niedziela, 31 stycznia 2016

Na hetmańskiej ziemi: Żółkiew i Krechów


(...) Żółkiew to jedno z najciekawszych miast polskich Kresów. Została założona w 1594 r. przez hetmana polnego (później wielkiego) koronnego Stanisława Żółkiewskiego. To on sam stworzył koncepcję założenia urbanistycznego nawiązującą do renesansowego Zamościa, założonego wcześniej przez Jana Zamoyskiego. Sam Żółkiewski urodził się w pobliskiej wsi Turynka i był jednym z najwybitniejszych wodzów w dziejach Rzeczypospolitej. Po bohaterskiej śmierci w bitwie pod Cecorą, spoczął w podziemiach żółkiewskiego kościoła (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Na zamku w Żółkwi spędził dzieciństwo kolejny wielki Polak – Jan III Sobieski. Już po wstąpieniu na tron była to jedna z jego ulubionych rezydencji. Po wiktorii wiedeńskiej król urządził na zamku wystawę trofeów zdobytych na Turkach i przez wiele lat często tu bywał. Do 1939 r. przez budynkiem ratusza znajdowały się pomniki: jego i hetmana Żółkiewskiego (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Swe pierwsze kroki w mieście kierujemy w stronę pobliskiego zespołu dominikanów. Z zewnątrz kościół niespecjalnie zachęca do odwiedzin, natomiast gdy już wejdziemy do środka, jest się mile zaskoczonym. Najciekawszym elementem wyposażenia świątyni są nagrobki Sobieskich (Marka i Teofili z Daniłowiczów – ich szczątki obecnie spoczywają w kościele św. Trójcy w Krakowie) wykonane z czarnego marmuru. Ufundował je sam król Jan III Sobieski, który uważał świątynię za rodowe mauzoleum. Kościół był także sanktuarium maryjnym, w którym znajdował się cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej (Żółkiewskiej) (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Wnętrze kościoła Dominikanów w Żółkwi

 
 
Mamy szczęście, że udało nam się obejrzeć wnętrze. Gdybyśmy pojawili się w świątyni kilka minut później, byłaby już zamknięta. Zadowoleni ruszamy na dalsze odkrywanie miasta!

 
Tabliczka w centrum Żółkwi
Tabliczka w centrum Żółkwi

 

Podążając na wschód ulicą Lwowską, na murze zauważamy tabliczkę w trzech językach: polskim, angielskim i ukraińskim, która przypomina nam, że znajdujemy się w zabytkowym mieście. Jak to miło spotkać polskie napisy w takim miejscu… .

 
Jeden z budynków w Żółkwi - na ścianie widoczny Bandera...
Jeden z budynków w Żółkwi – na ścianie widoczny Bandera…
 


Niestety… nasza radość nie trwa długo. Po przeciwnej stronie drogi zauważamy wielki socrealistyczny budynek, na którego ścianie frontowej umieszczono wizerunek zbrodniarza Stepana Bandery. Gdyby nie to, że chodzi o jednego z największych wrogów Polaków, można by się nawet śmiać, gdyż sposób, w jaki przedstawiono Banderę, jest po prostu żałosny i naiwny. Gdybym obudził się ze snu, mógłbym pomyśleć, że byłem w Korei Północnej, w której oddają cześć swojemu władcy. Tragikomiczne.

Po minięciu zespołu felicjanek stajemy przed przepiękną drewnianą cerkwią pw. Świętej Trójcy, w 2013 r. wpisaną na międzynarodową listę UNESCO. Nie omieszkamy zajrzeć do jej wnętrza.

 
Wnętrze cerkwi św. Trójcy (UNESCO) w Żółkwi
Wnętrze cerkwi św. Trójcy (UNESCO) w Żółkwi
 


Co prawda nie da się wejść całkowicie do środka, ale jest po prostu urzekająco. Dawno nie widziałem tak pięknego wystroju cerkwi. W zbudowanej w 1720 r. świątyni szczególną uwagę zwraca cudowny ikonostas z misternie rzeźbionymi carskimi wrotami (widocznymi na zdjęciu powyżej). I to właśnie one chyba najbardziej zapadły mi w pamięć. Są po prostu wspaniałe!

Idziemy dalej – cały czas prosto na wschód. Po kilku minutach dochodzimy do cmentarza miejskiego, na którym znajduje się wiele interesujących nagrobków. Skupiamy się oczywiście na polskich śladach napisów na mogiłach, choć coraz trudniej je wypatrzeć. Stopniowo giną pod coraz większą ilością ukraińskich grobów. Nic dziwnego. Po II wojnie światowej większość Polaków wysiedlono. Pozostały tylko znaki czasu… .

Na cmentarzu w Żółkwi - polski nagrobek
Na cmentarzu w Żółkwi – polski nagrobek
 


Na jednym z nagrobków odnajdujemy rok 1943 i napis „zginął nagle”. Nie chcemy się nawet domyślać, co może oznaczać ten zwięzły opis. Pamiętamy tylko o tym, że w okresie okupacji hitlerowskiej i działalności na tych terenach band UPA, w ten sposób kamuflowano zbrodnie ukraińskich morderców na Polakach. Nie można było pisać o tym, że zostali zamordowani, więc w ten tchórzowski i cyniczny sposób określano okoliczności ich śmierci (Korman A., Stosunek UPA do Polaków na ziemiach południowo-wschodnich II Rzeczypospolitej, Wyd. Nortom, wydanie II, Wrocław, 2010).

Na cmentarzu pojawiają się także oryginalne, już ukraińskie, mogiły. Wiele jest płyt nagrobnych ze zdjęciami i podobiznami zmarłych, a także m.in. grób obwieszony reklamówką z napisem BMW, czy poniższe „dzieło sztuki” nie pozostawiające wątpliwości, czym zajmowała się zmarła osoba.

Na cmentarzu w Żółkwi - nagrobek piłkarza...
Na cmentarzu w Żółkwi – nagrobek piłkarza…
 



Po kilkunastominutowym spacerze po nekropolii wracamy do centrum miasta. Postanawiamy sprawdzić, czy aby marszrutka do Krechowa nie stoi na przystanku dworcowym. No i stoi! Ha! Jest co prawda niesłychanie zatłoczona i prawie nie można oddychać, ale mamy transport! Ściśnięci jak ogórki w zalewie, ruszamy na zachód. 20 minut później wysiadamy na obrzeżach Krechowa. Do klasztoru bazylianów mamy stąd jeszcze ponad 3 km. Płacimy za przejazd 6 hrywien i ruszamy w dal!

To lllubię! Mimo upału i żaru lejącego się z nieba mam wrażenie, że właśnie tak wyobrażałem sobie Kresy. Wokół tylko pola i smagający policzki wiatr. Zniszczona droga i pojedyncze gospodarstwa. Co jakiś czas przejedzie samochód, ale tłoku na drodze nie uświadczysz. Aż chce się tu zostać!

Drogę do klasztoru wskazują nam drogowskazy, więc na pewno się nie zgubimy. W razie trudności orientacyjnych zawsze możemy pytać o drogę mieszkańców. Wskażą nam ją bez problemu. W końcu Krechów słynie z klasztoru, więc każdy „tutejszy” wie, jak się do niego dostać.

