sobota, 28 lutego 2015

Kunigas - J.I. Kraszewski


Malbork, lata 30-ste XIV wieku. Poznajcie litewską Drużynę A.

Szwentas - lat co najmniej 40, parający się czasami szpiegostwem na rzecz Krzyżaków. W czasie jednej ze swoim misji wywiadowczych na Litwę zmienia front i podejmuje się zlecenia na rzecz księżnej Redy. Ma odnaleźć jej zaginionego syna.

Jerzy - młody rycerz krzyżacki, prawdopodobnie Litwin wysokiego rodu. Pseudonim: Kunigas (zdrabniany również pieszczotliwie do Kunigasika), czyli Książę. Od momentu odkrycia, że jest porwanym jako dziecko Litwinem podupada na zdrowiu i cierpi na melancholię.

Baniuta - pyskata litewska nastolatka, również porwana w czasie jednej z wypraw. Szykowana przez swoją niemiecką opiekunke Gundę na ozdobę nieoficjalnego krzyżackiego zamtuza.

Rymnos - (zdrobniale Romek) - kolejne uprowadzone litewskie dziecko, rodu zapewne pośledniego. W Malborku pełni rolę pachołka i najlepszego przyjaciela Jerzego.

Pewnego dnia ta czwórka połączy siły i dokona brawurowej ucieczki na Litwę. Jednak nie będzie im dane długo cieszyć się powtórnym spotkaniem z bliskimi. Za chwilę bowiem wyruszy kolejna krzyżacka ekspedycja mająca na celu nawracanie pogan ogniem i mieczem. A wtedy Drużyna A będzie miała okazję pokazać na co ich stać w walce z niedawnymi ciemiężycielami.

"Kunigas" jest powieścią parahistoryczną, opartą na jednej z legend zamieszczonych przez Kraszewskiego w antologii "Litwa za Witolda". Trudno powiedzieć, jak wiele jest w niej prawdy, gdyż zakończenie przerasta o głowę wszystkie podnoszące morale i sławiące bohaterstwo historie, jakie kiedykolwiek słyszałam. Przyznam, że ostatni rozdział sprawił, że dosłownie opadła mi szczęka (opadła ona zresztą także będącym jej świadkami Krzyżakom). I dla ostatniej sceny warto przeczytać Kunigasa, nawet, gdyby reszta książki trąciła myszką.

We wstępie wyczytałam, iż Litwini w XIX wieku, w miarę budzenia się ich świadomości narodowej, chętnie korzystali z dorobku Kraszewskiego w dziedzinie etnograficzno-literackiej. Te wszystkie legendy, które on spisywał, to było ostatecznie ich dziedzictwo narodowe.

Nie wiem, na jakim dokładnie etapie znajdował się rozwój litewskiego nacjonalizmu w momencie, gdy książka po raz pierwszy ujrzała światło dzienne. Nie wiem też, jak wówczas wyglądały (i czy w ogóle były) jakieś antagonizmy polsko-litewskie. Nie mogę natomiast pozbyć się myśli, że JIK za pomocą "Kunigasa" i jego zakończenia próbował podrzucić Litwinom kukułcze jajeczko.

Efektowne było to zakończenie? Bardzo. Pokazali Litwini, że mają fantazję i charakter? Nie da się ukryć. A że przy okazji zdobyli pierwszą nagrodę w XIV- wiecznej edycji Nagrody Darwina?

Dlatego coś czuję, że tylko mocno okrojony Kunigas mógł stać się przebojem litewskich czytanek.

Zaintrygowanych zachęcam do przeczytania książki i sprawdzenia o co chodzi.
 
 
Książka w Polsce niemal zapomnana, na Litwie zaś - kultowa. Zachęcam do zajrzenia na Projekt Kraszewski, gdzie wiele pisze o Kunigasie jeden z naszych autorów - Micza.

źródło zdjęcia: smashwords.com


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora

piątek, 27 lutego 2015

Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna - Michał Kruszona


Wskutek drugiej wojny światowej i nowego porządku będącego jej konsekwencją w gruzach legł nie tylko świat przedwojennych Żydów, wielokulturowe kresowe miasteczka i warstwa ziemiańska, ale starto w proch i pył (dosłownie) także cygańskie tabory przemierzające w międzywojniu ogromne połacie kraju oraz świat Hucułów. Pierwsza myśl, która może przyjść na wspomnienie o Hucułach to rasa koni. Tymczasem Huculi to grupy górali zamieszkujących w II Rzeczypospolitej pograniczne Polski i Rumunii. Stworzyli barwną kulturę, która odeszła z zapomnienie. Michał Kruszona przy pomocy starych fotografii i wieloletnich poszukiwań próbuje go przywrócić. Stworzył tajemniczą, pełną zagadek i ciekawostek opowieść, która przenosi czytelnika w świat, który odszedł bezpowrotnie.



Huculszczyzna była jedną z najbardziej niezwykłych krain przedwojennej Polski. Dość powiedzieć, że osoby, które stać było na dalekie podróże wybierały zamiast nich pobyt na pograniczu polsko-rumuńskim. Kultura huculska intrygowała i przyciągała łowców oryginalnych tradycji i niezwykłych ludzi. Nie trzeba było wyjeżdżać z kraju, żeby natknąć się na grupę przeniesioną w XX wiek niemal z innego świata.


Huculi zajmowali się przede wszystkim pasterstwem i myślistwem. Dorabiali ścinając drzewa w słynnych huculskich lasach, których zasoby wydawały się nieograniczone. Następnie spławiali je w dół rzeki. Była to praca trudna i niebezpieczna. Wielkie bele często taranowały bezbronnych ludzi stojących w wodzie. Zajęcie do najłatwiejszych nie należało, ale tak wyglądało życie Hucułów. Ciasne chaty i monotonne żywienie było dla nich codziennością. O głodzie jednak nic autor nie wspomina. Nie żyło się więc im tak źle. Może ich kultura materialna nie przedstawiała szczególnie wysokiego poziomu (niestety nie pozostało po niej niemalże nic), ale sfera wiary, zwyczajów, obyczajów i tradycji wyróżniała ich spośród innych grup etnicznych przedwojennej Polski i do dziś budzi zachwyt pomieszany ze zdumieniem.

O oryginalności mieszkańców niech świadczy fakt, że w styczniu 1919 roku ogłosili powstanie... Republiki Huculskiej. Kilkuset górali zebrało się, wymyśliło plan stworzenia własnego kraju, wybrało prezydenta i jakby nigdy nic ogłosiło powstanie nowego państwa. Nie trudno się domyślić, jaka była reakcja wojsk rumuńskich. Na szczęście do rozlewu krwi nie doszło. Huculi poddali się praktycznie bez walki. Przez kolejnych dwadzieścia lat nie snuli marzeń o niepodległości, ale zwyczajnie wrócili do wypasu bydła, hodowli koni i innych codziennych zajęć. Dwudziestolecie międzywojenne to czas ich świetności. Ich kultura osiąga apogeum. Nieźle powodzi się im także pod względem materialnym. W każdy wtorek zabierają wyprodukowane przez swoje rodziny sery i inne produkty i wyruszają na targ. Dlaczego we wtorek? W piątek, dzień śmierci Jezusa, nie wypada handlować. W niedzielę chrześcijanie nie mogą handlować. Odpada też poniedziałek, bo wioski są rozsiane na dużym terenie. Żeby zdążyć dotrzeć na poniedziałkowy poranek trzeba by wyjechać w niedzielę, a przecież to czas święty. Targ nie może też odbyć się w piątek, bo który Żyd się na nim pojawi? Mówi to wiele o kulturze przedwojennej Polski, która szanowała odmienne religie i tradycje. Przejawiało się to choćby w tak błahych sprawach, jak wybór dnia targowego.

Po świecie Hucułów pozostały jedynie fotografie oraz pamięć o dawnej świetności, której fundamentem były osobliwe tradycje i zwyczaje. Im właśnie autor poświęca najwięcej miejsca. Mamy okazję przyjrzeć się pogrzebowi huculskiemu, krzyżom rozsianym po polach i dolinach oraz przebiegowi wesela. Poznamy "bohatera" nie mniej znanego w tamtych stronach od Janosika, który napadał bogatych górali i oddawał biednym. Zajrzymy do huculskiej sypialni i kipiącej kuchni. Będzie też okazja, żeby poobserwować życie starych Hucułek palących przed chatą fajki. Michał Kruszona proponuje podróż w czasie w tak oryginalne miejsce, że aż trudno uwierzyć, że istniało w naszym kraju.


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Libri amici, libri magistri

czwartek, 26 lutego 2015

"Sprawa kryminalna" - Józef Ignacy Kraszewski



Ktoś, kto czytał co najmniej kilka książek Kraszewskiego, łatwo zauważy, że w przypadku jego dzieł w ogóle nie należy się sugerować tytułem. Atrakcyjny może skrywać mniej fascynującą treść (i vice versa), często również potrafi wywieść czytelnika na manowce jeśli chodzi o charakter czy wręcz gatunek literacki opowieści. Jak się to ma do "Sprawy kryminalnej"?

Orygowce to majątek jakich wiele na Wołyniu. Podupadłą posiadłość kupuje pewnego dnia "człowiek znikąd" (czyli z Mazowsza) - Daniel Tremmer. Mimo krytyki i zadzierania nosa sąsiadów bierze się za naprawę majątku czyniąc z niego "złote jabłko"- czyli dochodową posiadłość. W wolnych chwilach często odwiedza swoich sąsiadów: Boromińskich - pogrywając w mariasza z papą Boromińskim i dyskutując o książkach z jego córką, dwudziestoparoletnią Leokadią. Młodzi, mając się wyraźnie ku sobie, zachowują się jednak powściągliwie. O małżeństwie, ze względu na to, że Daniel jest ewangelikiem i potomkiem mieszczan, ze względu na uprzedzenia papy Boromińskiego nie ma mowy.

