sobota, 31 stycznia 2015

"Pamiętnik Panicza" - Józef Ignacy Kraszewski


Tytułowy Panicz - hrabia Adaś, to starszy brat znanej już nam Serafiny. Wychowany przez arystokratyczną i snobistyczną matkę miłośnik wszystkiego co angielskie (ze szczególnym uwzględnieniem wyścigów konnych, puchatych ręczników i... angielskiej choroby, czyli spleenu, zwanego przez prosty lud nudą), namiętnie nienawidzi wszystkiego co polskie. Z pogardą wyraża się o wąsatych szlagunach (ubranych w kontusze szlachcicach), nawet, jeśli łączą go z nimi więzy krwi. Polska literatura powoduje u niego mdłości (zresztą - dużo sprawniej posługuje się francuskim), a patriotyzm- konwulsje. Do mrzonek o niepodległości podchodzi z obrzydzeniem, zresztą za swoją stolicę uważa wcale nie galicyjski Kraków i Lwów, a Wiedeń.

Wiele lat spędził za granicą na pobieraniu nauk, a to, że nie udało mu się na żadnej uczelni zdobyć dyplomu, przypisać należy zgubnemu wpływowi niejakiej Lili - brukselskiej kokietki, koniom i kartom- nieodłącznym towarzyszom człowieka dobrego smaku i wysokiej kultury, a także prostemu faktowi, znanemu każdemu studentowi- doba ma tylko 24 godziny, kiedy tu jeszcze się uczyć?

Słodkie byłoby życie nadobnego Adasia, gdyby nie pani matka, która zaniepokojona pustkami w skarbcu, postanawia odwołać swojego jedynaka z zagranicy i wysłać go do Lwowa, w celu skoligacenia z jakąś posażną panną.

Hrabia Adaś instaluje się zatem w najlepszym w mieście Hotelu George (dla człowieka tak bywałego w świecie hotel ten jest jednak nędzną norą), rozpoczyna serię wizyt zapoznawczych, nawiązuje znajomości z innymi dandysami, a nade wszystko - zaczyna prowadzenie pamiętnika.

Z niego dowiadujemy się o kolejnych projektach matrymonialnych. Egzotyczna milionerka Aria, wstrętnie patriotyczna Wanda, żywa, świetnie wykształcona Julia... która z nich stanie się panią Adamową? A może zdystansuje je wszystkie jedyna budząca uczucia w sercu (bądź w innej części ciała) dobrze urodzona choć nieposażna Emilia- wdowa i femme fatale w jednym? A może Kraszewski, mistrz zakręconej fabuły, rozwiąże sprawę jeszcze inaczej?

Myślę, że "Pamiętnik..." jest jedną z tych książek, które wytrzymały upływa czasu, choć 140 lat, jakie minęło od jej powstania, nieco poprzesuwało akcenty. Niegdyś była to złośliwa i inteligentna satyra na klasy próżniacze. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło, postawy czysto konsumpcyjne zyskały społeczną akceptację (nawet ekonomiści podkreślają, że aby gospodarka funkcjonowała, ludzie muszą wydawać:)). Hrabia Adaś doczekał się wielu współczesnych odpowiedników - choćby w postaci złotej młodzieży z Beverly Hills 90210 (młodszych czytelników proszę o jeszcze bardziej współczesne przykłady:)). Jego obyczajowe perypetie jako żywo przypominają Bridget Jones (któż nie pamięta jej miotania się między Danielem a Markiem Darcym). Słowem - Kraszewskiemu udało się wstrzelić w pewien trend literatury popularnej, który nie stracił na aktualności. A jednocześnie rzecz ma nieosiągalne obecnie walory językowe i artystyczne:).

"Pamiętnik..." podobał mi się odrobinę mniej niż "Serafina", ale wina w tym wyłącznie doboru głównego bohatera. Obydwie książki prezentują dwa antytypy ludzkich zachowań. W przypadku kobiet potępiona była postawa aktywna, która obecnie znajduje uznanie w oczach świata, i która jest atutem Serafiny. Adaś natomiast to typowy mężczyzna metroseksualny. Przyznajmy szczerze - kogo kręcą tacy faceci, poza akcjonariuszami koncernów sprzedających im żele, toniki i zestawy do sushi? Nic dziwnego, że i mnie jego osobowość nie zwaliła z nóg, choć przyznam, że portret celny i nieźle uchwycony:). A opis świata widziany jego oczyma - bezcenny:).

Jest możliwe, że książka inspirowała gigantów polskiej myśli narodowo-wyzwoleńczej. Oto cytat z Romana Dmowskiego, które aż prosiłoby się wrzucić do posłowia książki:
"Polacy nie znają nawet połowy tych zabiegów, trosk i wysiłków co życie przeciętnego Francuza, Anglika lub Niemca (...) Gdy dla nas potrzeba czynu jeszcze dziś jest smutną koniecznością, dla innych czyn jest warunkiem szczęścia" [1]. Niestety, to celny komentarz do wybiórczego kosmopolityzmu hrabiego Adasia. Podobnie jak Kraszewski, Dmowski krytycznie ocenia także próżniacze wychowania , którego produktem był nasz bohater.

Wydaje się, że nie czytali za to tej książki polscy socjaliści. Klasa próżniacza w niej przedstawiona w niej wydaje sie tak bezpłodna (być może także pod czysto biologicznym względem), że zamiast planowania rewolucji, wystarczyło spokojnie poczekać na jej wymarcie:).

[1] Myśli nowoczesnego Polaka, R. Dmowski, cytat za: "Bierność dawniej i dziś", P. Zyzak, Nowe Państwo 4/2011, s. 55

Obyczajowa historyjka z Lwowem w tle. Zaczynam podejrzewać, że dla Kraszewskiego Lwów był siedliskiem zepsutej arystokracji. Przecież stąd pochodziła też rozwydrzona Serafina....
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora


piątek, 30 stycznia 2015

Zofia Kossak, Pożoga




Koniec świata na Kresach

Oceniając (bardzo, nawiasem mówiąc, wartościową) książkę Zofii Kossak „Pożoga”, nie jestem w stanie nie zwrócić uwagi na pewien dysonans, będący wynikiem zestawienia wybujałego słownictwa z przedstawionymi wydarzeniami.

Autorka posługuje się piękną polszczyzną, owszem. Rzadko się dziś taką spotyka. Ale pisanie o grabieżach, rzezi i pogromach w konwencji opowieści z życia wyższych sfer powoduje lekki zgrzyt estetyczny. Być może jest to jednak odczucie wyłącznie jednostkowe, na domiar złego, pochodzące od osoby, która pod względem intelektualnym i genealogicznym pozostaje w stosunku do autorki w tyle o niezmierzone lata świetlne. 

Pomijając jednak pewną egzaltację stylistyczną, „Pożoga” to bardzo dobra książka. Po pierwsze – pokazuje bez skrzywień te wątki dziejowe, które przez lata, przez wzgląd na obowiązujące tendencje w prezentowaniu historii, skrzętnie zamiatano pod dywan.

Po drugie, istotna jest autentyczność obserwacji. Wspomniane już, zahaczające ciut o grafomanię, zabiegi stylistyczne, są niejako dowodem szczerości wyznań pisarki. Swoje odczucia i spostrzeżenia przekazała w sposób sobie właściwy, zachowując chronologię zdarzeń i logikę ciągu przyczynowo-skutkowego.

Zofia Kossak, wywodząca się z TYCH słynnych Kossaków, krewna Magdaleny Samozwaniec i Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, swe młode lata spędziła na Wołyniu. Z jej osobistej perspektywy „burżujki” obserwujemy kulisy konfliktu z bolszewikami, począwszy od ich zarania aż do finału.

Ponieważ na temat wojny polsko-bolszewickiej ukazało się dotychczas niewiele opracowań, miałam na ten temat raczej mgliste i stereotypowe pojęcie. Tymczasem autorka zaskoczyła mnie własnymi refleksjami. O dziwo, nie epatuje zanadto łzawymi wspomnieniami. Pisząc o rewolucjach (lutowej i październikowej) oraz ich następstwach, nie poprzestaje na opłakiwaniu utraconych wygód i przywilejów. Stopniowo przedstawia zmiany zachodzące w świadomości ukraińskich chłopów oraz metody, jakimi posługiwano się, by rozluźnić (a w rezultacie – zniweczyć), obowiązujące wśród nich przekonania i zasady. To przygotowało grunt do przejęcia władzy przez bolszewików, których Zofia Kossak utożsamia z najgorszą zakałą oraz synonimem chciwości, prostactwa i brutalności.
Opisywane w „Pożodze” zabory mienia miały, początkowo, charakter zwykłych grabieży i daleko im było do narodowych czystek (zdaniem autorki, ich sprawcy byli na to wówczas zbyt prymitywni). Dopiero, wraz z pełnym rozkwitem ideologii, dochodziło do wydarzeń coraz bardziej drastycznych. I - w pewnym sensie - lekko infantylny styl pisarki, na zasadzie konfrontacji przeciwieństw, podkreśla jeszcze ogrom przedstawionego w książce okrucieństwa. Przeciwstawienie idylicznego piękna Kresów z ponurą, bezmyślną hołotą daje efekt prawdziwie wstrząsający.

Razi trochę nadmierne idealizowanie polskiego ziemiaństwa i przypisywanie tamtejszej szlachcie przymiotów iście anielskich. Dwór jest ostoją wszelkich cnót, bezpieczeństwa i harmonii. Ale trudno się dziwić, w zestawieniu z najeźdźcami nawet najczarniejsza owca ze szlacheckiego stada wydać się mogła jagnięciem bez skazy...

Zofia Kossak z sentymentem wspomina pierwszy polski pułk, działający na Wołyniu oraz partyzancką grupę pod wodzą bohaterskiego Feliksa Jaworskiego. Pokazuje Ukrainę, przechodzącą w coraz to inne ręce i opłakuje zniszczenia, jakich tam dokonano. Krytykuje rządy Petlury, który umocnił zapoczątkowaną wcześniej nienawiść pomiędzy narodem polskim a ukraińskim.

