poniedziałek, 30 marca 2015

Emma z Jeleńskich Dmochowska – kresowa Jane Austen.





Emma z Jeleńskich Dmochowska to pisarka kompletnie wymazana z historii literatury polskiej przez PRL-owską cenzurę. Jej powieści nie znają nawet studenci filologii polskiej, choć kiedyś były bardzo poczytne i tłumaczone na obce języki. Po 1989 r. dwa najlepsze utwory Dmochowskiej, czyli „Panienka” i „Dwór w Haliniszkach” zostały przypomniane i wydane ponownie, jednak pozostała twórczość pisarki nadal pozostaje w zapomnieniu. Warto otrzepać ją z kurzu!

Najpierw trochę biografii. Rodzina Jeleńskich posiadała majątek ziemski Komarowicze na Polesiu. Emma urodziła się w 1864 r. Otrzymała staranne wychowanie i wykształcenie. Była osobą przedsiębiorczą. Jako młoda dziewczyna napisała i wydała opis etnograficzny rodzinnych okolic pt. „Wieś Komarowicze w powiecie mozyrskim”, zorganizowała dwie tajne polskie szkoły dla dzieci dworskiej służby i robotników rolnych oraz otworzyła wiejski sklep, który miał być konkurencyjny wobec wszechobecnego handlu żydowskiego.

Niestety, na skutek problemów finansowych Jeleńscy utracili swe rodowe dziedzictwo. Matka Emmy, Amelia z Oskierków Jeleńska, sprzedała majątek i wydarzenie to, jednoznaczne z utratą domu, stało się olbrzymią tragedią dla młodej dziewczyny. Odtąd obrona własnej posiadłości za wszelką cenę, nawet kosztem szczęścia osobistego, stanie się dominującym motywem w jej twórczości. W tej walce o majątek chodziło nie tylko o sprawy materialne, ale także o utrzymanie ziemi w rękach polskich. Na Kresach obowiązywało bowiem wprowadzone po powstaniu styczniowym prawo, że Polakom nie wolno nabywać ziemi. Posiadłość raz wypuszczona z polskich rąk, na zawsze trafiała do obcych. Być może w związku z jakimś żalem do własnej rodzicielki Dmochowska wprowadziła do swej twórczości postać złej i lekkomyślnej matki, która w sporze ideowym pomiędzy polskością a kosmopolityzmem, wybiera zwykle to drugie.

Po przeprowadzce do Wilna Emma poślubiła Kazimierza Dmochowskiego. Założyła sieć tajnych polskich szkół, w których uczyła czytania, pisania, rachunków i historii Polski. Walczyła o to, by ubodzy Polacy nie oddawali swych dzieci do szkółek cerkiewnych. Wydawała dwa pisma poświęcone oświacie. Tworzyła wiejskie czytelnie i biblioteki w okolicach Wilna. W 1905 r. wydała „Podręcznik do pogadanek z kobietą z ludu”. Była założycielką Związku Patriotycznego Polek na Wileńszczyźnie.



A poza tym, pisała powieści współczesne, których młode bohaterki – w przeciwieństwie do jej własnej matki – potrafią utrzymać ziemię odziedziczoną po przodkach. Pierwszy jej utwór, „Panienka” otrzymał w 1901 r. nagrodę w konkursie im. Bolesława Prusa, zorganizowanym przez redakcję „Kuriera Codziennego”. Jego bohaterka, Jadwisia Wielogrodzka, ma na swej głowie spory majątek Hrabów na Polesiu. A we dworze pod jej opieką pozostają: chorowita, zdziwaczała i niezwykle egoistyczna matka (przypominająca panią Emilię Korczyńską z „Nad Niemnem” Orzeszkowej), małoletni brat, nieco obłąkany stryj (postać aluzyjna, kto bystry, ten zrozumie, że stryj postradał zdrowie psychiczne po klęsce powstania styczniowego), jakieś ubogie rezydentki, różne ciotki - stare panny, biedny student - guwerner brata, a także cała rzesza dworskich oficjalistów i służby. Panna Jadwisia zarządza majątkiem jak mężczyzna, ugania się na koniu po wszystkich folwarkach, prowadzi poważne interesy, kupuje i sprzedaje, najmuje i zwalnia ludzi do pracy, ma na głowie tartak, gorzelnię i inne dworskie fabryki. A do tego musi spłacać starszego brata, który służy w pułku huzarów w Sankt Petersburgu i żąda coraz to większych funduszy z Hrabowa, chociaż nie godzi się na podział majątku.

W ogóle, pieniądze stanowią główny temat tej powieści. Są pieniądze – można uratować dom i ziemię w polskich rękach. Nie ma pieniędzy – trzeba wszystko sprzedać, spłacić długi, przenieść się do miasta, a domowników i służbę pozostawić na pastwę losu. Jest też wątek miłosny, bowiem panna Jadwisia została opisana z perspektywy zakochanego w niej młodego wiejskiego lekarza. Ale nie amory są tu najważniejsze.
Największym walorem tej powieści jest opis życia codziennego w polskim dworze kresowym. Dowiadujemy się, ile co kosztowało (np. wizytowa suknia z wełny przysłana z Warszawy – 50 rubli, całoroczna opieka lekarska dla mieszkańców dworu i ich pracowników - 70 rubli rocznie, spłata wspomnianego wyżej brata z Petersburga – 5 tysięcy rubli rocznie itd.), co jedzono w dzień powszedni, a co w święta, kto siadał z państwem do stołu i o czym rozmawiano, jak spędzano wieczory, jak się modlono, co czytano, jak kształcono dzieci, jakie tańce tańczono na balach, jak obchodzono święta i różne uroczystości.



Podobny klimat znajdziemy w „Dworze w Haliniszkach” (powieściowe Haliniszki leżą gdzieś na Wileńszczyźnie), którym zarządza stara marszałkowa, babka głównej bohaterki Zosi Halickiej. Marszałkowa to wzór polskiej szlachcianki i dobrej gospodyni. Tutaj również mowa jest o pieniądzach, których stale brakuje, a które trzeba nieustannie wysyłać matce i siostrze Zosi do Rzymu. „Rzymskie” panie Halickie wymyśliły sobie bowiem, że ufundują nowy polski zakon, Sióstr Bolejących, i potrzebują na ten cel ogromnych środków. Rujnują przy tym odziedziczony majątek. Chcą także zrujnować osobiste życie Zosi, zmuszając ją do niechcianego małżeństwa. Matka dochodzi do wniosku, że ponieważ dziewczyna nie chce wstąpić do Sióstr Bolejących, należy szybko wydać ją za mąż, najlepiej za papieskiego szambelana, aby mieć lepsze kontakty towarzyskie w Watykanie. Zosia dosłownie cudem ratuje się z rąk swoich krewnych i wraca ze stryjem do ukochanych Haliniszek. Tematem tej powieści jest nie tylko konflikt między polskością a kosmopolityzmem, ale także między dwoma rodzajami pobożności, tą zwykłą, polską i tą na pokaz, czyli „rzymską” dewocją.

Emma Dmochowska opisuje barwny kresowy świat dawnych dworów, dworków i folwarków z drobiazgową dokładnością. Klimat jej powieści zbliżony jest do klimatu starszych o sto lat utworów Jane Austen (przypomnijmy, że tam również chodzi zarówno o miłość, jak i pieniądze), jednak kresowym „panienkom” Dmochowskiej nie zależało tylko na samym złapaniu męża. Wydaje się, że są dojrzalsze niż bohaterki Austen, że patrzą dalej i widzą więcej, że nade wszystko kochają swoją ziemię i własne dziedzictwo. Są w tym trochę podobne do upartej Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell, dla której także na pierwszym miejscu była ukochana rodzinna posiadłość Tara, a dopiero potem mężczyźni i dzieci.