Pewnego dnia Daniel znika. Ślady wskazują na zbójecki napad, jednak nie udaje się odnaleźć ciała. Za śledztwo bierze się dwóch profesjonalistów: asesor Zdenowicz, ostrożny safanduła, który przy pierwszym niepowodzeniu chce wzywać na pomoc wyższe instancje oraz pisarz sądowy Platon Symforionowicz Małejko - prawdziwy pies gończy w ludzkiej (choć niezbyt okazałej) postaci. Kryminalistyka na Wołyniu w latach 20 XIX wieku była jeszcze w powijakach, mimo to Małejko wykonuje wiele czynności znanych i współczesnym policjantom, min. fachowo zabezpiecza ślady. szybko jednak dochodzi do wniosku, że ślady same sobie przeczą, dziwne wydaje mu się również zachowanie niektórych osób z otoczenia zaginionego (w tym panny Leokadii i wiernego służącego).

Nie powinnam już pisać ani słowa więcej, gdyż każda sugestia sprawi, że będziecie znali rozwiązanie zagadki jeszcze przed przeczytaniem. Nie jest to czysty kryminał, akcja szybko skręca w stronę powieści obyczajowej, stąd wydaje mi się, że tytuł jednak jest mylący :). Nacisk w ksiażce położony jest na intrygę, zawikłaną niczym węzeł gordyjski. Do jej dodatkowego skomplikowania przyczynia się pisarz Małejko, który nie odpuści, póki nie rozwiąże zagadki...aż do ostatniego szczegółu.

Powieść o wartkiej akcji i lekko sensacyjnym posmaku czyta się niezwykle szybko. Warto poznać tę jedną z pierwszych prób zaszczepienia kryminałów na polskim gruncie. Zwłaszcza, że Kraszewski zrobił to ... zupełnie po swojemu. Miłośników kryminałów jego pomysły albo skonsternują, albo rozczulą staroświeckim wdziękiem.

Kolejny archiwalny tekst i książka, której akcja niekoniecznie musiałaby rozgrywać się na Kresach. Cóż zrobić, skoro kiedyś było to nieme centrum polskiego uniwersum? 
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora
 


środa, 25 lutego 2015

"Takie buty z cholewami" - Szewach Weiss

 
Szewach Weiss znany jest w Polsce przede wszystkim jako były ambasador Izraela. Mimo, że był nim tylko przez 3 lata (2000-2003), pozostał do dziś aktywny na polskiej scenie medialnej i naukowej. Politycznej zresztą pewnie trochę też – przynajmniej, jeśli chodzi o politykę międzynarodową.

Wcześniej, w Izraelu, był przede wszystkim własnie politykiem. Osiągnął na tym polu niemal wszystko (najwyższe stanowiska to przewodniczący Knesetu i wiceprezydent), otarł się nawet o pokojową Nagrodę Nobla (uczestniczył w rozmowach pokojowych z Palestyńczykami (które zaowocowało porozumieniem z Oslo), za które dostali w końcu nagrodę stojący wówczas nieco wyżej w państwowej hierarchii Izraela Icchak Rabin i Szimon Peres. To jednak nie koniec jego aktywności: politolog, wykładowca, sportowiec, trener sportowy, a także autor książek dla dzieci. Szewacha Weissa najwyraźniej rozpierała energia i niechęć do marnowania choćby jednej chwili w życiu.

Skąd się brała możemy chyba wyczytać między wierszami w „Butach z cholewami”. Polityk urodził się w 1935 w Borysławiu i tam też spędził okupację. Ponieważ jego miasto znalazło w 1939 się po radzieckiej stronie granicy, Niemcy wkroczyli tam w czerwcu 1941. Rodzina Weissów przez 29 miesięcy, dzięki pomocy sąsiadów, ukrywała się poza tamtejszym gettem, w warunkach trudnych do zniesienia także fizycznie (w piwnicy, w podwójnej ścianie domu, itd). Szewacha to jednak nie złamało, a w jakiś sposób dało napęd do wykorzystywania wszystkich życiowych możliwości. Gdy w 1946 roku, jako 11 – latek, znalazł się w Izraelu (sam, rodziców zatrzymały w drodze kłopoty zdrowotne ojca), dosłownie rzucił się na zdobywanie wiedzy i doświadczeń życiowych, zwłaszcza na niwie politycznej. Co po latach zaowocowało wielką karierą skromnego chlopaka z Borysławia.
Wywiad – rzeka z Szewachem Weissem jest trochę jak spacer po całym zyciu tego człowieka. A że było to życie niezwykłe i bogate w wydarzenia, czytelnik ma do wyboru wiele ścieżek, które może dokładniej spenetrować i chwilę się na nich zatrzymać. Jest więc ścieżka spraw trudnych, ścieżka spotkań z ciekawymi ludźmi (Irena Sendlerowa, Jan Karski a także Jan Paweł II, który stwierdził, i ż Weiss... mógłby nieco popracować nad swoim językiem polskim. Co zresztą ten ostatni uczynił.), ścieżka muzealna (Weiss, jako były szef Yad Vashem, wręcz tryska pomysłami na uatrakcyjnienie planowanego Muzeum Żydów Polskich) i wiele, wiele innych.

 Ja wybrałam dwie. Pierwszą jest wątek izraelski. Z fascynacją czytałam o organizacji tamtejszego życia społecznego. Szewach Weiss, który trafił do Izraela de facto jako sierota, nie tylko miał zorganizowaną podróż (zresztą, dla ominięcia ograniczeń wizowych, jako przyszywane dziecko innej rodziny). Już w Izraelu, wówczas jeszcze zresztą pod administracją brytyjską, wszechstronnie się nim zaopiekowano. Trafił mianowicie do szkoły-kibucu, która doskonale przygotowywała swoich wychowanków do dorosłego życia. Słowem - pełen komfort i świetna organizacja. Druga ciekawostka: ocaleni z Zagłady, aż do 1962 roku (czyli procesu Eichmanna), wcale nie chwalili się w Izraelu swoją historią i pochodzeniem. Promowany był raczej kult pionierów, przybyłych do Izraela przed wojną, pracy fizycznej, służby wojskowej. Wojenna historia Żydów europejskich kojarzyła się zaś źle – z ofiarą i słabością. Chodziło oczywiści o uformowanie na nowo tożsamości narodowej. Ceną było to, iż wielu ludzi musiało wyprzeć swoją historię... na jakieś kilkanaście lat.

Zainteresowała mnie również „ścieżka” polskich fascynacji byłego ambasadora. Szewach weriss jako dziecko byl dwujęzyczny – posługiwal się jiidisz i polskim. Tego ostatniego nie używał przez 40 lat po przybyciu do Izraela. Nie czuł też żadnej nostalgii za krajem lat dziecinnych. Do czasu – przypadkowa wizyta w Polsce tuz po zakończeniu stanu wojennego, z półlegalnei wyłuzona wizą rumuńską, na nowo aktywowała w jego tożsamości podmoduł polski...

Można by długo jeszcze pisać, ale po co – zainteresowanych zachęcam do sięgnięcia po książkę i przetarcia sobie w niej swoich ścieżek:).


Takie buty z cholewami
Życie, polityka, pasje
Szewach Weiss (w rozmowie z Anną Jarmuziewicz)
Kraków 2012, Wydawnictwo M
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora





 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Barbara Iskra-Kozińska, Maria







"I oto teraz mamy wszystko – mamy pola i łąki, ale Polska nie ta... (...)"

Koniec II wojny światowej nie niósł ze sobą jedynie echa spokoju i intensywnej odbudowy kraju z pozostawionych przez Niemców zgliszczy. Mieszkający na terenach Wołynia Polacy (około dwieście tysięcy ludzi) zostali z dnia na dzień zmuszeni do opuszczenia swoich domów. Wysiedlenia i co za tym idzie rozpoczynanie życia na nowo w powojennych warunkach nie było łatwe. Powieść, którą dzisiaj chciałam wam przedstawić ukazuje losy powojennych wysiedleńców bez upiększeń i kolorytu. Losy przede wszystkim prawdziwe.

Barbara Iskra Kozińska to pisarka i poetka. Czytelnicy mogli ją poznać dzięki dwóm, wydanym powieściom historycznym. W tym roku autorka wydała również powieść obyczajową pt. "Dom nad Borkiem". Oprócz pracy twórczej, Barbara Iskra Kozińska prowadzi pensjonat "Sosnówka", zlokalizowany nad jeziorem Borek przy granicy z Niemcami, miejsce znane wielu ludziom kultury. "Maria" to druga część sagi rodzinnej, której pierwszą była powieść "Czerwone niebo nad Wołyniem".

Znana z pierwszej części rodzina Kozińskich, po wojnie zostaje wysiedlona na skraj zachodnich terenów Polski. Maria Kozińska (matka autorki) przyjmuje na siebie odpowiedzialność za wychowanie trójki dzieci swojej zmarłej siostry. Na tereny przy granicy polsko - niemieckiej zostaje również przesiedlona rodzina Zawadzkich, pochodząca z Wileńszczyzny. "Maria" to historia trudnych początkach odbudowy codziennego życia naszych rodaków. To historia o przyjaźni i wzajemnej pomocy w tak trudnych, powojennych latach.

Książka Barbary Iskry Kozińskiej to z pewnością gatunek powieści historyczno-obyczajowej, w której wątki te zostały przez autorkę równomiernie rozłożone, czyniąc z książki świetny dokument dla przyszłych pokoleń Polaków. Dokument ukazujący codzienne troski, problemy, dylematy moralne wysiedleńców, ale również chwile szczęścia i zadumy. Czytelnik pod wpływem prozy autorki uświadamia sobie jak ciężko było w powojennych latach zaczynać wszystko od początku i z jakimi problemami przyszło się zmierzyć nowym osadnikom. Polacy pozbawieni własnych majątków, musieli zamieszkać w niemieckich domach i obrabiać do niedawna jeszcze niemiecką ziemię. Książka przedstawia zwykłe życie naszych rodaków, w którym szczęście przeplatało się z tragizmem, a kolejne pokolenia odchodziły ustępując miejsca swoim potomnym.