Chwile względnego spokoju przeplatane są okresami skrajnej obawy i koszmarnych przeczuć (autorka, w opisywanych przez siebie czasach, miała dwójkę drobnych dzieci). Kolejne przenosiny (ucieczki!), kolejne napady i krwawe mordy na okolicznej ludności oraz pogromy Żydów określają czasy jej młodości i determinują pogląd na ówczesne wydarzenia. 

Zaskakują nieco refleksje autorki na temat komunistycznych rządów, które zastały ją i rodzinę w Starokonstantynowie. Zwraca przede wszystkim uwagę na przejmującą nudę, poczucie bezradności i bezsensu życia, brak perspektyw i jałowości podejmowanych działań. Życie podporządkowane było we wszelkich wymiarach aparatowi władzy. Zjawisko, skądinąd, nieobce...

Dobrze, że ta książka została napisana i dobrze, że została napisana w ten sposób, wbrew aktualnie dominującej poprawności. Szkoda tylko, że (pomimo jej wad) tak niewiele się o niej mówi...


 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Legere necesse est

środa, 28 stycznia 2015

Maria Rodziewiczówna, Klejnot






Już kiedyś doszłam do wniosku, że istnieją dwa niepodważalne prawa czytelnicze (które sprawdzają się przede wszystkim w moim przypadku) - najdalej nam do książek z własnej półki oraz ... znajomość klasyki bywa kulawa. W przypadku tej książki boleśnie potwierdziło się prawo wymienione przeze mnie jako drugie. Było to moje pierwsze spotkanie z Marią Rodziewiczówną. I jak to przeważnie u mnie bywa - z uprzedzeniami jej dotyczącymi pożegnałam się na zawsze.

Mamy tutaj historię pewnego małego miasteczka i okolicznych gospodarstw - XIX wiek, Kresy Wschodnie. Przekrój przez społeczeństwo - kompleksowy. Są chłopi, jest zubożała szlachta, są Żydzi, są dorobkiewicze, jest tak zwany "element". Wieś u Rodziewiczówny to nie tylko pola, lasy, łąki, zboża etc., ale przede wszystkim ludzie. Autorka doskonale portretuje mieszkańców - przede wszystkim psychologicznie. Nie wyczytamy tutaj wygładzonych opisów chłopstwa, wyidealizowanego obrazka szlachty -wszystko tak jak natura stworzyła - prawdziwie, bez lukru i cukierkowatości.

A o czym traktuje powieść? Głównym bohaterem jest Seweryn Sokolnicki. Boryka się on z niemałymi problemami finansowymi, które łata to pożyczkami u Żydów, a to pędzeniem wódki. Ostatecznością przed którą broni się zaciekle jest sprzedanie majątku rodzinnego. Próby ochrony ojcowizny wspiera wiernie jego prawa "ręka" - Szymon Łabędzki, przyjaciel i leśniczy. Podobne problemy napotyka Basia z sąsiedniego majątku - ratują ją lichwiarskie pożyczki, za które poręcza jej wuj - sknerowaty do cna. Pojawia się piękna i wartościowa kobieta Nina Zagrodzka - uwielbiająca wyścigi konne, bogata, ale i nie stroniąca od bezinteresownej pomocy. Zakochuje się w Sewerynie, on jednak zbyt dumny jest na to, aby związać się z kobietą bardziej majętną od siebie ...

Sięgając po tę książkę zdałam sobie sprawę z faktu jak długi czas nie miałam styczności z dawną polszczyzną. Piękną, dawną polszczyzną. Maria Rodziewiczówna nie była gruntownie wykształconą pisarką - skończyła zaledwie kilka klas szkoły, jednak styl jej pisania - surowy, prosty - przypadł mi do gustu. Momentami archaiczne sformułowania, szyk zdania czy określenia zmuszały do skupienia się nad treścią. "Klejnot" powstał w 1897 r., czyli nieco ponad 100 lat temu - język polski zmienił się w tym czasie bardzo. I przyznam, że niemałą przyjemnością było czytać powieść, która klimatycznie pachniała mi liceum ...

Rodziewiczówny w kanonie lektur dla żadnej ze szkół nie ma. Szkoda - mam wrażenie, że jest bardziej przyswajalna niż, chociażby nieszczęsne "Nad Niemnem" (wiem - "NN" można kochać bądź nienawidzić), a tematyka i tło społeczne są bardzo podobne. Dzieje się tu jednak więcej - mamy morderstwa, kłótnie, bijatyki (jak mawiała moja prababcia - nie ma dobrej historii bez trupa w tle). Z drugiej strony jest romans, uczucie. Jest też opis codziennych problemów ówczesnej zubożałej szlachty - spłata weksli, troska o majątki. Historia żyje - nie jest odrealnionym zlepkiem opisów stanów emocjonalnych etc., postaci są nakreślone tak realnie, a ich język jest równie autentyczny.

Na szczególną uwagę zasługują dwie bohaterki - Barbara i Nina. Obie to nowoczesne kobiety - nowoczesne w naszym rozumieniu. Niezależne, samodzielne, dbające o swoje gospodarstwa. Nie czekające na to, co przyniesie im los z założonymi rękoma. Inspiracji do opisania tych postaci autorka zapewne odnalazła w swoim życiorysie - sama zarządzała majątkiem ojca i uchodziła za kobietę silną i nowoczesną - Maria Rodziewiczówna obcięła włosy na krótko i nosiła krótką spódnicę. Kobiety odgrywają sporą rolę w "Klejnocie" - mężczyźni liczą się z ich zdaniem, szanują radę. Ciekawostką, na poły feministyczną, jest postać Ihnatowej - siostry głównego bohatera. W momencie kiedy jej mąż sprzedaje gospodarstwo, ona urażona lekceważeniem jej zdania w trakcie podejmowania decyzji o pozbyciu się ojcowizny - opuszcza go na zawsze.

Powieść polecam szczerze - zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. W interesujący i prawdziwy sposób przedstawia życie na Kresach Wschodnich w XIX wieku. Doskonałe portrety bohaterów, interesująca fabuła - to sprawdzone składniki dobrej powieści. A że klasykę i to w dodatku polską warto czytać - to chyba przekonywać nie trzeba. Warto oderwać się od współczesnej literatury, żeby nasiąknąć piękną, starą polszczyzną. I powtórzę - szkoda, że takich powieści nie było w kanonie lektur szkolnych - wiele wątków poruszonych w "Klejnocie" mogłoby doprowadzić do bardzo ciekawych dyskusji podczas lekcji języka polskiego. I na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z Marią Rodziewiczówną ...
 
 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Bazgradełko

wtorek, 27 stycznia 2015

Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz, Boża podszewka




„Boża podszewka” Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz to znakomicie napisana autobiograficzna saga rodzinna, która przedstawia rozkwit i upadek rodziny Jurewiczów z Wileńszczyzny.

Jurewicze z Juryszek od niepamiętnych czasów żyli w tym samym miejscu. W momencie dziania się tej opowieści mieli 100 hektarów ziemi i niewielki drewniany dworek otoczony sadkiem. Nie było to ziemiaństwo, ale drobna, trochę już schłopiała szlachta. Nie stać ich było na salony, powozy i służbę w białych fartuszkach podającą do stołu. Sami pracowali na roli, ramię w ramię, z parobkami i dziewkami folwarcznymi. Jedli to samo co służba, czyli zupę „podkłótkę” i „świńską kaszę” ze skwarkami.

Akcja powieści rozpoczyna się na początku XX wieku, wraz z narodzinami najmłodszej, dziewiątej córki Jurewiczów, Maryśki (matki autorki), która do końca życia miała kompleks, że nie była dzieckiem chcianym i kochanym. W rodzinie było poza tym czterech synów i cztery córki, zaś ojciec, Andrzej Jurewicz, był tak jurny, że obłapywał młodsze służące i mieszkające w sąsiedztwie chłopki, do których lubił zachodzić niby to „na bliny”. Większa część „Bożej podszewki” to historia rodziny widziana z perspektywy nadwrażliwej Maryśki. Poznajemy dzieje Jurewiczów na tle wielkiej historii, która co i rusz puka do ich drzwi. Najpierw jest spokojny czas przed I wojną światową, kiedy w Juryszkach życie płynęło tak, jak sto lat temu, a jedynym zgrzytem było to, że litewski ksiądz nie chciał wysłuchać spowiedzi po polsku, potem nadchodzi I wojna, potem wszystko zaczyna się zmieniać, a na zabitą dechami prowincję dochodzą wieści ze świata. Synowie rozglądają się za żonami, córki szykują swoje skrzynie posażne, pakując do nich haftowaną pościel, holenderskie koce i litewskie killimy.