Proza Dmochowskiej ma wdzięk staroświeckiego cacka z porcelany. Jej powieści niewiele się zestarzały, czyta się je bardzo dobrze, być może dlatego, że jej widzenie roli kobiety jako istoty samodzielnej i pracującej na siebie jest bardzo aktualne. W sensie artystycznym proza Dmochowskiej sytuuje się gdzieś pomiędzy Orzeszkową a Rodziewiczówną.

Współczesnego czytelnika radzić może trochę widoczny zwłaszcza w „Dworze w Haliniszkach” młodopolski styl pisania o miłości, te wszystkie „wargi spieczone pożądaniem” i „usta pełne, soczyste jak owoc, które dały tyle upojeń”, ale cóż, taka była wówczas moda pisania o uczuciach i trzeba to po prostu zaakceptować, tak jak akceptuje się pochodzące z tej samej epoki erotyczne wiersze Kazimierza Przerwy-Tetmajera.  

Bibliografia:

1. Dmochowska z Jeleńskich Emma, „Dwór w Haliniszkach”, wyd. Oskar, Warszawa 1991
2. Dmochowska z Jeleńskich Emma, „Panienka”, wstęp Ludwika Życka, wyd. Oskar, Warszawa 1991
3. Górska-Fingas Katarzyna, „Polska Jane Austen”, blogi Teologii Politycznej,
www.teologiapolityczna.pl/Blog/katarzyna-gorska.../polska-jane-austen (dostęp 14.02.2015)
4. Kamola Elwira, „Emma Dmochowska z Jeleńskich – postrzeganie i rola kobiety w XIX wieku,
https://doktowyklady.wordpress.com/.../emma-dmochowska-z-jelenskich... (dostęp 14.02.2015)
5. „Postacie ziemi mozyrskiej”, „Echa Polesia”, 12. 07.2015, polesie.org/1578/postacie-ziemi-mozyrskiej (dostęp 14.02.2015)


Tekst oryginalny na blogu: archiwum mery orzeszko


niedziela, 29 marca 2015

Muzeum Adama Mickiewicza cz. 4, gabinet ojca

Gabinet ojca Poety











                                                                                      

 





piątek, 27 marca 2015

Wiesław Helak, Lwowska noc





„Lwowska noc” to dramatyczna i wzruszająca opowieść o ostatnich latach Lwowa. Polskiego Lwowa. To opowieść o Polakach, Ukraińcach i Żydach, którzy współtworzyli historię tego miasta. To wreszcie opowieść o Rosjanach i Niemcach, którzy brutalnie zamknęli pewien rozdział w dziejach Lwowa, rozpoczynając jednocześnie nowy, pełen bólu, zakłamania i zawiedzionych nadziei. „Lwowska noc” Wiesława Helaka to niemal dokumentalna relacja o swoistej drodze krzyżowej, którą przeszedł bohater powieści Józef Sztendera, polski nauczyciel mieszkający wraz z żoną, Ukrainką w wiosce nieopodal Lwowa.

Ten kochający swoją rodzinną ziemię patriota bez wahania zakłada mundur i mimo, że nie otrzymał karty mobilizacyjnej decyduje się wyjechać, aby walczyć w obronie ojczyzny. To właśnie wrzesień 1939 r. rozpoczął jego gehennę, która już nigdy miała się nie zakończyć. Za miłość do ojczyzny przyjdzie Józefowi zapłacić najwyższą cenę. Bohater traci rodzinę. Ukochana żona oraz dwójka dzieci zostaje bestialsko zamordowana przez sąsiadów – Ukraińców. Sam wielokrotnie unika śmierci, trafia do sowieckiego więzienia. Jest świadkiem rozstrzelania profesorów lwowskich, eksterminacji ludności żydowskiej oraz wielu innych zbrodni dokonywanych przez wojska okupantów. Obserwuje rabowanie polskiego mienia, wywózki Lwowian na Syberię oraz przymusowe deportacje do Polski, na Ziemie Odzyskane.

W powieści Wiesława Helaka nie brakuje wstrząsających scen, które jak wspomniany wcześniej mord na rodzinie Józefa, czy też dramat dzieci żydowskich w getcie lwowskim na długo pozostają w pamięci czytelnika.

„Lwowska noc” to także historia o tragicznej miłości, którą głównemu bohaterowi dane jest przeżyć aż dwukrotnie. Za pierwszym razem on traci rodzinę, za drugim - nowa rodzina - jego. Sztendera szukając ukojenia w bólu oraz odpowiedzi na kłębiące się w głowie pytania i wątpliwości zamyka się w klasztornych murach, które jednak opuszcza i dalej toczy walkę o zachowanie człowieczeństwa. Przebywając we Lwowie angażuje się w pomoc dla osieroconych dzieci a także wstępuje do zakonspirowanej organizacji wojskowej. Wielokrotnie naraża życie dla przyjaciół, a na błaganie żony proszącej aby pozostał z nią i dziećmi odpowiada: „Głos sumienia nakazuje mi iść.”
[1]

Ma to szczęście, że u jego boku są osoby, które czują, myślą i kochają podobnie jak on: ojciec, zaprzyjaźniony ksiądz, żydowski lekarz, młody harcerz, czy też kobiety które opiekują się dziecięcym przytułkiem. Mimo wszystko może także liczyć na swą małżonkę, która w chwili próby nie zdradza ukraińskim bandytom jego miejsca pobytu. Niestety, niemal wszystkie te osoby za swą miłość do Lwowa i ojczyzny straciły życie.

W pamięci Wiesława Helaka pozostały relacje jego dziadków i rodziców, którzy przeżyli lwowską gehennę oraz zesłania na Syberię. Im właśnie dziękuje na ostatnich stronach powieści za to, że ich wspomnienia pozwoliły mu „odnaleźć w sobie choć w części miłość do tego miasta i jego losów oraz wzbogacić opowieść o szczegóły, których żaden autor by nie wymyślił.”
[2] „Lwowska noc” to również kawał dobrej polskiej prozy. Polecam.
 
[1] Wiesław Helak „Lwowska noc,” s.164.[2] Tamże, s. 326.

 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Zapomniana Biblioteka

 

środa, 25 marca 2015

"Ściągaczki z szuflady Pana Boga" - Józef Mackiewicz


-->
Z rekomendowaniem komuś książek bywa czasem jak z wróżeniem z fusów. Rezultat jest mocno niepewny i zależny od plam na słońcu i humoru wróżącego. Przy moim pierwszym tekście o Józefie Mackiewiczu kilka osób pytało o najlepszą "książkę pierwszego kontaktu" z tym autorem.

Teoretycznie wydaje się, że dla blogerów książkowych z naszego "złotozakladkowego" segmentu najlepiej nadawałyby się "Ściągaczki z szuflady Pana Boga". W praktyce zaś dochodzę ostatnio do wniosku, że polecanie lektur jest zadaniem dla jakiejś ksiażkowej wróżki, nawet biblionetkowy algorytm nie radzi sobie najlepiej na tym polu (przynajmniej w moim przypadku).

Wracając do książki – jest ona trochę takim papierowym odpowiednikiem menu degustacyjnego w restauracji.



