niedziela, 31 maja 2015

Polskie groby na Białorusi - Laskowska Wincenta z Orzeszków

Cmentarz katolicko-prawosławny w Kobryniu.

Ś. P.
WINCENTA
Z ORZESZKÓW
LASKOWSKA
 zm. 20 października 1920 r.
w wieku lat 74
TĘ SMUTNĄ PAMIĄTKĘ POŚWIĘCA
NIEULULONA W ŻALU DROGIEJ I
NIEOCENIONEJ OPIEKUNCE
WDZIĘCZNA WYCHOWANKA
SPOKÓJ TWEJ DUSZY
MOJA JEDYNA



czwartek, 28 maja 2015

Franciszek Wysłouch, Echa Polesia

Barbarzyńskie zmiany na mapie Europy powstałe wskutek drugiej wojny światowej pozbawiły nas niejednego miejsca, które nie pasowało do ówczesnej cywilizacji i nie pasuje do niej do dziś. Jednym z takich regionów była Huculszczyzna, drugim Polesie. Co prawda część tej krainy znajduje się obecnie w granicach państwa polskiego, ale lwia część przypadła Białorusi. Pierwsze moje skojarzenia z przedwojennym Polesiem to bagna, nieprzejezdne drogi, niski poziom wykształcenia i brak świadomości narodowej u większości mieszkańców. Zawsze jednak czułem, że miejsce to ma jakąś swoją drugą naturę. Inną od tej przedstawianej w spisach i oficjalnych sprawozdaniach międzywojennej Polski. Franciszek Wysłouch w "Echach Polesia" przedstawia krainę, w której człowiek żyje z zgodzie z przyrodą, a to przynosi mu satysfakcję i szczęście. Coś w tym musi być. W końcu motyw ten pojawia się w literaturze już od starożytności...

Franciszek Wysłouch należy rzecz jasna do warstwy szlacheckiej. Nie natknąłem się jeszcze na jakąkolwiek informację o wspomnieniach z Polesia wydanych przez "tutejszego" (z oczywistych względów). W relacji uderza bliskość dworu z miejscową ludnością. Autor wielokrotnie wyruszał na polowania z chłopami, prowadził z nimi rozmowy podczas wspólnych wyjazdów i utrzymywał kontakty nazwijmy to "gospodarcze". Polescy tubylcy byli dość specyficzną grupą. Nie rozumieli oni do końca terminu "własność". Nigdy nie uważali lasów czy łąk za dobra, które mogą być przypisane do kogoś. Nie respektując obowiązujących zasad dowolnie korzystali z zasobów leśnych. Oczywiście nie można obarczać ich winą. Pamiętajmy, że naprawdę niewielki procent z nich był objęty choćby podstawowym kształceniem. Warto podkreślić, że rodzina Wysłouchów nigdy nie robiła w związku z tym żadnych problemów i tolerowała korzystanie przez miejscową ludność z ich lasów.

Obraz Polesia, który wyłania się z książki jest niezwykły. Pola i lasy otoczone ogromnymi połaciami bagien, które dają schronienie wielu gatunkom zwierząt. Część z rozlewisk i torfowisk dostępna była tylko zimą, kiedy wszystko skuwał lód. Do części w ogóle nie można było dotrzeć. Należało wszakże uważać na zapadliny, które niejednego śmiertelnika wciągnęły do, jak to się mówiło, otchłani piekielnej. W pewne miejsca nie zapuszczały się nawet wilki...

Widać, że autor niesamowicie tęskni za Polesiem. W końcu to jego rodzinne strony, gdzie się wychował. Ale mam wrażenie, że nie tylko o to chodzi. Franciszek Wysłouch jest bardzo wrażliwy na przyrodę. Odnajduje w niej spokój. Obcowanie z nią przynosi mu radość i stabilizację. Nagła wyprowadzka zniszczyła cały jego świat. Świat, w którym głuszce i cietrzewie nie znajdowały się w Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych, ale były dość pospolitymi mieszkańcami poleskich lasów. Świat, w którym ogromne obszary kraju nigdy nie zostały dotknięte ręką ludzką. Świat, w którym łódź jest podstawowym środkiem transportu. Świat, w którym życie zaczyna się od niczym niezmąconej ciszy poranka i kończy mieniącym się na rozlewiskach słońcem. Świat, który nie jest jedynie środkiem do zaspokajania materialnych korzyści, ale źródłem zadumy, refleksji i wyższych uczuć.

"Echa Polesia" to jedne z ciekawszych wspomnień z życia w przedwojennej Polsce, które czytałem. Trochę irytowały mnie zbyt częste opisy polowań. Naprawdę nie rozumiem, co jest ciekawego w tarzaniu się w bruździe ziemi o świcie tylko po to, żeby strzelić do kaczki... Cudowne opisy przyrody rekompensują jednak tę niedogodność. Poza oczywistymi walorami historycznymi i przyjemnością z lektury (autor posługuję się pięknym językiem) książka pokazuje, jaką rolę odgrywa przyroda w równowadze wewnętrznej człowieka. Franciszek Wysłouch nie jest, rzecz jasna, pionierem w takim podejściu. Literatura od najdawniejszych czasów zna ten wzorzec i chętnie się nim posługuje. "Echa Polesia" dotyczą jednak świata relatywnie bliskiego nam i czasowo, i przestrzennie.





 Tekst oryginalny ukazał się na blogu
Libri amici, libri magistri


wtorek, 26 maja 2015

Iwona Menzel, Szeptucha



„Szeptucha” Iwony Menzel to fikcyjna opowieść o uzdrowicielce z Podlasia. A Podlasie to ostatni kawałek prawdziwych Kresów, jaki po II wojnie światowej pozostał w graniach Polski. To magiczna kraina, w której dzieją się cuda i dziwy. Zanikającą specjalnością Podlasia są „szeptuchy”, które od pokoleń pomagały ludziom w chorobie, a dzisiaj coraz częściej są zastępowane przez lekarzy. 

Główną bohaterką tej powieści jest Olena (Helena) Oleszczuk, młoda dziewczyna wychowana przez babkę, która była taką właśnie wiejską znachorką. Leczyła ludzi za pomocą modlitwy, okadzania i magicznych rytuałów. Po jej śmierci szeptuchą zostaje Olena, która już jako małe dziecko wykazywała zdolności paranormalne. Dziewczyna miała wprawdzie wyjechać do Białegostoku na studia medyczne, ale kiedy babka zmarła, odziedziczyła jej chałupę i zawód. Po paru latach Oleną zainteresuje się reżyser-dokumentalista z Warszawy, który zapragnie nakręcić film o Podlasiu…
  
Historia Oleny ukazana jest na tle szerokiej panoramy niewielkiej podlaskiej wsi Waniuszki , gdzie został już wprawdzie ostatni rolnik, bo innym się rolnictwo już nie opłaca, ale za to nie brakuje innych osobliwości, jak np. nawiedzony przez duchy przeklęty dom w pobliskim lesie, czy niezwykłe uroczysko na bagnach, gdzie wokół dawnej pustelni jakiegoś świętego są poprzybijane na drzewach tysiące dziecięcych lalek.   
Podlaskie Waniuszki to wieś pełna oryginałów, ludzi z fantazją i charakterem. Ich historie czyta się znakomicie. Autorka ma wielki talent narracyjny i prawdziwy dar opowiadania. Czytając tę książkę, czujemy się tak, jakbyśmy wpadli na kawę do sąsiadki i słuchali najciekawszych plotek z okolicy. Niezwykłe opowieści doprawione są poczuciem humoru i podane z lekką ironią. Bliżej tej książce do głośnej niegdyś „Konopielki” Edwarda Redlińskiego (do której są zresztą nawiązania w tekście) niż do różnych „Rozlewisk” i innych dzieł literatury popularnej, które popularyzują w miastowych kobietach przekonanie, że na wsi można żyć szczęśliwiej niż w mieście.