Jurewicze nie wiążą się z byle kim, musi to być osoba równie zamożna, zaopatrzona w pieniądze, hektary i – koniecznie - szlacheckie pochodzenie (Andrzej Jurewicz trzymał swoje szlacheckie papiery w skrzyni na strychu). Maryśka długo czeka na odpowiedniego kandydata, w końcu wychodzi za mąż za niemłodego już sędziego i rodzi córkę Gieniusię, porte parole autorki. Wkrótce to Gieniusia staje się centrum powieściowej narracji. Kiedy nadchodzi II wojna światowa, Jurewiczom szczęśliwie udaje się uniknąć wywózek „za pierwszych Sowietów”, za Niemców pędzą samogonkę i podejmują we dworze kolacyjkami partyzantów polskich, litewskich i radzieckich. Jeszcze jakoś żyją, chociaż w strachu. Całkowity upadek zaczyna się wraz z nadejściem „drugich Sowietów”, kiedy nie pomaga już nawet samogonka pita w ramach protekcji z komandirem Saszką. Rodzina Jurewiczów staje się ofiarą represji prowadzonych wobec ludności polskiej na Wileńszczyźnie, kiedy to nowa radziecka władza zmuszała Polaków do wyjazdu „do Polski”, czyli na Ziemie Odzyskane. Jeśli nie chcieli wyjechać, to sama ich wywoziła w innym kierunku, przeważnie do Kazachstanu. Drugi tom „Bożej podszewki” opowiada o losach Jurewiczów na Dolnym Śląsku. Przedstawia też dzieje tych, którzy pozostali w Juryszkach.
Autorka napisała tę powieść na motywach historii rodziny swojej matki. Pozostawiła prawdziwe imiona, zmieniła tylko nazwę ich siedziby (Juryszki naprawdę nazywały się Rakuciniszki) i nazwisko (naprawdę byli to Mickiewicze). Na podstawie tej powieści powstał serial „Boża podszewka”, który wzbudził ogromne protesty środowisk kresowych. Nie mam pojęcia, co się nie podobało Kresowiakom w tym, bardzo dobrze zrobionym, serialu. Być może chodziło o pewien proces mitologizacji Kresów, o którym mowa jest w drugim tomie powieści? „Juryszki też nieoczekiwanie zmieniały się w jej wspomnieniach. Stary dom rozrastał się, piękniał. Okna stawały się coraz większe i większe, prawie takie jak tu (na Dolnym Śląsku –M. O.), weneckie. Powiewały w nich tiulowe firanki, na drzwiach miękko układały się aksamitne portiery, a służące, te brudne Walunie i Antolki, uwijały się po salonie w fartuszkach i czepeczkach na głowie. – Co ciocia mówi? – zdziwiła się kiedyś Gienia, przysłuchując się, jak Józia opowiadała o tym pani Huwaldowej. – Przecież służące chodziły tam zawsze boso. – Co ty tam pamiętasz! – machnęła ręką ciotka. – Byłaś tylko dzieckiem. Nie masz o niczym zielonego pojęcia. Wy mieszkaliście w Wilnie. Kiedy dorośli o czymś rozmawiają, nie wtrącaj się – upomniała ja surowo.”

Tak więc, być może niezgodnie z obowiązującą dziś manierą pisania o Kresach, Lubkiewicz-Urbanowicz opisała je nie od strony serca, ale „od dupy strony”, czyli pokazała jak naprawdę żyli ludzie na wsi kilkadziesiąt lat temu. Trzeba pamiętać, że owe tiulowe firanki i aksamitne portiery mogło mieć przed wojną ziemiaństwo, które posiadało tysiące hektarów areału rolnego i mogło sobie pozwolić na takie fanaberie. Drobny szlachetka na stu hektarach musiał nieraz sam gnój wywalać z obory, słoma z butów mu wyłaziła naprawdę, mył się porządnie w balii raz w tygodniu, a jego żona tym tylko różniła się od chłopek, że szła w pole w butach i czasem w koralach na szyi.


Nie można absolutnie zarzucić autorce „Bożej podszewki”, że źle czy niesprawiedliwie opisała środowisko kresowe. Bohaterowie jej powieści pokazani zostali z miłością i zrozumieniem, a ich wady to wręcz zalety w porównaniu z paskudnymi, chciwymi Galileuszami (przyszywana ciotka i wujek z Galicji) i ludźmi z innych terenów Polski. Autorka z wiedzą i wyczuciem przedstawiła warunki życia na wsi, które dzisiejszym mieszczuchom mogą wydawać się szokujące (np. klasyczna wiejska drewniana wygódka, sikanie na stojąco uprawiane przez wiejskie baby nienoszące majtek pod długimi spódnicami lub sypanie pieprzu na klepisko stodoły podczas wiejskiego wesela, kury włażące sobie spokojnie do domu i spacerujące po stole, młode jagniątka trzymane zimną w sieni, by nie zmarzły itp klimaty). A to wszystko prawda. Takie są uroki życia codziennego na wsi. Kury łażące po stole widziałam ostatnim razem w gospodarstwie rolnym pod Warszawą w 1978 roku. Tam też mieszkali potomkowie szlachty (tylko mazowieckiej, nie kresowej).

Powieść ta jest słodko-gorzka. Momentami można się uśmiechnąć z powodu sytuacyjnego humoru lub dowcipnych wiejskich kresowych powiedzonek, momentami zapłakać nad tragicznym losem ostatnich przedstawicieli polskiej szlachty na Kresach. Tamte polskie dwory zostały planowo zrównane z ziemią przez władzę radziecką, a na ich miejscu powstały kołchozowe pola. Komu się udało, ten wyjechał "do Polski". Komu się udało, ten wrócił z wywózki do Kazachstanu, a kto nie miał szczęścia – pozostał tam na zawsze. Dzisiaj to jest już inne państwo - Białoruś.

Trochę w gardle ściska, jak się o tym pomyśli.


Lubkiewicz-Urbanowicz Teresa, „Boża podszewka”, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 1998
Lubkiewicz-Urbanowicz Teresa, "Boża podszewka. Część druga", Wyd. Prószński i S-ka, Warszawa 1998
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Józef Ignacy Kraszewski, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy

"Pospolitą chorobą (...) jest w Pińszczyźnie kołtun (plica polonica), który trafia się również u Tatarów i w Węgrzech, a nawet w Belgium i nad Renem (...). Szukali w nim starzy medycy jakichś cząstek siarczanych, inni uznali go za prosty skutek niechędóstwa. Inni jeszcze początek kołtunu odnoszą do napadów tatarskich i zatrutych przez nich wód, a nareście przypisują go także użyciu zbytecznemu wódki i dymnym chatom. Na Pokuciu pospolity, kołtun przeniósł się z wojną do Rusi i Polski. Zwierzęta nawet tej chorobie objawiającej się na włosach podlegają, co zdaje się okazywać, że jest przywiązaną do miejsca i wypływa z przyczyn lokalnych. Wszakże jest w bliskim obcowaniu zaraźliwa i dziedziczna, a niezmiernie trudna do wykurowania, wątpliwości nie ulega. Jej szkodliwe skutki włosami się nie ograniczają, humory, które ją sprawują, często kaleczą okropnie i nieznośnych bywają przyczyną boleści."[1]

 

"Nie ma rzeczy na świecie niegodnej uwagi i opisu" [2].
 
Nie tylko wielkie wydarzenia i niezwykłe miejsca - pewnego dnia Kraszewski postanowił chwytać życie na gorąco i spisywać w swoim kajeciku tak ulotne wrażenia, jak i ciekawostki różnej treści. I tak trzymamy w ręku książkę, która powstałą w zasadzie z niczego. Garść anegdotek podróżnych, szczypta opinii o ludziach i miejscach, uchwycone ginące pieśni ludowe i takież zwyczaje, zanotowane inskrypcje nagrobne, rozważania na temat historii sprzed kilku wieków, mity, legendy i obserwacje socjologiczne. Wiele z tych okruchów zostało potem uwiecznionych w innych książkach, już bardziej monotematycznych, niektóre miejsca posłużyły za tło powieści.

Kraszewski błyska niejednokrotnie poczuciem humoru, drąży interesujące go kwestie z naukową pasją (nie tracąc jednak świeżości amatora-erudyty). Czasem zaś - niestety przynudza. Ale, ale..."wszystko w swoim sposobie użytecznym być może, gdy się tylko zastanowić zechcemy" [3]. Dlatego też omiń czytelniku nieinteresujące dla siebie fragmenty i czytaj dalej. Na pewno trafisz na takie, które do Ciebie przemówią.


[1] J.I. Kraszewski, Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy, Warszawa 1985, LSW, s. 118
[2] tamże s. 21
[3] tamże s. 22



Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora


niedziela, 25 stycznia 2015

Magda i Mirek Osip-Pokrywka, Leksykon zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich




„Leksykon zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich” to znakomicie edytorsko przygotowane albumowe wydawnictwo umożliwiające miłośnikom historii sentymentalną podróż szlakiem ocalonych z burz dziejowych obiektów historycznych na terenie województw należących do Polski przed wybuchem II wojny światowej.







Fot. 1. Podhajce Kościół pw. Trójcy Świętej,
źródło: „Leksykon zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich,” s. 68.





Wspaniale wydany leksykon wypełniają setki fotografii przedstawiających architektoniczne pamiątki związane dawnymi polskimi gospodarzami tych ziem. Zwiedzimy więc dziesiątki zamków, które przed setkami lat broniły Polski przed najazdami tatarskimi. Obejrzymy zdjęcia (często także plany) okazałych rezydencji magnackich, pałaców i dworków szlacheckich. Wiele obiektów sakralnych nie przetrwało lat powojennych, często bywały zamieniane na magazyny lub burzone. Mimo to autorom udało się uratować od zapomnienia i utrwalić w niniejszej publikacji szereg kościołów, kaplic, klasztorów, synagog, cerkwi i cmentarzy. W kresowych miastach przed wybuchem ostatniej wojny znaczny odsetek mieszkańców stanowili Polacy. Dlatego także na kartach książki spacerujemy ulicami Lwowa, Sambora i wielu innych miejscowości spoglądając od czasu do czasu na fasady starych kamieniczek, ratusze i pomniki. Z dworców kolejowych, po starych, kamiennych mostach i wiaduktach wyruszamy wraz z autorami, aby obcować ze świadectwami polskiej kultury narodowej.



Fot. 2. Ołyka. Kolegiata pw. Trójcy Świętej, wnętrze, 
źródło: „Leksykon zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich,” s. 158.

Publikacja składa się z czterech części, z których każda poświęcona jest jednej krainie historyczno-geograficznej: Podolu, Pokuciu, Wołyniowi oraz ziemi lwowskiej. Oprócz pięknych zdjęć znajdziemy w niej także rysy historyczne 160 miejscowości przedstawionych w wydawnictwie. Samych obiektów, do których dotarli Magda i Mirek Osip-Pokrywka jest ponad pół tysiąca. Wszystkie zamieszczone w leksykonie opisy nawiązują do przynależności danej miejscowości do I lub II Rzeczypospolitej. Zabytki Lwowa, zamki w Chocimiu czy Zbarażu są doskonale znane wszystkim pasjonatom historii Kresów, dlatego warto podkreślić, że autorzy zeszli ze ścieżek wydeptywanych przez turystów odwiedzając również wioski i miasteczka pomijane zazwyczaj w przewodnikach.
Celem autorów było ukazanie współczesnego stanu zabytków, stąd też główny nacisk położono na wierną dokumentację fotograficzną. Zdjęcia wykonane zostały wiosną i latem 2012 roku. Patrząc na znakomite fotografie, dostrzegłem na kilku z nich budowle zupełnie zaniedbane, lecz wiele obiektów sakralnych, czy obronnych doczekało się renowacji bądź rekonstrukcji. Napawa to pewnym optymizmem i pozwala dostrzec zmiany na plus w mentalności władz ukraińskich w stosunku do spuścizny po dawnych polskich mieszkańcach Kresów. Polecam.