Jest tam kilka charakterystycznych dla autora motywów, choćby dwa opowiadania z Wileńszczyzny z czasów pierwszej okupacji sowieckiej (1939-'41), o dziwo, koncentrujące się jednak na dramatach rodzinnych, zupełnie nie związanych z tragedią zbiorowości ("Morderstwo nad rzeką Waką", "Marceli Swat"). "Ballada o nowym sterniku" rozgrywająca się na barce pływajcej po Prypeci, scenerią mocno przypomina międzywojenne reportaże autora publikowane w wileńskim Słowie.

W "Morderstwie..." i "Balladzie... " uderza wrażliwość autora na przyrodę. Opisy przyrody jako atut ksiązki a nie najgorsza piła? Niewiarygodne, ale możliwe. Autor kilkoma akapitami tak mi obrzydził litewskie przedwiośnie, że wezmę pod uwagę jego ostrzeżenia przy ewentualnych planach turystycznych. Wydaje się jeszcze bardziej ponure i depresyjne niż polskie.

W kilka opowiadaiach autor eksploruje literackie drogi, którymi ostatecznie nie poszedł.

Zabawne i groteskowe "Przygody małego diabełka" zarówno z litery jak i z ducha pasowałyby jako aneks do "Listów starego diabła do młodego" C.S. Lewisa.

"16-go między trzecią a siódmą" oraz "Fotograf", rozgrywają się na pograniczu jawy i snu, a duszną atmosferą przywodzą na myśl choćby Kafkę.

"Kamienica nad morzem" to sugestywna historia o miłości i stracie, z gatunku tych, gdzie pozornie nic się nie dzieje, tylko to morze i te falePPP. W rzeczywistości zaś utwór aż kipi od emocji.

Są wreszcie trzy historie rodzinne (z napomknień w "Drogiej pani..."* wywnioskowałam, że w znacznym stopniu są one autentyczne). "Kuzyn z nieprzyjacielskich huzarów" to typowa polska historia z czasów I Wojny Światowej: o dwóch braciach stryjecznych spotykających się po przeciwnych stronach barykady.

W “Faux pas ciotki Pafci” życie prowadzi bohaterów o krok dalej – członkowie jednej rodziny wręcz wybierają sobie narodowość (Polaka, Litwina, bądź też bolszewickiego internacjonała). “Ślizgawka” traktuje o meandrach wychowania patriotycznego w środowisku wielokulturowym. Jeśli to sformułowanie brzmi mętnie postaram się nieco skonkretyzować – spróbujcie sobi np. wyobrazić młodą niemiecką guwernantkę w domu, gdzie dzieci uczy się “Roty”. Dwa ostatnio wspomniane opowiadania to także przy okazji urocze i nostalgiczne wspomnienia z lat dzieciństwa w czasach, które nie wrócą, a takie są zawsze w cenie.

Za opowiadaniami ciągnie się opinia, że nie są one “typowo mackiewiczowskie”, to znaczy , że brak tu zupełnie polityki i publicystycznego zaangażowania. A że sprawy publiczne były pewnie największą pasją autora – tu mamy raczej dystans i powściągliwość.

Żeby już zakończyć – zapraszam do tego stołu z przekąskami, mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie:).

* "Droga Pani..." to zbiór publicystyki powojennej Józefa Mackiewicza i jego żony Barbary Toporskiej
 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora

poniedziałek, 23 marca 2015

Wanda Kocięcka, Oddajcie mi Świętego Mikołaja: Wspomnienia z dzieciństwa na Kresach Wschodnich w latach wojny




"Oddajcie mi świętego Mikołaja" to krótka książka, napisana na początku lat dziewięćdziesiątych. Autorka wspomina w niej okres wojenny, który spędziła na Wileńszczyźnie. Dopiero po wojnie przeprowadziła się, bo jej strony rodzinne przestały należeć do Polski. W chwili wybuchu wojny miała zaledwie dziewięć lat. Nie rozumiała właściwie, dlaczego dorośli nagle zaczęli zachowywać się inaczej - popłakiwali po kątach, rozmawiali ze wzburzeniem i nie zwracali uwagi na dzieci. Dziewięciolatka uznała, że wojna jest całkiem fajna i że na wszystko można sobie teraz pozwolić:

"Poczułyśmy się z siostrą nagle ważne i samodzielne. Tego dnia, bawiąc się hałaśliwie jak nigdy przedtem pod oknem jadalni, wykrzyknęłam po raz pierwszy w życiu na całe gardło i nie wstydząc się: «dupa» i «jasna cholera», a moja siostra: «gówno!»" (s.17).

Kocięcka opisuje, jak szybko utraciła złudzenia i jak pod wpływem wojennych doświadczeń pogarszał się jej stan psychiczny. Obciążono ją zbyt wielką odpowiedzialnością i pracą. Słyszała krzyki palonych żywcem ludzi, widziała świeżo ubitą ziemię, pod którą pogrzebano znajomych Żydów. Żyła w ciągłym stachu przed Sowietami i Niemcami, przed wywózkami, bombardowaniami i wizytami partyzantów, którzy zabierali żywność i odzież. Z pogodnego dziecka przeistaczała się w istotę zamkniętą w sobie, ponurą, znerwicowaną. Pragnęła uciec od tego koszmaru, ale ponieważ nie miała realnych możliwości ucieczki, wpadła na pomysł, że można popełnić samobójstwo:

"Skrycie powzięłam postanowienie, że jeśli znajdę się w sytuacji bez wyjścia, przyjdę tutaj i utopię się w rzeczce. Ustalenie takiej alternatywy dawało mi głębokie poczucie bezpieczeństwa, możliwość skorzystania z tego rodzaju ucieczki w sytuacjach rozpaczy czy strachu przynosiła ulgę. Przygotowując się do tego kroku, zbierałam w sobie całą odwagę i dla próby klękałam na najwyższym brzegu rzeczki, nachylając się jak najniżej, tak aby zobaczyć dno w przejrzystej wodzie... Próby takie nierzadko kończyły się żałosnym płaczem, a potem ciężkim snem, po którym życie nabierało znów jak gdyby sensu i barw" (s. 74).

We wspomnieniach znajdziemy i nostalgiczne opisy pięknych okolic domu rodzinnego autorki, i dokumentalne opisy życia pod okupacją sowiecką, a potem niemiecką. Kocięcka napisała o zmianach wprowadzanych z dnia na dzień do szkół, o rusyfikacji, o świętach w duchu radzieckim, kiedy to do klasy wszedł Dzied Moroz i każdemu uczniowi wręczył zbutwiałe jabłuszko. I o tym, jak ze szkoły znikali jej koledzy tatarskiego i żydowskiego pochodzenia, a na ich miejscu pojawiały się dziwne dzieci recytujące życiorys Stalina. Wspomina też o wydarzeniach bardzo dramatycznych - o pacyfikacji wsi Czechy, o egzekucji partyzanta.

I chociaż Kocięcka nie utraciła rodziców ani rodzeństwa, chociaż nie została wywieziona bydlęcym wagonem gdzieś na Kazachstan czy na Syberię, to przecież jej wspomnienia bardzo wzruszają i doskonale pokazują koszmar wojny i jej wpływ na życie i psychikę dziecka. Warto je przeczytać.

 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Koczowniczka o książkach 

niedziela, 22 marca 2015

Muzeum Adama Mickiewicza cz.3, sypialnia

Zdjęcia żony i dzieci Mickiewicza
























Zapraszam do obejrzenia Muzeum Adama Mickiewicza cz. 2, salon

Pióro ofiarowane Mickiewiczowi przez Goethe'go
 





piątek, 20 marca 2015

Niebo w płomieniach - Jan Paradowski





Historia dorastania pewnego 17-latka z Lwowa (przed pierwszą wojną światową). Motyw przewodni to utrata wiary - średnio fascynujące są jednak te nastoletnie kryzysy, choć miewają skutki na całe życie.