 „Szeptucha” jest szóstą książką Iwony Menzel. Czytałam jej poprzednie powieści, ale żadna nie przypadła mi do gustu tak bardzo jak ta. Przyznam się, że przy jej lekturze wróciłam do zabiegu z czasów dzieciństwa. To znaczy, czytałam bardzo wolno i z przerwami, alby na dłużej starczyło. Tak dobrze czułam się w tym powieściowym świecie. 

Być może zadecydował o tym także fakt, że znam nieco Podlasie. Byłam tam na wakacjach w latach 1990. kiedy to wieś wyludniała się, ludzie uciekali do miasta, a o agroturystyce nikomu się jeszcze nie śniło. Ludzie mówili po polsku z kresowym zaśpiewem, a niektórzy nie mówili po polsku, tylko w języku „tutejszym”, czyli mieszaniną słów polskich, ukraińskich i białoruskich. Piłam domowy bimber i kwas chlebowy. Jadłam kiszkę ziemniaczaną i kartacze. Byłam w Białymstoku, Hajnówce, Białowieży, Kruszynianach, Krynkach, Siemianówce i na górze Grabarce. Widziałam żubry, łosie, magiczny krąg w puszczy białowieskiej, polskich Tatarów, prawosławne cerkwie, opuszczony żydowski kirkut i podlaskiego uzdrowiciela. Żadnej szeptuchy wprawdzie nie spotkałam (choć opowiadano mi o nich), ale to co widziałam, sprawiło, że zakochałam się w tej magicznej krainie, podobnie jak Iwona Menzel, która w wywiadzie przeprowadzonym przez Wiktorię Korzeniewską mówi tak: „wystarczy trochę pobyć na Podlasiu, żeby zaczęło się śnić sny, które się spełniają, coś widzieć, coś słyszeć, coś przeczuwać…”

Kresy od dawna słynęły z różnych oryginałów, szaleńców , „jurodiwych”, tajemniczych obrzędów, duchów, zjaw i nawiedzonych budowli. Najwięcej pisali o tym polscy romantycy. Magia Kresów pojawia się także w literaturze współczesnej, m. in. u Tadeusza Konwickiego, który w jednym z wywiadów powiedział coś takiego, że – jego zdaniem – ta obfitość „jurodiwych” na Kresach bierze się stąd, że tam gdzieś właśnie znajdują się bogate złoża uranu. A uran promieniuje i wiadomo! Ludzie mają odlot! Nie wiem, czy jest uran na Podlasiu, ale jest to teoria ciekawa i wyjaśniająca magię Kresów w sposób realistyczny. A może jest całkiem inaczej? 

Polecam także znakomity wywiad z Iwoną Menzel na temat „Szeptuchy” i Podlasia. Przeprowadziła go Wiktoria Korzeniewska, autorka bloga  czytac-nie-czytac.blogspot.com
Jest tu:

Menzel Iwona, „Szeptucha”, wyd. MG, Warszawa 2014


Tekst oryginalny na blogu: archiwum mery orzeszko

niedziela, 24 maja 2015

W poszukiwaniu korzeni rodzinnych - Antoni Zadarnowski

Antoni Zadarnowski, Kobryń
Ten pomnik zobaczyłam najpierw na zdjęciu na stronie Zabytki i atrakcje Białorusi, Litwy i Podlasia. Poszukiwałam informacji o o pochowanym Antonim, a latem 2010 roku zrobiłam własne zdjęcia pomnika.


Antoni Zadarnowski, Kobryń
Treść inskrypcji brzmi:

Ś. P.

ANTONI ZADARNOWSKI
PRZEŻYWSZY LAT 89
ZM. 30 LISTOPADA 1884 R.
WDZIĘCZNE DZIECI STAWIAJĄC TĘ
SMUTNĄ PAMIĄTKĘ PROSZĄ BOGA
O SPOKÓJ DLA JEGO DUSZY
STANISŁAW ZADARNOWSKI
UR. W DZIATACH 1887
ZM. 9 VI 1913
W BOGUSŁAWICACH


Łucja Zadarnowska z domu Wrzosko, fot. dr Igor Demjaniuk

Łucja Zadarnowska z domu Wrzosko, fot. dr Igor Demjaniuk

 

piątek, 22 maja 2015

Julia Kłusek, Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć






Młodość spędzona na Wołyniu, tragedia Polaków zamieszkujących kresy, pobyt z dziećmi w łagrze, tułaczka po Azji - takie właśnie tematy poruszyła Julia Kłusek w swoich niezwykle ciekawych i zarazem wstrząsających wspomnieniach zatytułowanych "Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć". Spisała je dopiero pod koniec życia i nie liczyła na to, że zostaną wydane - ofiary stalinizmu nie miały przecież prawa skarżyć się na swoje cierpienia.

Na Wołyń Julia Kłusek przybyła wraz z mężem Franciszkiem w roku 1921 w ramach akcji zasiedlania - osadnikom obiecywano po 15 hektarów. Dziewczynie pochodzącej z biednej, wielodzietnej rodziny posiadanie takiej ilości ziemi wydawało się szczytem marzeń. Jednak wkrótce okazało się, że w osadzie nie mieszka się tak dobrze - pierwsze dziecko Julii zmarło z nędzy, drugie wychowywała w ziemiance, w której nie było ani okien, ani drzwi, ani pieca. A działo się to zimą...

Autorka w ciekawy sposób opisała swoje pionierskie życie w Szubkowie i potem w Bajonówce, nieporozumienia z ludnością ukraińską, ciężką pracę, rozbudowywanie gospodarstwa - i chwile, kiedy Sowieci wszystko Polakom odebrali. Wraz z trojgiem dzieci: Zosią, Ircią i Czesiem wywieziono ją na Syberię. Trafiła do łagru w Południewicy, gdzie musiała pracować tak ciężko jak mężczyźni. Jak udało jej się przetrwać tę gehennę? Chyba dzięki takim cechom charakteru jak pracowitość, niezwykła wytrzymałość fizyczna i pomysłowość. Radziła sobie ze ścinaniem drzew w tajdze na czterdziestostopniowym mrozie, z kruszeniem lodu na rzece, zorganizowała akcję łapania i gotowania kotów (brzmi to makabrycznie, ale pamiętajmy, że niemal umierała z głodu). O jej zaradności świadczy też fakt, że po opuszczeniu łagru jako jedyna spośród Polek zdołała sprowadzić z Afryki córkę Zofię.

Te godne polecenia wspomnienia zostały napisane prostym, gawędziarskim, plastycznym stylem, tak jakby autorka mówiła do grona znajomych. Niekiedy trafia się zdanie pełne patosu, na przykład przy opisie powrotu do Polski. Kłusek nie omijała tematów intymnych czy też wyjątkowo drastycznych, jednak niektórych swoich przeżyć nie potrafiła przekazać. Bo jak miałaby opisać to, co czuła po śmierci swojego dziecka? Kto jest zdolny do empatii, domyśli się, jaki to ból...

