poniedziałek, 29 lutego 2016

Józef Ignacy Kraszewski, „Ulana”



„Ulana” należy do cyklu powieści chłopskich Józefa Ignacego Kraszewskiego. Po raz pierwszy została wydana w 1843 roku. Jej fabuła oparta jest na autentycznym wydarzeniu, o którym autor usłyszał podczas swych podróży po Wołyniu.

Kraszewski pisze we wstępie: „”Ulana” jest jedną z najdawniejszych powieści, pisaną była w roku 1842, tła i treści dostarczyły do niej lata pobytu na Polesiu, dzierżawy w Omelnem i częstych podróży w głąb tego kątka kraju. Wioska opisana leżała na drodze, a historia Ulany jest prawdziwą i ów pasek nawet czerwony, który ją kończy. – Bohaterem był p. B., wśród lasów poleskich. – Za owych czasów Polesie było bardzo poetycznym krajem legend i powieści – a tak od niego do świata było daleko! Odbiło się też ono w naówczas pisanych opowiadaniach nie raz jeden i nie w jednej „Ulanie”. – „Ulanę” tłumaczoną na język francuski umieściła „L’Esperance”.”
 
Pierwowzorem powieściowego dziedzica był podobno Paulin Rydzewski, syn Mateusza (marszałka szlachty powiatu pińskiego), właściciela majątku Żychnowicze koło Pińska. Paulin uwiódł Handzię, żonę gajowego, która na skutek tego porzuciła męża i dwoje dzieci. W 1829 roku Handzia urodziła córkę Paulina, a dwa lata później młody dziedzic ożenił się w Pińsku z młodziutką Izabelą Hryniewiczówną. W dniu ślubu Handzia popełniła samobójstwo.

I taka jest też mniej więcej dość treść „Ulany”. Rzecz dzieje się na Polesiu Wołyńskim. Młody dziedzic uwodzi piękną Ulanę, mężatkę i matkę małych dzieci. Aby mieć swobodne pole działania, wysyła jej męża z końmi i wozem do Berdyczowa w sprawach majątku. W końcu dziedzic także się żeni, a zrozpaczona chłopka popełnia samobójstwo wieszając się na swym czerwonym pasku typowym dla stroju poleskich wieśniaczek. Fabuła utworu jest dość prosta i banalna, ale za to przepełniona akcentami sprawiedliwości społecznej i wrażliwości autora na krzywdę chłopską.

Wielkim atutem tego utworu są opisy Polesia Wołyńskiego (to właśnie tam , w dzierżawionym przez siebie Omelnie w owym czasie mieszkał Kraszewski, więc znakomicie znał te okolice): „Jeśli jaki kraj cichy, jeśli jaki spokojny, to Polesie nasze.” Czytamy o krajobrazie poleskim, poleskich chatach chłopskich, żydowskich karczmach, gościńcach, lasach i całej prawie dzikiej jeszcze przyrodzie. 

Poleskie Omelno dzierżawione przez Kraszewskiego w pierwszej połowie XIX wieku, sto lat później stało się rozsadnikiem zbrodniczej formacji UPA. Potomkowie tych cichych, spokojnych poleskich chłopów mścili się krwawo na potomkach swych dawnych polskich panów. Polescy Ukraincy uczyli się tam, jak rezać Polaków i podpalać ich domy. W okresie ludobójstwa Polaków na Wołyniu właśnie w Omelnie mieściła się podoficerska szkoła UPA. Aczkolwiek, aby być sprawiedliwym, trzeba wyznać, że już Kraszewski pisał w „Ulanie” o tym, że poleski chłop, jeśli poczuje, że pan robi mu krzywdę, to w ramach zemsty podpala dwór. Tak więc, polskie dwory płonęły na Polesiu wołyńskim na długo przed tym, zanim pojawiła się tam UPA ze swoją ideologią. Taka widać była poleska tradycja. 

Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na serię, w której Zakład Narodowy im. Ossolińskich wydał „Ulanę”. Otóż, była to tzw. mała seria klasyki pod nazwą „Nasz Biblioteka”. Wydano w niej wiele tekstów ważnych dla literatury polskiej, w tym także lektur szkolnych. Każde wydanie było naukowo opracowane i opatrzone wstępem oraz przypisami. Wszystkie miały jednolitą szatę graficzną. 

