piątek, 31 lipca 2015

Maria Rodziewiczówna, Florian z Wielkiej Hłuszy



„Florian z Wielkiej Hłuszy” to kolejna powieść Marii Rodziewiczowny o Kresach, a konkretnie o Polesiu. Rzecz dzieje się w zabitym dechami miasteczku Wielka Hłusza w czasie I wojny światowej, w latach 1915-1919. 

Tytułowy Florian to ogromny dzwon kościelny podarowany przed wiekami świątyni w Wielkiej Hłuszy przez królową Bonę w podzięce za uratowanie od nieszczęśliwego wypadku w podróży. Od tamtej pory ów dzwon jest wielką dumą okolicznych katolickich mieszkańców. Niestety, w czasie I wojny światowej, latem1915 roku, kiedy Rosjanie ewakuowali się z terenu zaboru rosyjskiego przed nacierającą armią pruską, nad Florianem zawisło widmo zagłady. Wszystkie dzwony, podobnie jak inne większe metalowe przedmioty, miały zostać przetopione na armaty. Armia rosyjska szukała ich i rekwirowała. Polacy z Wielkiej Hłuszy i okolic postanowili swój dzwon uratować. Zajęła się tym niewielka grupka młodych patriotów, którzy nocą po kryjomu zdjęli dzwon i ukryli go za miastem. 

Historia dzwonu jest pretekstem do opowiedzenia historii o ludziach, Polakach od kilkuset lat mieszkających na Polesiu. Ich przodkowie przybyli tam z Korony (z Mazowsza i spod Krakowa) i żyli od pokoleń na Kresach wśród białoruskiego ludu wierni swojej narodowości i religii. Faktycznymi bohaterami „Floriana z Wielkiej Hłuszy” są członkowie spokrewnionych ze sobą rodzin Skołubów i Wereszyńskich, a także ich znajomi i sąsiedzi. Wbrew nakazom władzy rosyjskiej, która nakazywała Polakom ewakuację w głąb Rosji przed wojskami niemieckimi, dzielni Polacy z Polesia postanowili zostać i trwać przy swoich domach, dworach i majątkach. Nie było to łatwe, bo Rosjanie wręcz zmuszali ludność do ewakuacji.  Po wyprowadzeniu ludzi i zwierząt z danego terenu lotne oddziały kozackie podpalały wszystko. Była to taktyka spalonej ziemi w praktyce. 

Jednak zarówno Skołubowie jak i Wereszyńscy pozostali na miejscu. Przetrwali ewakuację rosyjską, przetrwali ucieczkę białoruskiej służby folwarcznej, przetrwali rekwizycje żywności, koni i wszelkiego dobytku. Doczekali się kolejnej okupacji, tym razem niemieckiej, która – jak wierzyli – miała być lepsza od rosyjskiej. Miała być, ale nie była. W końcu po paru latach trudnej walki z przeciwnościami losu, pracując ciężko na roli własnymi rękoma, bo na ręce chłopskie nie mogli już liczyć, doczekali się końca wojny. 

W 1919 roku na wiosnę w Wielkiej Hłuszy witano wolną Polskę po latach zaborów. Zabrzmiał znów potężny dzwon Florian, a w kościele rozległa się „Rota” Marii Konopnickiej śpiewana wówczas zamiast hymnu polskiego. Polscy żołnierze wrócili z Francji z wojskiem generała Józefa Hallera. Legionista Alfred Rupejko, ranny na ciele, ale szczęśliwy na duszy i dumny ze służby w wojsku, zdobył wreszcie serce Bronki Wereszyńskiej, a jego rodzice wybierają się do dziadka Wereszyńskiego prosić o rękę wnuczki. Chciałoby się powiedzieć o bohaterach: „A potem żyli długo i szczęśliwie”, lecz wiemy, że przecież tak być nie mogło, bo już rok później do Wielkiej Hłuszy znowu zawitała wojna. Tym razem polsko-bolszewicka. Ale o tym już autorka nie wspomina. 

„Florian z Wielkiej Hłuszy” to pięknie napisana, barwna i pełna ciekawych przygód opowieść. Trochę patriotyczna, trochę sentymentalna. Na pewno – bardzo polska i bardzo ziemiańska. Momentami wzruszająca (te opisy przyrody i pejzażu Polesia!), momentami zabawna (zaloty niemieckiego żołnierza, Ślązaka Adalberta, do organiścianki Łusi). Czyta się to bardzo dobrze, lekko i szybko, co jest wielką zaletą podczas tych lipcowych upałów. Powieść wyszła w 1929 roku, a w 1938 roku Leonard Buczkowski nakręcił według niej film „Florian”. 

Podczas lektury myślałam o tej wielkiej wędrówce ludów na wschód, w głąb Rosji, jaką zaborcy zafundowali naszym rodakom nie tylko na Kresach, ale także w Polsce centralnej. Ten mało znany epizod naszej historii został opisany w wielu książkach z tamtej epoki. O tej wielkiej ewakuacji nadzorowanej przez wojsko carskie czytałam m. in. w takich tekstach jak „Lewa wolna” Józefa Mackiewicza, „Szklana góra” Eugeniusza Werstina, „Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów wschodnich 1893-1946” Heleny Roth, „Ania z Lechickich Pól” Marii Dunin-Kozickiej, „Boża podszewka” Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz. Zaś o ewakuacji Niemców na zachód w roku 1917 i jej wpływie na losy mieszkańców Kresów pisał przecież Michaił Bułhakow w „Białej gwardii”. 

Sięgnęłam po tę powieść Rodziewiczówny ponieważ koleżanki z bloga poświęconego literaturze kresowej (literackiekresy.blogspot.com/) intensywnie dopingują do czytania o Polesiu (i chwała Bogu!), a tu ja wciąż mam kłopot z odróżnianiem Polesia od Podlasia. A trzeba przecież pamiętać, że było po prostu Polesie (obecna Białoruś) i Polesie Wołyńskie (dzisiejsza Ukraina). I masz babo, placek! Odróżnij te wszystkie Polesia! I Podlasia… Przyznam się szczerze, że nie jestem do końca pewna, o jakim Polesiu pisze w tej książce Rodziewiczówna. Próbowałam namierzyć miasteczko Wielka Hłusza. Wujek Google podpowiada, że to może chodzić o Wielką Głuszę (Велика Глуша), jest to obecnie wieś na północy Ukrainy w Obwodzie Wołyńskim. Czyli – może chodzi o Polesie Wołyńskie? „Za Polski” ta miejscowość była położona w województwie poleskim, w powiecie Kamień Koszyrski i było siedzibą gminy Wielka Głusza.

A tu jest link do filmu „Florian” zrealizowanego według powieści Rodziewiczówny:



 Rodziewiczówna Maria, „Florian z Wielkiej Hłuszy”, wyd. Edipresse Polska, Warszawa 2012

Tekst oryginalny na blogu: archiwum mery orzeszko


środa, 29 lipca 2015

"Jak takiego pisarza nie lubić, jak nie biegać jego tropem dość zawiłym w końcu".


Życiorys Melchiora Wańkowicza to jeden z owych pasjonujących reportaży, których bohaterem jest pisarz tropiący sens ludzkiej przygody.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Na tropach Wańkowicza po latach, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 366.


Mistrz i ojciec polskiej opowieści reportażowej oraz twórca literatury patriotycznej. Korespondent wojenny, którego opisy bohaterskich walk Polaków na Westerplatte, oddziału majora Henryka Dobrańskiego oraz II Korpusu we Włoszech krzepiły w latach komunizmu („podbijał narodowy bębenek”). Najwybitniejszy i najpopularniejszy pisarz doby przedwojennej i powojennej. Demaskatorski publicysta. Dumny Kresowiak. Globtroter. Wielki indywidualista, na każdym kroku ujawniający wręcz magnackie sobiepaństwo. Tytan pracy. Człowiek niezwykle przedsiębiorczy (miał żyłkę do biznesu, o czym świadczy sukces założonego wspólnie z Marianem Kirsterem w 1924 roku Towarzystwa Wydawniczego „Rój”). Kochający i troskliwy mąż i ojciec, który stracił starszą córkę w Powstaniu Warszawskim. W PRL otoczony gęstą siecią donosicieli. Żarliwy patriota. Większość jego kultowych książek przedstawia losy Polaków w pierwszej połowie XX wieku. Przyjaciele i znajomi wspominają wyjątkowe poczucie humoru oraz barwną osobowość.  Ciągle udoskonalał swój warsztat pisarski. Dbał o sprawy materialne, by mieć komfortowe warunki do pisania. Bywał oszczędny, ale i szczodry, np. wspierał hojnie i bez rozgłosu antykomunistyczną opozycję. Miłośnik życia, czerpiący z niego garściami i tryskający optymizmem mimo przeciwności i trudnych wojennych doświadczeń. Kochał przebywać wśród ludzi, potrafił ich słuchać, a rozmowy swoje nazywał sondowaniem duszy. Agnostyk, choć wychowany jako katolik i bardzo przywiązany do tradycji. Taki wizerunek Melchiora Wańkowicza wyłania się z książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm − spadkobierczyni jego ogromnego archiwum.
                                                