Na koniec jedna krytyczna uwaga: Julia Kłusek z dumą pisała o tym, że syn Czesio po wstąpieniu do Armii Andersa przysyłał jej piękne, ułożone przez siebie wiersze. Gdy doszło do zacytowania jednego z wierszy, okazało się, że znam go - to "Kiedyż" Mieczysława Romanowskiego. Więc albo matce coś się pomyliło, albo syn popełnił plagiat.

Oto kilka fragmentów książki:

"Tyle tysięcy kilometrów przejechałam przez Rosję, a nigdzie nie widziałam najmniejszego chociażby kwiatuszka na grobie. Tam wraz z zawaleniem ziemią kończył się człowiek" (s.127).

"Nasi ludzie padali z głodu, leżeli tam, gdzie umierali. Już nikt ich nie wynosił, nie grzebał. Tylko szakale miały swoje uczty, bo nocami dochodziło do nas ich przeraźliwe wycie. Poszłyśmy jeszcze wspomóc tych nieszczęśników, zagotować im wody, pocieszyć. Ale jak pocieszyć? Przecież nic im nie mogłyśmy zanieść do jedzenia, a każdy konający z głodu łaknie choć kęsa" (s.126).

"Ale oto jechaliśmy do tego jedynego na świecie zakątka, gdzie nam żyć i gdzie złożyć kości. Nic to, że inne piękniejsze, bogatsze. Tam nasz kraj ojczysty! Trzeba znowu wczepić się w tę ziemię rękami i trwać. Tylko tam!" (s.171).


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Koczowniczka o książkach


---
Julia Kłusek, "Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć", W drodze, 1990.
 

środa, 20 maja 2015

Henryk Dominiczak, Dzieje kresów i granicy państwa polskiego na wschodzie





Już od zarania dziejów historia kształtowania się wschodnich granic Polski była niezwykle bogata i skomplikowana. Mimo to problematyka ta nie była zbyt często przedmiotem badań, stąd też brak wielu kompleksowych opracowań poświęconych temu zagadnieniu. Niestety wschodni sąsiedzi zadbali o to by nasi przodkowie już od czasów piastowskich musieli podejmować wiele zabiegów aby utrzymać ziemie między Bugiem a Dnieprem. Tak było już w X wieku, kiedy to najazdy wrogów miały w dużej mierze charakter rabunkowy, jak również po zakończeniu II wojny światowej, kiedy na „konferencjach pokojowych” poprzez odcięcie od naszego kraju Wileńszczyzny, Wołynia i Ziemi Lwowskiej tereny te zostały zagrabione przez Związek Radziecki.

Książka płk. prof. dr hab. Henryka Dominiczaka składa się z sześciu obszernych części ułożonych w układzie chronologiczno-rzeczowym. W pierwszej przedstawiono podstawy kształtowania pogranicza i granicy wschodniej w okresie piastowskim. Część drugą autor poświęcił na ukazanie uwarunkowań politycznych i wojskowych unii polsko-litewskiej oraz przedstawił problemy związane przebiegiem granicy między Polską a Litwą i systemem obrony kresów wschodnich. Część trzecia obejmuje okres panowania królów elekcyjnych. Scharakteryzowano w niej m.in. stosunki polityczne z Moskwą, Tatarami, Turcją i Szwecją po zawarciu unii lubelskiej. Poruszono tu kwestię zaostrzenia sytuacji na Ukrainie i nasilenia walk z Kozakami oraz sporów z Rosją o terytorium Ukrainy. W ostatnim rozdziale tej części autor przedstawił schyłek i trzy rozbiory I Rzeczypospolitej oraz oczywiście związane z tym zmiany przebiegu granicy wschodniej.

Część czwarta ukazuje dążenia Polaków do odbudowy państwa polskiego w okresie zaborów. Po odzyskaniu niepodległości nasi pradziadkowie znów musieli walczyć o kształt granic naszego kraju. Zmagania polityczne i militarne oraz kształtujące się stosunki sąsiadami przedstawiono w części piątej. Wojna obronna w 1939 r., wcielenie wschodnich ziem polskich do ZSRR, zbrodnie UPA, sprawy polskich granic na konferencjach w Teheranie i Poczdamie to jedynie kilka z tematów szeroko omówionych przez autora w ostatniej, szóstej części niniejszej pracy.

Złożona sytuacja wewnętrzna na ziemiach wschodnich, sprawiła że Polska miała wiele trudności z zagospodarowaniem tego olbrzymiego terytorium. Na przekór tym problemom I Rzeczpospolita istniała na mapach Europy przez ponad cztery stulecia, stając się w pewnym okresie jedną z czołowych potęg na kontynencie. Po tragicznej II wojnie światowej i masowych wysiedleniach obywateli polskich, na kresach nadal pozostało wielu naszych rodaków. Mimo upływu już ponad siedemdziesięciu lat pozostała pamięć o historii tych ziem. Ziem, z których pochodzili nie tylko najwięksi twórcy naszej kultury narodowej jak Mickiewicz czy Słowacki lecz również wodzowie: Kościuszko i Piłsudski.
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Zapomniana Biblioteka


Wydawca: Adam Marszałek
ISBN: 978-83-7780-808-5
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 466
 

poniedziałek, 18 maja 2015

Philip Marsden „Dom na Kresach. Powrót’. Powrót do Kresów Utraconych, czyli apokalipsa przeczuwana.

Okładka książki Dom na Kresach. PowrótPiękna, wzruszająca książka. Opisuje świat kresowy, którego już nie ma. Warte uwagi jest to, że autorem jest Anglik, przyjaciel Zofii Ilińskiej, jednej z bohaterek.
 
Mamy tutaj napisaną z rozmachem opowieść o życiu, o miłości, o ludziach i o życiu polskiego ziemiaństwa w majątku na Polesiu, ale i w Wilnie, Petersburgu.

Autor jako Anglik i piszący po angielsku, opisuje historię tego rejonu z dystansem, objaśnia wydarzenia historyczne i postacie historyczne, które dla polskiego czytelnika są oczywistością.
Perspektywa czasowa odbywa się na kilku obszarach: młodości Heleny, dzieciństwa Zofii, i przyjazdu do Mantuszek Zofii z Philipem po 60 latach, już za Białorusi.

Opisy przyrody często przeskakują z opisów ludzi na opisy przyrody i ziemi, która dojrzała. Przypomina to literaturę apokalipsy spełnionej, i współgra z wydarzeniami opisywanymi w powieści.
 
Autor ukazał świat ziemiaństwa kresowego, który żył w pełni, ale i w przeczuciu apokalipsy. Narrator wspomina o napiętych stosunkach z chłopami białoruskimi przez wiele lat przez rokiem 39. Z książki można wywnioskować, że Kresy to był świat, który musiał się skończyć, tak arkadia przeszłości. Przyjazd powtórny Zofii do Mantuszek uświadomił to, że tamtego świata już nie ma, ale i że należy pogrzebać zmarłych i uporządkować groby dosłownie i w przenośni.

Życie polskich kresowiaków wywołało nostalgię do przodków, chociaż nie wszyscyśmy wywiedli się z dworków, o czym czasami nie wspominamy. Ale ta bujna przyroda, ten świat w pełni, te historie o duchach, przeplatający się świat prawosławia i chrześcijaństwa, łowienie raków, to wszystko znam z opowieści tych, którzy ocaleli.

Jeszcze jedno wrażenie z książki: piękne listy miłosne Heleny i jej adoratorów, a potem męża. Niespotykane w dzisiejszych czasach.