 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Zapomniana biblioteka


sobota, 24 stycznia 2015

Adrian Grzegorzewski, Czas tęsknoty





A lato było piękne tego roku...

Upalne, gorące... Złociste zboże dojrzewało w pełnym słońcu kontrastowało jedynie z połaciami zielonej trawy. Powietrze, przesycone zapachem ziół, ujarzmiało zmysły. „Wszystko tutaj było inne niż to, co znał z wycieczek poza miasto. Niby takie same drzewa, niby podobne do mazowieckich pola złocące się łanami zbóż i niby droga jak każda inna wiodła pomiędzy nimi, a jednak...” [str.14] Z całą pewnością było coś innego w tym miejscu, w tym klimacie, w tym czasie. To miejsce, to mała wieś Bedryczany, w powiecie drohobyckim, a upalne lato "tego roku", to sierpień 1939. Młody warszawiak Piotr Ochocki przyjeżdża właśnie do Bedryczan, tej małej wioski na Kresach, aby poznać rodzinne strony swojej matki. I od pierwszego haustu powietrza poczuł, że wrócił, tam gdzie jego miejsce i serce. Teraz, w porze żniw, mieszańcy wsi większość czasu spędzali przy pracy w polu. „Od strony Drohobycza rozciągała się ukraińska część wsi, a po drugiej stronie leżała część polska. Jednak kościół katolicki znajdował się na górce, tuż przy ukraińskiej części, natomiast cerkiew przylepiona była do skraju łąki od polskiej strony (...). W niedzielę na łące spotykali się wszyscy sąsiedzi, mijając się na drodze do świątyń. [str.12] Wszyscy żyli tu ze sobą od pokoleń. Kultury przenikały się, mimo że zarówno Polacy, jak i ich ukraińscy sąsiedzi starali się pilnować swoich praw i nie asymilować się za bardzo”. [str.20] Dla Piotrusia to lato nie okazało się tak beztroskie, jak sobie na początku wyobrażał. Napięcie pomiędzy sąsiadami tutaj powoli narastało. A na domiar złego Piotr zakochuje się w Ukraince Swiecie, która jest przeznaczona już dla innego. Jej narzeczony-Jegor działał wraz z ojcem Swiety w ukraińskiej organizacji nacjonalistycznej OUN, dlatego małżeństwo było przypieczętowaniem lojalności i oddania sprawie obu panów. Tymczasem wrogość między Polakami a Ukraińcami narasta, gdzie Ukraińcy z zgodnie ze swoimi nacjonalistycznymi ideami i hasłem "Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy", dodatkowo wspierani przez hitlerowców, czuli się coraz pewniej. W momencie, gdy wybucha woja, wszelkie opory czy już nie mają znaczenia...

Tak zaczyna się fabuła "Czasu tęsknoty", debiutu Adriana Grzegorzewskiego. Debiutu, ale napisanego z sercem i pasją. Kresy - to dla wielu Polaków, miejsce, do którego się tęskni i wzdycha z nostalgią. Ale to przede wszystkim miejsce, które wywołuje potężne emocje, szczególnie w kontekście rzezi wołyńskiej. Wieś Bedryczany to fikcyjna nazwa, jednak takich wiosek było wiele. Autor wyjaśnia, że to celowy zabieg, ponieważ nie chciał, „aby ludzie wciąż głęboko przeżywający tamte tragiczne wydarzenia, słysząc znajomo brzmiące nazwy geograficzne, czuli się dotknięci zupełnie innym opisem wydarzeń niż ten, który znają z własnych przeżyć bądź opowieści”. [str.410] Opisy masakr dokonanych przez Ukraińską Powstańczą Armię i zwykłych Ukraińców też celowo złagodził, chociaż i tak dalej pozostają szokujące.

Jestem pod wielkim wrażeniem talentu pisarskiego autora. Talentu, wielkiego talentu, a przy tym skromności jako człowieka. Książka powstała z fascynacji Kresami, jak również opowieściami, jakie słyszał od dzieciństwa. Matka pana Grzegorzewskiego pochodziła właśnie z Kresów. To z jej opowiadań czerpał inspirację do pisania. To najlepsze, co może się zdarzyć w powieści - połączenie namiętnej historii miłosnej, tła historycznego, świetnego stylu i wciągającej akcji. A jak dodać do tego nutkę nostalgii, tęsknotę za krajem, sentyment płynący z rodzinnych opowieści, to wychodzi z tego cudownie ciepła, ale przesiąknięta okrutną historią powieść. Polecam gorąco!


 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem

piątek, 23 stycznia 2015

"Zapiski Oficera Armii Czerwonej" - Sergiusz Piasecki


"Noc była czarna jak sumienie faszysty" - już pierwsze zdanie zapisków wydało mi się znajome. Nic dziwnego, jak się okazało trafiłam na książkę kultową. Pokolenia czytelników mogły pośmiać się z ignorancji Miszki Zubowa "oficera i konsomolca", mistrza sowieckiej nowomowy. Do lat 80-tych był to jednak śmiech nielegalny (wielu zapoznawało się z książką w formie bibuły), a do dziś jest mocno podszyty niepokojem. Przezabawne perypetie Miszki - kolekcjonera zegarków, wielbiciela sowieckiej kultury (a zwłaszcza jej najdoskonalszej emanacji- woszebijek*) oraz Józefa Stalina), na Dzikim Zachodzie mają swoje drugie dno - a jest nim los tych, którzy mieli pecha się z nim zetknąć. Zupełnie czasem przypadkowe kontakty z nim groziły uszkodzeniami ciała, zaprzyjaźnienie się i obdarzenie zaufaniem - utratą życia. Piasecki pokazuje, że spustoszenia dokonane w człowieku przez system totalitarny są nieodwracalne. Pustkę da się wypełnić tylko strachem i nienawiścią. A Miszka, na początku lektury przypominający humanoida, mimo wysiłków ludzi, z którymi się zetknie, nie zamieni się z powrotem w człowieka.

Książka jednocześnie zabawna (w czasie lektury trudno się powstrzymać, żeby nie zacząć się porozumiewać z otoczeniem za pomocą nowomowy (jak w
tym przykładzie)) i ciężka. Pozostawia z niewesołymi refleksjami historycznymi i niestety także współczesnymi. Czy aby na pewno sami jesteśmy bowiem spadkobiercami opisanych przez Piaseckiego Polaków, czy może jednak więcej w nas Miszy Zubowa?

* woszebijka- odwszalnia
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora

środa, 21 stycznia 2015

Józef Mackiewicz, Okna zatkane szmatami




"Okna zatkane szmatami" to zbiór reportaży z lat 1936-37 publikowanych przez autora w wileńskim "Słowie". Od razu przyznam, że to chyba mój faworyt - książka lekka, niewymuszona, czyta się praktycznie sama. Stosunkowo najmniej jest w niej o Polsce przez duże P. W latach powojennych Mackiewicz pisał z oddali i chyba siłą rzeczy brał na warsztat "większe" tematy, czy próbował dokonywać różnych teoretyczno-historycznych syntez. W "Oknach..." pisanych na bieżąco, skupia się na detalach i jednostkowych historiach. Już w trakcie lektury zaczyna się jednak wyłaniać z tych rozsypanych puzzli spójny obraz.

Dwa hasła "Kresy" i "II Rzeczpospolita" z reguły kojarzą się współczesnemu czytelnikowi z rajem utraconym (a o tym, że na taki właśnie obraz jest zapotrzebowanie, świadczy popularność pisma UważamRze Historia). Mackiewicz szybko sprowadza nas na ziemię. II RP widziana jego oczami to niekoniecznie to sprawnie zarządzane państwo do którego w tej chwili wzdychamy, tylko raczej kraina utraconych możliwości i ojczyzna bareizmu. Jak się okazuje - wcale nie był to wynalazek lat 70-tych, miał się dobrze także cztery dekady wcześniej. Centralną postacią tej książki jest Anonimowy Urzędnik. Oczywiście stojący na straży prawa. Nic to, że realizacja jakiegoś podpunktu w zarządzeniu wojewody jest nieopłacalna ekonomicznie, absurdalna, albo wiąże się z ludzką krzywdą. Nieważne, że za chwilę i tak ktoś się od decyzji Anonimowego Urzędnika z sukcesem odwoła. Tak ma być i już.

Polska z książki Mackiewicza to kraj gospodarskich wizyt, pobielonych nieskazitelnych wychodków (oczywiście, na wypadek kontroli ze starostwa, nieużywanych) postawionych koło kurnych chat, gdzie ludzie mieszkają w jednej izbie z bydłem, przymusowych melioracji, często niszczących kulturę rolną wsi, abstrakcyjnych świąt, do udziału w których ludzie są zmuszani groźbą grzywny... No i jak to bywa w państwie zurzędniczałym ze znaczącym sektorem państwowym- pleni się niegospodarność. W skali mikro, ale nie tylko. Mackiewicz wyraża się krytycznie także o realizacji Centralnego Okręgu Przemysłowego- sztandarowego "wielkiego projektu" II RP.

