skosztować kiślu owsianego.
 
Na Kresach Lwowskich opłatek smarowano miodem, podobnie jak na Podhalu, a na zakończenie Wigilii powinien był być podany strudel ciągniony galicyjski. (Źródło)
 
 

Wspomnienia o Wigilii na Kresach na szczęście przetrwały. 
 
Dzięki Janinie Sawickiej pochodzącej z Drohobycza, miasta znajdującego się w obwodzie lwowskim, możemy dowiedzieć się, jak spędzano Wigilię w jej domu:


"W pokoju ustawiano choinkę, na stole pod białym obrusem rozkładano siano. Po podzieleniu się opłatkiem i odmówieniu krótkiego pacierza, siadano do stołu. Na stole musiało być 12 potraw. Przy każdym nakryciu leżał jeden ząbek czosnku i dopiero po zjedzeniu czosnku, symbolu zdrowia, przystępowano do świątecznej wieczerzy - dodaje. Wszystkie potrawy musiały być postne. Tradycyjnie podawano barszcz czerwony, uszka z grzybami, zupę grzybową, pierogi ruskie i z kapustą, kapusta z grzybami, karp smażony i ryba w galarecie, gołąbki z kaszą i grzybami. Na końcu podawano lekko schłodzoną "kutię", była to pszenica z miodem, makiem i bakaliami. - Z kutią związana jest pewna tradycja - mówi Janina Sawicka. - Najstarszy z uczestników nabierał na łyżkę kutię, wychodził do siewni (korytarz) i rzucał kutią o sufit. Jeżeli się przykleiła to wróżyło szczęście temu domowi - dodaje. Na świątecznym stole zawsze stały dwa wolne nakrycia.- Jedno nakrycie wolne dla osoby, która mogła się tego wieczoru pojawić. Takiemu przygodnemu gościowi nie można było odmówić posiłku - opowiada Janina Sawicka. - Drugie nakrycie dla bliskich, którzy już na zawsze odeszli. Każdy z uczestników kolacji, część swojej porcji wsypywał do tego talerza - kontynuuje.- Jeżeli w domu były zwierzęta, również z nimi dzielono się opłatkiem. Krążyła taka legenda, że zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem - mówi Janina Sawicka. - W tym dniu również szło się na grób zmarłych i symbolicznie dzieliło się z nimi opłatkiem, zostawiając go na grobie - dodaje. Oczywiście od domu do domu chodzili kolędnicy poprzebierani za różne postacie, począwszy od świętej rodziny, aniołków, pastuszków, królów i diabła, a skończywszy na śmierci z kosą (kostuchą)". (Źródło)
 
Ale bywały też Wigilie bardziej dramatyczne...
 
Wigilia na zesłaniu w 1941 roku
"Nie zapomnę nigdy pierwszej Wigilii Bożego Narodzenia na wygnaniu. Smutna to była wieczerza. Choinki nie było ponieważ jodły, świerki i cedry rosły tylko w tajdze, a nie na stepie, gdzie mieszkaliśmy. Brat Kazik przyniósł z pracy przydział 800 gram chleba, brat Olek dwa szczupaczki o łącznej wadze jakieś 900 gramów.

Mama podzieliła chleb równo, dla każdego po sto gramów. Był opłatkiem i wigilijnym daniem. Mama, stojąc przy stole ze łzami w oczach, przeżegnała się i smutnym głosem zaintonowała modlitwę, którą wspólnie zmówiliśmy. Życzenia złożyła wszystkim z prośbą do Boga o szczęśliwy powrót do kraju. Po modlitwie każdy z nas trzymając w ręku kawałeczek chleba podchodził do mamy, składał życzenia, życząc jej zdrowia i powrotu do Polski.

Tylko starsze rodzeństwo miedzy sobą było zgodne i nie rościło do siebie żadnych pretensji. Janek jedząc chleb zapytał mamę czy dostanie kawałek słodkiej bułki, do tej prośby przyłączyła się Marysia. Tonik natomiast wspomniał, że chciałby zjeść pralniczka, czyli słodkiego pierniczka. Mama na to odpowiedziała: "dzieci, a ja skad mam wziąć slodkie bułki i pralniczka”. (...)

Za oknem szalała zima
, zamieć śnieżna, wiatr pędził śnieg, była śnieżna zadymka. Ten chleb to była cała nasza wigilijna kolacja. Byliśmy nasyceni i czuliśmy się bardzo szczęśliwi. (...) Po kolacji śpiewaliśmy kolędy i ze wzruszeniem wspominaliśmy naszą ostatnią Wigilię z dziadkami w Duniłowicach. Były ciotki, ojciec, brat Stasek, których już więcej nie widzieliśmy. Dziadkowie umarli podczas wojny, ojca i Staska zamordowali bolszewicy..." Józef Maciejewski, Żary (Źródło)


Typowe potrawy wigilijne 


Zupa migdałowa to najstarsza zupa wigilijna na Kresach. Przygotowywana w bogatych domach, była symbolem dobrobytu i zamożności gospodarzy

Aleksander Jełowiecki, szlachcic z dawnych Kresów Wschodnich, wspominał: "Stoły wysłane sianem, przykryte obrusem jak śniegiem. Na stole w ogromnych srebrnych misach polewka migdałowa, na srebrnych podstawach ogromne szczupaki wysadzane przezroczystymi przysmakami, jakby drogiemi kamieniami, tam łamańce z makiem, tam kutia, dalej wykwintne łakocie i różne owoce, na środku złocisty kosz z cukrami, na koszu spoczął lecący aniołek i trzyma opłatki. Tak zastawiony stół na Wigilię czeka na gości, goście czekają na gospodarza, gospodarz czeka na pierwszą gwiazdkę".