[…]  interesujący człowiek, monumentalny pisarz - tak popularny i tak słabo znany i rozumiany - słowa puentujące jeden z najbardziej przejmujących rozdziałów książki najlepiej odzwierciedlają zamierzenia autorki, która za główny cel postawiła sobie przede wszystkim przybliżenie czytelnikom sylwetki Melchiora Wańkowicza. O jednej z największych indywidualności polskiej literatury w ostatnich dwudziestu latach mówi i pisze się bowiem  zbyt mało. Na tropach Wańkowicza... to dowód wielkiej empatii, literaturoznawczej dokładności oraz obiektywizmu, a także osobiste świadectwo wchodzenia w życie Melchiora Wańkowicza z tym specyficznym rodzajem zaangażowania, w którym czają się i ciekawość, i podziw, i niepokój czasem, bo odkrywać można wciąż wiele i są ślady, którymi nikt wcześniej nie podążał lub po prostu się urywają.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm pieczołowicie rekonstruuje losy pisarza rodem z Mińszczyzny, pokazuje jego artystyczną drogę, a przede wszystkim osobowość tej niezwykłej, elektryzującej postaci. Portretuje również utrwalone w jego przejmujących wspomnieniach: Szczeniących latach i Zielu na kraterze, postacie żony i córek: Królika (Zofii), Don Kichota (Krystyny) i Sancho Pansy (Marty). Przywołuje opinie krytyków twórczości, poznajemy także przyjaciół (np. Pawła Jasienicę), reakcje środowiska literackiego czy emigracyjnego, w którym nie brakowało zwykłych zazdrośników o jego gigantyczny sukces wśród czytelników. Dużo w tej książce odniesień do twórczości, fragmentów dzieł i korespondencji, nie brakuje też zdjęć z całego życia Wańkowicza, stale cieszącego się wielką popularnością, z której znakomicie potrafił korzystać, wpływając na czytelników i na różne środowiska, również polityczne. Aleksandra Ziółkowska-Boehm poznała córkę Wańkowicza, Martę Erdman („ostatnią z Domeczku”), a także ludzi, którzy byli mu bliscy albo którzy go zawiedli, np. Kazimierza Koźniewskiego - przedwojennego przyjaciela jego córek, a po wojnie donosiciela na ich ojca (bardzo interesujący jest wywiad z nim przeprowadzony przez autorkę 7 lutego 1990 roku). Zadziwia ogrom pracy włożonej w opisanie życia i dorobku króla reportażu. Czytelnik otrzymuje pieczołowicie prześledzone losy nie tylko autora Bitwy o Monte Cassino, ale także bliskich pisarza, ich dramatyczne przejścia w trakcie drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu.

W tej książce Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest śledczym, reporterką, dokumentalistką, researcherką i krytykiem literackim równocześnie. Z pietyzmem, posiłkując się dokumentami  i listami, odpiera różne zarzuty, podważa ich wiarygodność, np. podejmuje polemikę ze Sławomirem Cenckiewiczem, który w tekście Melchiora Wańkowicza kręta droga do Polski Ludowej próbował dowieść, że Wańkowicz został przez komunistów uwiedziony, a nawet przekupiony. Dowodem miała być willa „ofiarowana w hołdzie Wielkiemu Pisarzowi przez komunistów”. Aleksandra Ziółkowska-Boehm przypomina w tym kontekście, że tekst historyka wywołał protest m.in. Jana Sawy, który doglądał budowy domu na ulicy Studenckiej. To sprostowanie ukazało się w „Biuletynie IPN”, gdzie pierwotnie opublikowano artykuł Cenckiewicza. Dużo miejsca poświęca Aleksandra Ziółkowska-Boehm epizodom, mniej do tej pory badanym przez biografów. Drąży głębiej w wątki z życia Wańkowicza, które dotąd nie zostały szerzej opisane, np. kwestię jego stałej pomocy finansowej dla represjonowanych w PRL opozycjonistów, współpracy z Jerzym Giedroyciem czy choćby uwięzienia pisarza i przebiegu jego słynnego procesu w 1964 roku.

Dużo materiałów przyniosło Aleksandrze Ziółkowskiej-Boehm bogate archiwum, do którego miała i ma nadal nieograniczony dostęp, odkąd pisarz zapisał swojej sekretarce w testamencie (autorka była asystentką Wańkowicza przez ostatnie dwa lata jego życia). Dowody tego mamy w książce, sporo tu ciekawych drobiazgów, anegdot, potwierdzonych, wcześniej istniejących jako plotki, informacji. A skoro o anegdotach mowa, to warto wspomnieć, że Aleksandra Ziółkowska-Boehm włączyła do swojej publikacji niezmiernie ciekawe relacje małżeństwa poznanego w trakcie jednego ze spotkań autorskich. Janina i Henryk Trebertowie w czasie swoich młodzieńczych wakacji (było to w 1932 roku) przypadkowo poznali autora Na tropach Smętka. Dzięki spisanym przez nich wspomnieniom możemy się dowiedzieć, jak humorystycznie przebiegała pierwsza w życiu Melchiora Wańkowicza wyprawa kajakowa rozpoczęta od Słonima (obecnie miasta na Białorusi w obwodzie grodzieńskim, przy ujściu Issy). Oto fragmenty:

[…] Rano prawie jednocześnie zwijaliśmy nasze obozy. Przypływa swoją „Kuwaką” nieco zasapany Wańkowicz - czyżby znowu kłopoty z prymusem? Ale nie. „Kochani, ratujcie, prymus palił się wspaniale, ale nie mogę dać sobie rady z upchnięciem całego majdanu do kajaka!” […] Było to  jedno pasmo uciech, płynęliśmy już wolniej, a Wańkowicz od czasu do czasu strofował żonę: „Machaj mocniej wiosłem - patrz, Króliku, jak oni szybko płyną”, a sam niewidoczny dla żony, pluskał tylko głośno wiosłem, szelmowsko uśmiechając się do nas. Wańkowicz towarzyszył nam zawsze przy zakupach mleka czy jajek w nadbrzeżnych wioskach. Byliśmy wręcz zafascynowani jego umiejętnościami nawiązywania kontaktu z ludnością. Z błahych na pozór rozmów wyławiał wszystko, na czym mu zależało; było to, według jego określenia, sondowanie dusz. […] Panu Melchiorowi spływ wyraźnie się spodobał. Już w następnym roku z córką Tirliporkiem wędrował po ziemi mazurskiej, a owocem tej wędrówki była głośna i wstrząsająca książka „Na tropach Smętka”, wydana w 1936 roku”.

Melchior Wańkowicz ma dużo warstw jako jedna z największych postaci polskiej literatury. Był nie tylko pisarzem, ale i intelektualistą, którego teksty zawsze wzbudzały niemałe zainteresowanie i dyskusje. Aktywnie angażował się w bieżące polskie sprawy, na przekór wszystkiemu i wszystkim. Nie pozwalał na to, by go szufladkowano, trzymał się z dala od wszelkich koterii, chadzał swoimi ścieżkami, co musiało drażnić wiele osób. Aleksandra Ziółkowska-Boehm pokazuje wpływ jego biografii na twórczość, stara się wytłumaczyć pewne jego specyficzne konteksty, a także dlaczego tak wielu Polaków kochało lub nie znosiło pisarza. Próbuje także czasami rozbić prywatne sekrety, ale delikatnie, częściej jednak wchodzi w rolę krytyka literackiego oraz przywołuje poglądy innych badaczy twórczości autora Szczenięcych lat. Fragmenty dzieł wkomponowuje w życie Wańkowicza, pozostawiając je bez komentarza, by czytelnicy sami wyrobili sobie zdanie o nim i by zachęcić ich do lektury jego dzieł. To się udało autorce wręcz znakomicie, gdyż sama sięgnęłam po książki króla reportażu po przeczytaniu na Tropach Wańkowicza po latach. Warto bowiem skupić się na jego dziełach i ich przesłaniu.

 Zarówno dzieje pisarza, jak i osobiste wspomnienia Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm ze spotkań z wielkim pisarzem to mieszanka faktów i podań, prawd i interpretacji, uchwytnych szczegółów i umykającej istoty zdarzeń. To kolaż prawdziwych wspomnień (nie tylko swoich) oraz potwierdzonych w różnych źródłach informacji, w tym także w przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej teczkach, w których gromadzono nie tylko donosy, ale także różne uwagi i kłamstwa dotyczące Wańkowicza, a nawet jego sekretarki i asystentki. Książka jest raczej powieścią biograficzną niż klasyczną biografią. Jakby to powiedział mistrz autorki, stanowi mozaikę faktologiczną. Kamyczek do kamyczka i tak powstał spójny i arcyciekawy portret niepokornego i niezależnego pisarza.

 Tytuł mojej recenzji to słowa O. Jędrzejczaka z 1973 roku, zacytowane przez autorkę na s. 352.
***********************************************************************

 26 maja miałam przyjemność posłuchania opowieści (nie tylko o Melchiorze Wańkowiczu) Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm, która przyjechała do  Stalowej Woli na zaproszenie tamtejszej Biblioteki im. Melchiora Wańkowicza. Spotkanie miało niezwykły, bo muzyczno-literacki charakter. Przybyło wielu sympatyków twórczości pisarki. To był niezapomniany majowy wieczór! Na pamiątkę otrzymałam od mojej ulubionej pisarki piękną dedykację.


Fot. moje
Fot. moje


Dwa piękne zdjęcia można zobaczyć na blogu autorskim bohaterki pamiętnego spotkania (TUTAJ). 
Recenzja opublikowana pierwotnie na blogu Szczur w antykwariacie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Wiosna na Polesiu

Julian Fałat - roztopy

"Na Polesiu zachowały się największe puszcze olchowe, wydmy z pierwotną roślinnością stepową, bagna i jeziora torfowe. Nic dziwnego, że Polesie było rajem dla myśliwych polujących na łosie, jelenie, rysie, bobry i głuszce oraz ulubionym plenerem malarzy.
Wiosna roztapia coraz to nowe zaspy, połacie i wydmy śnieżne. Budzą się, zbierają, ruszają długo zastygłe wody. Woda przybywa coraz szybciej i wyżej, piętrzy się groźnie. Zrozpaczona, niosąca nadmiar wody Prypeć z bolesnym westchnieniem występuje z brzegów i zalewać zaczyna niskie torfowiska mszarniki, hała i kotlinne olsy- aż hen! 

 
Znikają pod wodą łęgi i wyżej położone błonia przybrzeżne, najniższe ostrowy, grzędy pełne jałowców i wrzosowisk, zarośla łóz, suchych i łamliwych szuwarów."