Kraszewski Józef Ignacy, „Ulana”, opracował Stefan Tomaszewski, wydawnictwo - Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1988

Tekst oryginalny ukazał się na blogu:
archiwummeryorzeszko.blogspot.com/.../jozef-ignacy-kraszewski-ulana....

niedziela, 28 lutego 2016

Janusz Henryk Zadarnowski ps. „Ratold”

źródło zdjęcia


Janusz Henryk Zadarnowski ps. „Ratold” urodzony 15 lipca 1929 roku w Warszawie, zmarł 22 marca 2014 roku zmarł w Saint Louis w Stanach Zjednoczonych.

Od maja 1942 roku harcerz Szarych Szeregów w 41. Warszawskiej Drużynie Harcerskiej.

W Powstaniu Warszawskim żołnierz 102. kompanii Batalionu „Bończa” w Zgrupowaniu „Róg”, Grupy Armii Krajowej „Północ”, uczestnik walk na Starym Mieście oraz w Śródmieściu.

Od października 1944 do stycznia 1945 roku wywiadowca Komendy Obwodu AK Limanowa.

Po wojnie, zagrożony aresztowaniem, przedostał się na Zachód.

Absolwent Uniwersytetu Concordia w Montrealu, kapitan służb technicznych Royal Canadian Air Force. Skarbnik Komisji Skarbu Narodowego RP na Kanadę, Dyrektor Krajowy Kongresu Polonii Amerykańskiej, wieloletni Prezes Okręgu Stanów Zjednoczonych Ameryki Koła Byłych Żołnierzy Armii Krajowej, członek Rady Fundacji Pomocy na Rzecz Żołnierzy Armii Krajowej.

Uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski,
Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej,
Krzyżem Walecznych, Medalem Wojska czterokrotnie,
Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim,
Medalem „Pro Patria” i Medalem „Pro Memoria”
oraz innymi odznaczeniami.[źródło informacji]

Janusz Henryk Zadarnowski był wielkim zwolennikiem przekazywania zbiorów polonijnych do Archiwum Akt Nowych. W 2001 roku przekazał pierwszą część swojego archiwum do Archiwum Akt Nowych.[źródło informacji]

*  *  *
Janusz Henryk Ratold-Zadarnowski

Aeronautical engineer

Born Jul. 15, 1929, Warsaw, Poland; came to U.S., 1965; son of Jan and Maria (Korzeniowska); married Helena (Bajer); children: Piotr, Malgorzata.

Education: diploma, Ecole de Construction Aeronautique, Paris (France), 1951; Bachelor of Science (B.S.), Concordia University, Montreal (Canada), 1963.

Career: designer, Canadair, Montreal, 1952-65, Lockheed, Atlanta (GA), 1966-67; senior designer, Boeing, Seattle (WA), 1967-68; strength engineer, Cleveland Pneumatic (OH), 1968; project manager, McDonnell Aircraft, St. Louis (MO), 1969-95.

Author: projects, Computer Application on the F-18 Project, 1980, Aircraft Integral Tank Design and Sealing Technology, 1982-89, Spray Sealing - a Breakthrough in Integral Fuel Tunk Sealing Technology (for NATO), 1989.

Member of: Society of Automotive Engineers; vice chairman, board member, Polish Home Army - Armia Krajowa (A.K.) Veterans Association, London (United Kingdom); board member, 1983-85, Chicago branch, district U.S. board member, 1984-88, vice president 1988-90, national president, since 1990, Polish Home Army Veterans Association (U.S.); vice president Polish Home Army Foundation; national director, Polish American Congress (P.A.C.).

Honors: Order of Polonia Restituta; Cross of Valor; Cross of Merit; and others.
 
Janusz Henryk "Ratołd" Zadarnowski


Served with: Polish Home Army - Armia Krajowa (A.K.), Polish Scouting Underground Organization - Szare Szeregi, scoutmaster, 1942-44; Warsaw Uprising 1944 and partisan groups in Tatra Mountains, corporal, 1944-45; Royal Canadian Air Force, captain, 1963-65.

Affiliation Republican. Roman Catholic.

Languages: Polish, English, French, Spanish, German, Russian.

Hobbies: gardening, music, history.