Wraz z rosyjskimi turystami próbujemy zatrzymać marszrutkę, ale niestety nie zmierza w kierunku zespołu bazylianów. Pozostają nam tylko własne nogi. Po prawie godzinnej wędrówce udało się! Przechodząc piękną, lipową aleją, stajemy przed bramą główną krechowskiego klasztoru.

Brama główna Klasztoru Bazylianów w Krechowie
Brama główna Klasztoru Bazylianów w Krechowie
 



Na przełomie XVI i XVII w. w rejony Krechowa przybyli dwaj prawosławni mnisi z kijowskiej Ławry Pieczerskiej i założyli tu monastyr. Początkowo mieścił się on w pieczarach w pobliskim lesie. Potem przeniesiono go w obecne miejsce. Za czasów Jana III Sobieskiego w miejscowości istniał pałacyk myśliwski monarchy, z uwagi na to, iż król lubił polować w tych okolicach (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Niemal od początków swego istnienia Krechów stał się ośrodkiem pielgrzymkowym. Kultem otaczano figurę św. Mikołaja, a także ikonę Matki Bożej Werchrackiej. Miejscowe odpusty gromadziły wielu wiernych. Po II wojnie światowej władze komunistyczne urządziły tu dzieciniec, potem zlikwidowały zgromadzenie i utworzyły szkołę rolniczą. Obiekt zwrócono bazylianom w 1990 r., a po odzyskaniu dwóch cudownych ikon odrodził się także ośrodek pielgrzymkowy (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Na terenie klasztoru w Krechowie
Na terenie klasztoru w Krechowie


Wkraczamy na teren klasztoru przez barokową bramę z końca XVIII w. Naszym oczom ukazuje się piękny dziedziniec, przed którym wzniesiono główną świątynię kompleksu: cerkiew pw. św. Mikołaja. To właśnie w niej znajdują się XVII w. cudowne ikony: św. Mikołaja oraz Matki Bożej Werchrackiej (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Wchodzimy do środka. Trwają przygotowania do ceremonii zaślubin. Jak widać, miejsce jest popularne wśród narzeczonych, którzy właśnie w tym miejscu chcieliby powiedzieć sobie sakramentalne „tak”. Wnętrze nie robi na nas jednak oszałamiającego wrażenia. Owszem, jest ładne, ale bez przesady. Wg mnie piękniejsza jest cerkiew pw. św. Trójcy w Żółkwi, ale o gustach się nie dyskutuje :).

Teren zespołu klasztornego otacza XVII w. mur oraz trzy baszty. Na dziedzińcu kilka lat temu odtworzono drewnianą cerkiew pw. Przemienienia Pańskiego, która istniała dawniej w tym miejscu. Na zboczu pobliskiej Pobojnej Góry znajduje się stara kaplica Grobu Pańskiego (Rąkowski G., Ziemia Lwowska, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Na terenie klasztoru spędzamy ponad pół godziny. Odwiedzamy także sklep z pamiątkami, gdzie można kupić interesujące nas przedmioty i wyruszamy na odkrywanie okolic!

Źródełko w pobliżu klasztoru w Krechowie, Jaworowski Park Narodowy
Źródełko w pobliżu klasztoru w Krechowie, Jaworowski Park Narodowy

 

Zastanawiamy się, czy podążać w kierunku cudownego źródła (mającego podobno moc uzdrawiającą), czy jaskini zwanej Pieczarą Jojiła (wchodzi się do niej po tzw. Kamieniu św. Piotra), w której żyli ponoć pierwsi mnisi. Jedno jest pewne: dotrzecie tam, gdzie chcecie, gdyż oznakowanie doprowadzi Was zarówno do źródła, jak i jaskini.

Jaworowski Park Narodowy
Jaworowski Park Narodowy
 

Wybieramy źródło. Obchodząc mury klasztoru dokoła, wchodzimy na obszar Jaworowskiego Parku Narodowego utworzonego w 1998 r. i pokrytego w większości lasem. Naszym oczom ukazują się wąwozy i doliny górskich potoków. Jeden z nich płynie od cudownego źródła w dół. Jego kolor nie zachęca do picia wody, więc nie zamierzamy tego robić. Po minięciu rozwrzeszczanej grupy dzieci, docieramy do kapliczki ze źródłem.

Można tu odpocząć i odetchnąć po sporym podejściu, które było naszym udziałem. Napełniamy butelkę wodą, kontemplujemy widoki i wracamy. Żółkiew czeka!

Docieramy do przystanku marszrutek (tak, tak, tutaj też one docierają) i czekamy aż nadjedzie. W międzyczasie spotykamy liczne grono turystów z Polski, którzy wybrali się na odkrywanie Kresów. Liczenie na to, iż bus spod samego klasztoru do Żółkwi pojedzie akurat wtedy, gdy będziecie tego potrzebować, jest bezsensowne, gdyż jeździ on bardzo rzadko. Na szczęście zgodnie z rozkładem jazdy. Około 15.15 marszrutka do Lwowa podjeżdża, zajmujemy miejsca w środku i ruszamy w kierunku Żółkwi! Po drodze spotykamy ukraińskiego żołnierza (ciekawe, gdzie jedzie) i zza okna podziwiamy przepiękne Kresy.

Krechów zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć bardziej od wnętrz klasztornych podobało nam się otoczenie całego założenia. Nie żałujemy ani czasu spędzonego w zatłoczonej marszrutce, ani wędrówki w upale pod górę, dlatego z całego serca polecamy Wam to miejsce na odwiedziny. Jeśli pragniecie odpocząć od wielkomiejskiego gwaru Lwowa, przyjeździe do Krechowa! Nie zawiedziecie się.
Galeria zdjęć z pobytu na Kresach do obejrzenia tutaj.


 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Wschód jest piękny


piątek, 29 stycznia 2016

Radosław Romaniuk 'Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Tom 1"

Okładka książki Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Tom 1 Książkę wydały Iskry w 2012 roku. Autor napisał również książki: 'Dramat religijny Tołstoja' i czytaną we fragmentach w radiu: 'One. Kobiety, które kochały pisarzy' (o Annie Iwaszkiewiczowej, Zofii Tołstojowej, Marii Kasprowiczowej, Nadieżdzie Mandelsztam). O autorze znalazłam informacje, iż jest 'rocznikiem 1975', jest literaturoznawcą i krytykiem literackim oraz edytorem i doktoryzował się z twórczości właśnie Iwaszkiewicza. Według mnie jest też zdolnym pisarzem.
Znalezione obrazy dla zapytania Radosław Romaniuk
Radosław Romaniuk
Iwaszkiewiczowie, źródło zdjęcia: http://valley-of-dance.blog.onet.pl/tag/jaroslaw-iwaszkiewicz/
Do tej książki podchodziłam z nieufnością, bo gruba, bo piszą, że zbyt naukowa, ale Jarosław Iwaszkiewicz jest moim ulubionym pisarzem-poetą, więc rad nierad, musiałam sięgnąć po tę biografię. I pytanie mam do kogoś kto wie! Czy jest tom drugi?????? 
Iwaszkiewicz z córkami. Źródło zdjęcia: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,6309863,Niecenzuralne_zabawy_panienek_Iwaszkiewiczowien.html?disableRedirects=true