„Polesie” Antoni Ferdynand Ossendowski
 

Józef Chełmoński - zalana łąka

niedziela, 26 lipca 2015

Polskie groby na Białorusi - Jahołkowscy

Gieniutka Jahołkowska


Dalszy ciąg grobów, które sfotografowałam na katolicko-prawosławnym cmentarzu w Kobryniu.



Jahołkowska Gieniutka, żyła lat 6.

Gieniutka Jahołkowska
Franciszek Jahołkowski żył lat 55, zmarł 24 V (?) 1918 roku, Pokój Jego Duszy.
Franciszek Jahołkowski



Józef Jahołkowski żył 70 lat, zmarł 13 XI 1941
 Józef Jahołkowski

 Józef Jahołkowski




piątek, 24 lipca 2015

Osobowość "dzienna" i "nocna" Jarosława Iwaszkiewicza


Kim byli przyjaciele Iwaszkiewicza, jaki wpływ wywarła na niego jedna z najwybitniejszych polskich rodzin na Ukrainie, czyli rodzina Szymanowskich, w jakich domach zatrudniał się jako korepetytor, jak wyglądała podróż pisarza do Heidelbergu sześć lat przed Hitlerem, który był wtedy   jak potem wspominał  w powietrzu, szukano go, pragnienie powszechne wzdychało do niego, jakie obyczajowe ekscesy wywoływał i jak mu się wiodło w związku małżeńskim z Lilpopówną? Tego dowiedzieć się można z pierwszego tomu książki Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza, która ukazała się nakładem wydawnictwa Iskry.
Jej autor, Radosław Romaniuk, wykonał tytaniczną pracę, odtwarzając drobiazgowo pierwszy, mniej znany, okres życia Jarosława Iwaszkiewicza. Związany jest on z ukraińskim Kalnikiem, Elizawetgradem (dziś Kirowogradem), Kijowem, a także z przed- i międzywojenną Warszawą. Udało się mu stworzyć bogatą i fascynującą opowieść o wyjątkowym człowieku i burzliwych czasach, w których przyszło mu żyć.

       Opisując ukraiński okres życia Iwaszkiewicza, jego dzieciństwo na przełomie XIX i XX wieku na Podolu, Romaniuk wskrzesił umarły świat, w którym chłopiec uczył się skomplikowanej hierarchii społecznej i towarzyskiej pogranicza, osobliwej mieszanki demokratyzmu i elitaryzmu. W Kalniku żyli bowiem obok siebie ukraińscy chłopi, służba, żydowscy kupcy, ukraińscy i polscy pracownicy cukrowni, ilinieccy księża, ziemiańskie rodziny z sąsiedztwa o różnym statusie materialnym i społecznym. W takim wielokulturowym otoczeniu dorastał przyszły pisarz, co zaważy na całej jego biografii. 


       Publikacja jest wspaniałą opowieścią także o symbolach kresowej kultury, o wysepkach polskości w szumiącym morzu pszenicznej Ukrainy, na przykład o „Tymoszówce” – wiejskiej posiadłości Szymanowskich, która –  jak podkreśla Romaniuk –  dzięki światowemu powodzeniu muzyki Karola Szymanowskiego stała się legendą światową, wschodnią arkadią, której duch panuje w utworach napisanych przezeń przed 1917 rokiem. Do krainy dzieciństwa, Tymoszówki, wróci Iwaszkiewicz sześć lat później, po zdaniu matury w 1912 roku. Sąsiadami Szymanowskich była wówczas rosyjska rodzina Dawydowów, w której majątku –  o czym warto wspomnieć –  trzykrotnie gościł Aleksander Puszkin. W czasie drugiego pobytu w Tymoszówce Iwaszkiewicz stał się polskim poetą, gdyż jako język swojej twórczości wybrał ostatecznie polski. Niezwykle interesujące są również obszerne fragmenty opowiadające o zakątkach Polski, które odcisnęły duże piętno na Iwaszkiewiczu, choćby o położonych między Brzezinami, Łodzią a Strykowem Byszewach. 

      Usytuowanemu w tej miejscowości dworowi zawdzięczał pisarz liczne motywy swojej późniejszej twórczości, które Romaniuk stara się dokładnie wyłuskać. Wątek złożonych relacji między literaturą a biografią jest zresztą jednym z najważniejszych w jego pokaźnej rozmiarami książce. Potem były jeszcze Stawiszcze, gdzie Iwaszkiewicz pracował jako nauczyciel syna Witolda Hanickiego, administratora dób rodu Branickich, Krasnosiółka, w której uczył młodsze pokolenie podolskiej rodziny Lipkowskich, a także Tokarówka, do której podróż pisarza w przededniu wybuchu wojny stanie się zakończeniem jego kontaktów ze szlachecką Ukrainą. W 1917 roku zaczęto burzyć ośrodki kultury polskiej na Ukrainie. Do Iwaszkiewicza dochodziły, jak napisał później w Książce moich wspomnień, złowieszcze wieści: Tymoszówka Szymanowskich, Ryżawka Iwańskich, Hajworon Rzewuskich padały pod niszczycielską ręką. Fortepian Szymanowskiego spoczął w stawie, portret Balzaka u Rzewuskich spalono, kolekcję obrazów Iwańskiego wywieziono do małego muzeum w Humaniu, a dom cioci Masi zrównano z ziemią. Romaniuk zwraca przy tym uwagę, że Iwaszkiewicz bardziej mitologizował, niż pisał zgodnie z prawdą historyczną (dwór w Tymoszówce został zniszczony później, po 1920 roku, a fortepian zabrali sami Szymanowscy), co nie zmienia faktu, że w wyniku wojennej zawieruchy oraz niszczycielskiej siły bolszewików polskie dwory przekształciły się bezpowrotnie we wraki w burzliwym morzu. Rozdziały poświęcone dworom, w którym pisarz zmuszony był przez okoliczności życiowe zdobywać środki na życie, są jednymi z najciekawszych i najbardziej poruszających, ponieważ ukazują wachlarz odmian polskiego życia na Ukrainie. Choćby z tego powodu warto sięgnąć po tę biografię –  aby poznać obyczaje, kulturę i sposób życia Polaków na ukraińskiej prowincji, na wysepkach polskości, przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Ukraina już na zawsze będzie dla autora Sławy i chwały skradzioną ziemią i moim życiem ukradzionym –  elementem, który będzie starał się odzyskać w literaturze i muzyce, którym poświęci swoje życie.

      Romaniuk, przedstawiając drobiazgowo barwne koleje losu pisarza, opowiada także polskie – używając słów samego Iwaszkiewicza z wiersza Do Pawła Valery –  splątane ślady na kartach historii. Pisząc o kijowskich latach szkolnych przyszłego pisarza, autor biografii maluje dramat pokolenia dorastającego w przededniu wojny światowej i rewolucji, przedwcześnie dojrzałego, intensywnie wykorzystującego czas, który zostanie odebrany, pokolenia, nad którym wisi miecz historii. Truizmem byłoby stwierdzenie, że przemiany polityczno-gospodarcze będą wpływać na wybory dokonywane przez przyszłego pisarza, kształtować jego stosunek do polskości, obowiązków patriotycznych, literatury, Ukrainy i Polski. Wspominając po latach podróże do Byszew, napisze Iwaszkiewicz: nie można powiedzieć, abym był podówczas zrusyfikowany, ale brak oporu ze strony rosyjskiego społeczeństwa wciągał mnie po trosze w tamtą kulturę. W 1914 roku, jako że nie był urodzonym żołnierzem ani rosyjskim patriotą, wybrał instynkt życia i tworzenia dyktowany przez kondycję artysty i pozostanie tak obranej drodze wierny do końca. Jak zauważa Romaniuk, w życiorysie Iwaszkiewicza model ten będzie się powtarzał w bardziej skomplikowanych moralnie wariantach.

    Nie brakuje, oczywiście, w publikacji wzmianek o homoerotycznych fascynacjach i przyjaźniach Iwaszkiewicza. Biograf opisuje, jak się rodził erotyzm pisarza, zaznaczając, że nigdy nie był to homoseksualizm walczący  ani o prawa do realizacji miłości, ani też z samym ukierunkowaniem uczucia. Romaniuk nie epatuje jednak czytelnika tym wątkiem życiorysu pisarza, starannie wyważa proporcje i unika związanych z tym niepotrzebnych dywagacji, charakterystycznych dla epoki politycznej poprawności.

     Autor nie formułuje także jednoznacznych sądów na temat życia i twórczości Iwaszkiewicza, którego osobowość była pełna sprzeczności, wręcz przeciwnie - oceny i interpretacje pozostawia czytelnikom. Wizerunek autora Brzeziny wyłaniający się z publikacji, daleki jest od marmurowej posągowości. Staje przed nami człowiek o osobowości z jej stroną „dzienną” i „nocną”: pełen wzniosłych ideałów i celów, kochający życie nieoglądające się za siebie i czerpiący z niego garściami, przywiązany do rodziny, tęskniący za nią, gdy przebywał w oddaleniu, ale jednocześnie buntujący się przeciwko mieszczańskim wartościom, skłonny do popadania w depresję i męczący się życiem codziennym. Wszechstronnie utalentowany (dziś zapomina się, iż był również doskonałym muzykiem, a także dobrze zapowiadającym się aktorem), władający kilkoma językami, znakomity poeta i pisarz, ale zarazem zbyt mało pewny swojej wartości jako literat, marzący, by zostać, jak to ujmował, przeciętnie dobrym pisarzem. Kochający przebywać w blasku życia towarzyskiego, ale równocześnie mający kompleksy młodego twórcy i nieśmiały, nawet wtedy, kiedy skamandryci tworzyli już tę znaną bandę na półpiętrze –  jak wspominała Ola Watowa. Czuł, że odstawał od towarzystwa zbierającego się w Ziemiańskiej, skarżył się, że traktuje go jak popychadło, co chyba nie było dalekie od prawdy, gdyż –  jak zaznacza Romaniuk –  Lechoń uważał, że jest nieinteligentny, a Słonimski ukuł eufemizm, że Jarosław ma „Londyn w głowie”, więc nie należy jego twórczości traktować poważnie. Po śmierci teścia potrafił jednak ten poeta wykazać zmysł praktyczny i nieźle prowadzić interesy w okresie największego kryzysu gospodarczego XX wieku.