Home: 1006 Mackinac Drive, Saint Louis, M0 63146.

From: "Who's Who in Polish America" 1st Edition 1996-1997, Boleslaw Wierzbianski editor; Bicentennial Publishing Corporation, New York, NY, 1996.[źródło informacji]


Na stronie Blogmedia24.pl - historia Andrzej Rumianek wspomina działalność konspiracyjną i wymienia m. in. "Ratolda" (Janusza Zadarnowskiego).

Andrzej Rumianek mentions underground activity and lists m. In. "Ratold" (Janusz Zadarnowski) - English version of memories.

Wpis pochodzi z bloga Zadarnowo i okolice

piątek, 26 lutego 2016

Magdalena Jastrzębska, Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej.





Ostatnią w całości książką przeczytaną w minionym 2015 roku była opowieść biograficzna o Józefie z Moszyńskich Szemebkowej, za która odpowiedzialna jest Magdalena Jastrzębska. To autorka, która od lat odnajduje informacje na temat zapomnianych postaci z przeszłości, skrupulatnie zbiera materiały, segreguje, pracuje na tekstach źródłowych, prowadzi swoiste dochodzenia, poznaje losy danej osoby i najbliższej jej rodziny. Nie inaczej jest tym razem. Dzięki Magdalenie Jastrzębskiej możemy zgłębić koleje życia kobiety pięknej, oddanej i subtelnej. Losy Józefy z Moszyńskich poznajemy dzięki licznej korespondencji, jaka zachowała się do dnia dzisiejszego i skrzętnie skrywana jest w bibliotecznych zbiorach. Jakie skarby kryją nasze Biblioteki Narodowe i muzealne! Ileż jest postaci zapomnianych, uważanych za mało ciekawe, niewybijające się w sferze politycznej i towarzyskiej. Czy trzeba jednak być politykiem i skandalistą, aby móc być przez potomnych docenionym? Czy losy zwykłej kobiety nie mogą być równie ciekawe i interesujące? Magdalena Jastrzębska udowadnia po raz kolejny, że należy zwracać szczególną uwagę właśnie na kobiety, którym w XIX wieku odmawiano prawa do wykształcenia, które były przygotowywane do roli żony i matki, które potem wiernie egzystowały w cieniu swoich mężów, niejednokrotnie prowadzących hulaszczy tryb życia.

"Listy z Kresów" prezentują bliżej nieznaną Józefę z Moszyńskich Szembekową. Wraz z upływem stron Józefa staje się czytającemu coraz bliższa. Sprawiają to liczne odniesienia do listów pisanych przez lata jej ręką, głównie do ojca Piotra Moszyńskiego. To w nich pisała o codziennych sprawach, troskach, kłopotach ważnych i błahych, opisywała wydarzenia dnia codziennego. Z biegiem lat listy zaczęły stanowić zapis jej życia od dzieciństwa po starość. Czytelnik obserwuje jak z dziewczynki, Józefa zmienia się w kobietę, żonę, matkę. Można jednak powiedzieć, że urodzoną w 1820 roku w Berszadzie Józefę tak naprawdę życie nie rozpieszczało. Szczęście młodych rodziców Józefy trwało jedynie cztery lata. Los sprawił, że ojciec Józefy – Piotr Moszyński został więźniem politycznym, a następnie został wywieziony na Syberię. Listy szły miesiącami. Józefa z matką zamieszkała w Dolsku, a kilkuletnia rozłąka nie wpłynęła zbyt dobrze na szczęście Moszyńskich. Joanna Moszyńska zdecydowała się na rozwód z mężem i ponownie ułożenie życia z innym mężczyzną. Józia, będąc bardzo majętną jedynaczką, dostała się pod kuratelę ustanowionych opiekunów i wyjechała do majątku Sobańskich, do Ładyżyna. Od tej pory nie miała zbyt dobrego kontaktu z matką, ale stale pisała listy do ojca. Zamieszkała z nim mając już piętnaście lat. Jej młodą towarzyszką została jej równolatka Anna Malinowska, która w parę lat później poślubiła Piotra. Nie wydaje się jednak, że mimo pojawienia się dzieci, było to szczęśliwe małżeństwo.