Książka mnie zachwyciła! Obejmuje dzieciństwo Iwaszkiewicza, aż do wybuchu wojny. Jedyne, czego mi brakowało, to fotografie.
Język jest barwny, bardzo opisowy, plastyczny i zrozumiały. Czytelnik wciąga się kompletnie. Dodatkowo, autor bardzo dobrze analizuje twórczość Mistrza, więc przeplata opowieść 'wersją' Iwaszkiewicza z jego wspomnień oraz analizuje charakterystyczne dla danego okresu utwory.
Książka opisuje kilka płaszczyzn.
Po pierwsze jest to znakomita, wnikliwa, szczera, a zarazem przychylna Iwaszkiewiczowi i nie plotkarska biografia. Opisuje wydarzenia z życia, koleje losu, dramatyczne momenty, zawirowania uczuciowe i utwory powstałe wtedy. Mamy więc również genezę książek i wierszy. Autor ustosunkowuje się do informacji o orientacji seksualnej Iwaszkiewicza, i do jego zawirowań miłosnych. Czyni to z kulturą i taktem. Mamy również wiele anegdot z życia, np. ta o zabawach małego Jarosława w księdza, albo druzgocąca informacja o tym, ze imię Jarosław na początku XX wieku było prawosławne, i ksiądz nie chciał 'go zapisać' w aktach chrztu! Różne koleje losu pisarza pokazały mi Iwaszkiewicza z innej strony niż znałam Go z wierszy i opowiadań. Nie tylko jako człowieka myślącego o śmierci i przemijaniu, ale człowieka, który potrafi oderwać się od bieżących wydarzeń, np. w czasie rewolucji pisząc wiersze estetyzujące, ale i z brawurą jadąc po jakieś przedmioty dla rodziny. Jednocześnie z wnikliwością i wrażliwością poety potrafił on wyczuć chwilę, tak jak to było, gdy powstawał hitleryzm w Niemczech. Tuż przed wojną okazał się przewidującym organizatorem, a w czasie choroby żony - troskliwym mężem. Opis małżeństwa Iwaszkiewiczów w sumie był opisem kochających się ludzi. A to bardzo krzepiące w czasach rozwodów i nietrwałości uczuć.

Po drugie, książka jest znakomitym studium życia Kresowiaków, Polaków z 'głębokiej' Ukrainy, które to tereny Polska straciła już w 1918 roku. Autor z rozmachem i plastycznością opisał życie polskich dworków i rezydencji. Pokazuje kulturotwórczą rolę tych miejsc, ale i zróżnicowanie majątkowe! Zbiera nawet dane statystyczne z kilku miejscowości, podając liczbę mieszkańców polskich, ukraińskich i rosyjskich. Potem opisuje rewolucję, czasy gdy właściciele musieli opuścić dworki, a ich przedmioty często lądowały w ogniu lub w stawie, ale i często z ofiarnością były chronione.
Iwaszkiewicz opuścił swoją ukochaną Ukrainę, ale z tego co zrozumiałam czytając biografię, to zawsze czuł się Kresowiakiem, przybyszem z Kresów, Polakiem o śpiewnym akcencie. Już jego pierwsze podróże do 'centralnej Polski', ale i pierwsze lata w Warszawie, pokazały mu, że jest wewnętrznym imigrantem, że do Warszawy wniósł rozmach stepów, taką wewnętrzną świadomość polskiej kultury, ale i znajomość innych kultur. Ta alienacja wewnętrzna najpierw mu przeszkadzała, czyniła go obcym i dziwnym np. w Skamandrze, ale z czasem dała mu wiele siły do życia. Iwaszkiewicz znał języki obce, potrafił znaleźć się w nowym środowisku, przystosować się i znieść zmiany i koniec czegoś.

Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie, po raz kolejny zachęciła do czytania książek Iwaszkiewicza i dała wiele pocieszenia, że nie wolno się bać, że nie wolno się poddawać, a ze złego można wyciągnąć wnioski na przyszłość.
Polecam gorąco. 
9 gwiazdek

Na koniec zacytuję wiersz Iwaszkiewicza z tomu 'Lato 1932"
Ja tylko tak udaję,
Że się nocy nie boję,
Kiedy w moim pokoju
Przed czarnym oknem stoję.

Aby spojrzeć na niebo
Siłą przymuszam siebie
I widzę straszne obłoki
I straszne gwiazdy na niebie.

I drzewo takie czarne
Co rośnie niedaleko,
Gdy schowam się do łóżka
Zostaje pod powieką.

Przyciskam się do piersi Twojej
Gdzie serce śpiewa,
A w nim prawdziwe szemrzą
Spokojne noce i drzewa. 
 
Post  pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

środa, 27 stycznia 2016

Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”




„Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” autorstwa Władysława i Ewy Siemaszków (ojciec i córka) to olbrzymia, dwutomowa, licząca w sumie prawie 1500 stron praca dokumentująca zbrodnie popełnione przez Ukraińców wobec Polaków w latach 1939-1945. Powiat po powiecie, gmina po gminie, wieś po wsi - zostały tu bardzo dokładnie opisane wszystkie miejscowości, w których Ukraińcy zabijali i męczyli Polaków. Autorzy wykonali benedyktyńską pracę, docierając do olbrzymiej ilości świadków tych wydarzeń i zbierając ich świadectwa. Jest to właściwie czarna księga ukraińskich zbrodni począwszy od pierwszych dni II wojny światowej aż do jej końca.  

Zachowanie Ukraińców  wobec Polaków w tym okresie pełne było wyrafinowanego, niczym nie uzasadnionego okrucieństwa. Korzystali oni ze starych, wypróbowanych przez ich dziadów i pradziadów metod zabijania. Podobne akty terroru popełniane przez kozacką dzicz opisano już w XVII wieku, w okresie powstania Chmielnickiego w XVII wieku, a także w czasie tzw. koliszczyzny, czyli kozackiej rebelii w wieku XVIII. Można tu więc wyliczyć takie metody jak: rąbanie ofiar siekierami, przerzynanie żywcem piłą, wydłubywanie oczu, obcinanie uszu i języków, rozpruwanie brzuchów ciężarnym kobietom i wyciąganie płodów, rozpruwanie brzuchów mężczyznom i wyciąganie jelit, nabijanie niemowląt na sztachety w płocie, wrzucanie ludzi do studni itp. W czasie Wigilii w Łucku Ukraińcy weszli do domu na przedmieściu, pozabijali ludzi, a kawałki ich ciał położyli na przygotowane wcześniej talerze. Było to dla nich bardzo zabawne. Takich barbarzyńskich czynów nie dokonywali ani Niemcy, ani Sowieci!