      Tom pierwszy biografii Jarosława Iwaszkiewicza to nie tylko niesamowicie zajmujący i szczegółowy opis życia oraz twórczości jednego z najwybitniejszych i najbardziej kontrowersyjnych zarazem polskich pisarzy dwudziestowiecznych, lecz także imponujący fresk Ukrainy i Polski w latach 1894–1939, europejskiej sceny politycznej tego okresu oraz bogatej polskiej kultury, kształtującej się na tle wiekopomnych i tragicznych w swych skutkach wydarzeń. Lektura książki Radosława Romaniuka pozwala prześledzić także losy innych luminarzy polskiej sztuki, których ścieżki przeplatały się z zawiłymi i dziwnymi drogami pisarza. Wiele obszernych fragmentów publikacji to doskonałe przyczynki do portretów przyjaciół i współpracowników Iwaszkiewicza z czasów jego dzieciństwa, młodości i dorosłego życia. Oczywiście, o niektórych z nich sporo już wiemy, ale większość została zapomniana i domaga się większej uwagi. Lektura tomu pierwszego, mistrzowsko napisanego, wręcz z epickim rozmachem, to wspaniałe doświadczenie poznawcze, naturalnie zaostrzająca jedynie apetyt. Każe czytelnikom z niecierpliwością czekać na tom kolejny, który będzie dotyczyć, jak nietrudno się domyślić, losów autora Panien z wilka w czasie drugiej wojny światowej oraz jego wyborów powojennych. Można żywić nadzieję, że dowiemy się czegoś nowego, gdyż nawet dla córki Iwaszkiewicza, Marii, przedstawione w tomie pierwszym informacje o jej ojcu były sporym zaskoczeniem  - szczególnie te, dotyczące ukraińskiego etapu jego biografii.

Recenzja ukazała się na portalu Granice.pl i blogu Szczur w antykwariacie

środa, 22 lipca 2015

Irena Domańska-Kubiak, Zakątek pamięci. Życie w XIX-wiecznych dworkach kresowych





„Na Kresach Wschodnich, jak również w centralnej Polsce zasada „gość w dom, Bóg w dom” była oczywista i niepodważalna. Sąsiad mógł przyjechać w każdej chwili, bez zapowiedzi i liczyć na radosne, gościnne przyjęcie; obfity poczęstunek, dłuższe pogawędki, partyjkę wista i w końcu na nocleg. Gospodarze porzucali codzienne zajęcia i zajmowali się gośćmi. Zupełnie inaczej było w Wielkopolsce, gdzie o podobnych obyczajach opowiadano sobie ze zgrozą. Tam nikt nie wybierał się z wizytą bez uprzedzenia i potwierdzenia zaproszenia. Gospodarz mimo to nie poświęcał gościom całego swego czasu, jedynie tak starał się rozplanować dzień, aby mieć parę godzin wolnych od codziennych zajęć. Nie wypadało też wizyt przeciągać i bez wyraźnego powodu nikt nie nocował w nie swoim domu. Wspomnienia z tych dwóch krańców Polski brzmią tak, jakby dotyczyły zupełnie różnych krajów i budzą refleksję, że małżeństwa mieszane, o ile się zdarzały, nie miały łatwego życia.” (s. 121)

Była kiedyś seria wydawnicza Państwowego Instytutu Wydawniczego opisująca życie codzienne w różnych krajach i epokach (wykaz z
Biblionetki). Czytając książkę Ireny Domańskiej-Kubiak o życiu w dworkach kresowych od razu przyszły mi na myśl te właśnie książki. „Zakątek pamięci” to książka, która pozwala się przenieść w czasie i poznać życie w kresowych dworkach, kiedy było ono jeszcze bezpieczne, poukładane i wygodne, kiedy dwór stanowił oparcie dla całej rodziny, bliższej i dalszej, i wszelkiego rodzaju zubożałych rezydentów . Dzięki autorce udajemy się w podróż sentymentalną do świata tradycji i uświęconych reguł współżycia społecznego, które składały się na ziemiański styl życia. Choć nie brakowało kłopotów finansowych, szykan ze strony aparatu urzędniczego imperium rosyjskiego, to jednak ziemianie mogli wieść życie spokojne i pożyteczne, mogli dbać o rozwój własnego gospodarstwa i kultywować tradycje patriotyczne, jeśli tylko chcieli.

„Zakątek pamięci” odtwarza życie właścicieli dworków kresowych w oparciu o wspomnienia, listy i literaturę piękną. Autorka prezentuje rutynę, tryb życia codziennego i zwyczaje tej warstwy społecznej. Siłą rzeczy, z uwagi na wykorzystane materiały, jest to obraz wycinkowy, ale jakże przekonywujący! Tym bardziej przemawia on do naszej wyobraźni, że mamy świadomość, jaki koniec czekał mieszkańców dworków ziemiańskich.

Irena Domańska-Kubiak zaznacza, że jej książka nie jest pracą naukową, nie omawia życia innych warstw społecznych zamieszkujących w tym czasie teren Kresów Wschodnich. Wyjaśnia też, że mieszkańcy dworków kresowych, pozbawieni kraju lat dziecinnych, pozostawili najwięcej wspomnień i pamiętników, które były źródłem cennych informacji. Autorka wykorzystuje również niektóre pozycje beletrystyczne, np. wznowiony niedawno „Pamiętnik Wacławy”, których fragmenty oddają codzienność ludzi żyjących tam w XIX stuleciu, choć właściwie czasami można ten okres przedłużyć do początków wieku XX.

W kolejnych rozdziałach poznajemy funkcje dworu szlacheckiego, plan dnia powszedniego, zajęcia i rozrywki mieszkańców dworków podczas długich zimowych wieczorów, życie towarzyskie i stosunki z sąsiadami. W ostatnim rozdziale Autorka podsumowuje swoje rozważania zastanawiając się, jakie dziedzictwo zostawili nam nasi przodkowie z Kresów, co pozostało z tego świata…

Przeczytałam tę książkę z ogromną przyjemnością. Dzięki potędze słowa przeniosłam się na czas lektury na dalsze i bliższe Kresy, do dworków szlacheckich tętniących życiem, których właściciele tworzyli prawdziwą sąsiedzką wspólnotę, pomagając sobie w trudnych chwilach. W obecnych czasach, gdy obserwujemy coraz mniej działań na rzecz wspólnoty (sąsiedzkiej, rodzinnej, lokalnej) warto przenieść się w czasie i zobaczyć ten wycinek przeszłości, o którym opowiada Autorka. Oczywiście, były momenty mniej sielankowe i właściciele dworków również nie byli chodzącymi ideałami, ale książka prezentuje pewną wypadkową kultywowanych obyczajów. Zwraca uwagę na bogactwo i treść tej codziennej egzystencji pozbawionej przecież współczesnych rozrywek czy udogodnień, bez których my nie wyobrażamy sobie życia. A oni mieli czas na rozmowę, lekturę i czynności gospodarskie.

Cenne są dla mnie te lektury wspomnieniowe, które ostatnio czytuję nie tylko ze względu na poszerzenie mojej wiedzy o życiu naszych przodków, lecz również z uwagi na nowe tropy literackie, które w nich odnajduję. Dzięki Irenie Domańskiej-Kubiak postaram się dotrzeć do wspomnień Janiny Żółtowskiej ("Inne czasy, inni ludzie") i Antoniego Kieniewicza ("Nad Prypecią, dawno temu...") z Polesia, z których najczęściej korzystała autorka „Zakątka pamięci”. To była piękna podróż sentymentalna do świata, którego już nie ma i który nie wróci… Ale dobrze, że był.
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye



poniedziałek, 20 lipca 2015

Poleskie mokradła


Julian Fałat - krajobraz z łosiami

"Za Włodzimierzem Wołyńskim zaczynały się poleskie krajobrazy. Więc najpierw leśny trakt, szeroki na dziesięć metrów, piaszczysty, po którym koleiny wozów wiły się zygzakowato.

Po obu stronach coraz gęściej otaczał nas las, niezbyt wysoki, niezbyt gęsty, a spomiędzy drzew coraz częściej ukazywały się kępy ostrych traw jak bezkwietne bukiety. Potem ich liczba zwiększała się, pojawiały się mszary, małe brzózki i to już były bagna, na które nie wolno było wchodzić jeśli się dobrze miejsca nie znało, a zwłaszcza jeśli się nie miało techniki skakania po tych kępach ostrych traw, bo łapczywa ciemność mokradeł połykała bezlitośnie wszystko, co się w jej królestwie znalazło obcego"


Tadeusz Chrzanowski książka „Kresy czyli obszary tęsknot”

niedziela, 19 lipca 2015

Polskie groby na Białorusi - Maria Ostromecka, Michał Ostromecki

Cmentarz katolicko-prawosławny w Kobryniu.

 Ś. P. 
MARIA OSTROMECKA
19/23 XII 14 - 19/23 I 87 (ur. 23 XII 1914, zm. 23 I 1987)
pokój jej duszy
tę pamiątkę ofiarują
DZIECI

Ś. P.
ALEKSANDRA CZERWIŃSKA
18/6 VI 95 - 19 24/IV72 (ur. 6 VI 1895 - zm. 24 IV 1972)
kochanej mamie
od dzieci




 Ś. P.
MICHAŁ OSTROMECKI

1903 - 1939
ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ 
TRAGICZNĄ







piątek, 17 lipca 2015

Opowieści o tych, którzy walczyli o naszą wolność

 [...] kto nie był w konspiracji w czasie wojny i nie brał udziału w Powstaniu, ten nie jest w stanie pojąć ani należycie ocenić nastroju, jaki panował wówczas w społeczeństwie. Nie rozumie tej postawy, która decydowała o wszystkim, a wyraziła się wolą walki do ostatniej krwi.
Zofia Korbońska


(Rzeka nie powstała. Rozmowy z Zofią Korbońską w: A. Ziółkowska-Boehm, Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści, Iskry, Warszawa 2014, s. 142).