Mam wrażenie, że od tego czasu nauka religii w szkołach poszła mocno do przodu i rozprawiła się z większością kwestii, na których poległa wiara Teofila Grodzickiego. Pamiętam np, ze jeszcze w podstawówce wałkowaliśmy temat, dlaczego teoria Darwina nie jest sprzeczna z wiarą w Boga.

Kolejne deja vu to “książki zbójeckie”, nadal są, choć co sezon jest modne co innego. Ja w wieku bohatera natknęłam się na Kosidowskiego, teraz na czasie jest Dawkins i jego liczne mutacje (w tym takie adresowane do nastolatków). Nie trzeba się już specjalnie wysilać, żeby zostać ateistą w weekend. Sto lat temu nie było to jednak takie proste, zwłaszcza dla gimnazjalisty. Wówczas, co budzi w tej chwili nawet pewien szacunek, trzeba się było trochę napracować nad zbudowaniem nowego światopoglądu. O dziwo większy nacisk niż od rodziny szedł ze strony szkoły. Trzeba było przewalić sporą ilość zakurzonych tomów autorstwa różnych racjonalistów, żeby dać skuteczny odpór zaprawionemu w słownych potyczkach księdzu katechecie. Zastanawiam się, czy Parandowski jednak to nie przesadził. Siedemnastolatek, który na rok niemal odcina się od świata, żeby zbudować swoją nową wiarę/niewiarę? Bo tak należy ten nowy światopogląd traktować, pod koniec następuje nawet dość szczegółowe jej wyznanie (ze stwierdzeniem, że wierzy w atomy, no cóż). I chodzi tu o zwykłego siedemnastolatka, nie żadnego ekscentryka - średnio pilnego ucznia, interesującego się dziewczynami. Coś mi się tu nie składa

Całość ratuje tło - czyli Lwów. Z przyjemnością teleportowałam sie znów do tego cudownego miasta w latach jego świetności. W realu pewnie nieprędko je znów odwiedzę, tu mogłam się rozkoszować lwowskimi spacerami do woli. Nawet, jeśli towarzyszył mi w nich irytujący Teofil Grodzicki.

tekst oryginalny ukazał się na blogu
Filety z Izydora.

Źródło zdjęcia:lubimyczytać.pl

środa, 18 marca 2015

Kornel Makuszyński, Złamany miecz




W 1937 r. ukazała się jedna z najbardziej znanych powieści Kornela Makuszyńskiego „Szatan z siódmej klasy.” Nieco wcześniej pan Kornel obdarował młodych czytelników inną, dziś już zupełnie zapomnianą książką, której akcja również rozgrywa się na Wileńszczyźnie - „Złamany miecz.” Zresztą nie tylko miejsce akcji łączy te powieści. Również bohaterowie książek są do siebie bliźniaczo podobni. Ba, są noszą nawet takie samo imię – Adaś. Obaj są szlachetni, dzielni, skromni. Obaj też muszą zmierzyć się zagadkową historią rodzinną. Przejdźmy więc do powieści „Złamany miecz” i przedstawmy pokrótce, jakąż to historię zmajstrował Kornel Makuszyński trzy lata przed wybuchem II wojny światowej.

Uczeń siódmej klasy warszawskiego gimnazjum, szesnastoletni Adaś Gilewicz otrzymuje list, z którego dowiaduje się o śmierci stryja Medarda. W spadku przypada chłopcu majątek Głodowce: pięknie położony, niewielki, stary dworek, kawał lasu i niezbyt urodzajne pola. Niespodziewana wiadomość zmienia całe życie Adasia. Tu muszę wspomnieć, że nasz bohater wiódł życie niezwykle ubogie i nawet znalezienie pieniędzy na wyjazd sprawiło mu wiele trudności. Kiedy jednak udało mu się zgromadzić trochę środków, wraz ze swoim przyjacielem, równie ubogim Wojtkiem oraz jego ojcem, stróżem nocnym, panem Kropką wyruszają w długą podróż wschód kraju.

Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że ród Gilewiczów jest od trzystu lat skłócony na śmierć i życie z rodziną Niemczewskich. Familia ta mieszka w dworku w Wiliszkach, położonym po drugiej stronie niewielkiego jeziora. Nastrój wrogości podsyca dobroduszny skądinąd zarządca majątku, przyjaciel zmarłego Medarda Gilewicza, poeta-marzyciel imć Antoni Rozbicki. W dworku Niemczewskich mieszka rezolutna dziewczyna, która nienawidzi Gilewiczów. Z czasem do panienki Irenki zaczyna bić niedoświadczone serce Adasia, powodując rumieńce na jej pięknej buzi. Wszak nie od dziś wiadomo, że kto się czubi, ten się lubi.

Wspomniałem wcześniej, że bohater powieści to godzien naśladowania młody człowiek. Kiedy więc dowiaduje się, że jedynym sposobem na zażegnanie konfliktu jest zwrot cennej rodzinnej pamiątki Niemczewskich – starego miecza, który przed wielu laty znalazł się w posiadaniu Gilewiczów, składa Irence przysięgę, że zrobi wszystko co w jego mocy aby go odnaleźć.

Fabuła powieści wypełniona jest zabawnymi wydarzeniami i nieporozumieniami pomiędzy mieszkańcami zwaśnionych rodów. Nie brakuje również wzruszających momentów. Muszę niestety przyznać, że po kilkudziesięciu latach niektóre ze scen wydają się bardzo naiwne, gawędziarski styl sprawia, że od czasu do czasu opadają czytelnikowi powieki a humor w pewnych miejscach trąci myszką. Niewielu jest jednak pisarzy, którzy podobnie jak Kornel Makuszyński potrafią oddać ciepły, nostalgiczny, wręcz magiczny klimat starych kresowych dworków i wiosek. Miłośnicy „Szatana z siódmej klasy” powinni więc sięgnąć po nieco starszą powieść autora i wraz z Adasiem Gilewiczem wybrać się na poszukiwanie złamanego miecza.

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Zapomniana Biblioteka



Wydawca: Gebethner i Wolf
Rok wydania: 1937
Liczba stron: 255




poniedziałek, 16 marca 2015

Rozmowy o kruszcach polskości na Kresach


Zawsze będę kochał Wilno i zawsze będę wdzięczny tym, którzy ocalają nad Willią kruszec polskości - to słowa Jerzego Jensza, który 13 lipca 1944 roku wraz z Artkiem Rychterem „Zań” powiesił polską flagę na baszcie Giedymina. Obydwaj harcerze Szarych Szeregów zostali wywiezieni do łagrów. Jensz przeżył, a odnalazła go w Krakowie Barbara Wachowicz.