Autorzy przedstawiają ludobójstwo Polaków na Wołyniu jako zbrodnię, którą popełnili UKRAIŃCY, a nie – jak to się zwykle pisze w opracowaniach historycznych – członkowie rozmaitych organizacji wojskowych. Zdaniem Siemaszków, jest to ludobójstwo dokonane przez Ukraińców, a nie np. UPA, banderowców, nacjonalistów ukraińskich czy jak ich tam zwać… Bo w mordach i podpalaniu polskich wsi uczestniczyli zwykli ludzie, nie żadni tam wojskowi, ale przeciętni, normalni ukraińscy chłopi, a także ich żony i dzieci. Często bywało tak, że na akcję pacyfikacji polskiej wsi w mroźną noc (napadano zwykle wtedy, kiedy wszyscy byli w domach, chodziło o element zaskoczenia) jechali po prostu sąsiedzi: ukraińscy mężczyźni zajmowali się mordowaniem Polaków, ukraińskie kobiety rabowały w tym czasie ich dobytek, a ukraińskie dzieci podpalały domy. Do tego wszystkiego namawiali ich wcześniej ukraińscy duchowni, którzy przez akcją mordowania sąsiadów święcili narzędzia zbrodni, czyli noże, kosy, siekiery, grabie i piły. Autorzy są jednak sprawiedliwi i odnotowują także przypadki, kiedy Ukraińcy pomogli Polakom. Bo i takie sytuacje się zdarzały.  

Największą zaletą tej  książki jest to, że nie jest pisana na podstawie dokumentów wyciągniętych z archiwów, ale na bazie zeznań żyjących świadków tych okropnych wydarzeń, jakie miały miejsce na Wołyniu. Praca opatrzona jest obszernym indeksem rzeczowym, a także mapkami, z których wynika, jaki układ terytorialny miały zbrodnie Ukraińców. Objęły one właściwie cały Wołyń. Polaków mordowano głównie na wsiach, choć zdarzały się także napaści na domy w miastach stojące gdzieś na uboczu lub na peryferiach. 

Według bardzo ostrożnych szacunków w okresie 1939-1945 Ukraińcy zamordowali około 60-80 tysięcy Polaków. Dokładna liczba pomordowanych jest trudna do ustalenia z wielu powodów, m. in. dlatego, że nie zawsze było komu policzyć te trupy, po prostu po zbrodni nie został już nikt żywy. Niektóre źródła podają, że mogło to być w sumie nawet 200 tysięcy Polaków. W każdym razie była to ogromna liczba ludzi, którzy stracili życie na Wołyniu. Dochodzi do tego wielka ilość dzieci, które straciły rodziców, a same uratowały się, lub ktoś je uratował z masakry. Dzieci te do końca życia także były (a niektóre jeszcze są) ofiarami tego ludobójstwa. Doliczyć do tego należy wielką ilość Polaków, którzy wprawdzie uszli z życiem, ale stracili na Wołyniu dorobek całego życia, a także swoją ojczyznę, w której ich przodkowie mieszkali od czasów Bolesława Chrobrego.  

Mimo niezaprzeczalnych dowodów, ludobójstwo na Wołyniu jest wciąż przemilczane. Z różnych względów nie mówiono o nim w okresie PRL-u, nie mówi się także po 1989 roku. Przyczyną tego zamiatania pod dywan takiej zbrodni jest – moim zdaniem - niewłaściwie pojęta strategia dyplomatycznej przyjętej przez kolejne rządy Polski wobec Ukrainy. A przecież Ukraińcy nigdy nie przeprosili za tę zbrodnię, nie ukorzyli się, tak jak to zrobili Niemcy po drugiej wojnie światowej. Dla Ukraińców tamci zbrodniarze są bohaterami, stawiają im pomniki i nazywają ulice imionami tych, którzy wtedy mordowali Polaków.  

Jeszcze kamyczek osobisty… W mojej miejscowości mieszkają potomkowie Polaków, którzy musieli uciekać z Wołynia. Nie tak dawno rozmawiałam z panią, której dziadkowie zostali zamordowani przez Ukraińców we wsi Nieświcz koło Łucka. Zanotowałam jej opowieść. Oto ona:
„Nasza rodzina mieszkała na Wołyniu, pomiędzy miastami Łuck i Równe. Przed wojną dziadek był zarządcą w dużym majątku ziemskim. W czasie wojny Ukraincy zabili dziadka, a potem babcię, to jest matkę mojej matki. Zabili, a później wrzucili ją do studni. A moją mamusię uratowała Ukrainka Wierka. 

To było tak…

Pod koniec wojny większość Polaków uciekała z wiosek do Łucka przed banderowcami. Babcia z dziećmi też miała uciekać. Póki co, chowali się po domach przed banderowcami, nie rozpalali ognia, by dym z komina nie zdradził, że ktoś tam jest w środku żywy.

Pewnego razu babcia z inną kobietą zostawiły dzieci i poszły do takiego domu na skraju wsi, by tam ukradkiem zrobić pranie, bo już nie miały żadnych czystych rzeczy. Rozpaliły w piecu, banderowcy dostrzegli dym, wpadli tam, zarezali obie kobiety, a trupy wrzucili do studni. Dzieci siedziały same, bały się okropnie i były głodne. Uratowała je znajoma matki, Ukrainka Wierka. Jej mąż też poszedł do banderowców, bo inaczej całą ich rodzinę by zabili. Ale jej się zrobiło żal tych głodnych dzieci, co tam były schowane. Poszła tam i dała im jeść. W nocy przyśniła się jej Matka Boska, która kazała się jej nimi zaopiekować. No to następnego dnia też poszła dać im jeść. Kolejnej nocy znowu ukazała się Wierce Matka Boska i mówiła, by zabrała dzieci z tamtego pustego domu. No to Wierka wzięła je do siebie, w tajemnicy przed swoimi. Jakby się Ukraińcy dowiedzieli, że ona chowa polskie dzieci, to by ją na pewno zabili. I dobrze, że je zabrała, bo następnego dnia w ten dom uderzyła bomba i tam tylko wielka dziura w ziemi została. Jakby tam ktoś był, to by nie przeżył.

I tak moja mamusia cudem uratowała się od śmierci. Do końca życia modliła się do Matki Boskiej, dziękowała jej za ocalenie. Wierka z Ukrainy dwa razy przyjeżdżała do nas, do Polski.  Mamusia była jej bardzo wdzięczna. A my nigdy tam nie byliśmy, na tym Wołyniu.”

Dowiedziałam się, że dziadek mojej rozmówczyni nazywał się Paszkowski, przed wojną skończył studia rolnicze, pracował jako zarządca majątku (folwarku?), że jak przyszli Niemcy to nie opuścił swojej wsi. Kiedy Ukraińcy zaczęli zabijać Polaków, to nie chciał uciekać, bo sądził, że jemu nic nie zrobią, bo to przecież znani od lat sąsiedzi. Ale mimo to, Ukraińcy przyszli, wyprowadzili jego i jeszcze paru innych mężczyzn niby to do urzędu gminy i po drodze zabili (zarezali?, zastrzelili?). Dzisiaj w tej wsi jest pamiątkowy obelisk z nazwiskami tych zabitych, ufundowany przez potomków Polaków.”

Tragedia rodziny Paszkowskich z Nieświcza także została opisana w książce Ewy i Władysława Siemaszków.

Siemaszko Ewa, Siemaszko Władysław, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, wyd. von Borowiecky, Warszawa 2008

niedziela, 24 stycznia 2016

W mieście cynamonowych sklepów: Drohobycz


 

Na marszrutkę do Drohobycza oczekujemy około 20 minut. Udaje nam się wsiąść do busa relacji Truskawiec – Tarnopol. Oprócz dworca autobusowego, marszrutki do miasta Schulza można „łapać” także z przystanku przy drodze głównej prowadzącej do miasta. Wybór należy do Was :). Za przejazd płacimy 10 hrywien (dość sporo, jak na odległość, którą pokonujemy), ale za to wysiadamy tuż przy drohobyckim rynku, w stronę którego od razu się udajemy.