 


Są książki, które czytamy jednym tchem, nie mogąc się od nich oderwać. Druga bitwa o Monte Cassino należy do nich również dlatego, że jest w tej publikacji jakieś sienkiewiczowskie, a także wańkowiczowskie, tchnienie - takiegoż pokrewieństwa są właśnie sceny, i ludzie, i zdarzenia, i charaktery, i skutki dziejowego huraganu ukazane przez autorkę. Jest to książka, którą z radością przyjmą nie tylko miłośnicy historii najnowszej.
Drugą bitwę o Monte Cassino można śmiało traktować jako kontynuację poprzedniej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm - Lepszy dzień nie przyszedł już, tym bardziej że jedna z bohaterek najnowszej publikacji, wspominająca swoje szczęśliwe dzieciństwo i wczesną młodość spędzoną na Wileńszczyźnie i Polesiu, wypowie takie same, jakże symboliczne, słowa: Lepsze dni już chyba nie przyszły. Razem te dwie publikacje stanowią dyptyk pod względem tematycznym i gatunkowym. Wspólną cechą rozmówców pisarki jest fakt, że żyli w czasach, w których historia dramatycznie doświadczała państwa i narody, a jednostki stawiała przed koniecznością podejmowania trudnych wyborów moralnych. Wojna zabrała im młodość, marzenia i rodzinę.

W każdej spisanej przez Aleksandrę Ziółkowską-Boehm opowieści wyraźne są dążenie do ustalenia prawdy historycznej i próba zrozumienia, co to znaczy być człowiekiem w ekstremalnych warunkach. Wykorzystując wspomnienia autentycznych postaci – uczestników i ofiar drugiej wojny światowej – pisarka skupia się na ukazaniu trudnej historii Polski przez pryzmat jednostkowych losów. Położenie akcentu na taki wymiar przedstawionych wydarzeń zmusza do refleksji: o cierpieniu, heroizmie, tchórzostwie i patriotyzmie. Nie brakuje wątków kresowych, literackich, a nawet militarnych. Lekturą będą usatysfakcjonowani miłośnicy Kresów, szczególnie Wileńszczyzny i Polesia (bo choć od 17 września 1939 roku Kresy znajdują się poza granicami Rzeczypospolitej, to pozostały w naszych sercach), pasjonaci lotnictwa (autorka przywołuje ciekawe ustalenia Janusza Krasickiego dotyczące rodzajów samolotów, jakimi latał generał Władysław Sikorski), a także osoby, które interesują się po prostu historią drugiej wojny światowej, w tym fenomenem Polskiego Państwa Podziemnego (dzięki pisarce przybliża go nam Zofia Korbońska, która była jedną z organizatorek tajnej radiostacji Kierownictwa Walki Cywilnej), Powstaniem Warszawskim i rzezią wołyńską.

Świadectwa zebrane w tomie nasycone są dużym dramatyzmem, ale i nostalgią, a jedno z nich rzuca nowe światło na jedno z najważniejszych wydarzeń okresu drugiej wojny światowej, a mianowicie na bitwę o wzgórze Monte Cassino, kluczową niemiecką pozycję obronną (linia Gustawa), zdobytą 18 maja przez II Korpus Polski dowodzony przez generała Władysława Andersa. Cennym dokumentem dla historyków będą z pewnością zgromadzone przez Aleksandrę Ziółkowską-Boehm relacje żołnierzy 3 plutonu z 3 kompanii tworzącej 4 Pułk Pancerny, który 17 maja 1944 roku dotarł na kluczowy punkt Widmo i ostrzelał schrony niemieckie. Jednym z żołnierzy walczących w tym pułku był Zdzisław Julian Starostecki, którego fascynujący życiorys stanowi zresztą gotowy scenariusz filmowy. W 1995 roku opowiedział on autorce swoją wersję zdobycia Widma. Ten wywiad wywołał prawdziwą burzę w emigracyjnym środowisku uczestników sławnej bitwy, stąd symboliczny tytuł książki. Ze strony towarzyszy walk Starosteckiego posypały się gromy zarówno na niego, jak i autorkę wywiadu oraz Jerzego Giedroyca, który go opublikował. Całą sprawę można nie bez kozery nazwać „polskim piekiełkiem”. Pisarka zrelacjonowała istny festiwal wzajemnych oskarżeń i chamskich słów, których nie szczędzili sobie nawzajem uczestnicy bohaterskiej bitwy o Monte Cassino. Dobrze się stało, że Aleksandra Ziółkowska-Boehm opisała kulisy długiego dochodzenia do prawdy. Dzięki temu czytelnicy mogą sami wyrobić sobie zdanie na temat przedstawianych przez żołnierzy 4 Pułku Pancernego różnych wersji stoczonej na włoskim wzgórzu bitwy w przełomowym, jak się później okazało, momencie.

Z wieloma bohaterami książki i ich rodzinami Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest zaprzyjaźniona bądź pozostaje w stałym kontakcie. Znajomość z niektórymi zaczęła się zresztą dzięki jej czytelnikom, którzy przekonali pisarkę, że ich opowieści są warte wysłuchania i spisania. Świadków historii poznajemy z wywiadów przeprowadzonych przez autorkę, listów, pamiętników, relacji bliskich i wspomnień towarzyszy czasów walki. Przy okazji autorka zdradza tajniki swojego warsztatu reporterskiego, co stanowi kolejny walor publikacji (pasjonujące było śledzenie pracy dziennikarskiej i pisarskiej od momentu opublikowania brzemiennego w raczej nieprzyjemne skutki wywiadu pisarki z uczestnikiem bitwy o Monte Cassino w „Zeszytach Historycznych” kierowanych przez Jerzego Giedroycia). Niezwykle ciekawe są również odniesienia do teraźniejszości. Aleksandrę Ziółkowską-Boehm interesuje bowiem nie tylko przeszłość, lecz także to, jak rozmówcy patrzą na dzisiejszą Polskę oraz jakie są losy i poglądy ich potomków (synów, córek, wnuków). Dzięki osobistym kontaktom znakomitej pisarki dodatkową wartością książki są unikatowe zdjęcia archiwalne.

Kim byli i są ci naznaczeni przez historię ludzie? Warto ich poznać. Ta książka to podróż w czasie i przestrzeni – piękna i pouczająca, niepozbawiona jednak nuty goryczy.


Recenzja opublikowana na portalu Granice.pl i blogu
Szczur w antykwariacie

czwartek, 16 lipca 2015

Polesie w poezji


Henryk Weyssenhoff - poleskie błota

Polesie


Nieprzemierzone okiem trzęsawisk obszary,
Snują mi się niekiedy, jakby senne mary.

Lasy ciemne i gęste, jak gdyby jaskinie;
Rzeka, co miedzy łozą, a sitowiem płynie;

Uprzykrzonych owadów drużyna skrzydlata
I zielony motylek, ci nad wodą lata;

I ta cisza powietrzna, rzadko przerywana
Ostrym krzykiem żurawia, klekotem bociana,

Albo pluskaniem czółna po spokojnej fali,
Kiedy rybak z więcierzem przemknie się w oddali.

Tajemny jakiś urok w mych oczach obwiewa
Żółte Polesia piaski i ponure drzewa

Czarne, podarte chatki na piasku lub mszarze,
Słomą kryte cerkiewki i wiejskie cmentarze,

Ozdobione jedliną lub sosna pochyłą,
Gdzie sterczy mała chatka nad każdą mogiłą.


 Władysław Syrokomla
 

wtorek, 14 lipca 2015

Stanisław A. Wotowski, Upiorny dom





W malowniczym, choć nieco zaniedbanym pałacu w Podbereżu na kresach dochodzi do wielu niezwykłych, budzących grozę zjawisk. W jednej z komnat nocami słychać kroki i brzękanie łańcuchów a z ciemności wyłaniają się przerażające, zielone ślepia. Mieszkający w starej budowli Fred Podbereski z siostrą Wandą i stryjem Karolem mimo wielu prób nie potrafią sami pozbyć się „duchów” z rodowej siedziby. Zdesperowany Fred wyjeżdża po pomoc do Warszawy, do swego dawnego przyjaciela, słynnego detektywa Dena. W trakcie rozmowy Den dowiaduje się, że w nawiedzonej komnacie przed wielu laty zostało popełnione morderstwo. Rozwiązanie zagadki nie jest proste i nawet taki rutyniarz w swoim fachu jak Den nie może ustalić czy ma do czynienia ze niewytłumaczalnym zjawiskiem, czy też może ktoś chce aby Podberescy wynieśli się z pałacu. Ginie stary służący, dochodzi do kolejnych dramatycznych wydarzeń…

Musimy pamiętać, że akcja powieści rozgrywa się na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, a więc w czasie okres kiedy pasjonowano się zjawiskami nadprzyrodzonymi, a urządzanie seansów spirytystycznych należało do ulubionych rozrywek salonowych. Wiele osób całkiem poważnie podchodziło do tego typu zagadnień, jak np. stryj Karol, pasjonujący tematyką okultystyczną rezydent pałacu Podbereskich.

Stanisław Wotowski bardzo plastycznie przedstawił położony pośród rozległych lasów pałac. Bohaterowie przechadzają się, a czasami nawet skradają korytarzami pełnych mrocznych zakamarków, zastawiają pułapki i wywołują duchy. Wątek kryminalny przeplata się z miłosnym a gdzieś z tła wynurza się tragiczna rodzinna tajemnica. Język powieści pełen ciepła i humoru oparł się patynie czasu mimo upływu ponad osiemdziesięciu lat od pierwszego wydania powieści.