Oprócz widocznego wydźwięku obyczajowego, autorka poprzez historię losów swojej rodziny, dostarcza czytelnikom niebywałej lekcji historii. Lekcji, którą napisało samo życie. Lekcji, którą żaden nauczyciel nie przedstawi w sposób choćby zbliżony do tej ukazanej w powieści. Akcja książki to okres od zakończenia najgorszej w dziejach świata wojny światowej do roku 1968. Czytelnicy mają więc możliwość poznać nastroje społeczne ówczesnych czasów, historię tworzenia się pierwszych rolniczych spółdzielni czy wpływu władzy komunistycznej na wiele aspektów życia zwykłych ludzi. Dobrym zabiegiem zastosowanym przez Barbarę Iskrę Kozińską było zamieszczenie posłowia na końcu książki, które w skróconej formie informuje czytelnika o dalszych losach tytułowej Marii i pozostałych bohaterów książki, którzy kiedyś tak ja my kochali, nienawidzili i mieli swoje plany życiowe i marzenia.

Autorka w opisywaniu losów swojej matki i pozostałych członków rodziny stara się używać dość obrazowego języka. Jednak zauważyć można również pewien nacisk na dynamikę opisywanych przez nią wydarzeń. Dbałość właśnie o takie szczegóły, czyni z powieści świetny dokument, nie tylko historyczny. Jedyne zastrzeżenie w tej materii można mieć w przypadku niektórych fragmentów, których szczegółowość powiązań rodzinnych przytłacza i może wprawić czytelnika w chwilowe zagubienie. Kilkakrotnie bowiem podczas czytania powieści musiałam wracać do poprzednich stron, by umiejscowić sobie konkretnego bohatera w drzewie genealogicznym obu rodzin. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o zamieszczenie na końcu powieści drzewa genealogicznego rodu Kozińskich i Zawadzkich, z pewnością zabieg taki ułatwiłby czytanie "Marii".

Książki historyczne oparte na wspomnieniach ludzi, zawsze wywołują we mnie wiele emocji i refleksji. Zapytacie dlaczego? Otóż oprócz przekazywania dużej dawki wiedzy, niedostępnej w podręcznikach do historii, pokazują bowiem prawdziwe życie. Jako prawnuczka wysiedleńców z Wilna, "Maria" stała się dla mnie wręcz osobistą historią. I cieszyć może fakt, że dzięki takim właśnie książkom, pamięć o tamtych czasach nie zaginie.

"Ani my im, ani oni nam nie wyrządzili świadomie żadnej krzywdy, To tylko wojna, tylko wojna mamuś... Więksi od nas i potężniejsi zgotowali nam ten los."





Tekst oryginalny ukazał się na blogu Subiektywnie o książkach


niedziela, 22 lutego 2015

W poszukiwaniu rodzinnych korzeni - cudotwórcza ikona Matki Bożej w Starym Korninie

 
"Główna cerkiew w Starym Korninie nosi wezwanie św. Michała Archanioła. Została postawiona na miejscu cerkwi z 1631 roku, będącej pod tym samym wezwaniem. Wybudowanie tu cerkwi w tym roku potwierdza kamień wkopany przy bramie głównej, na którym zachował się napis "Sozdan siej chram roku 1631". Mówi o tym również drewniana tablica, która zachowała się do dziś. (...) W 1709 roku miało miejsce wydarzenie, które zmieniło charakter parafii. Pojawiła się ikona Matki Bożej, od której miało miejsce wiele cudów. Do Kornina zaczęły napływać rzesze pielgrzymów. Istniejąca cerkiew była zbyt mała by pomieścić takie tłumy, dlatego proboszcz Jan Simonowicz przystąpił do jej rozbudowy."[źródło]
 
 
"O parafii kornińskiej, ikonie łaskami słynącej i księdze cudów"; Antoni Mironowicz

"W 1709 roku miało miejsce nadzwyczajne wydarzenie w Starym Korninie. Objawiła się ikona Matki Bożej z Dzieciątkiem. Stała się ona źródłem cudownych uzdrowień i wielu łask. To było powodem dla którego Stary Kornin stał się miejscem kultowym i przyciągał rzesze pielgrzymów.

W związku z tym, że nie zachowały się żadne wizerunki i kopie nie znamy dokładne wyglądu tej ikony. Dostępna literatura informuje, że była to kopia Leśniańskiej Ikony Matki Bożej. Wizytacja cerkwi kornińskiej opisuje, że była to ikona ozdobiona różnymi wotami ze złota, srebra i innych materiałów.
 

Leśniańska ikona Matki Bożej
W 1709 roku ikona została oprawiona w ufundowane przez wójtową ramki i ustawiona na specjalnym kiocie. Tego roku została ona ogłoszona cudotwórczą ikoną. Zaczęła bowiem promieniować niezwykłą światłością, uzdrawiając chorych i pomagając cierpiącym. Od tego momentu cerkiew pod wezwaniem św. Michała Archanioła i św. Anny stała się celem pielgrzymek. Tysiące wiernych przybywało z całego Podlasia, Grodzieńszczyzny, Wołynia i Mazowsza. Liczne uzdrowienia, które dokonały się przed ikoną Matki Bożej Kornińskiej znane były w całej Koronie i Wielkim Księstwie Litewskim."[źródło]

"Wśród ksiąg, które w 1727 r. wizytator znalazł w cerkwi komińskiej były też księgi przesławnych cudów Najświętszej Matki Bożej do Supraśla do druku podane inne zaś recentur [na świeżo] notowane. Wprawdzie księga ta nie doczekała się druku w oficynie monasteru supraskiego, lecz szczęśliwie zachowała się w zbiorach archiwalnych kancelarii metropolitów unickich, obecnie znajdujących w Centralnym Państwowym Archiwum Historycznym Rosji w Petersburgu i niedawno została wydana drukiem. (...) Do najpospolitszych chorób, które uzdrowione zostały dzięki sile kornińskiej ikony należały kołtun, z którym wiązano różne inne choroby, wrzody, puchlina, bóle głowy i kości, choroby serca, oczu i uszu, bezwład nóg i rąk, kolka, gorączka (febra), gruźlica (suchot}') i przeróżne choroby, których nie umiano dokładnie określić."[źródło]

W " Księdze cudów przed Ikoną Matki Boskiej w Starym Kominie dokonanych", którą do druku przygotował i wstępem opatrzył Antoni Mironowicz, Białystok 1997, znalazłam"

k. 19.

"Anno 1717 (...) Imść Konstanty Zadarnowski, obywatel województwa brzeskiego prezentował syneczka swego na imię Franciszek, który ciężko chorował na dyfteryt niedziel trzy i już nie mówił od słabości wielkiej, po tym jak rodzice ofiarowali do cudownego obrazu Panny Przenajświętszej Kornińskiej, zaraz dziecię przyszło do siebie, co pod juramentem zeznał, jako prawdziwie doznał łaski i miłosierdzia Matki Przenajświętszej i ręką
swą podpisał się.

Konstanty Zadarnowski."

 k. 102.
"1722r
Dnia 5 czerwca z miasta Mielnika, na imię Fedor Sulima chorował na gorączkę obłożnie niedziel pięć, a za ofiarowaniem się prędko ozdrowiał. "


Stanisław Ratold (Sulima) urodzony ok. 1510. Stanisław otrzymał od króla Polski tytuł szlachecki, herb Sulima i nazwisko Zadarnowski.

Sebastian
Stanisław
Paweł
Teodor (żona Katarzyna Kaczanowska
Stefan (Stiepan)

Konstanty, syna Franciszka miał z Barbarą Brzozowską, miecznikówną kijowską (pozostali synowie to Antoni i Wawrzyniec, który wstąpił do klasztoru - Societatis Jesu). Druga żona to Barbara Niepokojczycka, skarbnikówna Brześciańska, która urodziła czworo dzieci, dwóch synów: Ignacego i Józefa oraz dwie córki: Teresę i Gertrudę. Ignacy wstąpił do klasztoru _ Redemptionis Captivorum.

sobota, 21 lutego 2015

Zdzisław Skrok, Podolska legenda





ZAGUBIONE TROPY KRESOWEJ ARKADII

„Omijaliśmy z premedytacją miejsca znane, łatwe do odnalezienia, wpisane do marszruty coraz liczniejszych na Podolu polskich wycieczek” – pisze we wstępie Zdzisław Skrok. I zaraz daje opis swoich wrażeń z... Kamieńca Podolskiego. A na okładce mamy oczywiście twierdzę kamieniecką. To zresztą jedyna ilustracja w całej książce, oprócz zdjęcia autora.

Cel był „konkretny i jasno określony: odnaleźć, opisać i sfotografować zabytki tamtejszej architektury (...), której fundatorami i użytkownikami w większej części byli niegdyś Polacy. (...) Przyjechaliśmy, aby zobaczyć, co z tej spuścizny pozostało jeszcze po wojennych zawieruchach i porządkach nowej władzy”. Niestety, na kilku reportażowych wrażeniach opowieść się urywa.

Dalej następuje zbiór kilkunastu esejów na temat geografii, przyrody i historii Podola pod wspólnym hasłem „W kołowrocie dziejów”, co zajmuje większą część całego dzieła. Zadziwia brak jakiejkolwiek mapki przy rozważaniach o położeniu i granicach polskiej ziemi obiecanej (i w ogóle w całej książce). Rezultat łatwo przewidzieć, bo dowiadujemy się na przykład, że Słowacki był „rodowitym Podolaninem” (sic!, s. 27). Chciałoby się krzyknąć: „Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie”, a gdzie Zbrucz?!...

Jak na archeologa przystało, referując powstanie polskiego Podola, Skrok sięga aż do łowców mamutów i ludności ceramiki malowanej. Szczęśliwie opis dalszych, niezwykle burzliwych dziejów ziemi podolskiej – ukraszony mnogimi cytatami kronikarzy, pamiętnikarzy, historyków, poetów, pisarzy (vide Trylogia) – jest bardziej wiarygodny niż tamtejsze wykopaliska, ale widoczna fascynacja przeszłością Podola to mimo wszystko trochę mało.

Deklarowanym celem podróży miało być przecież „odszukiwanie zagubionych śladów”. Na drugą, dużo skromniejszą część książki – z mylącym tytułem „Pamiątki polskiego Podola” – składają się kolejne eseje dostarczające obfitą porcję cytatów z bogatej literatury; wśród licznych ciekawostek nie brak tu rozmaitych nieścisłości (autor nie wie na przykład, że twórca chasydyzmu urodził się w Okopach Świętej Trójcy). Najkrócej autor pisze o wołających o pomstę do nieba losach naszych kresowych nekropolii; jak zauważa, na upamiętnienie wciąż czekają zbiorowe mogiły ofiar ukraińskich nacjonalistów.