Kresy nie są też żadną praktyczną realizacją jagiellońskich idei (niezależnie od tego, co rozumiemy pod tym pojęciem). O wielokulturowe dziedzictwo się nie dba (historia degradacji zamku ruskiego księcia
Lubarta Giedyminowicza), mniejszościami zaś zarządza metodą - "wilk głodny i owca zjedzona". Zamiast polityki stanowczej lub opartej na pełnej tolerancji w Polsce preferowano złośliwe nękanie w drobiazgach. Problemów nie rozwiązywało to żadnych, a antagonizmy rosły sobie w najlepsze. Zasygnalizuję jeszcze dwa tematy- tolerancja dla komunizmu (komunizm niby był nielegalny, ale skazywano drobnych działaczy zostawiając w spokoju ich patronów o PPS-owskim rodowodzie, bezpiecznie umocowanych na posadach związkowych) i wychowanie młodzieży. Z dzisiejszego punktu widzenia polska szkoła sprzed 75 lat to ostoja tradycyjnych wartości i patriotyzmu. W praktyce niekoniecznie to tak wyglądało. Po lekturze "Słowa" wielu rodziców musiało się decydować na edukację domową.

Czy są jakieś jasne punkty w tym ogólnie szarym obrazie? Przyroda, zwłaszcza poleska. Opisana jest tak, że aż chce się założyć plecak na plecy i udać do ambasady białoruskiej po wizę (rzeka Lwa, obecnie polecany szlak kajakowy - jakież tam muszą być komary). Acha - poruszone tematy wydają się ciężkie, ale Mackiewicz pisze o nich z dziennikarskim pazurem i często bardzo zabawnie. Humor nie opuszcza go nawet wtedy, gdy kolejne numery pisma są konfiskowane z powodu krytyki kolejnych urzędników (i szargania majestatu Rzeczypospolitej ucieleśnionego w ich osobach). Mogę się mylić, ale w tej chwili mało kto już tak pisze, dominuje raczej przynudzanie i zadęcie. "Okna..." mocno kontrastują stylem także z późniejszymi książkami autora, po wojnie trudniej mu było się zdobyć na tak lekki ton.
Wady? Zdarzają się sformułowania, które nawet jak dla mnie były lekko "po bandzie". Ale najwyraźniej: jakie czasy, taka (nie)poprawność polityczna. Mimo to - dla mnie była to lektura zdecydowanie na plus.


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora

wtorek, 20 stycznia 2015

Edward Łysiak, Kresowa historia. Michał i Kresowa historia. Julia





Kiedyś sąsiedzi

10 listopada 1944 roku
 

- Widczyn`ajtie, pols`ki swyni! Widczyn`ajtie, bo inaksze spalymo was żywcem! - Gruby świerkowy drąg wpadł z hukiem przez okno, rozpryskując szkło po całej podłodze. Krzyki banderowców zmieszały się z płaczem i krzykami dzieci i kobiet. Korzystając z zamieszania, siedząca obok pieca Jadwiga szybko wsunęła się pod łóżko i zastygła w bezruchu przytulona do ściany. [s.240]

Kuty, Rybaki, Berezka, Paliwka... - to wsie leżące na Pokuciu. Opływał je niespokojny Czeremosz, a na drugim jego brzegu była już Rumunia. W pierwszym tomie Kresowej opowieści witają nas polscy bracia - Michał i Grzegorz; Izaak - Żyd; Fedor, Roman i Stiepan - Ukraińcy. Jako chłopcy chodzili do jednej szkoły, wypasali bydło, podglądali zakochane pary w nadrzecznych zaroślach. Dorosłość postawiła ich na wrogich pozycjach. Jak potoczyłoby się życie Michała i Julii, gdyby nie zakochali się w niej dwaj mężczyźni? Śledzę losy bohaterów, ich dojrzewanie i przemiany, miłości, jednak wciąż czuję się jak na wulkanie, który pomrukuje, w głębi kłębi się, a lawa szuka ujścia. Musi dojść do erupcji, która wszystko zniszczy, spopieli, zamieni w kamień.


"Michał" to beletrystyczne spojrzenie na polsko-ukraińskie relacje. Autor - Edward Łysiak - zanurzony był w rodzinnych opowieściach, których mu mama i babcia nie szczędziły. Ich życie w rodzinnej wsi wśród Ukraińców wspominały z rozrzewnieniem, stąd w powieści tyle opisów zwyczajów, pieśni, obrzędów. Jednak wszystkie miały ten sam finał - łzy, drżenie rąk i bezradność wobec wydarzeń, które rozgrywały się na ich oczach. Choć autor stara się stonować okrucieństwo, trudno przebrnąć przez opis egzekucji młodziutkiej nauczycielki Kasi, zdzieranie pasów skóry z Grzegorza czy rozbijanie o ścianę polskich dzieci. Wszechobecne gwałty prowokują czasem pytanie: gdzie jest Bóg? Jednak nic nie jest czarne ani białe. Za kresowe ludobójstwo odpowiedzialny był ukraiński nacjonalizm, a doktrynę Doncowa wcielały w życie oddziały OUN/UPA. Banderowcy sterroryzowali większość ukraińską i mieszkańcy wsi musieli (chociażby pod groźbą zhańbienia córek i żon) wskazywać sotni polskie domy. Nie brak brutalnych opisów rozerwania końmi łemkowskiej dziewuszki, której rodzice zgłosili się do wyjazdu w ramach akcji wysiedleńczej czy zamordowania przez polskiego żołnierza rodzącej Katryny. Powieściowy pierwowzór Michała (istniał naprawdę!) milczał na temat akcji "Wisła". Jego akcje w Bieszczadach nie są chlubą polskiego oficera. Łysiak podszedł do tematu rzetelnie i oddał głos każdej nacji. Słyszymy wyjaśnienia Izaaka, dlaczego po zagładzie najbliższych wstąpił do NKWD, a także rozumiemy Michała, który został jego podkomendnym. Ukraińców też nie dzieli na dobrych i złych, każąc nam odróżniać ukraińskich nacjonalistów od Ukraińców. Podsumowanie akuratne w świetle medialnych rozgrywek, które tu i teraz obserwujemy.




Drugi tom Kresowej opowieści - "Julia" - dopowiada losy, jednak te najważniejsze pytania nadal zostają bez odpowiedzi. Czy można zrozumieć ludzką naturę albo przejrzeć Boże zamierzenia? Skomplikowane relacje między Michałem i Julią nie dają się posklejać, choć kibicujemy, by z tego piekła cokolwiek ocalało i zostało czyste.

Uczucie Michała i Julii bezpowrotnie zgubiło się na wojennych ścieżkach, które w ich przypadku rozeszły się w Stanisławowie. Ona pojechała dalej, a jego zabrało NKWD. Od tego zdarzenia oddzielnie doświadczali sytuacji pełnych niebezpieczeństw i niespodziewanych spotkań. W samotności szli ścieżkami, które prowadziły tam, gdzie nigdy nie byli, zmuszały do zachowań, których nigdy nie doświadczali, i poddawały próbom, których dotąd nie znali. Kiedy po latach los ponownie złączył ich drogi, ze zdziwieniem stwierdzili, że nie są już tymi samymi ludźmi. Chociaż mieszkali razem, więcej ich dzieliło niż łączyło. [s.117]




Miałam tak silną potrzebę przebywania nadal w tym kresowym świecie, że z ogromną przyjemnością wzięłam udział w spotkaniu z autorem kresowej sagi. Edward Łysiak przyjechał, podbił serca czytelników i zabrał je w kuferku wydłubanym przez Ukraińca. A tak poważnie, to dopełnił się świat przedstawiony w ukraińskiej dylogii. Erudyta, gawędziarz, dżentelmen (to zaproszenie do zajęcia miejsca!!!) snuł swoją opowieść o czasie minionym i przenosił nas nad Czeremosz. Była mowa o wojnie, ale i o latach dwutysięcznych, kiedy to ze znajomymi wybrał się do rodzinnej wsi mamy i babci. Małym/wielkim sukcesem kilku wizyt okazało się upamiętnienie pacyfikacji Rybna, gdzie na miejscu spalonego kościółka Ukraińcy postawili pomnik będący świadectwem obecności na tej ziemi Polaków. Z wami do 1944 roku - głosi napis. To niewiele, ale tak naprawdę wszystko. Głaz ustawiono na krzyżu z biało-czerwonych kafelków, a po katastrofie smoleńskiej mieszkańcy samoistnie zawiesili na nim czarną szarfę.



Jak żywo uczestnicy spotkania odbierali lektury, niech świadczy fakt, że jedna z pań przyniosła przedwojenną mapę Polski i z zaciekawieniem szukaliśmy powieściowych miejsc. Odczuć i zrozumieć ten klimat, gdy zwyczajne życie stopniowo odgradzał mur nienawiści! Czas zabiera świadków, zatem takie wspomnienia stają się bezcenne! Polecam ten dokument ubrany w beletrystykę.


 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Dom z papieru


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jak we Lwowie się robiło matematykę...

Stefan Banach, Hugo Steinhaus, Stanisław Ulam, Stanisław Mazur, Antoni Łomnicki i wielu innych uczonych tworzyło w latach międzywojennych tzw. lwowską szkołę matematyczną. Współpracując ze sobą, bądź rywalizując, przeciwstawiając matematykom z Warszawy i Krakowa, dokonali wielu odkryć, zdobyli sławę, zaszczyty i zrobili międzynarodowe kariery wykładowców, a Ulam został współtwórcą pierwszej bomby atomowej. Ich burzliwe losy, osiągnięcia, kariery naukowe i pozanaukowe, dramatyczne dzieje kończące się w wielu przypadkach śmiercią od kul hitlerowskich okupantów, opisuje Urbanek na tle zmieniającego się życia politycznego i kulturalnego Polski w czasie dwudziestolecia międzywojennego, w trakcie i po II wojnie światowej.


Jestem mieszkanką historycznego regionu Polski – Galicji. Oczywiście z racji swojego wieku nie pamiętam czasów, gdy Lwów był w granicach RP. Chociaż moja rodzina jest bardziej związana z Rzeszowem, to jednak serce oddałam właśnie miastu lwów i ciągle ono krwawi na wspomnienie powojennej grabieży. Tylko raz – jak na razie – miałam okazję być we Lwowie, na wiosnę 2002 roku, to był piękny dzień, a Lwów skradł mi serce do reszty. Podczas wizyty na Cmentarzu Łyczakowskim odwiedziłam grób Stefana Banacha i coś pyknęło. Nigdy wybitnym matematykiem nie byłam i nie będę, ale mająca niedawno premierę książka bardzo mnie zainteresowała. Wprawdzie z dużej chmury mały deszcz, ale i ryzyk fizyk.