Życiorysy czołowych autorów przedwojennych powieści kryminalnych spowija dziś mgiełka tajemnicy. Kilku z nich zginęło w czasie II wojny światowej. Po zakończeniu zmagań wojennych i ukształtowaniu się nowej, ludowej rzeczywistości książki Błażejewskiego, Wotowskiego oraz wielu ich kolegów zostały masowo wycofywane z bibliotek. O autorze „Upiornego domu” również nie mamy zbyt wielu informacji. Na szczęście na ostatnich stronach wydawca książki poświęcił nieco miejsca na przybliżenie sylwetki tej niewątpliwie arcyciekawej postaci przedwojennego literackiego świata. Urodzony ok. 1895 r. pisarz prawdopodobnie studiował prawo w Petersburgu, pracował w stołecznej policji, awansował do stopnia komisarza, a w 1921 r. został komendantem województwa Nowogrodzkiego. Z niewiadomych przyczyn zrezygnował jednak ze stanowiska i powrócił do Warszawy, gdzie otworzył biuro detektywistyczne. I to zapewne właśnie sam Wotowski był pierwowzorem postaci detektywa Dena w recenzowanej powieści. Z rożnych przyczyn po kilku latach zlikwidował biuro i poświęcił się pracy pisarskiej. Swe bogate wcześniejsze doświadczenie wykorzystał w szeregu powieści kryminalnych. W książkach często flirtował z okultyzmem. Na jego twórczość krytycy kręcili nosem, mimo to przysporzyła mu ona nie tylko rzesz wielbicieli lecz także pokaźnych dochodów.

Stanisław Wotowski zaginął w tajemniczych okolicznościach po 17 września 1939 r. Ostatni raz widziano go na przejściu granicznym w Zaleszczykach w dawnym województwie tarnopolskim. Po latach można z całą pewnością powiedzieć, że jego decyzja o poświęceniu się karierze pisarskiej była słuszna. Siedząc za policyjnym biurkiem pozostawiłby po sobie zapewne jedynie kilka teczek podpisanych protokołów, które w najlepszym wypadku zbutwiały by w jakiejś piwnicy w jednym z kresowych miasteczek. A tak po latach dzięki wznowieniom jego książek i my możemy uchylić kurtynę do świata barwnych lat dwudziestych i trzydziestych. Świata salonów i bankietów, ale również tajemnic, magii i zbrodni.

 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Zapomniana Biblioteka






niedziela, 12 lipca 2015

Polskie groby na Białorusi - Józefa i Antoni Grodzcy, Adolf Trębicki



Cmentarz katolicko-prawosławny w Kobryniu

Ś. P.
JÓZEFA I ANTONI
GRODZCY
ZM. 26 STYCZNIA 1906 R.
ŻYŁA LAT 70

ZM. 6 GRUDNIA 1912 R.
ŻYŁ LAT 95






Ś. P.
ADOLF TRĘBICKI
B. OF. WOJSK POLSKICH
PRZEYWSZY LAT 77
ZM. 19 STYCZNIA
1881 ROKU



piątek, 10 lipca 2015

Powrót Melchiora Wańkowicza do "wielkiej, szmaragdowej doliny Niewiaży"


[...] Rozrachowały się dwie prawdy. Kresom to nie nowina. Szumią sobie lasy dalej, jak przed laty, broczy żywica na wrzosowiska, pachnie ziemia, lśni rzeka, mrówki po lasach odbudowały kopce na wyrąbanych przez wojnę przesiekach i snują się drożynami z igliwia. […] Ziemi tej to nie pierwszyzna i Bogu nie pierwszyzna, pamięci lat kresowych nie pierwszyzna […].
 
Melchior Wańkowicz, Szczenięce lata, wstęp Anna Bernat, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 93.

Uwodzicielskim urokiem gawędy i miłością do tradycji (co wyraża choćby taka inwokacja: O, jakże przedziwnie mocne szpony ma tradycja wieków) tchnie Melchiora Wańkowicza opowieść o „kraju lat dziecinnych” i jego blaskach. Nie ma bowiem cenniejszej i piękniejszej książki o Kresach, zwyczajach, minionej epoce niż „Szczenięce lata” - jak pisze  Aleksandra Ziółkowska-Boehm w swojej książce Na tropach Wańkowicza po latach, poświęconej pisarzowi rodem z Mińszczyzny. Jej zdaniem piękniejsza niż Dolina Issy Czesława Miłosza. 

Wańkowicz powraca myślą do czasu, gdy życie w dworku kalużańskim i „majątku babki, matczynych Nowotrzebach”, było dla niego oazą tradycji, polskości, piękna i dobra. Kultywowany we wspomnieniach arkadyjski obraz przeszłości ulega mitologizacji, nie brakuje jednak gorzkich refleksji, np. o tajemnicy istnienia, nieubłaganym upływie czasu lub dramatycznych zakrętach historii, gdy pisze w puencie: Pstrokatemu srokoszowi historii podobało się przewłóczyć żywe serca ludzkie.

 Pisarz odtwarza niewzruszone piękno pejzażu Kowieńszczyzny i Mińszczyzny, ponadczasowy urok domostw tam położonych oraz pokrytych patyną dziesięcioleci przedmiotów. Nie stanowią one jedynie tła i odległego echa wspomnień, ale odżywają na naszych oczach dzięki rzadkiemu talentowi autora, który potrafi wzbudzić entuzjazm i rozrzewnienie czytelnika odpowiednim budowaniem nastrojów, sposobem narracji i innymi zabiegami literackimi. Potrafi także rozśmieszyć, wplatając w swoją opowieść „witaminy humoru”, jak to nazywał, by rozładować wzniosłość. 

Melchior Wańkowicz urodził się 10 stycznia 1892 roku w ziemiańskiej rodzinie herbu „Lis odmieniony”, w rodzinnym majątku Kalużycach w powiecie ihumeńskim, ziemi mińskiej na Białorusi, jako syn Melchiora, powstańca 1863 roku i zesłańca na Syberię, i Marii ze Szwoynickich. Ojciec zmarł, gdy Melchior miał rok, matka - gdy miał trzy lata. Oddany został na wychowanie do babki, Felicji z Baczyżmalskich. Dzieciństwo spędził we dworze w Nowotrzebach na Kowieńszczyźnie. Scenerią różnego rodzaju inicjacji chłopięcych był krajobraz wielkiej, szmaragdowej doliny Niewiaży, tej samej, której piękno obserwował w dzieciństwie, a potem rozsławił, także Czesław Miłosz.

Wańkowicz w swojej gawędzie nie tylko odmalował i utrwalił duch czasu, bezpowrotnie minionej epoki, której był świadkiem (jak podkreśli w Przedmowie do wydania z 1958 roku: wtedy, kiedy pisał te wspomnienia, na głębokich Kresach konserwowały się obyczaje z końca XVIII wieku), ale także wyraził nabytą przez lata spędzone na Kresach pewność przemijania (symboliczna jest scena zastrzelenia w czasie pierwszego w życiu polowania wiewiórki) i niedostępność ideałów. Szczenięce lata to również jedna z najwspanialszych powieści o dzieciństwie i dojrzewaniu. Książka napisana przez Wańkowicza w Warszawie, gdzie w latach 1930-1933 pracował jako doradca reklamowy Związku Cukrowników, i wydana po raz pierwszy w 1934 roku, ukazuje pasje młodego bohatera, Mela, zdobywającego samotnie wiedzę o świecie.

Najbarwniejszą część gawędy stanowią opisy skłonności do hulanek, ukazujące niecierpliwość i bujny temperament małego Melchiora, którego swoboda i wolność były jak koń bez uprzęży. Nic dziwnego, że po ukończeniu pisania gawędy Wańkowicz schował ją do szuflady i nie od razu zdecydował się oddać ją do druku. Jak napisze we wspomnianej już przedmowie, uląkłem się demonstracji nicnieróbstwa, rozpusty, obżarstwa i siedmiu grzechów głównych i zatrzasnąłem nad rękopisem szufladę, jak nad tylu gawędami i diariuszami przede mną. Istotnie, niektóre fragmenty mogą nawet dziś zaskakiwać śmiałością zachowań. Mowa w nich o dziecięcych figlach diabelskich, zdumiewająco wyszukanych i niekonwencjonalnych. Nie brakuje fascynujących opisów żmudnej pracy dorosłych, kulinariów, codziennego, zwyczajnego dnia (sączyła się cicha melodia nowotrzebskiego dnia), polowań, wizyt różnych oryginałów i osobistości (np. Wandy Siemaszkowej), „rycerskich” metod wychowawczych (jak stwierdza Wańkowicz - chłopak w Kalużycach rósł, dziwnym rozpędem tradycji, niby w kasztelu obronnym). Pisarz podąża tropem sytuacji codziennych i nadzwyczajnych, gdyż życie w tym bastionie wszeteczeństwa zróżnicowane było. Opowiada o zabawnych nieporozumieniach wynikających z polszczyzny „kowieńskiej”, poznawaniu tajników lasu (od lat paliły się dwory kresowe, [ale] las trwał, las trwał), życiu panów, którzy byli i pozostali aż do końca klasą żyjącą z pracy chłopskiej, o bogactwie świątecznych i codziennych obrzędów i rytuałów… 

Wańkowicz barwnie odtwarza niespieszną egzystencję toczącą się w dworkach kresowych (ich babskiej i męskiej, kawalerskiej części) oraz portretuje swoich bliskich, nie ukrywając przy tym swojej nostalgii. W Szczenięcych latach zachował pęk świeżych wspomnień i wylewy żrącej tęsknoty.


Utwór przepełnia głęboka miłość do rodzinnych stron - pisarz poświęca wiele miejsca apostrofom do Mińszczyzny i Kowieńszczyzny oraz przyrodniczych uroków tych krain. Jego wspomnienia są mocno wrośnięte w rodzinną ziemię. Stworzył przepiękną opowieść o Kresach, w której połączył formę gawędy z poetyckim refleksjami, liryczny zapis z jędrnym dialogiem, aluzje literackie (np. do Pana Tadeusza Mickiewicza) z kolorytem lokalnym. Z upodobaniem malował okolicę w księżycowej poświacie czy autentyczną szlachecko-sarmacką mentalność i obyczajowość. 