Józia, jako młoda, piękna i do tego majętna kobieta miała wielu adoratorów. Korzystając z wolności w wyborze męża, mimo, że duchowo blisko jej było do starszego Romana Sanguszko, poślubiła w 1842 roku Józefa Szembeka. Józef rzeczywiście był bardzo przystojny, ale uchodził za tak zwanego światowca: wiele podróżował, nie liczył się z wydatkami, bywał na salonach, uprawiał hazard, lubił polowania i nie stronił od towarzystwa kobiet. Efekt był taki, że Józef Szembek nie dbał o powierzony mu poprzez małżeństwo majątek żony. Okazało się, że potrzeba kilkunastu lat, aby przepuścić cały majątek, bezmyślnie stracić fortunę. Józefa nie dbała o sprawy majątkowe, ale odpowiedzialna była za wychowanie synów i pokochała spokojną egzystencję na wsi. Mimo upływu lat wiernie zawsze stała przy boku męża, broniła go w razie potrzeby i nie widziała jego notorycznie powtarzanych błędów. Taka ślepa miłość. Owszem od czasu do czasu mąż zabierał ją ze sobą. Józia poznała między innymi życie w Paryżu, Odessie, Baden, Krakowie, Warszawie. Bywała na balach i uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich; wspierała liczne akcje charytatywne. Nadal utrzymywała kontakty z ojcem i przyrodnim rodzeństwem. Gdy okazało się, że Szembekowie prawie wszystko stracili, nawet ukochane Ujście, Józia nadal wiernie stoi przy boku męża. Umiera w Krakowie w 1897 roku przeżywszy męża o parę lat.

Oprócz historii Józefy, autorka wiele miejsca poświęca losom Piotra Moszyńskiego, jego żony Anny i dzieci. Gdzieś jednak w tym wszystkim zapodział się Józef Szembek. Wielki utracjusz i hulaka, ale przecież mąż Józefy. Co prawda dowiadujemy się, że pisał listy do żony bardzo rzadko i właściwie się ze sobą rozmijali. To ona dostosowywała wszelkie wyjazdy do jego planów. Z nakreślonego obrazu wynika, że nie był dobrym mężem. Nie do końca mogę zrozumieć postawę Józefy wobec niego. Czasami chciałam krzyknąć „ocknij się kobieto!”. Tak jednak była wychowana, w dodatku doświadczona przez los nie chciała powtarzać błędów nieroztropnej matki. Być może to też wpłynęło na jej prezentowaną przed towarzystwem postawę.

"Listy z Kresów" to wspaniała lektura, która oddaje klimat epoki. Wędrujemy na Kresy, odwiedzamy wielkie europejskie miasta, posiadłości, poznajemy wady i zalety życia towarzyskiego oraz tego w zaciszu wiejskiej przestrzeni. Atutem wydania jest staranna oprawa graficzna, bogate zasoby starych fotografii rodzinnych, listów i odwiedzanych przez autorkę miejsc związanych z Józefą Moszyńską. Warto wspomnieć o rozbudowanych przypisach. Na końcu odnaleźć można bogaty spis bibliograficzny, indeks osób i spis ilustracji. Książka wzbudza wiele emocji w czytelniku i nie sposób się od niej oderwać. Czytanie takich książek daje wiele satysfakcji.


 Magdalena Jastrzębska, Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej, wydawnictwo LTW, wydanie 2015, okładka twarda, stron 256.

wtorek, 23 lutego 2016

Michał Sobków, „Koropiec nad Dniestrem”




„Koropiec nad Dniestrem” autorstwa doktora Michała Sobkowa to napisana w lekkim tonie historyczna monografia rodzinnej miejscowości autora, która po 1945 roku pozostała za naszą wschodnią granicą. 

Wioska położona w powiecie buczackim (województwo tarnopolskie) została założona w XV wieku przez króla Władysława Jagiełłę, który był fundatorem miejscowego kościoła. W 1453 roku właściciel miejscowości Alfred Buczacki nadał Koropcowi prawa miejskie. Później właścicielami Koropca byli kolejno: rodzina Kierdziów, wojewoda podolski Jan Sieniński, Jan Piekarski i Stefan Potocki. Z czasem zniszczony i spalony podczas tatarskich napadów Koropiec podupadł i na powrót stał się wsią. Aby ożywić tę okolicę, rodzina Potockich zaczęła ściągać tam mieszkańców Sambora, Mazowsza i przykarpackiej Rusi (byli to tzw. Rusini, zwani dziś Ukraińcami). Nowi osadnicy mieli pewne ulgi: nie musieli odrabiać pańszczyzny i płacić podatków. Wkrótce wokół Koropca powstały czysto polskie osady, takie jak Późniki, Nowosiółka i Krościatyn.  Od końca XVIII wieku Koropiec był we władaniu rodu Mysłowskich. Rodzina Mysłowskich wybudowała tam piękny klasycystyczny pałac, w którym podobno konie w stajniach miały marmurowe żłoby.