Każdy spośród dwudziestu trzech z rozmówców Janusza Palucha ocala z pasją i ogromnym zaangażowaniem kruszce polskości na dawnych ziemiach wielkiej, królewskiej Rzeczypospolitej. Jeden z nich, Stanisław Srokowski, autor poczytnych powieści, opowiadając o niezwykłej aurze Kresów, powiedział:

[…] przez ponad sześćset lat ludzie się zżywali ze sobą, poznawali odmienne religie, obyczaje, języki, świątynie, rytuały, stroje, [...] budowali wspólne życie. Kresy to wielki eksperyment dziejowy. Tygiel narodów, kultur, idei, jakby wzór dla świata. Dopiero potem była Ameryka, USA ze swoją wielokulturowością. My byliśmy pierwsi, trzydzieści albo i więcej nacji, kilkanaście języków, religii…

Zebrane w tomie wywiady, przeprowadzone przez Janusza Palucha w latach 1999-2011, ukazywały się na łamach kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Ich książkowe wydanie wzbogacone jest pięknym wstępem Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, która zwraca między innymi uwagę, że te rozmowy zaczęto przeprowadzać bardzo późno, ale też wcześniej generalnie nie można było pisać o Kresach. To nie są rozmowy typowo dziennikarskie, polegające na wdawaniu się w dysputę. Nie są oparte na polemikach, ale na obopólnym porozumieniu. Dotyczą doświadczeń biograficznych, przygód intelektualnych, fascynacji Kresami i ich bogactwem. Czytelnikowi udziela się duch przyjacielskiej rozmowy na ich temat. Interlokutorzy Janusza Palucha zarażają swoim widzeniem tej krainy i związanych z nią ludzi, swoją wyobraźnią i uczuciowością; sprawiają, że wzbogacamy się o ich doświadczenie. Autora interesuje przede wszystkim sposób patrzenia rozmówców na historię dawnych ziem I i II Rzeczypospolitej - ich przyrodę, kulturę i ludzi, a także na otaczającą rzeczywistość, wybory, na koleje swojego losu. Każdy wywiad jest na wagę złota, tak jak zabytkowy przedmiot z imponującej kolekcji jednego z rozmówców, Zdzisława Ruszela - wnosi cegiełkę do budowania wiedzy o przeszłości i dziedzictwie Kresów. Nie brakuje także wątków krakowskich, gdyż Janusz Paluch związany jest z podwawelskim grodem.

Krąg rozmówców autora to swoista plejada, a zatem grupa ludzi wybitnych w jakiejś dziedzinie, związanych w działalności wspólnymi celami i poglądami. Różnią się temperamentem, wykształceniem, wiekiem i statusem zawodowo-społecznym, a łączy wszystkich ogromny zapał w odkrywaniu „kresowej Atlantydy” i uchronieniu jej przed niepamięcią. Z kronikarskiego obowiązku, ale także po to, by zachęcić do lektury tej wartościowej dla każdego miłośnika Kresów publikacji, godzi się wymienić wszystkich rozmówców Janusza Palucha.

Krystyna Gąsowska opisuje, jak wygląda niesienie pomocy Polakom żyjącym na Kresach Południowo-Wschodnich. O pracy charytatywnej na rzecz Polaków mieszkających we Lwowie i okolicy oraz wolontariacie na Kresach opowiada również Zygmunt Kolenda. Urodzony we Lwowie Roman Asler po prawie osiemdziesięciu latach zechciał podzielić się wspomnieniami, gdy jako piętnastolatek uciekł z domu, by bronić ukochane miasto podczas wojny polsko-ukraińskiej w latach 1918–1919. Zmarły w 2011 roku (wspomniany wyżej) Zdzisław Ruszel był niestrudzonym kolekcjonerem pamiątek patriotycznych. W jego zbiorach dużo miejsca zajmowała tematyka kresowa. Zdradził Januszowi Paluchowi ciekawe szczegóły swojego czterdziestoletniego gromadzenia przedmiotów i dokumentów - pamiątek przeszłości. Jak sam wyznał, wiele z nich udawało mu się ocalić przed zniszczeniem dzięki przyjaźniom z… ludźmi wywożącymi śmieci. O Marianie Hemarze jako dziecku Lwowa i swoim wieloletnim gromadzeniu materiałów do książki na temat wspaniałego poety poruszająco opowiada Stanisław S. Nicieja, który, jak podkreśla słusznie jego rozmówca, przetarł dla nas naukowe i pisarskie szlaki na dawne ziemie I i II Rzeczypospolitej. Urodzony i mieszkający w Kijowie Eugeniusz Tuzow-Lubański, który był (jest nadal?) redaktorem „Dziennika Kijowskiego” (ukazującego się w stolicy Ukrainy w języku polskim), opowiada, jak się żyło Polakom przed rewolucją bolszewicką, a jak dzisiaj im się wiedzie w tym mieście. W książce są też bardzo ciekawe rozmowy z konserwatorami i architektami ofiarnie zajmującymi się ratowaniem kresowych zabytków (Januszem Smazą, Martą Urbańską), ludźmi pióra (Barbarą Wachowicz, Teresą Siedlar-Kołyszko, Stanisławem Srokowskim, Mariuszem Olbromskim), autorami artykułów lub przewodników poświęconych Kresom (Danutą Nespiak, Przemysławem Włodkiem), malarzami (Stefanem Berdakiem, Adamem Macedońskim) czy małopolskimi nauczycielami organizującymi dla szkolnej młodzieży edukacyjne wyjazdy na Kresy dawnej Rzeczypospolitej (Romą Krzemień, Mariuszem Graniczką, Bogusławem Kołczem). Do osobnej kategorii należy zaliczyć przejmujący wywiad z Ewą Siemaszko, która opowiada o tym, jak poza kamerami wyglądała pamiętna uroczystość odsłonięcia w Porycku pomnika, a także o trudnościach piętrzących się przy pisaniu (wraz z ojcem Władysławem) i gromadzeniu źródeł do monumentalnej książki historycznej o ludobójstwie dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach mieszkających na Wołyniu. Ewa i Władysław Siemaszkowie, co ciekawe, nie są z wykształcenia historykami. Wzięli na swój karb zadanie, którego nie chciał się podjąć żaden polski historyk. Inna rozmówczyni Janusza Palucha, Krystyna Czajkowska, która pracowała nad dziełami Aleksandra Fredry, wraca pamięcią do swojego pobytu w trudnych latach pięćdziesiątych we Lwowie, gdzie zostały przywiezione archiwa wnuka pisarza, abp. Andrzeja Szeptyckiego. Krystyna Grodziska zdradziła interesujące szczegóły związane z wieloletnim zbieraniem cytatów o Lwowie do ich książkowego wydania, a Stanisław Grodziski przedstawia historię i uwarunkowania społeczno-polityczne Galicji i tłumaczy, dlaczego to Lwów został jej stolicą.

Każda zaproszona do rozmowy przez Janusza Palucha osoba to (posługując się użytym zresztą przez jednego z interlokutorów określeniem) „robinson” polskiej kultury kresowej - bohaterowie książki w różnej formie i w odmiennych dziedzinach przybliżają nieznany wciąż Polakom ląd. Wszyscy składają cenne świadectwo swojej fascynacji i pracy na rzecz dawnych ziem I i II Rzeczpospolitej. Zgromadzone w książce wywiady tworzą razem malowniczy obraz, cytując słowa Marty Urbańskiej, zarżniętego, zamordowanego świata, który w jakiś sposób tam przetrwał, i to poczynając od ludzkich twarzy i typów, a kończąc na bodiakach. Przykład jak ze Stanisławskiego czy Wyczółkowskiego… Opowieści interlokutorów Janusza Palucha są częściowo jak te rośliny stepowe, o kolczastych łodygach i liściach, bo Kresy to nie tylko wielkość, piękno i potęga. Te ziemie są najeżone pamiątkami i śladami przypominającymi losy Polaków nie tylko sentymentalno-romantyczne, ale przede wszystkim tragiczne. Aby wyzwolić się z potwornych szponów historii, trzeba w duchu prawdy odsłaniać jej ciemne karty. Inne drogi to ślepe zaułki. Potrzebna jest też pamięć. Dlatego potrzebne są takie publikacje jak ta, uzmysławiające, że bez naszej troski o dziedzictwo Kresów i Polaków tam mieszkających budowanie teraźniejszości i podążanie ku przyszłości będzie daremne. Na dawnych ziemiach dawnej Rzeczypospolitej naród polski jest nadal, jak głosi wiersz, który w Grodnie usłyszała od mieszkającego tam Polaka Teresa Siedlar-Kołyszko:


Od Niemna brzegów nieśmy miłą wieść,
Że Orzeł Polski nadal tutaj mieszka,
I Naród Polski nadal tutaj jest,
By pielęgnować sady swego wieszcza.