Odwiedzając z wycieczką Cmentarz Łyczakowski przewodniczka opowiadała nam również o Stefanie Banachu, wzbudził ogólną wesołość, bowiem chodził do naszej klasy chłopiec o tym samym nazwisku, ale szło mu kiepsko z matmy. Tymczasem usłyszeliśmy, że Banach był samoukiem, dopiero później dowiedziałam się, że przewodniczka podkolorowała rzeczywistość. A zaczęło się dawno, dawno temu w…Krakowie, matematyk Hugo Steinhaus przechodził przez Planty i usłyszał, że ktoś dyskutuje o mierze Lebesgue`a, pojęciu ze zbioru wyższej matematyki, jednym z dyskutantów był Stefan Banach, o pięć lat młodszy od Steinhausa, którego Hugo wiele lat później nazwie swoim największym odkryciem matematycznym. Łączyło ich umiłowanie matematyki, różniło wszystko inne. Steinhaus pochodził z zamożnej rodziny(w PRL, w ankiecie napisze arystokracja plus burżuazja), był uporządkowany, systematyczny, studiował za granicą, a Banach był nieślubnym dzieckiem, szybko się nudził, mawiał „wykład zaczął się z opóźnieniem, ale za to skończymy wcześniej”, miał ledwie półdyplom, chociaż miał zostać nawet dziekanem, nigdy nie skończył studiów. Dzieliło ich wiele, ale to oni stworzyli lwowską szkołę matematyczną, gdy Steinhaus dostał pracę we Lwowie, zabrał ze sobą Banacha, później przyszli inni. Pomyślicie zapewne, że dumne mury uniwersytetu Jana Kazimierza musiały mieć w sobie coś inspirującego – a skądże! Uczeni najczęściej przesiadywali w kawiarniach, ich ulubionym lokalem była Kawiarnia Szkocka, od nazwy której wziął się tytuł Księgi Szkockiej w której zapisywano zadania i problematy matematyczne, wraz z obiecanymi nagrodami.
 

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje





Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgierzem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.


Czytając książkę Ziemowita Szczerka od pierwszych stron przeżywałem swoisty szok. „Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian" to zbiór opowiadań lub zbeletryzowanych reportaży, które opowiadają o podróżach przedstawicieli „młodej polskiej inteligencji", poszukujących legendarnej krainy Tolkiena – Mordoru na Ukrainie. Nie mieści mi się bowiem w głowie, że ktokolwiek – z „plecakowcem" włącznie, jedzie do Lwowa, Odessy, Drohobycza tylko po to, by się nachlać gorzały, naćpać miejscową marihuaną i napawać tym, że tam na Ukrainie jest biedniej i gorzej niż u nas! Wydawałoby się, że to absurd! Buntowałem się wewnętrznie brnąc jednak coraz dalej brnąc w książkę. Dałem się zauroczyć sprawnej narracji okraszonej wulgaryzmami tak łatwo wypływjącymi spod klawiatury (chciałem napisać spod pióra…) autora, jego metaforycznemu językowi. Od tej strony to rzeczywiście wspaniała książka, do tego – jak niektórzy już ją zaszufladkowali – pierwsza polska książka wydana w stylu gonzo. Zatem z szansą, że już weszła do historii literatury polskiej choćby tylko z tego względu. I choćby z tego powodu książkę Ziemowita Szczerka warto przeczytać. Styl gonzo jest gatunkiem literackim z pogranicza reportażu i beletrystyki. Autor nie jest beznamiętnym obserwatorem opisywanych wydarzeń, stając się często ich nie tylko uczestnikiem, ale i inicjatorem, odrzucającym przy tym podstawowe zasady dziennikarstwa i etyki.


Zapytałem – pełen niepokoju – znajomych, którzy we Lwowie żyją z turystyki, oprowadzają jako przewodnicy lub wynajmują swe mieszkania coraz liczniej przyjeżdżającym do Lwowa turystom, jak to z nami Polakami w tym Lwowie jest? Mieszkająca w Polsce młoda Lwowianka powołując się na książkę Szczerka mówi mi, że Polacy zachowują się we Lwowie identycznie jak spędzający wieczory kawalerskie Anglicy w Krakowie. Czyli totalny obciach! Nie dowierzam. Piszę do znajomej pracującej w branży turystycznej we Lwowie. W odpowiedzi czytam: Myślę, że to różnie bywa. Młodzież zwiedzająca Lwów grupowo ma swą opiekę, choć nie wiem czym po oprowadzaniu się zajmują. Ale to, że polska młodzież, głównie ze stolicy w wieku 15-18 lat jest rozwydrzona i niewychowana – to potwierdzam… Może inaczej. Polak jedzie na Ukrainę, bo się czuje, jak Anglik w Polsce. (A jednak!...) Wszystko jest taniej, jest cudzoziemcem i ma poczucie wyższości. My nazywamy takiego – było kiedyś takie przysłowie przed wojną – „Anglik z Kołomyji".


Im dalej czytałem książkę Szczerka, tym większe przerażenie mnie ogarniało! Przypominał mi się każdy kieliszeczek wódki i koniaku wypity we Lwowie, jakieś wędrówki po nowych, pojawiających się urokliwych kawiarniach Lwowa. To ja też miałbym się zmieścić w opisanej kategorii Polaków odwiedzających Kresy? Wspominam swe pierwsze wędrówki po Cmentarzu Łyczakowskim. Zauroczenia pięknem tego miejsca w różnych porach roku, wzruszenia przy wspaniałych pomnikach nagrobnych wielkich, znanych i nieznanych Polaków. Szczerek w opowiadaniu „Kwas" opisuje jeden ze swych pobytów we Lwowie, który zaczynają z Udajem i Kusajem wizytą na Cmentarzu Łyczakowskim. Jeszcze nie wiem po co, ale już bulwersuję się czytając, jak wspinają się na cmentarne zbocze. Mijają ulubiony grobowiec autora, „na którym Jezus wygląda, jakby pryskał gazem pieprzowym prosto w twarze dzieciom, którym (…) pozwolono do niego przychodzić". Okazało się, że szli na cmentarz powstańców styczniowych, który był „zarośnięty pod pachy. (…) Przedzieraliśmy się przez te krzaczyska jak Indiana Jones przez dżunglę. U końca cmentarza powstańców stało kilka wielkich, magnackich grobowców, zupełnie odciętych od świata, które pod względem gabarytów z powodzeniem mogłyby służyć za letnie domki. I służyły. Na schodach, w lipcowym słoneczku, wygrzewało się kilku żul-punków. Mieli tu wszystko – stół, krzesła, kraty browaru. Powietrze było ciężkie od oleistego, słodkawego zapachu marihuany." Czytam i dech mi ze zdumienia zapiera! W czasie obrony Lwowa w 1918 r. cmentarz był punktem oporu. Odwiedziłem nawet miejsce, w którym zginął 21 listopada 1918 r. legendarny kilkunastoletni Jurek Bitschan. W czasie II wojny światowej w grobowcach cmentarza ukrywali się przed Niemcami lwowscy Żydzi… Po II wojnie światowej niszczyli cmentarz Rosjanie i Ukraińcy, chowając często w polskich grobowcach swych zmarłych… Zrywali polskie tablice i zakładali swoje, po rosyjsku lub ukraińsku. A żul-punki handlowali tam marihuaną. Zapytani o nią, jeden z nich zatoczył ręką krąg i: „– O wot – powiedział. I faktycznie: kawałek dalej od krzaczorów, przez które się przedzieraliśmy, karnie rosły sobie krzaki marihuany. Z nich również wystawały powstańcze krzyże." O takiej profanacji miejsca wiecznego spoczynku zmarłych dotąd nie słyszałem!… Miejscowi komuniści – Ukraińcy i Rosjanie – zdewastowali sąsiedni Cmentarz Orląt Lwowskich. Niemal zrównali go z ziemią! Kto wie, czy jeśli byliby konsekwentni i dokładni w wykonywaniu poleceń, polskie Santo Campo we Lwowie udałoby się nam odbudować. Dzięki pamięci historycznej, wystającym zniszczonym potężnym pilastrom, kaplicy cmentarnej i zamienionym w garaże katakumbom, w których spoczywały prochy polskich bohaterów, pamiętano o tym miejscu, o jego historii. I kiedy już miejscowi zgodzili się na renowację tego miejsca, ceną było zbudowanie na Cmentarzu Łyczakowskim pomnika i mauzoleum Ukraińskiej Galicyjskiej Armii z górującym nad nim pomnikiem strzelców siczowych, które upamiętniają ukraińskie ofiary również obrońców Lwowa… Ten pomnik powstał za cenę wielu zniszczonych polskich mogił. Autor w opowiadaniu „Orlęta" pisze: (…) patrzyłem na Archanioła Michała z konkurencyjnego, ukraińskiego cmentarza wojennego. Zbudowanego po to, by równoważył wymowę Orląt. Archanioł stał na wysokim cokole, dupą do Polaków, twarzą i piersią do miasta. Musiałem przyznać, że zgrabnie to załatwili". Ani słowa o dziesiątkach polskich grobów zniszczonych w tym miejscu bezpowrotnie. Ani pół zdania na temat kontrowersyjnego podpisu upamiętniającego „ukraińskich obrońców Lwowa", czy faktu zniszczenia cmentarza polskich obrońców Lwowa po II wojnie światowej… Niewiedza? Czy nie pasuje do formy tekstu w stylu gonzo? Za to kpiny z polskich turystów odwiedzających to święte miejsce, z Bogu ducha winnych dzieci żebrzących o kromkę chleba, czy przysłowiową złotówkę.(Hawran, jeden z bohaterów książki mówi do takiego dziecka: „– Spierdalaj", kiedy podeszło do niego „wycierając brudny nos (…) ze swoim dyj pan, ja Polak".) To pasuje?!…