 Oryginalny tekst pojawił się na blogu: Literackie zamieszanie

niedziela, 17 maja 2015

Różana... wędrówki po Białorusi


Przemierzając drogi Białorusi trudno było mi się oprzeć wspomnieniom sentymentalnym, bo przecież tutaj nasi przodkowie zapisywali historię Polski złotymi głoskami . I co z tego zostało...? - odpowiedź na to pytanie jest przyprawiona łzami smutku i żalu.

„Polska jest jak obwarzanek. Wszystko co najlepsze na Kresach, a w środku pustka” – słowa Józefa Piłsudskiego tak bardzo przywołują wspomnienia o minionej potędze Rzeczpospolitej. Szkoda, że teraz możemy oglądać tylko pozostałości dawnej świetności rodów – Potockich, Tyszkiewiczów, Radziwiłłów, Sapiehów, Ogińskich, Lubomirskich, Chodkiewiczów, Paców… pozostających w granicach administracyjnych, Litwy, Białorusi, Ukrainy. Wojny, pożary, grabieże, polityka – doprowadziły do prawie całkowitego zniknięcia pałaców, dworów, zamków magnackich. To tak jakby ktoś wyrwał kartki z pamiętnika historii, starając się zatrzeć wszelkie ślady bycia na tych ziemiach życia.

Żal, że podcięto więzi z tym co było a dniem teraźniejszym, że przyszłe pokolenia będą miały tylko szczątkowy obraz tego co było kiedyś. Całe szczęście, że są pasjonaci, fanatycy historii, którzy przy dobrej woli obecnie rządzących starają się przywróci do życia choćby ułamek piękna minionych wieków. Tak jest w przypadku miejscowości RÓŻANA na Białorusi, dawnej siedzibie rodowej Sapiehów. 

Obecnie jest to senne miasteczko. Trudno uwierzyć, że kiedyś gościły tutaj koronowane głowy a pałac tętnił życiem. "W cóż się obróciły owe komnaty napełnione całym przepychem wschodu i zachodu? Gdzie ów liczny zbiór rzadkich książek, bogata zbrojownia? Gdzie pokoje, do których uczęszczali prymasi, biskupi, kanclerze, hetmani, wojewodowie, najpierwsi magnaci w kraju. Dziś obdrapane z kosztownych obić, ogołocone ze złoconych lamperii…"

Tak pisał o pałacu Sapiehów Leon Potocki.
 
Brama wjazdowa do Pałacu Sapiehów w Różanej
Wysoka brama wjazdowa z trzema prześwitami- środkowy, najwyższy, służył do przejazdu zaprzęgów konnych, dwa boczne, niższe i węższe, służyły pieszym. 

Brama wjazdowa widziana od strony dziedzińca pałacowego

 
Co z tego pozostało?

Zrujnowany pałac.... i odnowiona w 2012 roku brama główna i wskrzeszone "do życia" obie kordegardy. Mieści się tutaj malutkie muzeum poświęcone historii pałacu Sapiehów.

A tak kiedyś wyglądała różańska rezydencja.



... i stan obecny

 
 
 
 
I tak... może kiedyś będzie wyglądał pałac...
 

 
Historia tego miejsca jest przebogata. Trudno jest opisać w paru słowach kalendarium pałacu Sapiehów, bo tutaj działo się, oj działo!

Warto przypomnieć dzieje Różanej.

Pierwszy znany dokument pochodzący z 1490 roku mów, że Różana była własnością Kazimierza Jagiellończyka. W 1552 r. Różanę nabył za 30 tysięcy kop groszy litewskich wojewoda podlaski i smoleński oraz starosta bobrujski, czerkawski, kaniowski, krasnosielski, miński, piński i wołkowyski, Wasyl Tyszkiewicz. 15 lat później, za 6 tysięcy kop groszy, Tyszkiewicz uzyskał potwierdzenie własności tych dóbr od króla Zygmunta Augusta. Wasyl Tyszkiewicz przed śmiercią, w 1571 roku dobra różańskie zapisał w testamencie swojej córce Aleksandrze, ona zaś sprzedała je Grzegorzowi Odyńcowi Bruchańskiemu. W październiku 1598 roku od Bartosza Bruchańskiego Różanę kupił Lew Sapieha - sekretarz króla Stefana Batorego, kanclerz wielki litewski, wojewoda wileński, hetman wielki litewski, starosta brzeski, mohylewski i słonimski. Za jego panowania, Różna stała się centrum życia politycznego Wielkiego Księstwa Litewskiego.
 
Lew Sapieha
 
Na sztucznie usypanym wzgórzu, Sapieha zbudował zamek. Oprócz funkcji obronnej na zamku znajdowały się także komnaty reprezentacyjne oraz monumentalne schody, w częściach bocznych – pokoje mieszkalne, gabinety do pracy i biblioteka, piwnice posiadały dwie kondygnacje. W zamku, gościł królewicz Władysław Waza, gdy w 1617 roku szedł z armią na Moskwę. W 1642 roku syn Lwa- Kazimierz Leon Sapieha, marszałek nadworny litewski i sekretarz królewski, przekształcił zamek w przepiękną barokową rezydencję. W 1654 roku, Sapieha przyjął w różańskim pałacu króla Władysława IV wraz z małżonką, królową Cecylią Renatą. Dziewięciodniowa wizyta, podczas której król pił trunki ze starodawnego pucharu o nazwie „Iwan”, wykonanego z jednego kryształu szmaragdu, zakończyła się obdarowaniem królewskiej pary złotą wazą, belgijskim kobiercem, drogocennym pierścieniem i sobolowym futrem o łącznej wartości 31000 dukatów.

Od tego czasu Sapiehowie zaczęli się zaliczać do największych magnackich rodów Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
 
 Herb Różany z wizerunkiem św. Kazimierza Królewicza nadany20 VI 1637 roku prze króla Władysława IV

 Pałac w Różanej posiadał imponującą bibliotekę. Lew Sapieha gromadził w Różanach imponujący tematycznie i liczbowo księgozbiór, który przekazał synowi. Lew i Kazimierz Sapiehowie odbyli wieloletnie studia w Europie Zachodniej (Lipsk, Monachium, Leuven, Bolonia, Padwa), a ich księgozbiór w zamkowej bibliotece liczył ponad 3 tysiące woluminów.

Wewnątrz pałacu mieściły się kaplica, gabinet osobliwości archeologicznych - muzeum, galeria map i biblioteka, używająca własnego ekslibrisu (projektu Franciszka Bolcewicza z Wilna). W bibliotece znajdowały się woluminy o tematyce politycznej, kulturalnej, prawniczej a także czasopisma np dot. paryskiej mody.
 
Franciszek Balcewicz, C2, XVIII w. (ekslibris dla Józefa Stanisława Sapiehy 1708-1754)
Franciszek Balcewicz XVIII w. (ekslibris dla Józefa Stanisława Sapiehy 1708-1754)
Kazimierz Sapieha przed swoją śmiercią przekazał księgozbiór jezuitom w Wilnie, potem tenże księgozbiór figurował jako „biblioteka sapieżyńska”- rodu Sapiehów linii Różana- Czereja, w bibliotece Uniwersytetu Stefana Batorego.
 