Na „Wspomnienia i zabytki”, czyli ocalałą z dziejowej zawieruchy podolską Atlantydę i odkrywanego tu „ducha dawności”, zostało tylko niespełna 30 spośród ponad 200 stron. Skrok wymienia ogółem 29 mniej lub bardziej znanych miejsc z Kamieńcem Podolskim na czele, ale wiedza, którą przekazuje, jest pełna luk, błędów i dezinformacji. Jeden przykład: Jazłowiec. Bynajmniej nie leży ani nad „urwistym zakolem Strypy”, ani „w widłach Dniestru i Jazłowczyka” (obie wersje na s. 178), już od 15 lat nie nosi sowieckiej nazwy Jabłoniwka, również siostry niepokalanki dawno powróciły do historycznej siedziby, prowadząc dom rekolekcyjno-pielgrzymkowy i opiekując się sanktuarium bł. Marceliny Darowskiej (pochowanej w zakonnych katakumbach). Dane, które serwuje swym czytelnikom Skrok, są zwyczajnie i po prostu nieaktualne. Nigdzie w książce nie podaje daty swej podróży, ale na spotkaniu autorskim przyznał, że ostatni raz przebywał na Podolu… 10 lat temu. Brak informacji na ten temat uważam za karygodny, bo te 10 lat na Ukrainie to epoka.

Są jednak w tekście Skroka gorsze rzeczy, których nijak nie da się wytłumaczyć. Pisząc na przykład o Dunajowcach Krasińskich (s. 175), twierdzi, że poeta i dramaturg Zygmunt „podobno tu się urodził”, o czym świadczy podpis Napoleona Ordy pod rysunkiem pałacu, w którym jakoby nasz trzeci wieszcz przyszedł na świat „d. 23 lutego 1811”; również niektórzy obecni mieszkańcy Dunajowiec wiedzą, że urodził się tu „jakiś polski poeta”. Oczywiście, to piramidalna bzdura, co łatwo sprawdzić (Zygmunt Krasiński urodził się 19 lutego 1812 roku w Paryżu). Po raz pierwszy podróżował na Podole w maju 1822 roku z ojcem; generał Wincenty Krasiński pokazał wówczas synowi Kamieniec Podolski i Okopy Świętej Trójcy (w których rozgrywa się akcja „Nie-Boskiej komedii”), a wyjazd ten Skrok pomylił z drugą podróżą Zygmunta na Podole w towarzystwie guwernera jesienią 1825 roku.

Książkę autor poświęcił Romanowi Aftanazemu – „strażnikowi kresowej pamięci Polaków”, a rozmowa z nim (z 1992 roku) stanowi końcowy dodatek do „Podolskiej legendy”; sylwetka tego badacza nie została nawet opatrzona datami życia (1914–2004). Autor monumentalnych „Dziejów rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej” z pewnością przewraca się teraz w grobie.

Brakuje indeksu nazwisk i skorowidza nazw geograficznych. Irytuje niechlujna korekta, a o redakcji lepiej nie wspominać.

Książka otrzymała Nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej za lipiec 2007 roku.


ANDRZEJ W. KACZOROWSKI
(w: „Wiedza i Życie” 10/2007)
 

Zdzisław Skrok, „Podolska legenda. Powstanie i pogrzeb polskiego Podola”, Iskry, Warszawa 2007.

 

 

piątek, 20 lutego 2015

Stanisław Srokowski, Strach. Opowiadania kresowe






"Tylko tak możemy ocalić świat od zagłady. Tylko tak… poprzez… opowiadanie".

Wspomnienia okrucieństw wojennych dokonywanych przez okupanta na naszej polskiej ziemi, to motyw, który zawsze budzi wśród czytelników wielkie emocje. Jednak, jeszcze większe emocje wzbudza fakt masowych mordów, dokonywanych przez naszych sąsiadów Ukraińców na ludności polskiej na Kresach. Po przeczytaniu przez Was najnowszej książki Stanisława Srokowskiego, najgorszy scenariusz filmowego horroru z motywem torturowania ludzi w tle, będzie odtąd jedynie marną namiastką tego, co działo się w prawdziwym życiu, bo podczas II wojny światowej.

Stanisław Srokowski to urodzony w 1936 r. w Hnilczu na Kresach Wschodnich, pisarz, poeta, prozaik, dramaturg, krytyk literacki, tłumacz, a także nauczyciel akademicki i publicysta. Autor posiada bogaty dorobek literacki: powieści, opowiadania, tomiki poetyckie, sztuki teatralne, eseje, recenzje czy wywiady. W 2007 r. został wyróżniony nagrodą im. Józefa Mackiewicza za tom opowiadań kresowych pt. "Nienawiść". W sieci możecie znaleźć stronę autorską pisarza.

"Strach. Opowiadania Kresowe" to zbiór dwunastu opowiadań, które łączy jedno – okrutne morderstwa na mieszkańcach Kresów. Morderstwa dokonywane przez Ukraińców, sąsiadów Polaków, często żyjących w tej samej wiosce. Stanisław Srokowski podczas wojny, jako mały chłopiec mieszkał z rodziną w Hnilczu. Wieczorami, członkowie rodziny autora opowiadali między sobą straszne historie, ukazujące barbarzyństwo Ukraińców. Barbarzyństwo, którego nie da się wyrazić żadnymi słowami.

Autor podkreślił na początku swojej książki, że pomimo zmienionych danych bohaterów, opisywane historie wydarzyły się naprawdę. Wiedziałam, że opowiadania Stanisława Srokowskiego nie będą łatwą lekturą. Siekiera i pieniek na okładce, będące rzucającymi się w oczy symbolami okrucieństwa, zapowiadały wstrząsającą fabułę. Dwanaście opowiadań ukazujących metody zabijania, jakimi posługiwali się ukraińscy nacjonaliści, to oddane z wielką dbałością o szczegóły, opisy tortur, których bestialstwo wykracza poza granice mojej wyobraźni. Bestialstwo wyrażające się w obcinaniu kończyn, wyłupywaniu oczu, paleniu żywcem, czy posypywaniu solą świeżych ran. A jest to tylko niewielka część tego, co serwuje czytelnikowi autor. Nie jestem w stanie powiedzieć, która z przytoczonych historii najbardziej mną wstrząsnęła, gdyż wszystkie, bez wyjątku, potwierdziły istnienie najgorszych instynktów w człowieku. Współczesnemu czytelnikowi trudno uwierzyć, że takie zbrodnie miały miejsce. Zabijanie sąsiadów w pozbawiony litości sposób, sprawiający wręcz radość z zadawanego bólu, zabijanie ludzi z którymi się dorastało i często obcowało na co dzień to rzecz niebywała. Z każdym kolejnym opowiadaniem ciotki Elzy, miałam coraz większe mdłości, a po lekturze zbioru moja psychika musiała zebrać się w jedną całość, po rozbiciu jej na tak wiele kawałków. Makabryczność, szczegółowość i realizm to główne cechy opowiadań Srokowskiego. Uprzedzam, do lektury tej książki trzeba się psychicznie przygotować, a przynajmniej próbować to zrobić.

Oprócz wymiaru iście barbarzyńskiego zachowania Ukraińców na Kresach, autor porusza również czułą stronę duszy, zadając pytania o człowieczeństwo i granice ludzkiego sumienia. Czy Ukraińców mordujących w tak okrutny sposób nie tylko mężczyzn, ale również kobiety, dzieci czy starców, można nazwać jeszcze ludźmi? Myślę, że użycie w tym przypadku słowa '"zezwierzęcenie" byłoby obrazą dla zwierząt, które zabijają przecież jedynie w ostateczności. Najbardziej uderzająca w psychikę czytelnika jest przedstawiona w opowiadaniach postawa zwykłych Ukraińców, którzy czerpali wręcz nie dającą się niczym opisać przyjemność z tortur stosowanych na Polakach. Niezwykle symbolicznym jest również przedstawienie obrazu małego chłopca, czyli autora, który pod wpływem usłyszanych historii, zaczyna zachowywać się jak zwierzę. To właśnie buda dla psa staje się jego ostoją bezpieczeństwa. To niezwykle zatrważający portret, o którym trudno zapomnieć. Warto również podkreślić, iż Stanisław Srokowski wielokrotnie wspomina o fakcie, iż ofiarami Ukraińców byli nie tylko Polacy, ale także Czesi, Żydzi, Ormianie czy Rosjanie. Tragedia ta więc dotknęła nie tylko nas, należy o tym pamiętać.

Biorąc po uwagę treść dwunastu opowiadań Srokowskiego, tytuł książki wydaje się być niezwykle trafiony. To bowiem strach był obecny wśród ludzi, którzy zamieszkiwali ówcześnie tereny całych Kresów. To strach również wkracza w umysł czytelnika, po każdej kolejnej, przeczytanej historii. Strach przed najmroczniejszą naturą człowieka, która jak się okazuje drzemie w każdym z nas. Dzisiaj przyjazny sąsiad, jutro okrutny oprawca.

Trudno pisać o tamtych wydarzeniach, w kontekście obecnej sytuacji politycznej. Fakt, że dzisiaj Polacy nazywani są przyjaciółmi Ukraińców nie zmienia naszej, wspólnej historii. Szczególnie tego mrocznego okresu, kładącego się do dzisiaj cieniem na naszych wzajemnych stosunkach. "Strach. Opowiadania Kresowe" polecam czytelnikom z mocną psychiką, po uprzednim nastawieniu się na tego typu "wrażenia". Po lekturze książki warto zadać sobie pytanie: "Czy masowe mordy Ukraińców były ludobójstwem?". Na to pytanie każdy z Was, musi odpowiedzieć sobie sam.


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Subiektywnie o książkach


czwartek, 19 lutego 2015

Droga donikąd - Józef Mackiewicz


"Droga donikąd" może nie jest najlepsza do rozpoczynania znajomości z twórczością Józefa Mackiewicza, natomiast jeśli chce się zrozumieć jego twórczość okołowojenną i powojenną nie można tej książki pominąć.