Szczenięca lata zarażają magią słowa, ukazują jego wartość i wielką moc kreacyjną, budującą więź między ludźmi. Wańkowicz między wierszami wspomnień zastanawia się nad rolą języka, stawia pytania o wartość kultury, w której słowa straciły wagę. To słowa nadają znaczenie codziennej mitrędze w walce o życie.

Szczenięce lata są niezmiernie ciekawym dokumentem romantycznej epoki, mającym duże walory poznawcze. Pozwalają przenieść się na ziemie kresowe utracone w wyniku krwawej topieli rewolucji, ale nie tylko. Lektura tego dzieła może mieć również wymiar eskapistyczny. Dzięki niemu mogłam całkowicie oderwać się od dzisiejszej, przaśnej, rzeczywistości i - mówiąc słowami pisarza - popięknoduszyć. Sfera językowa, do pewnego stopnia archaiczna, nie okazała się tak trudną przeszkodą w odbiorze, czego się obawiałam, choć oczywiście jest dużym czytelniczym wyzwaniem. Chwilowo raziła mnie pompatyczność, ale jej dawki są do zaakceptowania. Narracja ma wiele tonacji, dlatego nie pozwala popaść w znużenie czy irytację. Szczenięce lata porywają bowiem żywiołem kresowej polskości, przyrody, obyczajowości i języka. Używając słów córki pisarza, Krystyny (zapisanych oczywiście w innym kontekście i innej kwestii dotyczących), każda literka napęczniała sercem (z listu do ojca, 2 lipca 1940 r.). 

Doprawdy krzepiąca to literatura pod każdym względem. Wańkowiczowska gawęda, choć stanowi symboliczne i niepozbawione nutki goryczy pożegnanie ze „zmarłymi dworami kresowymi”, zawiera balsamiczne tchnienie. Przepojona jest ogromną miłością do życia i świata, wyrażoną w pamiętnych słowach: źdźbło każde jego [świata] rośnie ku lepszemu. Utwierdza w nadziei, że mimo burzliwych i tragicznych wydarzeń, czy - jak to określił pisarz - dowcipów historii, wieczne pozostają Rozum i Dobro, które jak słońce przenikają świat. Nawet po największym kataklizmie zawsze odradza się życie.



Wańkowicz nieraz twierdził, że ogromnie dużo zawdzięczał swemu pochodzeniu, ziemi, na której się urodził i wychował. Była ona dla niego źródłem wspomnień, to one dały pierwsze rysy jego bogatej, kolorowej osobowości, to jej zawdzięcza swą bliskość z ziemią, przyrodą. Z tęsknoty i miłości do nich powstała najpiękniejsza - moim zdaniem - książka pisarza, „Szczenięce lata”.
 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Na tropach Wańkowicza po latach, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 365.

Recenzja ukazała się na blogu Szczur w antykwariacie

czwartek, 9 lipca 2015

Jarmark w Janówce według Kraszewskiego

Zapraszam na opis jarmarku w Janówce, na Polesiu, pióra Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tekst [źródło tekstu] pochodzi z książki "Nowele, Obrazki i Fantazye"[źródło okładki], a także został zamieszczony w książce "Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy", Kraszewski Józef Ignacy, Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985r, s. 25-32

Jarmark w Janówce.

 Zacznijmy od jarmarku, téj gminnej uroczystości tak wesołéj, tak charakterystycznej u nas. Na co mamy cyrklować tę książkę wspomnień? idźmy gdzie nas oczy poniosą.

 Oto jesteśmy w małéj mieścinie Polesia wołyńskiego Janówce. Mało kto zapewne zna ją, prócz sąsiadów, bo bardzo maleńka, zasuniona w lasy i ustronie, siedzi na piasku cały rok spokojna, a ożywia się dopiéro na wielki jarmark w dzień św. Szymona i Judy w październiku. Należała ona niegdyś podobno do możnéj a dziś upadłéj prawie rodziny Sapiehów. Sławny jéj jarmark przynajmniéj promieniem sześciu mil dokoła ściąga żydów, wieśniaków, ekonomów i drobnych właścicieli z wołami, końmi, lub po woły, konie i t. d. Woły jednakże zowiące się tu wszędzie towarem per excellentiam, wistocie najważniejszą część targu stanowią.

Typowa wieś poleska (fot. J. Szymańczyk, ok międzywojenny,ze zb. J. Szymańczyka)

Nie zachwyca wcale położenie zupełnie poleskie Janówki; trudno aby w niém najbardziéj uprzedzone oko znalazło piękność jaką (jakkolwiek piękność w stosunku do smaku jest względną). To pewna, że trzebaby się urodzić w Janowce, żeby się piękną wydała. Kilkanaście chat na piaszczystém polu rozłożonych, jedna karczma pusta, pusty także a dość obszerny kościół z klasztorom Bernardynów, rynek szeroki, który rok cały trawą zarasta, nim go w październiku wydepczą, kramiki drewniane raz w rok tylko zajęte, młynek mały nareszcie, — wszystko to nie jest malowniczém na równinie i piasku wśród bajrakowatych i pokrzywionych sosen; lecz dzień jarmarku, dzień wielki i uroczysty dla arendarza, nadaje téj pustyni poleskiéj pozór ożywiony i charakterystyczny.

Targ łódek nad Piną


 Po wszystkich drogach wiodących do miasteczka, ciągną się furmanki liczne, wozy, bryczki kryte i niekryte, jeźdźcy, pieszaki, budy płócienne nadziewane żydami i rodziny poleszuków, w których twarzy próżno szukasz śladów pomięszanych plemion, jakie dawniéj zajmowały Polesie.

 Rynek cały napełnia się aż pod kościół i wylewa aż za płoty. Liczne wozy ściskają się jedne koło drugich, a te, jak łatwo się domyślić, stają się ogniskiem jarmarku, mianowicie przy karczmie, gdzie pożądany spija się mohorycz. Mohorycz jest-to gdzieindziéj zwany borysz, dodatek do ceny towaru, poczastka, bez któréj wieśniak nie przeda nigdy, a gdy go kupujący odmówi, targ nawet zrywa
.


Polesie. Przy wieczerzy, 1937 r.
Ku południowi coraz zgiełk się powiększa, ze wszystkich stron słychać żywe rozmowy i najrozmaitsze odgłosy. Tam wół ryczy, tu koń rży i wierzga w bok przechodzącym, piszczą wieprze poprzywiązywane na wozach rzucając się, a wielka liczba kóz, które się tu dobrze płacą, łączy swój głos z tysiącem innych, w których jednak głos pana świata — człowieka, zawsze prawie górę trzyma. Trudno jest odmalować rozmaitość postaci, głosów, rozmów, charakterów, fizyonomij, ubiorów, jaka się tu ściska i kręci. Żydzi z bezmianami na plecach, jak z bronią swoją, włóczą się za lnem, grzybami i woskiem; poleszucy w białych sukmanach z pasami czerwonemi lub z czarnéj skóry, z kalitką, krzesiwem, papużą tytuniu i nieodstępną fajką w zębach, kopcącą co chwila i piliponi w wysokich kapeluszach i ogromnych butach, wzrostem i strojem w tłumie widoczni, żydówki brudne, odarte i chciwe, kobiety poleskie w chustkach z uśmiechem na ustach a kurami na ręku, holenderki w dziwacznych płaszczykach z paskowatych kolorowych spodnic; holendrzy ze swoją rodzimą fizyonomią, cyganie z czarnemi rozczochranemi włosami i t. d. Nareszcie nieocenione figury panów ekonomów w czapkach uszatych, w surdutach szarych, z kijami w ręku, z pogardliwą miną. A wszystko to w niepojętym ruchu i ożywieniu wszystkich części ciała; zacząwszy od pierników i obwarzanków, aż do wołów i koni wszystko się porusza i żyje. Wszędzie brzęczą pieniądze, na twarzach pali się chęć zysku, nadzieja, lub zaspokojona radość.

Józef Chełmoński "Jarmark. Sprzedaż konia", 1888, olej na płótnie,

Pod namiotem nad powózkami zaimprowizowanym wśród rynku, ruski kupiec z Łucka rozwiesza swoje kolorowe towary, zdaleka mile jaśniejące oczom poleszanek. Tu ciśnie się ciekawie i chciwie pożerając oczyma chustki i perkale, żeńska połowa jarmarku, rozwiązuje starannie węzełki dla kupienia niedrogiego stroju ceną kilku kur, lub staréj faworyty kozy, którą już żydek przemyślny zarznął wśród rynku.

 Obok przemyślne żydki w kramikach siedząc nie odurzeni natłokiem osób, wrzawą i krzykiem, wszystkich wołają, nęcą, proszą, ciągną do siebie, kłócą się, targują, biją nawet i razem zdają jeszcze resztę, uważając, żeby jak najgładsze oddawać złotówki — z zadziwiającą przytomnością wszechstronną i talentem nieocenionym. Między wielomównym żydem a cichym kupcem ruskim, waha się żeńska połowa; bo żyd ma swoje przyciągnienia sposoby, zna serce ludzkie tradycyonalnie, uczył się go razem z talmudem od ojca, wié szerokie drogi i kręte ścieżki, któremi do niego wejść można, ma tysiąc środków na pokonanie ludzi tak bezbronnych, gdy im chodzi o zrobienie przyjemności sobie. Przyciągając do kupna, łechce próżność, wabi oczy, pociąga serce i durzy głowę nieboraka. Nie jeden sam nie wié dlaczego i na co kupuje, a nie umié się oprzéć urokowi żydowskich zachęceń.