Podejmując lekturę książki poszukuję w niej walorów edukacyjnych, czy choćby przyjemności z czytania. Z książki Szczerka właściwie nie dowiedziałem się niczego nowego o Lwowie, Kresach czy Ukrainie. Czegóż jednak można spodziewać się po ludziach – nie tylko młodzieży, ale i powojennych pokoleniach – uczonych mocno ocenzurowanej historii Polski, a dzisiaj prawie pozbawionych edukacji historycznej? Czy warta była praca i poświęcenie autora, by pokazać kompleksy młodych Ukraińców i – nie chciałbym nazywać po imieniu zachowania naszych rodaków, ale nie znajduję innego słowa – chamstwo młodych Polaków? Czy ci młodzi czytelnicy, którzy przeczytają książkę Szczerka, wyciągną z tej książki właściwe wnioski, czy pójdą na Cmentarz Łyczakowski szukać marihuany, a Lwów i Kresy, obecna Ukraina kojarzyć im się będzie z tanią wódą, i zawodami jak upić miejscowego, czy jak go przetrzymać w piciu? Boję się odpowiedzi na te pytania…


Zastanawiam się, czy autor przygotowując książkę do druku, zastanawiał się, kto jest
 jej adresatem? Ludzie młodzi, czy dojrzałe pokolenie Polaków? Czy przedstawiony czarny obraz Polaków wyjeżdżających na Ukrainę ma szansę się zmienić? Czy wręcz odwrotnie? Pisząc opowiadania, które złożyły się na książkę „Przyjdzie Mordor i nas zje", autor musiał mieć świadomość, iż kieruje ją do nieprzygotowanego odbiorcy (niewiele wiedzącego o komunizmie sowieckim, Ukrainie i Ukraińcach czy Polakach żyjących na dawnych Kresach etc.), któremu pokazuje w krzywym zwierciadle rewiry Ukraińskości i Polskości, nie tłumacząc właściwie ich genezy.

Jest jednak jeden fragment, pod którym mogę podpisać się obiema rękami. Znajduje się na ostatniej stronie książki w opowiadaniu „Orientalizm", kiedy autor opuszcza Ukrainę. Pogranicznikowi ukraińskiemu okazuje legitymację prasową i nie musi czekać w kolejce z kawalkadą „mrówek", a po polskiej stronie udaje się do okienka dla obywateli Unii Europejskiej. „Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok , w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca. Był siwy i wysoki, miał elegancko przystrzyżoną bródkę. Mówił, że jest pisarzem i że ma w Krakowie spotkanie autorskie. Mówił to zresztą nienaganną polszczyzną. Polscy pogranicznicy, dwudziestokilkuletnie szczyle, mówili do niego per „ty" i pytali dlaczego nie jedzie promować swojej książki do Kijowa. Zaciskałem pięści i było mi wstyd. Tak bardzo, kurwa, wstyd." Czy po przeczytaniu książki Szczerka zmieniliby swe podejście do ludzi na granicy? Problem polega jednak na tym, że oni tej książki nie przeczytają, jak i wielu ich rówieśników. Powieść – czy zbeletryzowany reportaż jak pewnie wolałby autor – trafi oczywiście do pewnej ograniczonej grupy młodych osób, przeczytają ją starsi panowie – jak ja – fascynujący się Kresami, tematyką wschodnią. Nam – tym starszym – jej lektura podniesie trochę ciśnienie. Zastanowimy się nad każdym kieliszeczkiem piercowki lub koniaku pitego na Ukrainie „dla zdrowotności" i nadal będziemy chłonąć jej piękno i egzotykę. Czy muszę podawać definicję egzotyki? To nie bieda, nie bród i niechlujstwo, a wszystko to, czego nie spotyka się u nas. Nie jedziemy przecież na Kresy, na Ukrainę, po to, by podnieść się na duchu, bo komuś żyje się gorzej. To absurdalny zarzut! Są na świecie miejsca, gdzie ludzie żyją w nieporównywalnie prymitywniejszych warunkach. Czy jeździmy tam po to, by czuć się krezusami?!


Autor za swego pisarskiego guru uważa Ryszarda Kapuścińskiego. To prawdziwy autorytet dla reporterów, ich duchowy patron i przewodnik. Czytałem chyba wszystkie jego książki i czułem, że autor jest do ich napisania wszechstronnie przygotowany. Spoglądając na „Przyjdzie Mordor i nas zje" można odnieść wrażenie, że autor opisuje tylko taką rzeczywistość, jaką zastał, jadąc na Ukrainę bez żadnego przygotowania! Oczywiście w to nie wierzę, bo nie można mu zarzucić błędów natury merytorycznej. W końcu jest absolwentem prawa oraz studiów podyplomowych z zakresu nauk politycznych, a jako dziennikarz związany jest z popularną platformą internetową Interia.pl oraz pismem „Nowa Europa Wschodnia". Jest w końcu laureatem Paszportu Polityki właśnie za omawianą książkę. Ale czy Kapuściński zaakceptowałby pokazanie w krzywym zwierciadle rzeczywistości ukraińskiej i naszego, Polaków, doń podejścia? Nie sądzę… Dlatego też odnoszę wrażenie, że książka Szczerka jest elementem, który nie wpłynie pozytywnie na układy między Polakami i Ukraińcami. Może nawet jątrzyć, bo wyolbrzymia, wydaje mi się, marginalne zjawisko, jakim jest zachowanie „Anglików z Kołomyji". Choć z drugiej strony może być przestrogą, by w kontaktach z ludźmi na Ukrainie – nawet uważanymi za przyjaciół – być delikatnym i nie narażać ich dumy, a raczej nie wzbudzać u nich poczucia niższości, nie wywoływać skrywanych kompleksów. We wspominanym już opowiadaniu „Orientalizm" Szczerek pisze o Ukrainie: „tutaj można było jarać się lokalny hardkorem, jak jaraliśmy się my, biedni, pijani durnie z kalekiego kraju, którzy cieszyli się, że udało im się znaleźć jeszcze większą kalekę od siebie!" W przypływie szczerości, oczywiście przy wódce – jakże by inaczej – opowiedział o tym swemu ukraińskiemu przyjacielowi Tarasowi. Doszło do awantury. Taras wywrzeszczał: „My tu żyjemy, to jest nasza rzeczywistość. My tu mamy swoje lęki, swoje nadzieje. Co więcej, my kurwa, musimy tę rzeczywistość jakoś starać się polubić, żeby nie zwariować. Traktować ją serio. Z całą powagą. Bo innej nie mamy. A ty, mój kurwa, tak zwany polski przyjaciel, mówisz mi, że przez cały czas patrzyłeś na mnie i moich rodaków, na cały mój kraj – jak na małpy w zoo?" Po tej rozmowie telefon Tarasa zamilkł… No – biez wodki nie razbieriosz!
 

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian, Wydawnictwo Ha!Art, Kraków 2013
Tekst oryginalny ukazał się w miesięczniku literackim Akant

 

niedziela, 18 stycznia 2015

Z wizytą w Zofiówce


Widok Zofiówki. Pocztówka wydana w Kijowie ok. 1910 r.
Źródło



Humań położony w sercu dawnych Dzikich Pól to obecnie prowincjonalne, niczym się niewyróżniające miasto ukraińskie. Nie stanowi ono samo w sobie atrakcji turystycznej, ale prawdziwym magnesem dla turystów jest sławny park Zofiówka położony na obrzeżu miasta.

Szczęśliwym trafem mogłam go odwiedzić i obejrzeć podczas swojego pobytu w Kijowie, gdyż dojazd ze stolicy nie jest kłopotliwy, zwłaszcza gdy dysponuje się samochodem. Tak więc w weekend zapakowaliśmy się z naszymi gospodarzami do pojazdu i ruszyliśmy na południe, żeby zobaczyć, co zostało z pomnika miłości wielkiego polskiego magnata i jego ukochanej żony. Zanim jednak przedstawię park, pozwólcie, że napiszę kilka słów o bohaterach, dzięki którym powstało to urokliwe miejsce.


"Portret Stanisława Szczęsnego Potockiego", Ch. Lampi
Źródło zdjęcia


Stanisław Szczęsny Potocki (1752 – 1805), człowiek, którego imię i nazwisko dla wielu pokoleń Polaków było i jest synonimem zdrajcy. Jeden z przywódców konfederacji targowickiej, wierny poddany Katarzyny II i zajadły wróg Konstytucji 3 Maja. Jego portret zawisł na szubienicy jako symbol kary śmierci, na którą został skazany przez insurekcyjną Warszawę, gdy wykonanie wyroku było niemożliwe. Jedyny syn Franciszka Salezego Potockiego. Najbogatszy magnat Rzeczpospolitej, którego majątek był ogromny, choć ten przymiotnik nie oddaje skali tego bogactwa. Jego dobra obejmowały 1,5 miliona hektarów, a należało do niego ok. 130 tys. chłopów pańszczyźnianych. Bardzo negatywny wizerunek Potockiego przedstawił Jerzy Łojek w „Dziejach pięknej Bitynki” tak o nim pisząc: „Ociężały i niekształtnej postury magnat, o nalanej twarzy i tępym spojrzeniu, naładowany pychą i doszczętnie pozbawiony jakichkolwiek walorów intelektualnych.”


"Gertruda Komorowska na saniach", obraz Leona Wyczółkowskiego
Źródło zdjęcia


Zanim poznał Zofię Glavani Wittową był dwukrotnie żonaty. Dzieje jego pierwszego małżeństwa świadczą wyraźnie o słabości charakteru Potockiego. Jako młody chłopak zakochał się on bowiem w Gertrudzie Komorowskiej, szlachciance z sąsiedztwa, której pochodzenie i status społeczny były zbyt niskie, aby można było zawrzeć małżeństwo, przynajmniej w opinii rodziców magnackiego syna. Mimo jasno wyrażonego sprzeciwu matki i ojca Szczęsny Potocki ożenił się potajemnie z Gertrudą w 1770 r. Kiedy jednak zaszła ona w ciążę i Potoccy dowiedzieli się o małżeństwie, Gertruda została porwana na rozkaz teścia i wywieziona saniami do klasztoru, w którym miała być uwięziona. W trakcie szaleńczej jazdy młoda kobieta udusiła się pod skórami i poduszkami, którymi była przykryta, a jej ciało wrzucono do przerębli. Po tym wydarzeniu Szczęsny długo nie mógł przyjść do siebie, ale nie zbuntował się przeciwko rodzicom. Nikt nie poniósł kary za zbrodnię - wojewoda ukrył sprawców, a Szczęsnego wyprawił za granicę. Wobec braku ciała Komorowscy nie mogli wytoczyć Potockim procesu. Opisane powyżej wydarzenia stały się kanwą powieści poetyckiej „Maria” (1825) autorstwa Antoniego Malczewskiego (tekst utworu znajdziecie tu).