Niemal w każdym okruchu publicystyki widać, że Mackiewicz ocenia zjawiska i ludzi biorąc pod uwagę ich stosuek do komunizmu i właśnie w "Drodze..." znajdziemy źródła tej graniczącej z obsesją postawy.

Książka oparta jest na przeżyciach pisarza z czasów pierwszej sowieckiej okupacji wileńszczyzny (czerwiec 1940 - czerwiec 1941). Ominęły go wprawdzie przeżycia najbardziej drastyczne (czyli wywózki i Sybir) - kontakty z NKWD zakończyły się na jednym przesłuchaniu, nie został wywieziony, jednak doświadczenia z tego roku życia, były wystarczające nie tylko do tego, żeby wyleczyć się ze wszelkich złudzeń raz na zawsze (dlatego też, w przeciwieństwie do swojego brata Stanisława, nawet nie rozważał powrotu do PRL), ale żeby swoje indywidualne przeżycia uogólnić i wyciągnąć z nich wnioski co do funkcjonowania całego systemu komunistycznego - a dokładniej: psychologii komunizmu.

"Droga donikąd" to bowiem rzadki przykład zbiorowej powieści psychologicznej. Obserwujemy grupę ludzi, poddawanych serii bodźców przez nową władzę. Niektórzy reaguja wprawdzie w sposób niestandardowy, ale niestety - są mniejszością i ich postawa nie będzie miała żadnego wpływu na losy zbiorowości.

Mackiewicz próbuje dowieść, że metody zastosowane przez komunistów są skuteczne niezależnie od tego, na jakiej społeczności sie je wypróbuje. Po wojnie na Zachodzie dominował stereotyp, że komnizm to taka specyfika wschodnia, szczególnie pasująca do tamtejszej mentalności, niesłusznie określanej, jako niewolnicza. Dawni poddani caratu, dzięki wielosetletniemu treningowi, przyzwyczajeni rzekomo byli do posłuszeństwa.

Tymczasem Wileńszczyzna, to przecież (wówczas) część Polski, krainy wiecznych buntowników. W dodatku, jak twierdzą niektórzy bohaterowie, pod niemiecką okupacją AK odnosiło znaczne sukcesy, dlaczego pod sowiecką miałoby być inaczej?

Kluczową rolę odegrała właśnie psychologia - parafrazując autora: Niemcy swoją jednoznaczną postawą zamienili Polaków w bohaterów ruchu oporu, Sowieci zaś, dzięki pomysłowej kombinacji kija, marchewki i przyzwyczajenia ludzi do powszechnego donosicielstwa - w szybkim tempie zniszczyli wszelki opór. Do tego stopnia, że początek wywózek nie spotkał się z żadnym oporem, a jedynie z rezygnacją.

Książka, porównując ją do klocków Lego - skonstruowana jest z najprostszych elementów: zero bajerów, bardzo wiele scen jest autentycznych, Mackiewicz zasilił ją spora porcją własnych przeżyć. To głownie zapis codzienności: praca, podróże, spotkania z ludźmi i rozmowy. A w ramach szukania osobistej przestrzeni wolności- romans z sąsiadką PPP.

Jednocześnie większość scen niesie jakieś dodatkowe znaczenia i strzępy autorskich przemyśleń. Przyznam, że sama zauważyłam je dopiero czytając publicystykę pisarza. Choćby np. scena w polskojęzycznej szkole, gdzie mamy okazję zapoznać się z przemyśleniami pisarza na temat zjawiska nacjonal - komunizmu.

Po raz kolejny u Mackiewicza - mamy tu sporo psychologii, ale bez zbędnego grzebania w głowie bohaterom.

Z czytanych dotychczas przeze mnie "Mackiewiczów" jest chyba najlepsza, wielowarstwowa, długo zostaje w głowie. Myślę, że kiedyś jeszcze do niej wrócę:).

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora


 

wtorek, 17 lutego 2015

"Duszohubka" - piękna opowieść o północnym Wołyniu


Teren Kresów, który Polska zajmowała od wieków, nazywamy dziś Ziemiami Utraconymi. Zagarnięte w 1939 roku przez Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich i ostatecznie anektowane przez to państwo Kresy Wschodnie tworzyło siedem najdalej wysuniętych na wschód województw: wileńskie, nowogródzkie, poleskie, wołyńskie, tarnopolskie, lwowskie i stanisławowskie, a także część województwa białostockiego oraz duża część powiatu augustowskiego.  Kresy Wschodnie to nie był zatem jakiś odległy i niewielki pas naszych ziem, tylko ponad połowa terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Tereny te zamieszkiwało około 13 milionów obywateli Rzeczypospolitej Polskiej, z czego blisko połowę stanowili Polacy. Ponadto mieszkali tam Ukraińcy i Rusini, Białorusini, Żydzi, Litwini i Tatarzy. Kresowi Polacy zostali w znacznej części zniszczeni i zamordowani przez okupantów oraz ich sojuszników lub wygnani z ojcowizny. W Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu można mówić o ich już tylko znikomej obecności. Wschodnie województwa II Rzeczypospolitej Polskiej to nie tylko wspólna historia, krajobrazy i zabytki, lecz także ludzie - mieszkańcy ziemi kresowej. Żyją tam do dziś. Przeważnie w ciężkich warunkach. Starają się walczyć - w ramach prawa dozwolonego przez kraj, którego są obecnie obywatelami - o zachowanie polskiej tożsamości, o język polski w kościele i oświacie, o możliwość tworzenia organizacji krzewiących polską historię i kulturę. 


Ci zaś, którzy ocaleli z pożogi wojennej, okrutnych represji okupantów oraz rzezi dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich, zostali albo rozproszeni po całym świecie, albo przesiedleni w granice pojałtańskiej Polski, głównie na ziemie odzyskane. Mieszkali i mieszkają nadal obok nas, np. we Wrocławiu, i stają się strażnikami kresowej pamięci. Jednym z nich jest urodzony w 1921 roku na Wołyniu Feliks Trusiewicz, który cudem ocalał z dokonanej przez policję ukraińską i Niemców krwawej pacyfikacji polskiego osiedla Obórki. Stracił wtedy całą swoją rodzinę. Do spisania rodzinnych wspomnień namówiła go w latach osiemdziesiątych kuzynka mieszkająca w Stanach Zjednoczonych. Dzięki jej pomocy, jak podkreśla Feliks Trusiewicz, powstała trzyczęściowa rodzinna kronika zatytułowana Pokolenie. Obecnie na zestaw literatury wspomnieniowej o rodzie Trusiewiczów i ich ojcowiznie - Wołyniu, składa się już pięć książek. Na temat jednej z nich - przejmującej i autentycznej w swej dokumentalnej warstwie - pragnę dziś napisać. 

Duszohubka to oparta na faktach fabularna opowieść z rodzinnych stron autora. Już sam tytuł opublikowanej w 2002 roku książki intryguje i zachęca do sięgnięcia. Sceną wydarzeń tu przedstawionych jest leżący w dorzeczach Styru i Horynia północny Wołyń, zwany także Polesiem Wołyńskim – ziemia zamieszkana przed drugą wojną światową przez różne nacje i stany, pełna rozległych lasów, niedostępnych moczarów, bagnistych łąk, rozlewisk rzecznych, ale i piaszczystych nieużytków; kraina targana burzliwymi wypadkami historii. Symbolem tej ziemi uczynił autor nie bez powodu „duszohubkę” - prymitywnie wykonaną, chybotliwą i łatwo wywrotną łódkę, której używali tamtejsi rybacy.

Tematem nie jest jednak historia, choć stanowi tło, ani też przeżycia jednej osoby, ale dzieje trzech rodzin: polskiej, ukraińskiej i żydowskiej, które - jak informuje autor we wstępie - rzeczywiście istniały i naprawdę doświadczyły tego, co opisał w swojej książce. Ukazując ich tragiczne losy, Feliks Trusiewicz dążył (śmiem stwierdzić, że z powodzeniem) do zrekonstruowania pewnej prawdy zarówno w geografii, psychologii i czasie, czyli do stworzenia tego, czego w gruncie rzeczy szukamy w każdej dobrej książce. Ten wspomnieniowy utwór opowiada o tym, jak człowiek człowiekowi stał się wilkiem. W „opowieści o północnym Wołyniu z lat międzywojennych i drugiej wojny światowej”, jak głosi podtytuł, znajdziemy także swego rodzaju pamiętnik z okresu dojrzewania i historię miłosną. Ponadto z czułością i ogromnym pietyzmem Feliks Trusiewicz dokumentuje obyczaje i ludzi zamieszkujących wtedy Wołyń, a także - co jest olbrzymim walorem nie tylko dla badaczy - właściwy dla tego regionu dialekt, którego używał lud polski. Jak pisze autor, był to język o melodyjnym, śpiewnym brzmieniu, z naleciałością spolszczonych rusycyzmów, zawsze czysty, pozbawiony wulgaryzmów.

W Duszohubce są wspomnienia z leśnych wędrówek, prac polnych, połowów rybnych zapolowania na dzika, a także jarmarku, który odbywał się w Kołkach; są zachwyty nad pięknem tamtejszej przyrody o każdej porze roku, często groźnej i niedostępnej, jest pamięć o niezwykłych mieszkańcach tej krainy mszarów, lasów, błot i rozlewisk… Obok wspomnień ubranych w kostium fabuły znajdziemy w książce przyczynki etnograficzne (np. fascynujące opisy bogatej kultury ludowej Wołynia, jego folkloru, architektury, powszednich i świątecznych obyczajów oraz kuchni trzech narodów: ukraińskiego, polskiego i żydowskiego) oraz historyczne. 