Jan Kazimierz Sapieha
 
W pałacu różańskim przez kilka lat przechowywano trumnę z relikwiami św. Kazimierza – w 1655 roku przewieziono ją z katedry wileńskiej przed spodziewanym najazdem wojsk moskiewskich. Kronikarz Baliński pisze: „Przed spodziewanem najściem na stolice Litwy wojsk Aleksieja Michajłowicza, kapituła wileńska uprowadziwszy z kaplicy kościoła katedralnego ciało ś. Kazimierza, w r. 1655 złożyła je w pałacu tutejszym, gdzie kilka lat przechowywało. Sapiehowie na pamiątkę tego wypadu, kazali w Sali, w której spoczywały zwłoki świętego, wyryć na marmurze napis Divo Casimiro sacrum”.

Katedra Wileńska i relikwie św. Kazimierza


"Pałac w Różanie doznał znacznych zniszczeń ze strony Szwedów i wojsk konfederatów w 1698 roku. Rodowa siedziba Sapiehów popadła w niemal całkowitą ruinę w 1700 roku, kiedy to w bratobójczej wojnie domowej, obie strony konfliktu niszczyły dobra swoich przeciwników. Wojna ta, zwana kolizją litewską, była zbrojnym wystąpieniem litewskich rodów magnackich Wiśniowieckich, Radziwiłłów, Paców i Ogińskich popieranych przez średnią szlachtę przeciwko dominującej w Wielkim Księstwie Litewskim pozycji rodu Sapiehów z linii Różańskiej. Główna przyczyna konfliktu leżała w tym, że pod koniec XVII wieku Sapiehowie skumulowali w swoich rękach najważniejsze litewskie urzędy centralne (nepotyzm w najlepszym wydaniu!):
- hetmanem wielkim litewskim był Kazimierz Jan Sapieha,
- marszałkiem wielkim litewskim był Aleksander Sapieha,
- wojewodą trockim był Kazimierz Władysław Sapieha,
- podskarbim wielkim litewskim był Benedykt Paweł Sapieha,
- stolnikiem wielkim litewskim był Jerzy Stanisław Sapieha

- koniuszym wielkim litewskim był Michał Franciszek Sapieha

W tym miejscu przypomniały mi się słowa Jeremiego Przybory- " Rodzina, rodzina, rodzina, ach rodzina..."

O świetności rodu niech świadczy fakt, że od powstania do roku 1795 wydał on 41 wojewodów, 14 kasztelanów, 4 hetmanów wielkich litewskich, 2 hetmanów polnych litewskich, 3 kanclerzy wielkich litewskich, nie licząc kilkudziesięciu osób piastujących wiele innych ważnych urzędów. Pierś aż 18 jego członków oprócz innych odznaczeń zdobiły Ordery Orła Białego. Po zniszczeniach wojny domowej rezydencję różańską odnowił dopiero książę Aleksander Michał Paweł Sapieha – kanclerz wielki litewski, wojewoda połocki, hetman polny litewski. Staraniem księcia od 1784 roku obiekt został odbudowany i rozbudowany, a jedno z jego skrzydeł przeznaczono na teatr, gdzie wystawiano sztuki teatralne, operowe i baletowe.

Przy pałacu wytyczono park, sad i oranżerię, ujeżdżalnię, w podziemiach pałacu mieściło się archiwum i arsenał. Projekt nowego pałacu wykonał oraz nadzorował pracami Johann Samuel Becker, saksoński architekt.

Przepięknie wyglądały pałacowe arkady skąd rozpościerał się widok na otaczający dawniej wzgórze zamkowe ogród spacerowy, leżące w dole miasteczko i okolicę.
 
Różana - widok ze wzgórza pałacowego

Teatr Sapiehów w Różanej

"Teatr rozpoczął działalność w 1765 roku – był niezwykle nowoczesny jak na ówczesne czasy. Głęboka scena posiadała kilka kulis umożliwiających zmianę dekoracji w czasie trwania przedstawienia. Na widowni znajdował się obszerny balkon, a na nim 28 oddzielnych lóż, zamkniętych ażurowymi balustradami. Widownię z galerią i lożami ozdabiały kolumny, na osi portalu sceny widniał herb Sapiehów. Książęta mieli dwie własne loże: prosceniową oraz centralną, naprzeciwko sceny. Dwudziestą dziewiątą lożą była położona centralnie loża królewska. Oprócz sztuk francuskich grywano także polskie, obok osób “z towarzystwa” występowały dzieci chłopskie, edukowane w miejscowej szkole. Julian Ursyn Niemcewicz, który przyjechał z Adamem ks. Czartoryskim do Różany, tak pisał o różańskim teatrze:
 
„Po pierwszym powitaniu i nieco odpoczynku zaprosił nas książę Sapieha na teatr. Sala była nowa, świeża i czysta. Aktorowie wychowani do tego młodzi wieśniacy i wieśniaczki księcia grali po francusku operetkę Roussa, Le Devin de village, jak mi się wówczas zdało, bardzo dobrze.” I faktycznie, książę Aleksander Sapieha założył przy teatrze szkołę, w której kunsztu aktorskiego uczono dzieci jego poddanych włościan. Zatrudniał też aktorów zawodowych oraz tancerzy i muzyków, którzy w liczbie 40 stworzyli operową orkiestrę, koncertującą do lat dwudziestych XIX wieku. Teatrem kierował baletmistrz T. Prenczyński i robił to tak dobrze, że książę wyznaczył mu dożywotnie wynagrodzenie w wysokości 20 dukatów miesięcznie. 12 września 1784 roku w królewskiej loży zasiadł Stanisław August Poniatowski, udający się na sejm w Grodnie, żeby obejrzeć balet „Miłosierdzie Cita" ikomedię muzyczną "Czarodziejskie drzewa". Specjalnie zaprojektowana scena pozwalała siedmiokrotnie zmieniać scenografię podczas spektaklu.

Teatr Sapiehów uważany był w końcu XVIII wieku za jeden z najlepszych w Rzeczpospolitej.

W 1786 roku Aleksander Michał Paweł Sapieha przeniósł swą rezydencję do Dereczyna, „pałac w Różanie zaś sprzedał żydom, przez nich na fabrykę sukna przerobiony”. W rzeczywistości pałac został wydzierżawiony przedsiębiorcy żydowskiemu, Lejbie Pinosowi, który urządził w nim fabrykę tekstylną. Syn Aleksandra, Franciszek Sapieha, odziedziczywszy Różanę w 1793 roku, popadając w długi, przeniósł wszystkie różańskie dobra do Dereczyna.
 
Franciszek Sapieha


Od tego czasu zaczął się powolny upadek różańskiej siedziby.

Po śmierci Franciszka w 1829 roku Dereczyn i Różana przeszły na jego jedynego syna Eustachego.W 1831 roku władze carskie za udział w Powstaniu Listopadowym skonfiskowały dobra różańskie i dereczyńskie Eustachemu Sapieże. Obrazy, dzieła sztuki, bogatą bibliotekę archiwum z pałaców w Różanie i Dereczynie zostały przez Rosjan zrabowane i wywiezione do Petersburga, skąd już nigdy nie powróciły.

Główny korpus pałacu przerobiono na fabrykę włókienniczą, a pozostała część rezydencji powoli ulegała zniszczeniu. W 1914 roku pałac został spalony; w 1930 częściowo restaurowany, ponownie zniszczony podczas wojny w 1944 roku. Po II wojnie światowe władze radzieckie dały przyzwolenie miejscowej ludności na pozyskiwanie cegieł z pałacu.