Drohobycz położony jest nad rzeką Tyśmienicą. Liczy sobie ponad 100 tys. mieszkańców i jest drugim pod względem wielkości miastem w całym obwodzie lwowskim (zaraz po Lwowie). Ilość zabytków, jakie możemy tu spotkać, jest bardzo duża i z pewnością zadowoli kresowego turystę (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Początki miasta sięgają XII w., kiedy to w okolicy wydobywano sól kamienną, ale pierwsza wzmianka o grodzie (z jego obecną nazwą) pojawia się dopiero w roku 1372. Z solą silnie związany jest także rozwój Drohobycza. Był to jeden z największych ośrodków produkcji i dystrybucji tego surowca na Podkarpaciu. Fakt ten znalazł nawet odbicie w herbie miasta przedstawiającym głowy soli (topki) i beczki soli (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Na początku XIX w. rozpoczęto eksploatację drugiego bogactwa naturalnego, którego w okolicy nie brakuje – ropy naftowej, a także towarzyszących jej: wosku ziemnego i gazu ziemnego. Pod koniec XIX w. w Drohobyczu działało aż 57 firm zajmujących się wydobyciem i przetwarzaniem ropy. Dzięki temu Drohobycz stał się jednym z najbogatszych miast Galicji, ustępując jedynie Krakowowi i Lwowowi. W 1904 r. z zagłębia drohobycko – borysławskiego pochodziło 86% ropy produkowanej w całej Galicji. W mieście powstawały gustowne restauracje, kasyna, wille magnatów naftowych (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Tragiczne wydarzenia nie ominęły miasta podczas II wojny światowej. Aby wymienić wszystkie, nie starczyłoby miejsca, a zatem odsyłam zainteresowanych do wyżej wymienionego źródła, a także innych publikacji na ten temat.

Z chwilą wejścia Drohobycza w skład niepodległej Ukrainy, wiele zakładów przemysłowych zostało zamkniętych, inne ograniczyły produkcję, a jeszcze inne zmodernizowały się.

Uzbrojeni w nieco ogólnej wiedzy o mieście, wyruszamy na zwiedzanie! Jako że na spacer po Drohobyczu mamy jedynie kilka godzin, nie odwiedzimy wszystkich miejsc, do których warto wstąpić. Skupimy się jedynie na zabytkach ścisłego centrum miasta, czyli tych najciekawszych.

Idąc ulicą Stryjską (znaną jako ulica Krokodyli z jednego z opowiadań Brunona Schulza) w kierunku rynku, po prawej stronie zauważamy zespół klasztorny bazylianów z cerkwią pw. śś. Piotra i Pawła. W sąsiednim gmachu dawnego sądu powiatowego (przy ul. Stryjskiej 3) w latach 1940-41 mieściła się siedziba NKWD, gdzie zamordowano kilkuset więźniów. Po II wojnie światowej budynek wykorzystywało KGB (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

W Truskawcu nie mieliśmy okazji, aby zjeść solidny obiad, więc postanawiamy zrobić to w Drohobyczu. Wstępujemy do pierwszej knajpki, która stoi na naszej drodze – przy ul. Iwana Mazepy. Zajmujemy miejsca przy stoliku i czekamy, czekaaaamy, czekaaaamy… Po 5 minutach koncertu marszowego naszych kiszek i kręceniu się kelnerek w pobliżu (bez jakichkolwiek oznak zainteresowania), decydujemy się na opuszczenie lokalu. Cóż… skoro nie zależy im na klientach, to nie. My sobie poradzimy. Idziemy dalej w stronę rynku i po krótkich poszukiwaniach zatrzymujemy się w barze w zachodniej części jego pierzei.

Tutaj czeka nas zdecydowanie odmienne przyjęcie. Zostajemy obsłużeni natychmiast i zamawiamy po solance i pierogach. Tanio, szybko i smacznie – tak można podsumować naszą wizytę w tym miejscu. Zadowoleni i najedzeni ruszamy na dalsze odkrywanie Drohobycza. Obsługa lokalu na odchodnym żegna nas i zaprasza do powtórnych odwiedzin. Gdybyśmy tylko byli tu na dłużej, z pewnością skorzystalibyśmy z zaproszenia, bo warto!

Drohobyckie Stare Miasto zachowało nieregularny, średniowieczny układ urbanistyczny. Rynek, na którym się obecnie znajdujemy, to kwadrat o boku ok. 120 m, którego centrum zajmuje piękny ratusz. Wchodzimy do środka.

Ratusz w Drohobyczu
Ratusz w Drohobyczu



Chcemy dostać się na wieżę widokową, ale okazuje się, że jest już za późno. Polecam Wam więc wybrać się do ratusza przed godziną 16. Może wtedy będziecie mieli możliwość podziwiania miasta z lotu ptaka.

 
Rynek w Drohobyczu
Rynek w Drohobyczu

 

Tymczasem ponownie wychodzimy na rynek. Po wyjściu z budynku naszym oczom ukazuje się smutny, a zarazem przerażający widok. Na jednej z kamienic po południowej stronie rynku zauważamy wywieszony plakat z podobizną ukraińskiego zbrodniarza Stepana Bandery, na którym opisano go jako „bohatera Ukrainy”. Jako Polaków niesamowicie rażą nas takie rzeczy, tym bardziej, że niestety nie mamy na nie wpływu. Cóż poradzić… idziemy dalej!

Z rynku parę kroków dzieli nas od najcenniejszego zabytku Drohobycza: ceglanego kościoła farnego pw. Wniebowzięcia NMP, Krzyża Świętego i św. Bartłomieja, przylegającego do niego od północnego – zachodu.

Prace budowlane przy świątyni zakończono w połowie XV w. Dwa wieki później, w 1648 r. Kozacy pod dowództwem Bogdana Chmielnickiego wdarli się do kościoła i dokonali rzezi mieszkańców, którzy szukali w nim schronienia. Po II wojnie światowej kościół zamknięto, a jego wnętrza służyły m.in. jako magazyn. W 1989 r. w świątyni powstało muzeum ateizmu, jednak jeszcze w tym samym roku fara została oddana Kościołowi katolickiemu (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Zanim wchodzimy do środka, naszą uwagę zwraca kilka szczegółów na zewnątrz świątyni. Na wschodniej ścianie zauważamy trzy fragmenty kamiennej rzeźby pochodzącej prawdopodobnie z czasów pogańskich: dłoń, stopę oraz głowę w spiczastej czapce. Przed wojną nazywano je żartobliwie: „ręka, noga, mózg na ścianie”. Więcej o historii świątyni i wspomnianych rzeźb możecie przeczytać
tutaj.