Ciche ustronie Polesia Wołyńskiego i harmonijne współżycie międzyetniczne brutalnie burzy wielka giwałt - wojna. Następuje okrutna okupacja sowiecka, a po niej niemiecka, niosąca terror wobec ludności żydowskiej i jej zagładę, a także rzeź ludności polskiej dokonaną przez bandy nacjonalistów ukraińskich. Autor przedstawia te dramatyczne wydarzenia na kanwie partyzanckiej działalności żydowskiej grupy bojowej dowodzonej przez  młodego Żyda Daniela ze wsi Rudniki. Do tej grupy dołączy Polak, na którego oczach schutzmani (policja niemiecka składająca się z funkcjonariuszy narodowości ukraińskiej) zamordują matkę i ojca. Choć Feliks Trusiewicz zaznacza we wstępie, że główny bohater - Stasiek, był autentyczną postacią, to jednak wydaje się, że można go śmiało traktować jako alter ego autora. W  opowieść o eksterminacji ludności polskiej przeprowadzonej przez nacjonalistów ukraińskich wpleciony jest wątek miłosny - polskiego chłopca  Staśka i ukraińskiej dziewczyny Ołeny, której brat Wasyl do tego stopnia zostanie owładnięty przez obłędną ideologię ukraińskiego nacjonalizmu, że nie będzie się ani przez moment wahał zamordować swojej siostry. 

Ten dziki nacjonalizm, wywodzący się ze szkoły niemieckiego nazizmu, nabierał cech szczególnie krwiożerczych. Szerzył się i zatruwał nienawiścią serca i umysły ludzkie. W imię walki o niepodległość Ukrainy głosił absurdalne, zbrodnicze hasło: „Smert Lacham i Żydam!”. Takim bakcylem został porażony Wasyl i chociaż pochodził z uczciwej rodziny, nie stanowiło to dostatecznej, moralnej zapory przeciw opętańczej, szowinistycznej ideologii.

Końcowe partie książki ilustrują bohaterską defensywę Przebraża, ostatniego obronnego bastionu Polaków przed bojówkami UPA oraz koniec bojowej działalności bohaterskiego Żyda z Rudnik i jego towarzyszy. Do głębi poruszające są i pozbawione odautorskich ocen opisy zagłady osowskich i kołkowskich Żydów, męczeństwa polskiej ludności Wołynia i tego, jak narastała nienawiść ludności ukraińskiej wobec polskich sąsiadów. Zapowiedziami grozy i śmierci wiszącej nad Polakami było wymordowanie przez Niemców i ukraińskich schutzmanów najpierw połowy wsi Kłobuszyn, a potem, 13 listopada 1942 roku, całej polskiej kolonii Obórki leżącej w rejonie Kołek. Ofiarami byli mężczyźni, kobiety i dzieci, łącznie pięćdziesiąt trzy osoby (dziesięć rodzin, w tym rodzina Feliksa Trusiewicza). Wkrótce doszło do kolejnych pacyfikacji polskich kolonii, dokonywanych w okrutny sposób. Jak wspomina autor, wszędzie czyhały siekiery i noże „ryzunów” - tak bowiem nazywano sprawców zbrodni. Jednak lud polski nie załamał się i organizował punkty samoobrony, m.in. w Hucie Stepańskiej i wspomnianym Przebrażu. W lipcu 1943 roku na Wołyniu nie było już ludności żydowskiej. Ci Żydzi, którzy ocaleli, znajdowali schronienie w koloniach polskich, ale w trakcie napadów band UPA, ginęli razem z Polakami. W tym samym roku nacjonaliści ukraińscy zlikwidowali na północnym Wołyniu wszystkie osiedla polskie…

Autor jawi się jako wytrawny kronikarz i piewca kresowego świata oraz znakomity stylista. Mamy do czynienia z późnym, ale bardzo udanym debiutem literackim 81-letniego Feliksa Trusiewicza. Doskonale poradził sobie on z tak skomplikowaną oraz utkaną z osobistych i bolesnych przeżyć materią historyczną. Z dużym artyzmem zrekonstruował to, co podyktowały mu pamięć, zamiłowanie, wiedza i tęsknota. Nasycił swoją opowieść mnogością wołyńskich zwyczajów i słów, zdarzeń, wieloma zapachami i kolorami, atmosferą dawności i blaskiem Polesia Wołyńskiego. Jak wielką miłością i czułą pamięcią otacza swoją utraconą ojcowiznę Feliks Trusiewicz, świadczą jego słowa zapisane na kartach tejże książki, np. taki fragment:

Stasiek, przedzierając się przez łozy, doszedł do brzegu rozlewisk i wszedł do łódki, która wiosłem wprawił w ruch. Duszohubka nabierała prędkości i dziobem rozsuwała oczerety i tataraki, płosząc dzikie ptactwo wodne, gnieżdżące się na tych rozległych i dzikich rozlewiskach. […] Lubił te rozlewiska i moczary, tę lśniącą w słońcu ton rzeki, te szeleszczące oczerety i pachnące tataraki. Trwał tak bez ruchu, a wokół niego, w majestatycznym spokoju, toczyło się życie przyrody. […] Wokół niego pływały niezatrwożone kurki wodne, niektóre nurkowały, by wypłynąć na powierzchnię wody gdzieś daleko. Wysoko na niebie słychać było kwilenie kani, która krążyła w przestworzach. […]  Panujący tu spokój właściwie jest pozorny, myślał. Ile rozgrywa się tu dramatów i tryumfów. Jeden ginie, ażeby mógł żyć drugi. Za chwilę i on zanurzy swoją ‘kłumlę’ i gdy ją uniesie, będzie patrzył na dramat trzepoczących się ryb. Taki jest porządek tego przedziwnego świata, wszystko to dzieje się według odwiecznych praw natury.

Duszohubka ma wymiar sentymentalny, tragiczny i smutny zarazem. Jej lektura wywołuje zachwyt, ale częściej: nostalgię i poruszenie dramatem tych, którzy doświadczyli tak wiele zła. Przeczytałam tę opowieść jednym tchem, z prawdziwym zachłyśnięciem. Byłam miejscami oczarowana, miejscami zaś wstrząśnięta i przygnębiona opisami tragedii mieszkańców Wołynia. Autor jednak nie skupia się tylko na ukazaniu gehenny Żydów i Polaków, ale przedstawia także rozdarcie niegdyś szczęśliwych ukraińskich rodzin, których najpierw zniszczyła władza sowiecka, rujnując materialnie, a następnie część ich członków, opętana ideologią nacjonalistyczną, przyczyniła do ostatecznej zagłady polskiej ludności. Po lekturze pozostaje żal i kołacze pytanie:

Gdzie odeszły te czasy, kiedy ludzie różnych nacji żyli w pokoju obok siebie, wzajemnie się szanowali i wspólnie tworzyli, a wartość życia ludzkiego była wartością najwyższą?



****************************************************************

Książkę wzbogacają m.in. zdjęcia pochodzące z archiwum rodzinnego autora, mapa Wołynia, na której zobaczymy przedstawione miejsca wydarzeń, których był świadkiem, posłowie Bohdana Urbankowskiego pt. Słońce i krew Wołynia, a także słownik niektórych wyrazów gwary wołyńskiej. Pisarz prowadzi stronę internetową, za pośrednictwem której można zamówić jego książki: http://www.trusiewicz.pl/

Recenzja pochodzi z bloga Szczur w antykwariacie

poniedziałek, 16 lutego 2015

Tadeusz Olszański, Kresy kresów. Stanisławów





ULICE PAMIĘCI

Cicha, Pełesza, Kamińskiego, Sapieżyńska – tych i innych ulic już nie ma, bo przecież nie ma już i Stanisławowa, trzeciego po Krakowie i Lwowie miasta w Galicji. Jest wymyślony przez Chruszczowa Iwano-Frankiwsk (chociaż Iwan Franko wcale nie był stanisławowianinem), ale pamięć jest silniejsza niż sztuczna ukraińska nazwa, a zresztą wciąż to, co dawne, pozostaje tam najpiękniejsze.
Tadeusz Olszański (rocznik 1929), który miasto swego urodzenia opuścił pod koniec wojny i po raz pierwszy odwiedził je dopiero w 1998 roku, z nostalgią wędruje śladami dzieciństwa; najpierw sielskiego, a po 1939 roku wpisującego się w dramat polskich losów na kresach Rzeczypospolitej. Wraz z nim poznajemy piękno stolicy Pokucia i odczuwamy grozę kolejnych wojennych okupacji, które udało się przetrwać w dużej mierze tylko dzięki polsko-węgierskim związkom rodzinnym. Aż szkoda, że do tej mapy pamięci wydawca nie dodał planu ulic przedwojennego Stanisławowa, by dzisiejszemu czytelnikowi wspomnień o ołowianych żołnierzykach przybliżyć topografię miasta. Jego opis ilustrują natomiast zdjęcia z prywatnych zbiorów.
 
Ze względu na rodzinę (matka autora była Węgierką) jest to również opowieść o madziarskiej obecności na naszych Kresach – i przy okazji o kresach Królestwa św. Stefana – oraz o przyjaźni polsko-węgierskiej, która wytrzymała wojenną próbę. Pokazanie ogromnej różnorodności narodowościowej i bogactwa kulturowego dawnego województwa stanisławowskiego (Rusini, Żydzi, Ormianie, Huculi, Rumuni, Niemcy, Czesi) stanowi z pewnością jeden z walorów książki.

Jak zawsze przy czytaniu wspomnień warto sprawdzać ludzką pamięć. Odzyskanie Zaolzia przez Polskę nastąpiło w październiku 1938 roku, a nie w listopadzie 1939 (s. 90), błędnie też podano pisownię niektórych nazw osobowych (np. powinno być Stepan, a nie Stiepan Bandera, s. 119) i geograficznych (właściwie Wynohradiw, nie Vinohrady, s. 163). Inaczej też niż przed wojną piszemy dziś słowo „patriarchat” (vide s. 69).

ANDRZEJ W. KACZOROWSKI (recenzja ukazała się w numerze 1/2009 „Wiedza i Życie”)


Tadeusz Olszański, „Kresy Kresów – Stanisławów”, Iskry, Warszawa 2008.

niedziela, 15 lutego 2015

W poszukiwaniu rodzinnych korzeni - Kacper Zadarnowski, brat Antoniego

Michał Zadarnowski, syn Kacpra
Kacper (ur. 1797(8) - zm. 1869 ) był bratem Antoniego (ok. 1795-1884 ). Jego żona to Michalina Zalewska, mieszkali na Podlasiu, posiadali majątek ziemski (500 ha) we wsi Mierzynówka, w pobliżu Grodziska Podlaskiego, na terenie ówczesnego woj. grodzieńskiego.