W Różanej znajdują się także dwie świątynie ufundowane przez Sapiehów. Kościół św. Trójcy, wzniesiony w 1617 roku dzięki wspólnej fundacji Lwa Sapiehy i Aleksandry z Tyszkiewiczów Sapieżyny. Do boków kościoła w drugiej połowie XVIII wieku przybudowano dwie kaplice: Św. Krzyża (w 1768) i Św. Barbary (w 1787).
 
Kościół św.Trójcy w Różanej
 
Wnętrze kościoła św. Trójcy w Różanej

 
Kościół św. Trójcy w Różanej
Napis fundacyjny w kościele św.Trójcy w Różanej


Następną świątynią w Różanie jest cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła.Cerkiew została ufundowana przez Krystynę z Sapiehów Masalską, wybudowano świątynię w latach1762-1779 według projektu Jana Samuela Beckera.
 
Cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra  i Pawła w Różanej


 

Między obiema świątyniami, kiedyś był Rynek, obecnie mieści się tam niewielki park, gdzie ustawione takie oto rzeźby, przywołujące wspomnienia dawnych czasów.

Sapiehowie zapraszają...!
 
w tle widać wieżę kościoła św. Trójcy
w tle  cerkiew św.Apostołów i zespól klasztorny Bazylianów

 
Trudno mi się z rozstać z Różaną, jej historią i urokiem współczesnych czasów. Może kiedyś tutaj powrócę?

Oryginalny tekst pojawił się na blogu: Bezbrzeżne myśli


piątek, 15 maja 2015

Janusz Rolicki, Wyklęte pokolenia





"Bo przed ojczyzną, jaką jest Polska, jest zawsze najważniejsza, (...) mała ojczyzna rodzinna i lokalna". [str.206] Takie słowa włożył autor w usta seniorki rodu - Maryli. I można je traktować jako motto przewodnie rodu Krzemieńskich. "Wyklęte pokolenia” opowiadają właśnie o losach tego licznego, szlacheckiego rodu. 

Akcja rozgrywa się w latach 1864-1945 na Ukrainie, w Rosji, na Syberii i w Polsce. Poznajemy losy Jaremy Krzemieński, który jako młody chłopak, wychowany na romantycznych lekturach, przeżywa gorzkie rozczarowanie, gdy dowiaduje się, że jego dziadek był w obozie targowiczan, zdrajców Polski. Jarema miota się między tym, co się najlepiej opłaca a tym, co rzeczywiście gra mu w duszy, analizując szanse Polski na niepodległość i zastanawiając się, jak powinni postępować Polacy pozbawieni ojczyzny. W końcu żeni się z Rosjanką. Dopiero druga żona właśnie - Maryla Zabiełło - uświadomiła mu jak ważne jest pielęgnowanie tradycji, zaszczepienie patriotyzmu, aby móc potem z dumą przyznawać się do orzełka w koronie.

Powieść czyta się gładko, momentami z dreszczykiem emocji, gdzie na przykład Jarema ma bliskie spotkanie ze stadem wilków, a potem z syberyjskim niedźwiedziem. Autor w słowa bohaterów przeniósł też różne i skrajne postawy dotyczące przynależności, tożsamości, walki za Ojczyznę. Niepotrzebnie wplatał za wiele opisów wydarzeń historyczny, bo to powiewało nudą lekcją historii (przy moim wielkim jej uwielbieniu).
 
Przyczepić się jeszcze muszę do stylu i języka. Janusz Rolicki ma dziwną manierę budowania zdań złożonych z wtrąceniami. Aż do przesady! Ponadto nie zawsze stosuje się do zasad interpunkcji. Pozostałe zdania bardzo często zaczyna od spójników: ponieważ, i, a, aby, bo. Razi to niestety w oczy, oto przykład niewielkiego fragmentu tekstu z jednej strony [str. 45].

"A smarkata Eleonora nauczyła się..."
"Bo ci Rumunii z obcych języków jedynie uznają francuski,...
"A przedstawiają się jako Rzymianie wschodu i obrońcy kultury..."
"A swoją drogą, co to za szczęście,..."

I tak dalej, niestety, szczególnie autor upodobał sobie spójnik 'bo'
"Bo w przeciwnym razie bolszewicy wiele krzywdy za sprawą tej łodzi narobią". [str.25]
"Bo wiem, jak takie przeżycia okaleczają każdego człowieka..." [str.47]
"Bo ojciec młodego Jaremy był człowiekiem, praktycznym..."[str. 55]

Zabrakło mi również - z racji tego, że jestem wzrokowcem - mapy i drzewa genealogicznego rodziny. Przy sadze rodzinnej to aż się o prosi. Szczególnie, że potomkowie rodu byli bardzo liczni, a imiona mężczyzn się powtarzały się w każdym pokoleniu albo zaczynały się na literę E. Na końcu wszystkie te dzieci już mi się mieszały. Pojawiają się też błędy w datach urodzin. Teodor urodził się w 1998 [str.243], a Kazimiera w 1999r. [str.244], gdzie powinno być 1898 i 1899r. To wszytko było niestety dużym mankamentem w powieści i wypadłoby to dopracować. Jednak, żeby nie było tak negatywnie, to pewne rzeczy autorowi tu się udały znakomicie.

Po pierwsze - ukazał obraz Polaków, Polski na Kresach. Tragicznego ich zmagania się z polskością, przesiąkniętego goryczą ucieczki przed rusyfikacją, a potem Bolszewią.
Po drugie - poruszył problem tożsamości, przynależności Polaków do terenu, regionu, niby u siebie, ale zawsze jednak obcych, wyklętych - zarówno na Kresach, jak i w Polsce. A potem gorzkiego rozczarowania odradzającą się Polską, która miała być piękna, idealna, ze 'szklanymi domami'.
I po trzecie - opisał los tych pokoleń, które musiały w ciągu jednego dnia zostawiać cały swój majątek, dom i pogodzić się degradacją, po to, aby ratować życie swoje i bliskich.   
 
Na koniec perełka, których jest kilka w powieści:

"-To jest Polska - zamamrotał do siebie, wskazując ją nagle czubkiem palca. -A to - wykonał szeroki gest obiema dłońmi, od krańca do krańca mapy - niezmierzona Rasija. Cóż takiego tkwi w tej naszej polskości, że ja i miliony podobnych do mnie nie chcą się jej wyrzec? Nie chcą roztopić się w tym gigantycznym rosyjskim kosmosie?" [str.135]
 
 
Tu nasunął mi się utwór wykonywany przez Andrzeja Rosiewicza                                                    

Pytasz mnie, co właściwie Cię tu trzyma
Mówisz mi, że nad Polską szare mgły
Pytasz mnie, czy rodzina, czy dziewczyna
I cóż ja, cóż ja odpowiem Ci

Może to ten szczególny kolor nieba
Może to tu przeżytych tyle lat
Może to ten pszeniczny zapach chleba
Może to pochylone strzechy chat

Może to przeznaczenie zapisane w gwiazdach
Może przed domem ten wiosenny zapach bzu
Może bociany, co wracają tu do gniazda
Coś, co każe im powracać tu

Mówisz mi, że inaczej żyją ludzie
Mówisz mi, że gdzieś ludzie żyją lżej
Mówisz mi, krótki sierpień, długi grudzień
Mówisz mi, długie noce, krótkie dnie(...)