Przepis na zupę migdałową z 1906 roku

"1 i 1/2 litra mleka zagotować z cukrem, 1/4 funta słodkich migdałów i kilka gorzkich migdałów sparzyć, obrać z łupin, utrzeć lub umleć na miałko, włożyć w mleko. Osobno podgotować rodzenków sułtanek i wrzucić na wydaniu w zupę. Do zupy tej można dać ryż ugotowany na gęsto w mleku" - przepis Antoniny Dz. z 1906 roku. (Źródło)
 
Na wschodnich obszarach dawnej i obecnej Polski, w najważniejsze dni, świąteczne stoły uświetnia jedna z bardziej rytualnych i rozpoznawalnych potraw jaką jest kutia. Do jej przygotowania potrzeba pszenicy, miodu, maku i bakalii. Najlepiej popijać ją kisielem żurawinowym. Produkty, które używa się do tej potrawy mają wymiar symboliczny:

ziarno jest symbolem zmartwychwstałego życia
miód - zdrowia i dobrobytu na życie (słodkie życie)
mak symbolizuje dobrobyt w rodzinie
 

Przyjmuje się, że im bogatsza jest kutia (smaczniejsza i bardziej syta) tym większy urodzaj i dostatek w rodzinie. Dlatego też w Wigilię Bożego Narodzenia na stole nie powinno zabraknąć smacznej i kalorycznej kutii a każdy z członków rodziny powinien jej skosztować.  (Źródło) 
 
Na koniec tego nietypowego "wigilijno-kulinarnego" wpisu podaję ponoć ulubioną potrawę wigilijną Adama Mickiewicza (wg "Palce lizać" z 4.04.2011 r.). Jego córka Marysia wspominała, że na Wigilię zawsze obowiązkowo był szczupak po żydowsku.

Składniki:

2-2,5 kg szczupaka
2 bułki kajzerki
3 cebule
sól, pieprz
gałka muszkatołowa
2 łyżki masła
jajko
włoszczyzna
1/2 l mleka
1/2 łyżki mąki

Oskrob, spraw i wypłucz szczupaka. Odkrój łeb (trzeba go zachować). Ściągnij bardzo ostrożnie skórę, aż do ogona - trzeba uważać, by jej nie uszkodzić. Oczyść mięso ryby z ości, przepuść przez maszynkę. Bułki namocz w mleku. Dobrze odciśnij. Sparz cebule i utrzyj na tarce. Dodaj pieprz, sól i gałkę muszkatołową. Łyżkę masła utrzyj z jajkiem. Dodaj zmielone mięso z ryby, odciśniętą bułkę i cebulę. Całość trzeba dobrze wyrobić. Farsz nałóż w skórę szczupaka, uformuj na kształt ryby, dostaw głowę. Zetrzyj włoszczyznę na tarce o dużych oczkach. Wyłóż nią dno brytfanki. Rybę ułóż w brytfance na włoszczyźnie. Podlej odrobiną wody, dodaj łyżkę masła i duś na małym ogniu około 1,5 godziny. Sos oprósz mąką, zagęść. Gotową rybę pokrój w cienkie plastry. Podawaj z sosem, w którym się dusiła.
 
Może ktoś z Was pokusi się o przygotowanie któregoś z przysmaków wigilijnych rodem ze wschodnich rubieży?

Źródło


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Joanna Puchalska, Dziedziczki Soplicowa





ŚLADAMI MICKIEWICZA

Czombrów – malowniczy modrzewiowy dwór, z pobielanym gankiem, położony na wzgórzu, między topolami, nad ruczajem. Zagubiony gdzieś między Nowogródkiem, a Świtezią. I jakoś dziwnie znajomy.

Jeśli zastanowimy się, który dworek szlachecki przedstawiony w literaturze w sposób szczególny przypadł Polakom do serca serca - pomyślimy o Soplicowie. Nie wszyscy jednak wiedzą, że pierwowzorem mitycznego Soplicowa był Czombrów, który posiadał duszę i niezwykłą przeszłość. Dwór przez wieki był świadkiem historycznych wydarzeń (przemarsz wojsk napoleońskich, procesy i zajazdy szlacheckie, wojny). Przez jakiś czas był związany z rodziną Mickiewiczów. Wieszcz zapewne często tu gościł i fascynował się historią, gdyż osnowa „Pana Tadeusza” mocno opiera się na czombrowskich realiach.