Linia rodowa Kacpra Zadarnowskiego wywodzi się od Stanisława Ratolda, urodzonego około 1510 roku. Stanisław otrzymał od króla Polski tytuł szlachecki, herb Sulima i nazwisko Zadarnowski.

Stanisław Ratold (Sulima) urodzony ok. 1510
Piotr
Paweł 
Fedor                 
Stiepan             
Danił      
Anton

Josif


Dzieci Kacpra:
 
                                               Maria Żukowska-Wójcicka (1848- 19.02.1933, weteranka 1963r)

Maria Żukowska-Wójcicka

Gdy nadszedł czas powstania narodowego, jako 15-letnia panienka w chłopskim przebraniu przewoziła żywność, bieliznę i amunicję powstańcom, pełniła też służbę wywiadowczą dla oddziału Antoniego Barancewicza. Za swa patriotyczną działalność otrzymała kary chłosty (50 kozackich nahajek), uwięzienie; przeżyła śmierć najbliższych, kaźń ojca, kilkakrotnie rabunek, pod pretekstem konfiskaty "żałobnej biżuterii" oraz konfiskatę większości majątku.

Po powstaniu wychodzi za mąż za inwalidę - powstańca Stanisława Żukowskiego, rannego w bitwie pod Wirem. Po śmierci męża, w ponownym związku małżeńskim, łączy się z Józefem Wójcickim.
[źródło informacji oraz zdjęcia]


Michał (Michał przeżył 82 lata, ur. ok. 1844- zm. 1926, brał udział z ojcem w Powstaniu Styczniowym)

"Gdy nadszedł czas powstania narodowego wstępuje do oddziału. Skąpe są informacje o bezpośrednim udziale Michała w powstaniu. Prawdopodobnie brał udział w bitwie pod Siemiatyczami w dniach 6 i 7 lutego 1863 roku. Zachowały się rodzinne przekazy, jak został pojmany i katowany przez Kozaków.

Linami został uwiązany za kostki nóg, i konie włóczyły go na linach przez kilkanaście kilometrów. Zerwana odzież szybko odsłoniła plecy, cała skóra została zerwana, utworzyła się jedna, wielka rana. Na obtartych kostkach nóg pozostały rany, które wskutek infekcji, już do końca życia nigdy nie zagoiły się.

Represje dotknęły również innych członków rodziny Zadarnowskich, którzy zaangażowani byli w powstaniu. Podczas częstych wizyt wojska rosyjskiego w Mierzynówce, rabowano iznęcano się nad mieszkańcami dworu. T. Jaszczołt "Gmina Grodzisk k. Siemiatycz.

"Dzieje ziemi i mieszkańców, Grodzisk 2004" cytuje pamiętniki, w których znajdują się opisy katowania i uwięzienia Kacpra Zadarnowskiego oraz innych Zadarnowskich. "
[źródło informacji i zdjęcia Michała Zadarnowskiego]
 
 
Józef zginął 30.07.1863 roku w potyczce oddziału K. Kobylińskiego pod Wólką Markowską.

Większość rodzinnego majątku została skonfiskowana. Nawet istniejąca w Mierzynówce kaplica dworska decyzją gen. Konstantego von Kaufmana, dowódcy wojsk wileńskich i gubernatora grodzieńskiego, została zamknięta 10.IX.1865 r. - w ramach represji za udział w powstaniu styczniowym miejscowego dziedzica Kacpra Zadarnowskiego i jego dzieci. Rok później, dnia 13 września - kaplica została całkowicie skasowana.
[źródło informacji]

Anna Zadarnowska była narzeczoną Juliana Sznajdera, który został zesłany na pięć lat katorgi, w okolicach Irkucka, a następnie w jeden z rejonów zachodniej Syberii, za udział w powstaniu styczniowym 1863 roku. Kiedy został przesiedlony do Tomska przyjechała do niego Anna. Tam założyli rodzinę i mieli jedenaścioro dzieci. Z licznego rodzeństwa czterech braci dziadka zmarło na dyfteryt.[źródło]

Кобрин на современных фотографиях

sobota, 14 lutego 2015

Pamiętniki - Karol Wędziagolski

 
 


Zanim zagłębię się w temat Wędziagolskiego i jego pamiętników, a także na użytek tych, którzy czytają tylko pierwszy akapit - ta książka to mój prywatny hit lata. Wiem, że te sepiowe okładki zlewają się człowiekowi w jedno, ale gdyby ta jedna kiedyś rzuciła się Wam w oczy, zachęcam, żeby się nią zainteresować.

Urodzony na Wileńszczyźnie w 1886 Karol Wędziagolski był carskim urzędnikiem i absolwentem elitarnego Korpusu Kadetów. Po wybuchu I Wojny Światowej oczywiście został powołany do wojska, gdzie mógł wykorzystać swoje talenta organizacyjne i interpersonalne i szybko stał się osobą niezastąpioną w tzw. zaopatrzeniu. Po rewolucji lutowej siłą rozpędu zaangażował się w politykę i został wybrany na komisarza politycznego 8. Armii. No i wtedy się się zaczęło...

Przeciętny żołnierz został grubą rybą czasów kiereńszczyzny, razem z
Borysem Sawinkowem bezskutecznie próbowali zorganizowac zdławienie rewolucji pażdziernikowej. Potem walczył z jedną z armii kontrrewolucyjnych, konspirowal na Ukrainie, siedział w niemieckim więzieniu, wreszcie, jako członek POW zaczął współpracować z Piłsudskim i pomógł mu wraz z Sawinkowem zorganizować rosyjskie oddziały walczące po stronie polskiej przeciw bolszewikom (min. Bułaka-Bałachowicza).

Przy okazji poznał wszystkich wielkich polskich i rosyjskich tamtych czasów (z wyjątkiem chyba Lenina).

Po politycznej zdradzie Piłsudskiego i deportacji Sawinkowa wycofał się jednak Wędziagolski z działalności publicznej i zajął unowocześnianiem swojego podwileńskiego majątku.
Ciekawe są jego decyzje z Drugiej Wojny Światowej. Po jej wybuchu uznał, że Europa nie jest już bezpiecznym miejscem i tak szybko, jak się dało, ewakuował całą swoją rodzinę do Brazylii.

Trudno zresztą właśnie takim decyzjom się dziwić. Czytając książkę widac, że wojna, a juz zwłaszcza obydwie rewolucje zepchnęły Rosję do stanu wielkiej rozpierduchy, która została wykorzystana przez garstkę zdeterminowanych do bolszewickiego zamachu stanu. Wędziagolski miał prawo bać się, że ten stan, gdzie jednostka kompletnie się nie liczy, powtórzy się w jakimś stopniu także w trakcie kolejnej wojny.

Ciekawe są także losy samych 'Pamiętników". Ponieważ Wędziagolski sprawniej posługiwał się literackim rosyjskim niż polskim fragmenty jego pamiętników ukazywały się najpierw w rosyjskiej prasie emigracyjnej. Tam też zwróciła na nie uwagę Barbara Toporska (żona Józefa Mackiewicza) i podjęła się przykrojenia rękopisu mamuta napisanego w mieszance kilku języków do formy nadającej się do wydania.

Efekt jest piorunujący i nie jest to raczej tylko zasługa redaktorki, gdyż mam wrażenie, że "Pamiętniki" napisane są lepiej niż własne dzieła Toporskiej (nie, żeby ta miała się czego wstydzić, jeśli chodzi o umiejętności literackie). Całość jest "po amerykańsku" podzielona na krótkie rozdziały, co dodatkowo ułatwia i przyspiesza czytanie.

Książka byla sensacją literacką poczatku lat 70-tych, zgarnęła kilka nagród (w tym nagrodę Kościelskich). Sędziwy autor zabrał się nawet za pisanie ciągu dalszego, tyle, że ten ... przepadł. Teoretycznie powinien znajdowac sie w archiwum Mackiewiczów w Rapperswilu, tyle, ze nikt go tam jak dotąd nie odnalazł. Być może więc kolejny rękopis mamut czeka nie tylko na redaktora, ale także na swojego odkrywcę. Oby kiedyś znalazł obydwu.

Ponieważ notka w Wikipedii o Sawinkowie pozostawia wiele do życzenia,
tutaj odrobina lektury uzupełniającej.
 
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora

piątek, 13 lutego 2015

Jacek Kolbuszewski, Kresy





Książka Jacka Kolbuszewskiego, wydana niemal dwadzieścia lat temu, stanowi część popularnej serii „A to Polska właśnie”, której kilka tomów już czytałam, ale nie ten poświęcony Kresom. Teraz jednak postanowiłam się z nią zapoznać, gdyż byłam ciekawa, jak w latach 90-tych przedstawiano tę problematykę.

Autor podzielił swój tekst na sześć części. W pierwszym z nich omawia pojęcie „Kresów”. Jak zapewne wiecie, nie jest ono starożytne, do języka polskiego wprowadził je w XIX wieku Wincenty Pol, autor poematu „Puklerz Mohorta”. Mamy okazję zapoznać się z analizą tekstu tego poematu i jego znaczeniem dla polskości podczas zaborów. Autor tłumaczy również, dlaczego jego popularność drastycznie spadła po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. Kolejna część to rozważania nad kwestią, które ziemie uznawano czy uznaje się za kresy. Znaczenie tego pojęcia było bowiem dość zróżnicowane. Pierwotnie uznawano je za ziemie pograniczne, naznaczone walkami z Kozakami, Tatarami i Turkami. Potem zaś „kresy” zaczęto utożsamiać z coraz większymi obszarami niegdyś należącymi do Polski. W późniejszej fazie zaczęto nawet wprowadzać pojęcie kresów w odniesieniu do ziem południowych czy zachodnich. Autor zwraca uwagę na poetów i pisarzy, których twórczość podtrzymywała kresową legendę i mit. Nazwiska niektórych znane są do dziś, jak np. Maria Rodziewiczówna, inni zostali niemal zupełnie zapomniani, jak np. Józef Bohdan Zaleski.