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Szczur w antykwariacie

niedziela, 15 marca 2015

Muzeum Adama Mickiewicza cz. 2, salon















Zapraszam do obejrzenia zdjęć z salonu w Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku
 



 
 







Na stole - przedmioty z epoki  Mickiewicza






Rosyjscy poeci






sobota, 14 marca 2015

Andrzej Mularczyk, Każdy żyje jak umie




Któż nie widział lub chociażby nie słyszał o historii Kargulów i Pawlaków z filmu „Sami swoi”? Dla mnie ten film to klasyka komedii, który oglądam zawsze, gdy chcę sobie poprawić humor, a niektóre dialogi znam wręcz na pamięć. Andrzej Mularczyk jest nie tylko autorem scenariusza trylogii o Kargulach i Pawlakach, ale także mojego ukochanego serialu “Dom”. Kiedy więc odkryłam, że napisał książkę o tym, skąd się wzięli „Sami swoi” - musiałam po prostu przeczytać. Byłam nastawiona na pełną humoru opowieść i oczywiście tego humoru tam nie brakuje, ale nie spodziewałam się, że “Każdy żyje jak umie” poruszy mnie tak bardzo. 

Mając w pamięci kolejną rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego muszę wspomnieć, że Andrzej Mularczyk jest bratem Romana Bratnego, żołnierza AK, uczestnika powstania, autora wspaniałych wierszy z tego okresu i mojej ukochanej książki „Kolumbowie. Rocznik 20”.

„Każdy żyje jak umie” to tragikomedia opatrzona mottem anonimowego autora „Świat nie składa się z atomów, świat składa się z opowieści”. I to z opowieści stryja Andrzeja Mularczyka złożona jest ta książka, a każda zaczyna się od słów: „Ano, posłuchaj ty...”. Słuchamy więc historii o wielonarodowościowej wsi Krużewniki na Podolu, gdzie zamiast Pawlaka mamy Jaśka zwanego Kohutem, a później Chwanem, a zamiast Kargula Brońcia Denderysa, gdzie jesteśmy „obserwatorem dawno wygasłych kłótni, które do tego stopnia łączyły ludzi, że potem żyć bez siebie nie mogli”. Słowa płyną „niesione falą wschodniego zaśpiewu”, a język jest tak plastyczny, że czuć zapach ziemi i koni, a widok przysłaniają złote łany zboża.

To opowieść o człowieku, który tak kochał ziemię (później konie, a na końcu żonę), że nie potrafił bez niej żyć. Przez te największą miłość do ziemi i koni wiele się działo w życiu Jaśka Kohuta, włącznie z wyjazdem do Argentyny, gdzie czekał na śmierć teścia i zarabiał pieniądze na morgi, bo teść go z księdzem wyklął za to, że orał w samą Wielkanoc oczywiście po to, aby ratować konia. To także opowieść o szczególnej przyjaźni Jaśka z Żydem Kajuminem, który w swojej gospodzie nigdy nie liczył Jaśkowi, kiedy przychodził do niego i pił z żalu czy z powodu strapienia i pożyczył mu pieniądze na wyjazd do Argentyny. Dług został wyrównany po latach, w czasach, kiedy okazało się, ze „Są ludzie szmaciani, są i jedwabni, są ludzie-ptaki i ludzie-robaki, każdy żyje, jak umie...”. To oczywiście także opowieść o nienawiści pomiędzy rodziną Kohuta i Denderysami, która zaczęła się od kradzieży pasa ziemi szerokiego na trzy palce...

Niewiarygodne, ile spośród tych przaśnych opowieści można wyłonić prawdziwych złotych myśli, chociażby taką:

“Ano, posłuchaj ty o tym, że w życiu najważniejsze jest to, co dzieje się tylko raz. A takich rzeczy jest tylko trzy, bo raz ty w życiu rodzisz sia,raz kochasz i raz umierasz. Bo życie wedle mnie nie jest ani dobre, ani złe, tylko nieuniknione. Dużo trzeba przejść, żeb' pojąć, że nie ty światem rządzisz, tylko on tobą. Wszystko, co ty sobie wedle porządku bożego postanowisz, tak to bezlitośnie w plewy zamienia sia, jak tylko byle przypadek tobie drogę przetnie”.

Albo taką:

“Ano, posłuchaj ty o tym, że życie jest nie do przewidzenia i że każdy ma jakieś drzwi, co ich nie otworzył, i potem on wciąż myśli, czy za nimi aby inny los go nie czekał. Każdy potrzebuje kogoś, kto akuratnie jego potrzebuje, ale świat tak już jest bezlitośnie urządzony, że kto pragnie gwiazdki z nieba, to dostaje koński nawóz w pudełku od tytoniu. Bo jakby każdy dostał to, co on sobie upatrzył, toby nie czuł, co on stracił”.

„Każdy żyje jak umie” to wspaniała podróż na Kresy, których już nie ma, gdzie liczyła się miłość do ziemi, wiara w Boga, honor i Ojczyzna. Prawda jest taka, „że z żadnej podroóży nie wracasz taki sam, jakeś wyjechał”, bo „każda podróż jest trochę jak narodziny, a trochę jak śmierć”. I ja wróciłam z Kresów Mularczyka odmieniona, z uśmiechem na ustach, ale i i łezką w oku, zadumana nad wszystkimi mądrościami, które w tej książce wyczytałam. Jakże inaczej oglądało mi się "Samych swoich" po przeczytaniu tej książki...


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Myśli czytelnika

piątek, 13 marca 2015

Karol Antoniewicz - W krzyżu cierpienie...


  Właściwie od zawsze lubiłam klimat Wielkiego Postu i chociaż szczególnie w młodości nie przejawiałam zbytniej gorliwości w praktykowaniu wielkopostnych nabożeństw to z wiekiem coraz bardziej zaczęłam doceniać udział w nich, a szczególnie w Gorzkich Żalach. Na tworzenie specyficznego, pokutnego klimatu tych czterdziestu dni, które pobudzają mnie do refleksji nad własnym życiem duży wpływ dla mnie osobiście mają pieśni w tym okresie śpiewane. Lubię śpiewać a pieśni wielkopostne poruszają moje serce do głębi. Do takich, które szczególnie mnie wzruszają należy pieśń, którą przytaczam : 





 

W krzyżu cierpienie, w krzyżu zbawienie,
W krzyżu miłości nauka.
Kto Ciebie, Boże, raz pojąć może,
Ten nic nie pragnie, ni szuka.

W krzyżu osłoda, w krzyżu ochłoda
Dla duszy smutkiem zmroczonej.
Kto krzyż odgadnie, ten nie upadnie
W boleści sercu zadanej.