Czy rzeczywiście „Pan Tadeusz” ukazuje losy ostatniego szlacheckiego pospolitego ruszenia? Otóż jednak nie, gdyż jak dowcipnie wyraził się w wywiadzie Ryszard Ordyński (polski reżyser teatralny i filmowy) - ostatni „zajazd na Litwie” miał miejsce w 1928 roku, kiedy Czombrów przez miesiąc oblężony był przez ekipę filmową (z plejadą gwiazd polskiego niemego kina), wykonującą plenerowe ujęcia do ekranizacji „Pana Tadeusza”, a także tłumy okolicznych sąsiadów, którzy ze wzruszeniem przyglądali się przedsięwzięciu. Mieszkańcom przydzielono role statystów, w filmie także uwieczniono w stroju sarmackim samego właściciela dworu, Karola Karpowicza.

Film (którego premierę oglądał prezydent Ignacy Mościcki oraz marszałek Józef Piłsudski) przyczynił się do wzmożonej popularności Czombrowa. Przed wojną dwór zostaje oficjalnie włączony w trasę szlaku turystycznego prowadzącego „śladami Mickiewicza”, a tłumy wycieczek stały się stałym elementem krajobrazu. Pojawiła się konieczność wyznaczenia przewodnika. Ta odpowiedzialność spada na synową właścicieli, której zadaniem było od tej pory oprowadzanie gości „po Soplicowie”.

16 maja 1943 roku partyzanci sowieccy podkładają ogień we wszystkich narożnikach dworu. Płonie Czombrów, płoną wszystkie polskie dwory w okolicy. To koniec pewnej epoki. Maria Karpowiczowa, ostatnia dziedziczka, ma zaledwie kilka minut, by wyjść z domu i zabrać przedmioty, które chce ocalić. Ratuje dworskie archiwum.

***

Joanna Puchalska (z zawodu historyk) jest prawowitą właścicielką i spadkobierczynią ocalonych dokumentów. Dorastała słuchając rodzinnych „czombrowskich” opowieści. Wielokrotnie wyjeżdżała za wschodnią granicę, szukając śladów majątku, porównując szczegóły topograficzne z „Panem Tadeuszem” w ręce. Była autorką cyklu audycji w radiowej Jedynce: „Droga do Soplicowa”. Współpracowała z Filmoteką Narodową przy rekonstruowaniu filmu Ryszarda Ordyńskiego i rozszyfrowywaniu sekretów, które kryły w sobie poszczególne ujęcia. W 2012 roku, z okazji repremiery tego filmu zorganizowała wystawę porównującą zdjęcia Czombrowa z kadrami filmu. Wreszcie postanowiła napisać książkę, która stałaby się połączeniem i podsumowaniem wszystkich projektów i która z pewnością potraktowana została jako wypełnienie życiowej misji.

Archiwa dworskie pozwoliły prześledzić życie codzienne mieszkańców dworu na przestrzeni kilku stuleci. Książka przedstawia losy kilku pokoleń właścicieli dworu, przy czym akcent położony jest na doniosłej roli, jaką spełniały czombrowskie kobiety.

Trudno ogarnąć w zwięzłej recenzji wszystkie aspekty książki. Przede wszystkim prawdziwe wzruszenie budzi poznawanie życia polskiej szlachty osiadłej w okolicach Nowogródka i jednoczesne uświadamianie sobie, jak wiele z tych wydarzeń odbiło się echem w mickiewiczowskim poemacie. Książka zawiera wiele niespodzianek, wędrując „soplicowskimi” ścieżkami spotkamy fascynujące osobistości, między innymi matkę chrzestną Mickiewicza (ówczesną właścicielkę Czombrowa) oraz słynnego filozofa i teoretyka fotografii – Jana Bułhaka, bliskiego kuzyna Karpowiczów.

Klimat książki tworzą nie tylko rodzinne wspomnienia, ale także zdjęcia pochodzące z cudownie ocalonego archiwum. Z fotografii spoglądają na nas kolejni właściciele Czombrowa, ich goście (także ekipa filmowa). Zobaczymy inne wartościowe dokumenty: fragmenty dworskiego inwentarza, spis poddanych zobowiązanych do pańszczyzny, notatkę sporządzoną dla ekonoma Mateusza Majewskiego (dziadka Mickiewicza), a nawet odręcznie pisane przepisy, pochodzące z dworskiej „książki kucharskiej”.

„Dziedziczki Soplicowa” to niezwykła książka, która jest nie tylko kroniką rodzinną. Stanowi barwną i rozległą panoramę życia polskiego społeczeństwa na Kresach, a jednocześnie pozwala zajrzeć za kulisy powstawania najsłynniejszego poematu narodowego. Z pewnością jest to idealny prezent dla Polaków, który pomoże w sposób bardziej świadomy uczestniczyć w obchodach 180. rocznicy wydania „Pana Tadeusza”. Z całą pewnością zachęci do ponownego sięgnięcia po poemat i skonfrontowania go z nowymi faktami.




Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...