W trzecim rozdziale autor omawia sytuację Kresów w okresie II Rzeczpospolitej. To już są nieco inne ziemie niż te w rozumieniu Wincentego Pola, autora tego określenia. W treści tego rozdziału, oprócz omówienia podstawowych faktów historycznych oraz kształtowania się pojęć związanych z Kresami, autor zwraca również uwagę na zmianę akcentów w twórczości literackiej dotyczącej tematyki kresowej. Analiza ta jest niezwykle ciekawa i warta zapoznania się przez pasjonatów tej tematyki. W rozdziale tym autor zwraca również uwagę na krajobraz etniczny tych ziem oraz na niedostatki działań edukacyjno-kulturalnych podejmowanych przez władze na rzecz asymilacji niepolskiej ludności oraz braku spójnej polityki w tym zakresie. „(…) w województwach nowogródzkim i poleskim nie było ani jednej poważniejszej, mającej istotniejszą rangę placówki czy to oświatowej, czy naukowej bądź kulturalnej. Z miast kresowych tylko Wilno, Łuck, Lwów i Stanisławów miały teatry. W długim pasie od Wilna po Lwów tylko w Podhorcach i Równem były muzea, ważniejszymi zaś bibliotekami poszczycić się mogły Wilno, Rożyszcze i Dubno w województwie wileńskim, Stanisławów i oczywiście Lwów.” (s. 133). Ten rozdział to również pulsujący różnorodnością i bogactwem obraz przedwojnia na Kresach mimo wspomnianych wyżej problemów. To wtedy nastąpił boom turystyczny na i uzdrowiskowy na tych terenach, to wtedy swoją aktywność pisarską zaznaczyli reportażyści pokazujący piękno, ale też i trudną sytuację tych terenów (Pruszyński, Wańkowicz).

W opisie specyfiki Kresów nie mogło zabraknąć przejawów geniuszu twórców sprowokowanego przez piękno tamtejszej przyrody, znajdujących odzwierciedlenie w twórczości artystycznej, nie tylko w poezji Adama Mickiewicza czy prozie Elizy Orzeszkowej. „To właśnie typowe dla tych stron zjawisko. Kultura tu chodziła siedmiomilowymi krokami – nie zdołała musnąć po drodze chat i pól, ale za to tam, gdzie stanęła, rzucała skarby pełną garścią i spieszyła się bardzo, żeby nadrobić stracone 400 lat. Toteż jej dzieła tu, na Kresach Wschodnich, cechuje jakiś nieporównany rozmach, jaki posiadają rzeczy tworzone w pośpiechu natchnienia.” (s. 167)

W rozdziale piątym zatytułowanym „Podzwonne dla Kresów”, swoistym podsumowaniu refleksji nad istotą znaczenia Kresów dla polskiego narodu, Autor zastanawia się, jak potoczy się przyszłość tych ziem znajdujących się obecnie na terenie innych państw i jakie powinno być nasze stanowisko odnośnie tego zagadnienia. Ostatnia zaś część to mała antologia tekstów kresowych.

Wysoko sobie cenię możliwość zapoznania się z książką profesora Kolbuszewskiego. Dostarczyła mi ona wielu informacji, dała możliwość wglądu w dzieła sztuki związane z twórczością wielu nieznanych już dziś artystów, nie tylko zresztą literatów. Dzięki tej książce zetknęłam się np. z ukraińskimi obrazami Jana Stanisławskiego, których kompletnie nie znałam. Innych nazwisk artystów sławiących piękno tych ziem i ich historię jest jednak bez liku, warto je poznać zanim zostaną kompletnie zapomniane, a „Kresy” są świetnym wprowadzeniem do tematu. Doceniam również naukowe podejście Autora do tematu i racjonalne spojrzenie na skomplikowaną historię tych ziem. Pewne stwierdzenia Autora mogą jednak budzić kontrowersje. Chodzi mi o preferowane przez Autora „tolerancyjne” podejście, które można podsumować w następujący sposób: „zapomnijmy o problemach przeszłości – spójrzmy w przyszłość i ją wspólnie kształtujmy”, czego wyrazem jest poniższy cytat:

„To prawda, że owe retusze [krajobrazu] wiążą się niekiedy z całkowitym eliminowaniem z przestrzeni znaków im [krajom, na których terenie leżą Kresy] niemiłych, a sercu polskiemu drogich. Rodzi to w Polakach żal i ból, oznacza bowiem niszczenie polskich pamiątek narodowych i prywatnych. Jeżeli jednak dzisiejsza polska myśl o Kresach może być wezwaniem i wyzwaniem dla przyszłości, to musi ona prowadzić przez ograniczenie pretensji i żalów, dwustronnych zresztą, sporych i poważnie nieraz uzasadnionych. Dlatego może by było lepiej nie tyle rozpamiętywać fakt zniszczenia Cmentarza Obrońców Lwowa, uznając, że jest on już tylko zaszłością, ile skupić uwagę na ukraińskiej aprobacie dla jego odbudowy, czymże innym będącej, jak nie pojednawczym gestem prawdziwie dobrej woli. Jedynym bowiem możliwym w przyszłości sposobem trwania polskiej tradycji kresowej będzie ten ton refleksji o Kresach, który posłuży wzajemnemu zrozumieniu i porozumieniu.” (strony 212-213)

Wydaje mi się, że nie da się zbudować prawdziwej przyjaźni zapominając o przeszłości. Zgoda buduje, to racja, ale fundamentem tej zgody musi być prawda, a nie przemilczenia. Każdy naród szanujący swoją przeszłość i swoich bohaterów nie może o nich zapominać w imię fałszywej zgody, bo prędzej czy później skryty konflikt ponownie wybuchnie. Dlatego też, nie do końca się zgadzam z tym podejściem.

Warto również wspomnieć o starannej szacie graficznej tego wydawnictwa. Książki z tej serii są pięknie wydane: gruby papier, kolorowe ilustracje. Można jednak żałować, że format, a co za tym idzie i druk, jest niewielki, co może utrudniać lekturę, zwłaszcza, gdy tekst jest drukowany na ciemnym tle. Wtedy praktycznie jest on nieczytelny. Książka zaopatrzona jest również w szczegółową bibliografię oraz indeks nazwisk.

Mogę spokojnie polecić „Kresy” wszystkim zainteresowanym historią i kulturą tych ziem. Książka ta stanowi skarbnicę obrazów i nazwisk związanych z Kresami, dostarcza też sporej dawki wiedzy, którą można uzupełniać.


Autor: Jacek Kolbuszewski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Seria: A to Polska właśnie
Rok wydania: 1996
Liczba stron: 260




Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye


czwartek, 12 lutego 2015

"Pan od poezji" - Joanna Siedlecka



...czyli reporterska biografia Zbigniewa Herberta. Koncentruje się przede wszystkim na wcześniejszych latach życia poety, mniej więcej do lat 50, podaje też sporo szczegółów na temat rodziny Herberta, a były tam postaci ciekawe. Lata 60-80 opracowane są dużo bardziej pobieżnie. Dokladniej znowu trudne lata 90, gdy poeta wszedł nieco głębiej w publicystykę i sprwy bieżące, czym sprowokował bezpardonowe ataki na swoją osobę.

Książka jest przede wszystkim kompilacją wspomnień innych osób o Herbercie, zebranymi osobiście przez dziennikarkę, tam, gdzie ze względu na upływ czasu zebranie bezpośrednich relacji było niemożliwe, sięga do archiwów. Mam również wrażenie, że autorka stara się ograniczać swoje komentarze i raczej daje się wypowiedzieć rozmówcom, no chyba, że jest to rozdział "śledczy", gdzie silą rzeczy musi próbować ułożyć obraz z wielu puzzli i prezentować swoje wnioski (tak było np. przy temacie udziału (bądź jego braku) Herberta w konspiracji).

Same relacje zresztą często bywają sprzeczne (zwłaszcza, między bezpośrednimi świadkami jakichś wydarzeń, a tymi, którzy znają je z drugiej ręki). Nie wszyscy też zgodzili się wypowiedzieć - choćby żona poety.

I tyle, jeśli chodzi o stronę techniczną, poza tym, że czyta się sprawnie i bezproblemowo.

Bardzo, bardzo ciekawe jest tło, zwłaszcza późne lata 40 i 50, które przeformatowały polskie elity intelektualne i określiły ich rozwój na wiele dziesięcioleci.

Teraz kilka faktów, które mnie zaskoczyły lub zmusiły do zastanowienia, do całości nie dam rady się odnieść, za dużo materiału po prostu)).

Otóż Herbert (podobnie zresztą jak ja) był studentem wyższej uczelni o profilu ekonomicznym, i to studentem wybitnym (tu podobieństwa z moją osobą się kończą). Nie po prostu bardzo dobrym, tylko uważany był za specjalistę w którejś z gałęzi makroekonomii. Dzisiaj oznaczałoby to, że mniej więcej na 4 roku taki delikwent zostałby natychmiast zassany do jakiejś korporacji i zajmował się nastepnie mnożeniem zer na koncie. Wówczas zresztą też była taka możliwość, tylko należało tylko wyjechać na Zachód (zrobił tak zresztą kolega Herberta z roku, Witold Kieżun, tyle, że niekoniecznie z własnego wyboru, był dawnym żołnierzem AK i nie miał szansy nie tylko na rozwój zawodowy, ale i na normalne życie).

Nie wiem, ilu jest wśród niezłych ekonomistów z pokolenia 70/80 potencjalnych równie dobrych poetów, ale podejrzewam, że nie ujawnili się nie tylko ze względu na brak talentu a raczej... brak samozaparcia? Inne dostępne (i łatwiejsze) możliwości wyboru drogi życiowej.

Sam Herbert nie od razu pisał wiersze wybitne i stosunkowo późno zaczął pisać cokolwiek. Wcześniej przez jakieś 10 lat szlifował swój talent. I tu dochodzimy do drugiego punktu, który wprowadził mnie w osłupienie - warunki życia, na które godził sie dobrowolnie, przez wiele lat, mając przed soba swój cel.

Powinnam zakończyć podpierając się jakimś fajnym cytatem, ale poniewaz nie mam w tej chwili dostępu do książki, więc po prostu polecam.

Moja ocena 5/6

P.S. Tekst archiwalny, nie był pisany pod kątem wyzwania kresowego, ale o przedwojennym Lwowie jest tam naprawdę sporo.
 
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...