Kiedy cierpienie, kiedy zwątpienie
Serce ci na wskroś przepali,
Gdy grom się zbliża, pospiesz do krzyża.
On ciebie wesprze, ocali.

Gdy cię skrzywdzono albo zraniono,
Lub serce czyjeś zawiodło,
O, nie rozpaczaj, módl się, przebaczaj.
Krzyż niech ci stanie za godło.

Jeszcze do niedawna nie wiedziałam kto był twórcą tej niezwykłej pieśni, tak chętnie przeze mnie śpiewanej nie tylko w Wielkim Poście. Dowiedziałam się tego na jednym z pierwszych kazań wielkopostnych i pomyślałam, że to dobry temat na post piątkowy w tym czasie jaki przeżywam.

To żyjący w latach 1807-1852 Karol Antoniewicz, twórca wielu znanych pieśni religijnych, napisał również słowa pieśni "W krzyżu cierpienie". Pozostawił on po sobie również bogatą spuściznę literacką w postaci opowiadań, listów i poezji nie tylko religijnej.

źródło



Urodzony we Lwowie, w ormiańskiej rodzinie, świetnie wykształcony w zakresie retoryki, filozofii i prawa, po studiach wiele podróżował po Europie. Brał czynny udział w powstaniu listopadowym. W 1832 zawarł, pod wpływem matki, związek małżeński ze swą kuzynką Zofią Nikorowiczówną. Niestety zmarła mu kolejno nie tylko piątka urodzonych w tym małżeństwie dzieci, ale również i żona.

To ból po stracie najbliższych stał się właśnie inspiracją napisania tekstu pieśni o krzyżu, którego sam doświadczył w nadmiarze, a doświadczenie, którego upewniło go o tym, że przeznaczony jest do stanu kapłańskiego.

Wstąpił więc do zakonu jezuitów w Starej Wsi, gdzie spędził nowicjat, po zakończeniu którego studiował filozofię w Tarnopolu a następnie teologię w Nowym Sączu. Po wyświęceniu w 1844 roku oddał się całkowicie pracy kaznodziejskiej.

Pierwszym terenem jego działalności apostolskiej była Galicja, gdzie w 1846 roku wygłosił przeszło 200 kazań, które rozsławiły go na cały kraj a także poza ziemie polskie. W 1847 roku przebywał we Lwowie, ale dekret banicyjny nałożony na Jezuitów spowodował, że opuścił Lwów i rozpoczął tułaczkę, podczas której spędził pewien czas w Krakowie gdzie stał się ostoją i podporą mieszczan w czasie, gdy Kraków niszczony był przez szalejące pożary przyczyniając się tym wydatnie do odbudowania kamienic i kościołów. Życie swe zakończył w 1852 na ziemiach poznańskich, w Obrze, gdzie pomagając z oddaniem walczyć z cholerą sam się nią zaraził.

Już tylko na podstawie tylko tej krótkiej notki biograficznej można stwierdzić jak nietuzinkowa postacią był twórca pieśni, którą tak lubię śpiewać, ojciec
Karol Antoniewicz.

__________________

Tekst pieśni zaczerpnęłam ze
strony.

Rycina pochodzi z pierwszego tomu trzeciego wydania
KAZAŃ KS. KAROLA ANTONIEWICZA T.J.
zebranych przez ks. Jana Badeniego T.J.
(Wydawnictwa Towarzystwa Jezusowego – Kraków 1906)


Post pochodzi z bloga  moje zaczytanie.

czwartek, 12 marca 2015

"Żmut" - Jarosław Marek Rymkiewicz


Nie jest łatwo napisać demaskatorską książkę na temat kobiet w życiu Adama Mickiewicza. Nawet, jeśli uda się nam zakończyć szkolną edukację z nikłą znajomością literatury romantycznej, większość absolwentów ma świadomość, że wieszcz nie miał problemów w kontaktach z płcią przeciwną, a wręcz można go uznać za naczelnego babiarza na polskiej niwie literackiej.

Dlatego też Rymkiewiczowi, który w swoim "Żmucie" bierze pod lupę młodzieńcze miłości poety (na czele z Marylą Wereszczakówną), przypadło zadanie karkołomne. Z jednej strony ten okres w życiu Mickiewicza nie został jeszcze poddany gruntownemu odbrązowieniu, ale z drugiej - nawet, gdyby autor odkrył, że Maryla miała rywalkę (bądź rywalki), nie byłoby to żadną sensacją. Trudno bowiem podejrzewać, iż człowiek, który jako 30 - latek był erotyczną sensacją europejskich salonów, w młodości był ascetą zainteresowanym przede wszystkim pogłębianiem wiedzy.

Na szczęście Rymkiewicz nie daje się wpuścić w kanał taniej sensacji i nie poprzestaje na rekonstrukcji wydarzeń. Owszem - przytacza drobiazgowo wszystkie wersje wydarzeń serwowane przez badaczy literatury. Następnie konfrontuje je z listami przyjaciół i ich późniejszymi świadectwami.

Czy autorowi uda się dokonać jakichś "merytorycznych" odkryć dotyczących biografii Mickiewicza? Na pewno odmienny niż w wersji szkolnej opis związku Mickiewicza i Maryli. Autor stara się przywrócić należne miejsce także jego innej miłości czasów postudenckich - Karolinie Kowalskiej. Niektóre teorie, rekonstruowane z okruchów korespondencji, wydają się naciągane - np. ta o nieślubnym dziecku wieszcza.

"Żmut" to jednak głównie medytacja na temat przeszłości, której nigdy w pełni nie poznamy, pamięci, która często zawodzi nawet świadków wydarzeń, legend, które często okazują się zwykłą konfabulacją.

Rymkiewicz usiłuje także wskrzesić czas miniony, tropi detale architektoniczne i szczegóły życia codziennego, wszystko to po to, żeby przed oczami czytelnika wyczarować kolejny plastyczny obraz. Czy rekonstrukcja będzie jednak w stanie kiedykolwiek choć zbliżyć się do "prawdziwej" przeszłości?

"Nie wiem, czy poszli na ten spacer rano, po południu czy wieczorem, bo widzę ich i nie widzę, są coraz dalej, coraz mniej wyraźni, znikają mi między jaworami (...), jeszcze chwila i rozwieją się w przeszłości i już nie widać nic, ani ich, ani kamienia."[1]


Jest w tej książce coś z atmosfery "Dziadów". Kolejne postaci przywoływane są na chwilę, jednak niczym na prawdziwym seansie spirytystycznym) nigdy nie zaspokajają naszej ciekawości do końca. Co chwila też domagają się uwagi autora (i czytelnika) kolejne postaci z trzeciego i czwartego planu, przypominające pokutujące dusze próbujące załatwić za pośrednictwem żywych swoje ostatnie ziemskie sprawy.

Wielkim plusem jest styl książki - gawędziarski, pełen humoru, naszpikowany ciągłymi żartobliwymi polemikami ze źródłami (zarówno filomatami jak i tuzami teorii literatury).

"Rywalką Maryli, powiadał wprost Bełza, "w rzeczywistości nigdy zacna pani Kowalska nie była". - Zechce pani natychmiast wyjść spod kołdry i przyzwoicie się odziać! -Tyle mniej więcej mówi nam to zdanie." [2]

"Żmut jest także prawdziwą gratką dla kolekcjonerów okruchów przeszłości. Możemy np. dowiedzieć się, jak wyglądała opieka stomatologiczna na Litwie przed Powstaniem Listopadowym (tak, że lepiej nie mówić:)). Poznamy legendy literatury z mniej znanej strony.