Obok portalu głównego zauważamy dwie tablice. Jedna z nich (z 1898 r.) upamiętnia 100. rocznicę urodzin Adama Mickiewicza, a druga… 200. rocznicę tego samego wydarzenia :D . Została umieszczona na miejscu starej i niezachowanej do dzisiaj (z 1914 r.), a upamiętniającej 500. rocznicę Bitwy pod Grunwaldem. Drugi portal (po południowej stronie fary) otaczają od góry trzy sterczyny w kształcie krzyża, a także tarcze z herbem Drohobycza i orłem w koronie (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

W kościele farnym w Drohobyczu
W kościele farnym w Drohobyczu

 

Wchodzimy do środka. Wnętrze nie powala na kolana, ale czy można oczekiwać cudów po świątyni, która przed kilkadziesiąt lat pełniła funkcję magazynu i była przeznaczona na muzeum ateizmu? Chodząc po kościele z przewodnikiem w ręku, zaczepia nas starsza osoba. Okazuje się, że to kościelny – pan Stanisław Winarz – związany z miastem od urodzenia. Jak to miło spotkać Kresowiaka z krwi i kości i porozmawiać po polsku w takim miejscu!

Pan Stanisław opowiada nam historię kościoła i ciekawostki z nim związane w tak interesujący sposób, że właściwie nie czujemy potrzeby dalszej lektury przewodnika. Jako powód do dumy wskazuje przede wszystkim fragmenty późnogotyckich i renesansowych malowideł z XV – XVI w., przedstawiających świętych, aniołów, a nawet postać króla, a także starszych – późnobarokowych – z końca XVIII w., na których widnieją sceny z dziejów kościoła. I rzeczywiście. Z całego wnętrza to właśnie malowidła przykuwają nasz wzrok. Warto zwrócić także uwagę na nagrobek Katarzyny Ramułtowej (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Po kilkuminutowej opowieści o historii i wnętrzu świątyni, pan Stanisław żegna nas serdecznie, a my dziękujemy za miłe przyjęcie. Dla takich chwil warto przyjeżdżać na Kresy!

Wychodząc z fary, mijamy renesansową dzwonnicę, a przed nią pomnik Juryja Drohobycza. Na rogu budowli odnajdujemy tablicę w języku ukraińskim, na której umieszczono wzmiankę o „wizycie” w tym miejscu Kozaków Chmielnickiego. Oczywiście informacji o dokonanej przez nich rzezi mieszkańców nie umieszczono.

Na ścianie jednego z bloków na rynku zauważamy podobiznę kolejnego ukraińskiego zbrodniarza – Romana Szuchewycza. Po prostu nóż się w kieszeni otwiera, widząc coś takiego… . Portret jest opisany wyraźnie słowami: „Chwała Ukrainie, Bohaterom Chwała”. A podobno w „polskich” mediach nacjonalizm ukraiński jest uważany za zjawisko niszowe i marginalne. Cóż… skoro my przez ten krótki czas widzieliśmy tak wiele, to co się wyprawia w innych miejscach? Pozostają tylko domysły… .

Czas rozpocząć wędrówkę po mieście śladami jego najwybitniejszego obywatela – Brunona Schulza. W tym celu korzystamy z naszego przewodnika, w którym opisano prawie każde miejsce z nim związane. Podczas spaceru nie zobaczymy wszystkiego, ale to wystarczy, aby poczuć klimat miasta „cynamonowych sklepów”.

Pod nr 10 w północno-zachodnim narożniku rynku próżno dziś szukać rodzinnego domu pisarza, w którym Bruno Schulz przyszedł na świat i gdzie dorastał. Na jego miejscu stoi obecnie brzydki blok mieszkalny, który zupełnie nie pasuje do otoczenia i architektury średniowiecznego miasta (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

 
Tablica na budynku, w którym mieszkał Bruno Schulz
Tablica na budynku, w którym mieszkał Bruno Schulz

 

Podążamy dalej śladami wybitnego pisarza. Zatrzymujemy się przed budynkiem tzw. Białej Szkoły przy ul. Szkilnej (Szkolnej), w której na przełomie XIX i XX w. rozpoczynał naukę młody Bruno, a w 1933 r. prowadził zajęcia. Cofamy się nieco na południe, aby przez ulicę Zamkowa Hora dotrzeć do domu Schulzów (ul. Jurija Drohobycza 12), gdzie pisarz mieszkał ze swoją rodziną przez ponad 30 lat od 1910 r. do 1941 r.! (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Niepozorny budynek jest w zadowalającym stanie technicznym i nie straszy wyglądem, jak wiele obiektów w mieście. Na jego fasadzie umieszczono tablicę pamiątkową w językach: polskim, ukraińskim i hebrajskim, z której wynika, że Bruno Schulz był pisarzem żydowskim. Tak jednak nie było. On sam uważał się bowiem za Polaka i pisał po polsku. Jeszcze nie tak dawno na stronie lwowskiej informacji turystycznej widniała informacja jakoby inny znany polski pisarz Stanisław Lem był… Ukraińcem. Błąd naprawiono po fali oburzenia. Jak widać na Ukrainie nie przywiązuje się uwagi do takich rzeczy… . A szkoda.

Kontynuujemy swoją wędrówkę śladami Brunona Schulza ulicą Mickiewicza. W okresie międzywojennym była to jedna z najelegantszych i reprezentacyjnych ulic w mieście, zamieszkiwana przez bogaczy. Do dzisiaj wiele kamienic, które się przy niej znajdują, imponuje pięknem i urzeka. Nam szczególnie podoba się ta pod nr 7 (z figurami atlantów podtrzymującymi balkon).

 
Ulica Szewczenka, Drohobycz
Ulica Szewczenki, Drohobycz

 

W końcu dochodzimy do reprezentacyjnej ulicy miasta – Tarasa Szewczenki. Nie skłamię, jeśli napiszę, że prócz wspomnianej przed chwilą ulicy Mickiewicza, należy ona do najpiękniejszych w mieście. Spodobała mi się od razu, gdy na nią wkroczyłem. Urzekają w szczególności drzewa ułożone w jednej linii, a także stara, poczciwa kostka brukowa, która nadaje temu miejscu specyficzny charakter.

Skręcamy w lewo, czyli na zachód. Po prawej stronie zauważamy pomnik Adama Mickiewicza. To już druga podobizna naszego narodowego wieszcza, którą mamy okazję dzisiaj oglądać. Poprzednią podziwialiśmy w Truskawcu. Drohobycki monument wygląda jednak na dużo bardziej zadbany od swojego „uzdrowiskowego” odpowiednika. Obecne popiersie zostało wykonane w 1949 r. i jest wzorowane na pierwotnym pomniku, zniszczonym w 1918 r. (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Willa Jarosza, Drohobycz
Willa Jarosza, Drohobycz

 

Po przeciwnej stronie drogi dostrzegamy jeden z najpiękniejszych budynków w mieście – Willę Jarosza. Powstała ona na początku XX w. dla burmistrza Drohobycza, a zarazem właściciela uzdrowiska w Truskawcu Rajmunda Jarosza. Podczas II wojny światowej mieściła kasyno dla gestapowców. Według wiarygodnych źródeł Schulz wykonał tutaj malowidła naścienne na zlecenie Niemców, najprawdopodobniej zniszczone podczas powojennych remontów (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013). Musimy przyznać, że budynek prezentuje się imponująco, a jego stan jest bardzo zadowalający (szczególnie jak na ukraińskie standardy).