Może to zapomniana dawno gdzieś muzyka
Może melodia, która w sercu cicho brzmi
Może mazurki, może walce Fryderyka
Może nadzieja dla ojczyzny lepszych dni

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem
 

środa, 13 maja 2015

Wiesław Helak, Lwowska noc





„Lwowska noc” Wiesława Helaka to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników Kresów. Na okładce tej książki jest zdjęcie, na którym na kolanach swego ojca Józefa Sendery siedzi mała dziewczynka, jego córka Elżbieta. To jest matka autora, Wiesława Helaka. Zaś jego dziadek, Józef Sendera, jest głównym bohaterem tej powieści wysnutej z rodzinnych wspomnień i opowiadań.

Utwór zaczyna się w sierpniu 1939 r. od momentu, kiedy ukraińscy nacjonaliści palą polską flagę znajdującą się przy szkole, której kierownikiem jest Józef. Zaraz potem wybucha wojna. Do Lwowa wchodzą Sowieci, zaczynają się prześladowania, aresztowania i wywózki Polaków. „Na pożegnanie” Sowieci zabijają część więźniów w lwowskim więzieniu. Tych, których nie opłacało się już wywozić…

W 1941 r. wchodzą Niemcy, których lwowiacy z początku witają serdecznie, jako reprezentantów rzekomo „wyższej” kultury. Jednak hitlerowcy są równie okrutni jak bolszewicy. Prześladują zarówno Polaków, jak i Żydów. Zaczynają się łapanki, aresztowania, następuje słynna egzekucja profesorów lwowskiego uniwersytetu.

Razem z Niemcami, ramię w ramię, działają Ukraińcy, członkowie ukraińskiego batalionu SS „Nachtigall”, który dopuszczają się okrutnych mordów. Nie przestają działać także członkowie UPA. Żona Józefa z dziećmi ukrywa się na wsi. Jest Ukrainką i boi się własnych rodaków, którzy grożą śmiercią jej za to, że wyszła za Polaka. Józef także ukrywa się, a do tego działa w polskiej konspiracji we Lwowie. Składa zaprzysiężenie w kościele i przyjmuje pseudonim „Apostoł”. Nie chcę zdradzać dalszego ciągu zdarzeń, powiem tylko, że jest okrutny…

Na końcu powieści pisze Wiesław Helak: „Jesienią roku 1939 było to dumne miasto. Lwów i jego mieszkańcy stanowili wtedy jedność. Różnorodny, piękny i bogaty pejzaż, w którym żyło od wieków wiele nacji, zniknął jednak w ciągu kilku lat. Wydawało się, ze na zawsze zatrze się pamięć o tamtych ludziach i ich losach. Tak to zaplanował Stalin, Churchill, Roosevelt – ówcześni władcy świata. Musiała minąć epoka, by można było ujawnić to, co działo się w wojennym czasie. Ci, którzy przeżyli, opowiadali bliskim, dzieciom i wnukom – jeśli zdążyli – o swojej miłości do utraconego miejsca na ziemi. (…)
Miałem to szczęście, że zdążyłem choć trochę wsłuchać się w krótkie, dramatyczne relacje moich Dziadków, Rodziców i ich rodzeństwa – wszyscy doświadczyli wojennej traumy w swym Lwowie i na zesłaniu syberyjskim.”

Autor tej książki, Wiesław Helak, urodził się już po wojnie, w 1949 r. Pierwszy raz pojechał do Lwowa w 2000 r. A jednak pisze o tym mieście tak, jakby je znał od dziecka. Widać miłość do swej ziemi przekazują ludzie w genach. Jest to opowieść piękna i prawdziwa, choć momentami przejmująco smutna.
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Archiwum Mary Orzeszko 

poniedziałek, 11 maja 2015

Józef Łobodowski, Z życia człowieka gwałtownego

Z całej plejady poetów dwudziestolecia międzywojennego Józef Łobodowski pozostaje najmniej znanym, a nawet zapomnianym twórcą. A przecież jego biografia i dorobek są równie barwne i imponujące, warte uwagi i ponownego odkrycia. W antologii poezji polskiej doby międzywojennej, wydanej w 1997 roku, są zamieszczone trzy wiersze jednego z najbardziej utalentowanych poetów dwudziestolecia międzywojennego, a związanego z II Awangardą i kręgiem pisarzy ideowo lewicowych. Zatem lekturę spisanych przez Józefa Łobodowskiego w Madrycie wspomnień połączyłam z lekturą jego wierszy. Nielicznych wprawdzie, ale dających jako takie pojęcie o jego nieprzeciętnych zdolnościach twórczych oraz o tym, że tworzona przez niego w latach trzydziestych liryka była przesycona tragicznym patosem.
 
 
 

We wstępie Jacek Trznadel  napisał:

Droga życiowa i artystyczna Łobodowskiego ukazuje zwątpienie, rozterki, rozpacz, ale i ocalenie niezależnych, wolnych wyborów ideowych i artystycznych w polskiej literaturze ostatniego stulecia. Jego wspomnienia są istotnym przyczynkiem do rozpoznania perypetii ideowych i biograficznych tej literatury w latach trzydziestych, a zwłaszcza przeżyć i postaw młodziutkiej wtedy generacji "katastroficznej".


Książka zawiera opis niezwykle burzliwego życia, od patriotycznej i  "kozackiej" zarazem atmosfery domu rodzinnego po lata trzydzieste, kiedy to kiełkowały się i kształtowały poetycki talent i światopogląd Józefa Łobodowskiego. Jest to głos świadka doniosłych wydarzeń z historii, począwszy od rewolucji rosyjskiej w latach 1915-1916, a potem bolszewickiej (oglądał jej krwawe epizody, w tym pogrom ludności niemieckiego pochodzenia, oraz doświadczył głodu), poprzez odradzające się państwo polskie po I wojnie światowej, po lata trzydzieste, kiedy to pojawiało się coraz więcej złowieszczych znaków, że może wybuchnąć kolejna, jeszcze straszniejsza wojna. Głos człowieka dziś może nieco zapomnianego, ale jakże dla polskiej literatury i historii znaczącego. Książka wnosi nowe akcenty do tego, co już wiemy o literackim środowisku dwudziestolecia międzywojennego. Wspomnienia ukazują bowiem w nieznanym dotąd i wiarygodnym (Łobodowski doskonale znał literatów, których opisuje, z większością się przyjaźnił) świetle największe osobistości poetyckiego parnasu doby międzywojennej: Józefa Czechowicza i zgromadzonych wokół niego w Lublinie kolegów po piórze, Juliana Tuwima, Mieczysława Grydzewskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, Zuzannę Ginczankę. Przedstawia także ze swojej perspektywy losy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego i Władysława Broniewskiego. Ponieważ przywołane przez Łobodowskiego historie dotyczą pokolenia, które zostało przetrzebione przez wojnę, a potem komunizm, poeta nazwał swoje wspomnienia "przechadzkami po cmentarzu".