Choćby Marylę:

"27 lipca (...) 1823 Marie pisała do Czeczota: "Zniżyłam się nadto do ziemi, zamiast latania smażę konfitury i zbieram czarne jagody w lesie. A tak, chociaż straciłam i wyrzekłam się przyjemności, jakich doznawałam w życiu spirytualnym, ale zyskałam w opinii Pana, bo mogę być policzona w rzędzie gospodyń, Boga się bojących"[3]". "Czeczot dodawał i taką radę: "Doprawdy warto byłoby do tego buduaru, do tej biblioteczki, choć z parę książek o gospodarstwie, o warzywie, o chowie ptastwa i choć niewinnych owieczek. Dobrze by to było wyobrazić sobie Marię zajętą gospodarstwem..."[4]".

"Żmuta" oczywiście polecam. Mimo nieco spirytystycznego charakteru, niekoniecznie trzeba czekać z lekturą do listopada:).

[1] "Żmut", J.M. Rymkiewicz, wydawnictwo Sic! Warszawa 2005
[2] tamże, s.32
[3] tamże, s.250
[4] tamże, s.273-4


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Filety z Izydora.

wtorek, 10 marca 2015

Lektury kresowe Krzysztofa Masłonia i nasze


Mojego Drohobycza już nie ma, on żyje wyłącznie we wspomnieniu i rozrzewnieniu serdecznym, w uwzniośleniu i w wyższość wstąpieniu wspomnień.


Są to słowa (jakże wymowne i symboliczne) Andrzeja Chciuka - jednego z bohaterów opasłej i pięknie wydanej książki znanego krytyka literackiego, Krzysztofa Masłonia. Publikacja jest zbiorem esejów. Część z nich ukazała się w latach 2010-2011 w kresowym dodatku „Rzeczpospolitej”. Chwała autorowi, że je zgromadził w jednym tomie, dzięki czemu czytelnicy zaliczający siebie do miłośników Kresów mogą uporządkować sobie wiedzę na temat dzieł literackich sławiących ojczyznę wielu narodów, języków, kultur i religii. Teksty te razem tworzą swoistą panoramę literackich opowieści o mitycznej krainie, potencjale tkwiącym w utraconych ziemiach (czy na zawsze? Wszak historia jest rodzaju żeńskiego, jak słusznie zwraca uwagę Waldemar Łysiak), o polskich pisarzach i ich rodzinach mieszkających na wschodnich ziemiach dawnej Rzeczypospolitej. Jedną z inspiracji do powstania tej książki, jak wspomniał Masłoń w trakcie warszawskiego spotkania promocyjnego, było zdanie przypisywane Józefowi Piłsudskiemu, którego autorem był wybitny poeta, Kazimierz Wierzyński: „Polska będzie wielka albo żadna”.

Książkę Krzysztofa Masłonia można potraktować jako wypiski z dziejów piśmiennictwa polskiego. Kalejdoskop opisanych postaci obejmuje bowiem różne epoki. W szkicach tu pomieszczonych przeglądają się kresowe losy zarówno klasyków literatury polskiej, jak i debiutantów, a także nieliteratów. Na stronach publikacji wprost roi się od wspaniałych nazwisk tworzących niebywale barwny korowód. Nie przeszkadza skrótowość w kreśleniu ich sylwetek, wręcz przeciwnie - lapidarność zaostrza apetyt oraz inspiruje do samodzielnych poszukiwań i lektur. Zresztą artykuły prasowe rządzą się swoimi prawami i trudno mieć o to pretensje do autora. "Puklerz Mohorta" to skarbnica inspiracji lekturowych, może też być (uwaga!) przyczyną wyrzutów sumienia, jeśli się czegoś jeszcze nie przeczytało (na półce mojej czekają "Nadberezyńcy" Czarnyszewicza).

Autor ma talent do portretowania. Szkice Masłonia cechują urok i magnetyzm, a także swada narracyjna. Książka obfituje w wiele pasjonujących ciekawostek, historyjek i charakterystyk poetów i pisarzy związanych z Kresami. Na przykład fascynująca się historia pojedynku „lwowskiego Dumasa”, jak nazywano nad Pełtwią Walerego Łozińskiego, z innym lwowskim pisarzem, Karolem Ciszewskim. Poszło, rzecz jasna, o kobietę. Warto też przypomnieć sobie historię Iwana Mazepy, który tak zainteresował największych romantyków. Piękna jest także opowieść o związanym ze Lwowem rodem Scottów, których na ziemie polskie przyciągnęła nafta. Poświęconą Scottom książkę napisał Jerzy Janicki, który poznał po wojnie w Kanadzie jednego z potomków, syna konsula Jego Królewskiej Mości. Jerzy Janicki był też znawcą bałaku, w którym, jak zaznaczał, przeglądała się długa i bujna historia grodu nad Pełtwią. W Krakidałach (Iskry, 2004), w rozdziale poświęconym bałakowi, Jerzy Janicki zwracał uwagę:

[...] raz na zawsze należy wiedzieć, że lwowiak nie jada, tylko wcina albo wbija w krzyżbanty, nie idzie ulicą, tylko faluji, a jeśli z płcią piękną, to z dziunią, a do tego trzyma ją popud kolki, chyba że jest brzydka, w takim razie idzie z rymundą. Kiedy będzie się żenił, to si okołtuni i wtedy wypije moc ćmagi albo bajury, poczem gdy tak da sobi do nosa, to będzie hirny albo zaćmakany.

Po lekturze książki Krzysztofa Masłonia po raz kolejny uświadamiamy sobie, że niezwykłe bogactwo kulturowe dawnej Rzeczpospolitej będzie naszą krynicą dopóty, dopóki w naszych sercach i w naszej pamięci pozostanie całe jej dziedzictwo. Niech zatem żyją i we wspomnieniach, i w rozrzewnieniu serdecznym, i w uwzniośleniu utracone ziemie kresowe i zakotwiczone w nich wspaniałe dzieła literackie.

Recenzja ukazała się na blogu Szczur w antykwariacie
 

niedziela, 8 marca 2015

Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku cz. 1, pokój dziecięcy

Dom Muzeum Adama Mickiewicza w Nowogródku
 
W 1955 roku władze białoruskie odbudowały dwór Mickiewiczów w Nowogródku. Znajduje się tam muzeum poświęcone twórczości Adama Mickiewicza. Jak możemy przeczytać na stronie Dom-muzeum Adama Mickiewicza w Nowogrodku

"W pięciu pokojach domu przedstawiono ekspozycje biograficzna, m.in. rzeczy zwiazane z Mickiewiczem i jego otoczeniem: komplety mebli, zegary, ksiazki, rekopisy, fortepian, portrety przyjaciol i znajomych.



W piwnicy i przejsciu podziemnym, ktore laczy dom z oficyna, sa rozmieszczane wystawy, w tym dwie stale: „Swiatlo kuchni Mickiewiczow” i „Poemat „Pan Tadeusz”, jak również wystawy czasowe."
 

 

W otoczeniu dworku zachował się spichlerz i studnia.
   
wnętrze studni
Stara studnia


Spichlerz

Tablica oznaczająca obiekt zabytkowy


 Pokój dziecięcy


Pokój dziecięcy
kompas

Na ścianie po prawej stronie okna wisi oprawione w ramki świadectwo ukończenia przez Wieszcza szkoły prowadzonej w Nowogródku przez Dominikanów. Na górnym blacie biurka leży kompas Mickiewicza.

świadectwo ukończenia dominikańskiej szkoł


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...