Nieco dalej mijamy były dom starców (obecnie bibliotekę im. W. Czornowiła), a także Pałac Sztuki – kolejny budynek, który wywiera na nas bardzo pozytywne wrażenie, gdyż prezentuje się nadzwyczaj świeżo. Może dlatego, że funkcjonuje w nim jeden z oddziałów muzeum „Drohobyczczyna”.

Na końcu ulicy Szewczenki osiągamy Galerię Obrazów, gdzie skręcamy na północ, a następnie zawracamy do centrum ul. Iwana Franka, biegnącą do niej równolegle. Nie ma przy niej wielu zabytków, ale to nie znaczy, że nie warto się nią przejść.

Interesującym obiektem godnym uwagi jest budynek dawnego gimnazjum państwowego (pod nr 24), do którego uczęszczał nie tylko Bruno Schulz, ale także m.in. gen. Stanisław Maczek czy Kazimierz Wierzyński. Osobom wybitnie zainteresowanym twórczością drohobyckiego pisarza polecam odwiedziny znajdującej się w środku gmachu
Izby Pamięci Brunona Schulza (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Nasz czas w Drohobyczu powoli dobiega końca. Przemykamy zatem pospiesznie w pobliżu parku między ulicami Iwana Franka i Tarasa Szewczenki, gdzie 19 listopada 1942 r. gestapowiec Karl Günther zabił Brunona Schulza strzałem w tył głowy. W latach 2006 – 2008 miejsce tragicznej śmierci pisarza upamiętniała tablica. Niestety została skradziona przez nieznanych sprawców. A grobu Schulza do dziś nie odnaleziono… (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Do samego parku nie wchodzimy z jednego, ale bardzo ważnego powodu. Nie mamy ochoty na „podziwianie” pomnika Stepana Bandery, który umieszczono na skwerze. Skręcamy w lewo – na północ – aby przez Plac Szewczenki skierować się w stronę dworca autobusowego i marszrutkowego. Na razie chcemy tylko sprawdzić, o której godzinie odjeżdża nasz ostatni bus do Lwowa. Z rozkładu wynika, że o godzinie 19, ale nie chcemy ryzykować niespodzianki i postanawiamy pojechać wcześniejszym o godz. 18.

Korzystając z ostatniej wolnej godziny w Drohobyczu, udajemy się w stronę centrum, aby zobaczyć pozostałości po żydowskich synagogach w mieście. Największe wrażenie wywiera na nas Wielka Synagoga, zwana również Chóralną. Była to główna żydowska świątynia Drohobycza, wzniesiona w latach 1842 – 65. Podczas II wojny światowej urządzono w niej stajnię, co przyczyniło się do dewastacji wnętrza. Bożnicy nie oszczędzano także po wojnie, gdy mieścił się w niej sklep meblowy. Wielka Synagoga uchodzi za największy tego typu obiekt w Galicji Wschodniej (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013). W ostatnich latach świątynia została poddana renowacji, co widać, jeśli porównamy obecne zdjęcia z tymi sprzed kilku lat. Różnica jest kolosalna. I bardzo dobrze. Przynajmniej bożnica nie straszy już swoim wyglądem zarówno mieszkańców jak i turystów.

 
Duża Synagoga w Drohobyczu
Duża Synagoga w Drohobyczu
 


Ostatnim zabytkiem, jaki podziwiamy w Drohobyczu, jest Mała Synagoga z 1909 r. Teraz możemy na spokojnie udać się na dworzec i oczekiwać na marszrutkę do Lwowa.

Co warto odwiedzić w mieście, a czego nie odwiedziliśmy? Z pewnością drewniane cerkwie, a szczególnie jedną z nich: cerkiew pw. św. Jura, która w 2013 r., wraz z innymi świątyniami z Polski i Ukrainy została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest ona uważana za jedną z najpiękniejszych w Galicji. W jej wnętrzu warto zwrócić uwagę na ikonostas oraz cenne malowidła na ścianach. W pobliżu cerkwi znajduje się drewniana dzwonnica o wysokości 28 m należąca do największych i najpiękniejszych na Ukrainie (Rąkowski G., Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie, OW Rewasz, Pruszków, 2013).

Warto odwiedzić także cerkwie pw. Podwyższenia Krzyża Św. oraz pw. św. Paraskewy. Nie są co prawda tak znane i popularne, jak ich słynna „koleżanka”, ale czy jest to dla nas jakikolwiek wyznacznik? Wręcz przeciwnie! Często mniej spopularyzowane miejsca są dużo atrakcyjniejsze od tych obleganych przez turystów. I ja takie miejsca staram się właśnie wybierać.

Jeszcze jednym interesującym miejscem, do którego warto zajrzeć, jest wciąż czynna warzelnia soli. Jak wcześniej wspominałem, związki Drohobycza z wydobyciem tego surowca są bardzo silne, zatem nie powinna dziwić obecność w mieście takiego zabytku.

Gdy docieramy na przystanek, nasz bus już czeka. Wchodzimy do środka, ale nie ma ani jednego wolnego siedzącego miejsca. Myślimy sobie: „Trudno, jakoś do Lwowa trzeba wrócić”. Gdy kierowca zbiera pieniądze za przejazd i pyta się nas dokąd jedziemy, stajemy jak wryci. Okazuje się, że marszrutka, w której jesteśmy, nie dojeżdża do samego Lwowa, tylko do miejscowości położonej ponad 20 km od niego. Cóż… w takim razie przyjdzie nam czekać na ostatnią – o 19.

Im bliżej odjazdu, tym bardziej zaczynamy się niepokoić. Przy stanowisku odjazdowym nie zbierają się ludzie, żadna marszrutka nie nadjeżdża. Postanawiamy zapytać inne osoby, czy nasz bus w ogóle dzisiaj kursuje. Odpowiadają, że dzisiaj nic już do Lwowa nie odjedzie… . No to ładnie… .

Zastanawiamy się, co robić. Jesteśmy po godzinie 19 na dworcu w Drohobyczu i bez transportu do Lwowa. Szybka decyzja jest następująca: jako że będąc w Truskawcu, zapamiętałem, że ostatni autobus do Lwowa odjeżdża o godzinie 20:15, postanawiamy podjechać marszrutką do Truskawca i stamtąd pojechać już prosto do Miasta Lwa. Busy między Drohobyczem, a Truskawcem jeżdżą bardzo często (co ok. 10 – 15 minut), więc nie mamy problemów z dostaniem się do odwiedzonego uprzednio uzdrowiska.

Za kurs Drohobycz – Truskawiec płacimy 6 hrywien (o 4 hrywny mniej niż w przeciwną stronę). Nasz autobus już czeka na stanowisku odjazdowym. Ulga, jakiej doświadczamy, to coś niesamowitego. Przed oczami mieliśmy wizję spędzenia nocy w Drohobyczu, ale na szczęście udało się zdążyć na ostatni kurs do Lwowa. Takie szczęście to coś wspaniałego!

Cena za przejazd z Truskawca do Lwowa to 40 hrywien, a więc o 6 hrywien mniej niż w przeciwnym kierunku. Doprawdy nie wiem, o co w tym chodzi. Sumując wydatki na przejazdy z Drohobycza do Truskawca i Truskawca do Lwowa wychodzi więc kwota identyczna.