Łobodowski urodził się w 1909 roku w Purwiszkach na Suwalszczyźnie. W okresie międzywojennym Purwiszki znajdowały się w Polsce (była to Litwa Górna, zwana dawniej Auksztotą, i takiego określenia użył we wspomnieniu Łobodowski), obecnie są poza jej granicami. Poeta rozpoczął swoje malownicze wspomnienia od podszytych autoironią i humorem opowieści o swoim kresowym dzieciństwie, charakterystycznym dla dziecka ze średniozamożnej rodziny ziemiańskiej, a spędzonym kolejno w Lublinie, Moskwie, Jejsku (portowym mieście położonym przy Morzu Azowskim) i z powrotem w Lublinie. Uprzedzając ewentualne pytania ciekawych czytelników, poeta wyjaśnia, dlaczego, urodzony w Auksztocie, znalazł się tak szybko w Lublinie;
Po powrocie z wojny japońskiej - mieliśmy w domu liczne chińskie parawany i wachlarze, porozwieszane na ścianach; ojciec przywiózł je z Mandżurii - stary podał się do dymisji i kupił niewielki mająteczek w Purwiszkach, od rosyjskiego właściciela. Dał zadatek, reszta miała być wpłacana w dogodnych ratach. Aliści wkrótce potem córka poprzedniego właściciela zapadła na gruźlicę i lekarze dla jej ratowania nakazali wyjazd do południowych Włoch. Ojciec gruźliczki napisał do mego ojca błagalny list z prośbą o przyśpieszenie spłat. Nie było rady, po daremnym poszukiwaniu pożyczki ojciec sprzedał mająteczek z poważną stratą i wrócił do służby wojskowej. To wtedy właśnie otrzymał ponownie przydział do 8. batalionu saperów w garnizonie lubelskim.

Do najciekawszych fragmentów jego reminiscencji należą opisy: dramatycznego powrotu w 1922 roku do Polski, w czasie którego umrze na tyfus jego młodsza siostra (przez Rostów nad Donem, Połtawę, Kijów, Berdyczów, Sławutę, Szepietówkę i Zdołbunów do Równego), lubelskich perypetii gimnazjalnych i studenckich, początków działalności kulturalnej (w tym prokuratorskiej konfiskaty tomiku za obrazę moralno-religijną),  służby wojskowej przy 44. Pułku Strzelców Kresowych w Równem i próbie samobójczej, a także definitywnego zerwania z ideologią komunistyczną i związanej z tym próby naocznego przekonania się o tym, o czym już wiedział, czyli głodzie na Ukrainie i  jak wygląda "słoneczna rzeczywistość" w Związku Sowieckim. Postanowił to sprawdzić inaczej niż Władysław Broniewski dwa lata wcześniej. Łobodowski bowiem pieszo i nielegalnie przekroczył granicę z Rosją Sowiecką. Naprawdę warto przeczytać o tej graniczącej o szaleństwo wędrówce po Wołyniu i Ukrainie! Oto krótki fragment:

Pierwsze spotkanie z miejscowymi miało swój wdzięk: wczesnym rankiem następnego dnia spotykam na skraju lasu młodą dziewczynę, zbierającą do kobiałki grzyby lub jagody. Podchodzę bliżej: - 'Sława Bohu!' - co zastępuje polskie 'Niech będzie pochwalony!' Nie usłyszałem normalnego 'Na wiki wikiw', dziewczyna popatrzyła na mnie osłupiałym wzrokiem, rzuciła koszyk i w nogi. 

Jak doda poeta:

To pierwsze doświadczenie było dostatecznie wymowne, aby zrezygnować z dalszej podróży.

 Ignacy Matuszewski poradzi mu: "Niech Pan to wykorzysta w przyszłości. Teraz lepiej o tym nie pisać". O tej przygodzie napisze więc dopiero pięćdziesiąt lat później.

Nie brakuje poza tym w książce innych  fascynujących historii o tajemniczych czy niezwykłych sytuacjach lub epizodach, choćby o jasnowidzeniu Cyganki, które się sprawdziło, o tym, jak się przygotowywał do matury, ucząc się... na cmentarzu, czy nielegalnym handlowaniu samogonem i samodiełkami w ogarniętej głodem Moskwie i pobycie w związku z tym w celi.

Józef Łobodowski, który sam siebie nazywał "atamanem Łoboda", to niewątpliwie barwna i warta bliższego poznania postać polskiej literatury współczesnej. Należy żałować, że tak późno zaczął spisywać wspomnienia i że urwały się one na przedwojennym okresie jego "kozackiego" żywota. Poeta odniósł się po latach do wielu stereotypowych przekonań na jego temat, w tym do fałszywie wykreowanego, jak sam pisze, "przez oszczercze pióro nieboszczyka Gralewskiego", wizerunku skandalisty, gdyż podobno miał inicjować liczne awantury towarzyskie. Łobodowski stanowczo temu zaprzeczy, stwierdzając, że "skandali obyczajowych prawie nie było" i że teksty jego kolegów po piórze zawierają liczne fantazje i zmyślone wersje. Poeta dosyć skrupulatnie rozprawia się z krążącymi o nim legendami, choćby wokół mieszkańców (uwiecznionego w literaturze za sprawą powieści Zbigniewa Uniłowskiego ) "wspólnego pokoju" przy ulicy Dobrej w Warszawie. Demaskuje kłamstwa na swój temat. Ponadto demistyfikuje utarte sądy na przykład o "sanacyjnym "terrorze w stosunku do lewicowych pisarzy", opisując wielce interesujące sytuacje temu zaprzeczające, albo o niektórych epizodach życiorysów Tuwima, Gałczyńskiego i Broniewskiego. Kto wie, czy autorzy niedawno wydanych biografii tych poetów  (Urbanek i Arno) nie będą musieli ich poprawić albo uzupełnić o poglądy Łobodowskiego na ich temat. Wystarczy wspomnieć, iż Łobodowski był przekonany, że Gałczyński popełnił samobójstwo.

Nie sposób wymienić wszystkich intrygujących  wątków, jakie pojawiają się w Żywocie człowieka gwałtownego. Trzeba przeczytać! Prezentację wspomnień,, aby jeszcze bardziej zachęcić do sięgnięcia po nie, zakończę zapisaną w nich anegdotą dotyczącą Broniewskiego, a właściwie jego trzeciej żony:

 Znałem pierwsze dwie; Janina, czynna komunistka, wsławiona słynnym strajkiem razem z Wandą Wasilewską, była bardzo ładna i sprytna, druga, doskonała aktorka, była wybitnie inteligentna, trzeciej nie znam, opowiadano mi o niej, że łączy wybitną urodę z nie mniejszą głupotą. Kiedyś wychodząc z teatru, zdenerwowała się zbyt długim oczekiwaniem na futro i zwróciła szatniarzowi uwagę: "- Panie, to pan nie wie, że jestem żoną najwybitniejszego polskiego poety?!".
Szatniarz przyjrzał się jej uważnie, po czym zawołał do swego pomocnika: "- Felek, futro dla pani Słowackiej!'.

 **********************************************************************

Wspomnienia Żywot człowieka gwałtownego zostały spisane przez Józefa Łobodowskiego na zamówienie wydawnictwa Editions Spotkania. Pisane były do ostatnich chwil życia. Ostatnie fragmenty zostały wyjęte z maszyny do pisania dzień po śmierci autora. Wspomnienia uzupełnione są o wstęp Jacka Trznadla, kalendarium oraz aneks składający się z tekstów publicystycznych Józefa Łobodowskiego napisanych w przedwojennej Polsce.


Słyszałam charakterystyczną anegdotkę opowiedzianą przez Jana Kotta (człowieka partii i jednego z filarów umysłowych ustroju). Na jakimś odczycie w Żaganiu czy w innym miasteczku w dyskusji ktoś ze słuchaczy zapytał, co dzieje się z poetą Łobodowskim. „Przypadkiem wiem - odpowiedział Kott. - Jest w Hiszpanii frankistowskiej i przez radio wygłasza paszkwil na Polskę demokratyczną”. Na to w sali odezwały się dwa głosy pytając: „O której godzinie?”.

Maria Dąbrowska, Dzienniki
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...