Tadeusz Rybkowski "Jarmark w Przemyślu", Lwowska Galeria Sztuki, Lwów


 — Nu! czy to ty zginiesz, jak kupisz! aj wéj! tak mała rzecz! Tu wasza ekonomowa kupowała ten sam cyc i drożéj zapłaciła, a ja wam taniéj oddam po znajomości. Bodajbym zginął, kiedy nie na stratę. Ale to reszta. Albo to ty nie możesz tego miéć co ekonomowa? a wéj! a ty siebie nie poznasz, jak się ubierzesz? Nu! nu, bierz, już ja odmierzył, na, masz!

 — Kiedy nie ma pieniędzy.

 — Jak to nie ma? to może ty co masz na przedaż, czy to ty nic nie przedał? i t. d. A podusznego przysięgli poczekają, ty jeszcze zbierzesz, a wéj!

 Nieco daléj kupa sukman, świtek, burek, płaszczów, przy wielkiéj skrzyni leżąca otoczona jest gromadą kupujących, którzy się dziwią sobie ubrawszy się, i uśmiéchają na zwodnicze pochwały przedającego.

 — A! a! ty inszy człowiek! to ty dom kupujesz nie suknią, a jaka ciepłość, a jaka to moc, a wéj! Nu, co ty targujesz, ja tylko dla ciebie za tę cenę przedaję. Ty stary znajomy! nu, nu, bierz a plać!

 Trochę daléj znowu, stoi wóz z kożuchami, gdzie podobna powtarza się scena. Za nim drugi, nad którym wytknięto wysoką tyczkę z parą butów; ten jest sklepem naprędce urządzonym rozmaitego obuwia, gdzie bogatsi poleszucy długie czarne, za kolana zachodzące buty kupują.

 Tuż druga tyczka nad wozem wywieszona wysoko z roztrzepaną papużą tytuniu wabi wieśniaków do ulubionego im przysmaku.

 Wielki sklep czapek rozmaitych, rozwieszony na ścianie karczmy, zachwyca chłopów, otwierających przed nim gęby. Stoją przed nim w swoich obdartych białych czapeczkach sukiennych lub wyszarzanych barankowych, pretendenci do nowych próbują, patrzą, zaglądają; uśmiechają się, naradzają, a kupiwszy wreszcie odchodzą, ciesząc się, poprawując i oglądając się, czy cały jarmark patrzy na ich nową czapkę. To tak samo jak w Warszawie.

 Daléj jeszcze w szynku dymią się ogniska, koło których jesienném zimnem skosniałe ręce grzeją poleszuki i fajeczki swoje zapalają i garnki przystawują, śpiewając wesoło. Poleszuk bowiem gdziekolwiek stanie, cokolwiek robi, tak lubi ogień i dym, że w lipcu nawet zapala ognisko przez nałóg, a razem dla ulubionéj swojéj fajki, która mu ciągle gaśnie. Pod ściśnionemi w rynku wozami, leżą długie trąby drewniane osikowe, których przeznaczenia trudno obcemu na piérwszy rzut oka odgadnąć. Są to dymniki czyli kominy chat poleskich, które pijani śmiejąc się armatami nazywają. W wozach same gospodynie na workach siedząc, czekają kupców, a gospodarze najczęściéj w karczmie siedzą lub za pokupką się włóczą. Nie małym towarem są tu koła obodne, łyka na postoły, łapcie czyli kurpie, które pękami powiązane wiszą na wozach.

 U płotów stoi większa część wołów przeznaczonych na przedaż, żując chciwie zarzuconą im garść słomy; koło nich kręcą się żydki i panowie wolarze. Droga idąca od młynka do klasztoru zowie się uliczką końską, przez nią nieustannie chłopi ze swojemi chmyzami, ekonomowie z odpasionemi kalekami, żydzi z wypracowanemi szkapami przejeżdżają się klaskając z bicza. Kiedy niekiedy targ ich zatrzymuje, znawca opatruje, maca gruczołków pod gardłem, ogląda nogi, zęby, uśmiecha się i targuje.

 A w targu jest sztuka i wielka sztuka. Kto nie umié kupować, ten i przepłaciwszy nie kupi, trzeba miéć doświadczenie i zimną krew kupca z profesyi, żeby dobrze kupić, a nadewszystko potrzeba cierpliwości. Nawet strój właściwy przykłada się do dobrego kupna, bo kupiec powinien być dosyć obszarpany, w baraniéj czapce, z kijem w ręku i minę mieć zbiednioną. Zwyczajny targ od trzeciéj części ceny się zaczyna i zarywa na kłótnią, która powoli potém się uśmierza, aż do ugody przyjdzie!

 Ku południu zwiększa się liczba ichmościów, którzy z fajkami w ustach, z laskami w ręku, najpoważniejszą część jarmarku stanowią, pań także i panienek kapeluszowo-szlafrokowych, które się niespokojnie oglądają, czy kto młody przystojny na nie nie patrzy. Niektóre fizyonomie dobrze dokonana przedaż ożywia, inne dobre kupno, inne jeszcze dobry trunek, smutnie tylko ziewają ci, którym na wyjezdném z domu stara baba z próżném wiadrem przeszła drogę, i którzy dlatego nic zrobić na jarmarku nie mogli.


Powrót z jarmarku - A. Wierusz



 Na końskiej uliczce koło wołów, ku wieczorowi dopiéro brzęczą pieniądze, bo każdy kupujący w nadziei, że przedający spuści z ceny, czeka z kupnem do wieczora. Wieczorem obraz jarmarku całkiem się odmienia.

 Jak wszystko, co się kończy, jak bal, gdy świéce gasną, jak gra, gdy stolik odstawują, jak wszelki szał, gdy po nim tylko usta spalone zostaną, tak i jarmark smutny jest przy końcu. Niestety! wszystko się kończyć musi.

 Tam pijani pokrwawieni trochę, lub tylko pobłoceni taczają się z babami, za ręce trzymając i śpiewając chrypliwie, powoli i cicho. Żydzi śpiesznie pakują resztę towarów, zmiérzch pada. W karczmie rozbite kieliszki i szklanki, pobluzgane stoły; błota pełno, pijacy śpią pod ławami. Na rynku drzemią przygasłe ogniska, walają się szczątki jadła, stare łapcie i szmaty, tam i owdzie krew zabitych baranów psy liżą spokojnie. Koło płotów znać po śladach woły, których już nie ma, kołki z nich powyrywane, gdzieniegdzie wytratowana ziemia, tam coś rozsypanego, tam rozlanego. Po drodze wozy różnie sprzężone końmi, wołami, wracają. Wszyscy weseli, bo wszyscy prawie pijani prócz żydów. Cygan z żoną i synową, czarny, zasmolony, odarty, któremu koszula przez kożuch z boku wygląda, gada jeszcze w kącie z chłopem, tajemnie i pocichu. Ten czapkę nową nasunąwszy na uszy, z fajką zagasłą w zębach, z krzesiwem w ręku, które z kalitki dobył, krzesze ogień po palcach i skrzesać nie może. Dwie cyganki z czarnemi włosami, a białemi zębami otaczają go ze dwóch stron i gładząc pod brodę starają się przekonać.

Józef Chełmoński
"Jarmark na Kresach", olej na płótnie,



 Wszystko się pakuje, wyjeżdża i śpieszy do domu, przed chatami mieszczan żegnają się z niemi ich krewni, powinowaci, kumy, swaty i znajomi, ze wsi sąsiednich, całują się i rozchodzą. Ta scena jest najczystsza i najczulsza ze wszystkich obrazów jarmarkowych.

 — Dziękujem za wszystko — wołają odchodząc.

 — Wybaczajcie — odpowiadają gospodarze.

 — Dobrze wybaczyć najadłszy się! — Jest-to dosłowna forma dowcipnéj odpowiedzi, którą sto razy śmiechem naiwnym i prostym przyjmują i zawsze jak gdyby nową. Poczém gospodarze ukłony jeszcze z daleka przesyłając, wracają do chaty. A może ciekawi jesteście jak siedziba poleszuka zamożnego wygląda?

 Podwórko otoczone jest chléwkami różnego kształtu i wielkości, błotniste, ścieżką wydeptaną przedzielone, prowadzącą do sieni, w których duży wieprz karmny poufale chodzi i mruczy, znając, że jest faworytem domu. Kilka kur sadowi się na belce do snu i trzepiocze układając skrzydła.

 Przez wysoki próg wchodzi się do białéj izby, izby paradnéj, gdzie jest piec, na którego przodzie palą się skałki smolne, koło pieca ława, w głębi poczęte krosna, kołyska dziecka i stół także otoczony ławami. Ściany dokoła opasują ławy. Ku drzwiom stoi ceber, rażka, garnki na półkach i kwarta stara. W głębi, w kątku pod obrazem dzieża chlebna szanowna, poważne zajmuje miejsce pod opieką błyszczącej N. Panny roztaczającéj nad nią swój płaszcz gwiaździsty.

 Nade drzwiami i oknami krzyże i symboliczne słowiańskie charaktery wejścia wszelkiemu złemu bronią, wycięte pobożną ręką dziaka, który dla wiecznéj pamiatki dodał na średniéj belce rok 1790.

 Próżnoby tu kto szukał śladu podłogi, nie ma jéj, tylko ubita ziemia. Okna maleńkie, w części z okrągłych szybek złożone, a przemyślny gospodarz ściany swoje czysto wybielone, glinką żółtą do połowy od spodu, żeby mu nowej świty nie bieliły, pociągnął.

 Na ławie pod piecem siedzi stara kobieta z fajeczką w zębach, z oczyma wlepionemi w garnki, koło drzwi szczepie drewka wysoki parobek z fajką także, młoda kobieta kołysze dziecko, drzémie i śpiéwa.

 Takie jest wnętrze chaty Janowskiéj.

 Tymczasem na drodze wiodącej ku młynkowi, rozmijają się bryczki, wózki, konni i wszystko opuszcza miejsce jarmarku, na cały rok puste znowu jak przedtém, aż do św. Szymona i Judy.



 1839.



Recenzja pierwotnie ukazała się na blogu Zadarnowo i okolice.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...