Po dniu pełnym wrażeń wracamy tramwajem z dworca kolejowego i lądujemy w hostelu. Zmęczenie jest tak duże, że nie mamy czasu prawie na nic. Tym bardziej, że jutro kolejny dzień odkrywania cudownych Kresów!

Czy warto odwiedzić Drohobycz? Na pewno tak, choć, jeśli mam być szczery, trochę się na nim zawiodłem. Spodziewałem się nie wiadomo czego, a to po prostu ładne i interesujące pod względem krajoznawczym miasto. I tyle. Na pewno osoby, które czytały wszystkie albo choć część opowiadań Schulza, będą miały o wiele większą frajdę podczas odkrywania miasta śladami wielkiego pisarza. I ich szczególnie zachęcam do odwiedzin Drohobycza, choć… chyba nawet nie muszę :).

Przybywajcie zatem do Drohobycza i wyrabiajcie sobie własne zdanie na jego temat. Niech miasto Brunona Schulza sprawi, że poczujecie się jak w centrum akcji „cynamonowych sklepów”. Oczywiście z książką pod pachą.

Galeria zdjęć z pobytu na Kresach do obejrzenia
tutaj.

 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Wschód jest piękny


piątek, 22 stycznia 2016

Mariusz Urbanek 'Genialni. Lwowska szkoła matematyczna'

Okładka książki Genialni. Lwowska szkoła matematyczna.














Recenzję tę dedykuję autorowi.Mariusz Urbanek


 Dziś napiszę o bestsellerze z końca ubiegłego roku, ulubionym prezencie gwiazdkowym Polaków z ubiegłej Gwiazdki (ja też dostałam), czyli o biografii lwowskich matematyków Mariusza Urbanka pod tytułem 'Genialni. Lwowska szkoła matematyczna'. Wydały ją Iskry w listopadzie 2014 roku.

Jest to wspaniała biografia lwowskich matematyków, którą z przyjemnością mogą czytać tacy humaniści jak ja. Jak się okazuje, życie matematyków czy fizyków wcale nie było nudnym pisaniem wzorów i cyfr na tablicy.

Pan Urbanek, jak zwykle zresztą, 'wyciągnął' z biografii co się da.

Opisał ludzi, okrasił to zabawnymi anegdotkami. Napisał zwięźle i treściwie. Przecież opisać tyle osób w jednej książce to wielka sztuka! A widać, że i do źródeł sięgał, i z ludźmi rozmawiał. Przyznam się szczerze, że nic o matematykach nie wiem i bałam się, że książka będzie nudna dla mnie. Okazało się, że jest ciekawa. Bardzo.

Spodobały mi się dwie anegdotki, oczywiście Steinhausa. Jedna o nazwisku, i jego odmianie, że nazwisko należy do właściciela, ale tylko w mianowniku. Druga, to ta o Bogu:

'Łatwo jest usunąć Boga z jego miejsca we wszechświecie. Ale takie dobre posady niedługo wakują'.

Książka pokazuje geniuszy jakimi są, z ich geniuszem w danej dziedzinie i z kompletną nieporadnością w innych. Aż i sama poczułam się jak geniusz, bo sama byłabym w stanie włożyć do armaty kulę nie tą stroną, którą należy, ja też uwielbiałam ACI (Accusativus cum infinitivo), ja tak jak matematycy przegapiałam szanse lepszych posad. Może nie tak lukratywnych jak ta Banacha, czy Steinhausa... Poza tym, matematycy byli zjawiskiem wyjątkowym w polskiej nauce i aż dziw, że dostrzeżono ich talenty, że nie zmarnieli gdzieś w odmętach własnych frustracji.

Tutaj wydaje mi się, jest wielka zasługa przedwojennego Lwowa. Książka jest prawdziwym portretem miasta. Wielokulturowość, intelektualizm i miła zabawa, wiejskości i miejskość, otwarcie na wszystkie strony świata. To wszytko pokazał nam autor. Wielkim plusem książki są fotografie przedwojennego miasta.

Kolejną sprawą jest pokazanie historii. Jak to ładnie powiedział Hugo Steinhaus 'To granica ZSRR dwukrotnie przekraczała ich'. Tak było. Kresowiacy urodzili się w Polsce, a wpisano im w dowodach ZSRR. Dziwo historii. Takie dziwa historii uosabiają w sobie biografie lwowskich geniuszy. Mamy najpierw różne historie pochodzenia matematyków. Kompletnie różne środowiska. Pokazano szkoły zborowe. Potem mamy wojnę i następnie II Rzeczpospolitą. Piękną, bo naszą, ale biedną, nieprzyjemną dla rozwijania talentów, jeśli nie daj Boże utalentowany okazał się ktoś z ludu albo Żyd. A potem jeszcze getta ławkowe i nawet prawne ściganie osób komunizujących. Były też silne konflikty narodowościowe w latach 30-tych i powstający ruch niepodległościowy Ukraińców. Mimo tego tygla Lwów jest wielonarodowy. Sprowadzają się do miasta osoby z różnych stron, a tożsamość polska opiera się na poczuciu wspólnoty kulturowej i historycznej i społecznej. Jakże musiała być silna, skoro Ii Banach, Steinhaus odrzucili propozycję pracy dla Stanów, nie dla Polski. Ulam skorzystał, ale książka pokazuje jakie zawirowania historii do tego doprowadziły. Mówiąc wprost, groźba Hitlera. Jednocześnie różne anegdotki wojenne na temat Banacha pokazują, że był on człowiekiem szanowanym i przez Ukraińców, i przez Rosjan, i przez Polaków.

To wszytko pokazuje pan Urbanek.

Okupację i czasy powojenne pokazują jak na dłoni, że żyć w tamtych czasach było trudno. Każdemu z nich życie się inaczej ułożyło, niektórzy zostali zamordowani, ale jedno widać na pewno, musieli opuścić Lwów. Na zostanie tam miał szansę Banach.

Warto jest zapoznać się z dziejami tych wspaniałych ludzi, bo według mnie symbolizują one Polskę. Cały ten Lwów ,tak pięknie opisany w niniejszej książce, według mnie jest symbolem zagłady Polski Kresowej, wielokulturowej. Skończyło się to wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej, Krasnej Armii, jak mawiał mój dziadek. Niedobitki przyszły do Wrocławia, część wyemigrowała, a została tęsknota i odwiedzanie grobów.

Jeśli chodzi o zjawisko bycia geniuszem we własnym kraju, to książka ta również pokazuje, że nie jest łatwo. Że trzeba się przebijać i ciągle wybijać szklane sufity. Że trzeba wybierać pomiędzy dostatnim bytem rodziny, a poświęceniem się swojej ukochanej dziedzinie. Ulam wyjechawszy do Stanów miał i to, i to. I to nas różni od Ameryki.

Ale może prawdziwe dobro rodzi się w trudach? Może taki Banach czy Steinhaus w świetlanych warunkach zaczęliby się nudzić życiem?

Te i inne pytania postawicie sobie po przeczytaniu książki 'Genialni'.

A ja dziękuję, że mamy tak dobrego Biografa!

Post pochodzi z bloga
Literackie zamieszanie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...