W 1774 r. Szczęsny Potocki ożenił się z Józefiną Amalią Mniszchówną, bardzo bogatą panną, wstępnie mu przeznaczoną przez nieżyjących już wówczas rodziców. Druga pani Potocka była kobietą inteligentną, próbowała swych sił w malarstwie, była znaną kolekcjonerką obrazów. Znacząco przewyższała swojego męża pod względem intelektualnym. Urodziła jedenaścioro dzieci, ale podobno Szczęsny Potocki był ojcem tylko trójki najstarszych. Małżeństwo to zostało rozbite na skutek szaleńczej miłości Potockiego do Zofii Glavani Wittowej (1760–1822).

"Portret Zofii Wittowej", Ch. Lampi
Źródło zdjęcia


Kim była wybranka najbogatszego polskiego magnata tych czasów? Historia jej awanturniczego życia należy do najbarwniejszych w ówczesnej epoce. Jej prawdziwe nazwisko nie jest znane. Wiadomo, że wywodziła się z bardzo ubogiej stambulskiej rodziny pochodzenia greckiego. W dwunastym roku życia Zofia została adoptowana przez ciotkę, stambulską kurtyzanę i przyjęła nazwisko Glavani. Przed przyjazdem do Polski używała imienia Dudu (gr. mała lub miła papużka). W wieku 17 lat została sprzedana przez ciotkę polskiemu dyplomacie Karolowi Boscamp – Lasopolskiemu, przy którym pełniła rolę jego oficjalnej metresy.

Podczas podróży do Polski u boku dyplomaty poznała Józefa Witta, syna komendanta twierdzy w Kamieńcu Podolskim, z którym zawarła potajemne małżeństwo. W podróży poślubnej Wittowie dotarli do wielu stolic europejskich, gdzie Zofia budziła niekłamany zachwyt i została obwołana najpiękniejszą kobietą Europy. Po kilkuletnim objeździe Europy wybrała się w 1787 r. do Stambułu, gdzie zastał ją wybuch wojny rosyjsko-tureckiej. W tym czasie była m.in. kochanką Grigorija Potiomkina, ulubieńca carycy Katarzyny II.

W 1791 r., poznaje w Jassach Stanisława Szczęsnego Potockiego i zostaje jego kochanką, co zmienia jej życie całkowicie. W momencie spotkania ona miała 31 lat, on – 39; oboje mieli prawowitych małżonków. Przez kilka lat podróżowali po Europie, Zofia urodziła trójkę nieślubnych dzieci, które zmarły w dzieciństwie jakby usuwając się z drogi legalnym potomkom. Bowiem nasza para, po sfinalizowaniu rozwodów, czy też raczej unieważnień swoich małżeństw, pobrała się w Tulczynie w kwietniu 1798 r. Po ślubie urodziło się pięcioro dzieci, przy czym najmłodszy syn, Bolesław, był najprawdopodobniej synem najstarszego syna Szczęsnego Potockiego z drugiego małżeństwa, z którym Zofia nawiązała romans. Ale zanim do tego doszło zakochany Stanisław Szczęsny postanawia uhonorować swoją żonę niesłychanie hojnym darem. Nad brzegiem rzeki Kamienki, w Humaniu należącym do rodu Potockich od 1726 r. postanowił zbudować park krajobrazowy, którego muzą i patronką miała być ukochana Zofia.



Plan Zofiówki






Park w całości liczy około 180 hektarów. Dla porównania, warszawskie Łazienki są mniej więcej dwukrotnie mniejsze. Projektantem i wykonawcą niezwykłego prezentu był Ludwik Metzell, który wykorzystał naturalne ukształtowanie terenu w celu stworzenia nowych elementów przyrodniczo-krajobrazowych. Architektura ogrodowa: mosty, mostki, kaskady, sztuczne groty, stawy i strumienie oraz malowniczo skomponowana roślinność, z rzadkimi okazami drzew sprowadzanych z Krymu, Kaukazu i Turcji, stanowiły główne atrakcje tego wspaniałego parku. Powstał dzięki temu zespół parkowy zaliczany do najwspanialszych w Europie. Oczywiście część z tych sprowadzonych roślin nie utrzymała się, ale piękna i bujna roślinność zachwyca zwiedzających i dzisiaj. Pozornie park wygląda na naturalny, nie ma kwietników, regularnych linii drzew, ale cała konstrukcja jest głęboko przemyślana.




 








Prace prowadzone były na ogromną, niewyobrażalną wręcz skalę. Podobno budowa parku kosztowała Potockiego około 15 milionów ówczesnych złotych polskich, przy czym praca chłopów pańszczyźnianych, których tysiące zostało przywiezionych na teren budowy, nie była opłacana.


Liczba 211 na kwietniku oznacza wiek parku liczony od momentu rozpoczęcia jego budowy w 1796 r. Wszystko się zgadza, jako że byłam tam w 2007 r. :)




Na Stawie Dolnym usypano sztuczną wyspę z największą w ówczesnej Europie fontanną, która tryskała na wysokość 20 metrów. 
Fontanna nosi nazwę "Żmija" - nie bez powodu :)
W Zofiówce wszystko miało przypominać ukochaną. Spływająca woda imitowała jej włosy, posągi naśladowały perfekcyjne kształty.


Na rzece powstały stawy, zalewy, a nawet sztuczne wodospady, z najwyższym liczącym 14 metrów. Zbudowano sztuczne groty Wenery, Apollina, Strachu i Wątpliwości. Wykopano dwa wielkie stawy (Górny i Dolny), które połączono kaskadą rzeki, pod ziemią zaś oba stawy łączy kanał ze śluzą. Różnica poziomów między nimi wynosiła 23 metry.


Przepłynięcie tym kanałem stanowi jedną z obecnych atrakcji.


Płynie się w zupełnych ciemnościach, rozświetlanych od czasu do czasu włazami, przez które wnika światło dzienne, a obok nas przelatują nietoperze. :) 





Napis wykuty w kamiennej Grocie Calypso: " Strać tutaj pamięć nieszczęść. I przyjm szczęścia wieszczę. A jeśliś jest szczęśliwym. Bądź szczęśliwszym jeszcze.”

Ta skała, według legendy, odzwierciedla profil Stanisława Szczęsnego Potockiego, fundatora Zofiówki


Park opiewało wielu artystów. Do najsłynniejszych dzieł literackich poświęconych parkowi należy poemat „Sofijówka” autorstwa Stanisława Trembeckiego (1737-1812). Poeta został zań opłacony po królewsku i zyskał dostatnie dożywocie w Tulczynie, rezydencji Potockich, gdzie został pochowany. Tekst poematu można znaleźć tu.

Przyznam szczerze, że nie jestem zadowolona z jakości i ilości moich zdjęć z Zofiówki. Nie oddają one piękna tego miejsca i wyjątkowo mało fotografii nadaje się do pokazania. Chyba skoncentrowałam się wtedy na chłonięciu atmosfery tego miejsca, a robienie zdjęć zeszło na drugi plan :) Dlatego też zachęcam do obejrzenia kilkuminutowego filmu z Zofiówki, który pokazuje najważniejsze miejsca w parku i może Was dodatkowo zachęcić do odwiedzenia tego niezwykłego miejsca, gdybyście kiedyś znaleźli się w pobliżu Humania.

Jak się potoczyły losy parku po śmierci Zofii i Stanisława Szczęsnego? Potoccy nie cieszyli się posiadaniem parku zbyt długo. W roku 1832 humańskie dobra Potockich zostały skonfiskowane przez cara Mikołaja I pod pretekstem udziału w Powstaniu Listopadowym Aleksandra Potockiego, syna Szczęsnego, przy czym młody Potocki nie brał bezpośredniego udziału w walkach, a tylko wyposażył pułk wojska. Car uznał to za akt zdrady stanu i przekazał Zofiówkę w prezencie swojej małżonce Aleksandrze. Zbudowano wtedy gotyckie, a następnie utrzymane w antycznym stylu wieże, pojawiły się nowe groty, a inne elementy znikają. W 1841 roku zbudowano altanę chińską, klasycystyczny Pawilon Flory i Pawilon Różany oraz okazałą bramę wjazdową z dwoma pawilonami dla strażników. Systematycznie usuwane były również pomniki przypominające o polskiej przeszłości parku.




Brama wjazdowa dobudowana po przejęciu parku przez cara Rosji

W roku 1859 Zofiówkę przekazano pod zarząd szkole ogrodniczo-rolniczej. Nastąpił wtedy pomyślny czas dla parku, który wzbogacono wieloma nowymi okazami roślin. Obiekt udostępniony został również do zwiedzania.

Po pierwszej wojnie światowej i rewolucji Zofiówka znalazła się w granicach Rosji Sowieckiej i sporo straciła ze swojego uroku i blasku. Znacznej dewastacji park uległ podczas drugiej wojny światowej. W latach powojennych został odrestaurowany i przekazany pod opiekę placówkom naukowym, co wpłynęło pozytywnie na utrzymanie starej i rozwój nowej szaty roślinnej. Obecnie, jak już wspomniałam na początku wpisu, należy do państwa ukraińskiego i stanowi jedną z większych atrakcji turystycznych tego regionu.

Mam nadzieję, że nie znudziłam Was i udało się Wam dotrzeć do końca tej długaśnej notki :)

Korzystałam z artykułów tematycznych na stronach:
www.wikipedia.org
http://www.echodnia.eu



Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...