Ostatni dziedzic z tego rodu, hrabia Alfred Mysłowski, został opisany w książce Sobkowa tak, jak go zapamiętali najstarsi mieszkańcy wsi, czyli jako młody i przystojny hulaka i utracjusz. Był bardzo bogaty. Mieszkał na stałe w Anglii, co nie przeszkadzało mu w pełnieniu obowiązków wójta. Do swojej posiadłości przyjeżdżał kilka razy w roku, a wtedy był owacyjnie witany przez miejscową ludność, która sypała na jego cześć kwiaty na drodze przejazdu jego powozu, a on im za to z okna pojazdu rzucał hojną ręką austriackie grajcary. Zadłużony majątek przejął po Mysłowskim marszałek Galicji, hrabia Stanisław Badeni, a po nim jego syn Stefan, który był ostatnim dziedzicem Koropca. Miał on tak demokratyczne poglądy, że pozwalał swoim dwojgu dzieciom bawić się z dziećmi z wioski. 

Przedwojenny Koropiec, jaki opisuje Michał Sobków, był dużą wsią zamieszkałą przez Rusinów, Polaków i Żydów. Polacy i Rusini żyli razem i większość rodzin we wsi była mieszana. Zasada była taka, że w takich związkach syn dziedziczył narodowość i religię po ojcu, zaś córka po matce. Michał Sobków pisze o sobie, że po śmierci ojca Polaka był jedynym Polakiem w swojej rodzinie. Jego matka była Rusinką, podobnie jak siostra. Konflikty polsko-ukraińskie w Koropcu zaczęły się na początku XX wywołane tym, że rząd austriacki zaczął podsycać narodowe dążenia Rusinów i sterować ich nienawiścią do Polaków. Później te właśnie dążenia doprowadziły do ludobójstwa Polaków na Ukrainie, jakie miało miejsce także w Koropcu i okolicach w czasie II wojny światowej i tuż po jej zakończeniu. 

Najwięcej miejsca poświęcił autor opisowi radzieckiej i niemieckiej okupacji Koropca. We wrześniu 1939 roku pojawiła się tam Armia Czerwona, a zaraz za nią młodzi Żydzi ubrani w wyszywane ukraińskie koszule. Okazało się, że to członkowie radzieckiej milicji i NKWD. W czasie krótkiego panowania Sowietów w Koropcu zostali aresztowani wszyscy bardziej majętni i światli Polacy (w tym stryj autora), a później wywieziono ich w nieznane. Z niektórymi, np. z lekarzem Józefem Czyniewskim, który trafił do więzienia w Czortkowie, a po wojnie został na Zachodzie, autor nawiązał kontakt dopiero po wojnie. Po Sowietach przyszli Niemcy i zaczęły się rządy niemiecko-ukraińskie. Sobków z detalami opisuje jak 8 lipca 1941 roku Rusini udekorowali  bramę triumfalną na cześć wchodzących do wsi hitlerowców. Na bramie zawiesili dwie flagi: niemiecką ze swastyką i niebiesko-żółtą ukraińską. Ukraińcy witali Niemców kwiatami oraz chlebem i solą, a później masowo i z ochotą wstępowali do oddziałów wojskowych SS Galizien. Uważali bowiem, że Adolf Hitler uderzając na Związek Radziecki spełnił marzenia Rusinów o „samostijnej” Ukrainie. W czasie musztry śpiewali:

„Smertj, smertj lacham (czytaj Polakom) smertj.
Smertj moskowsko-żydowskij komuni.
W bij krwawyj OUN nas wede.
Hołodnych Polakiw za Wysłu prożynem,
Todi na Ukrainie weseło prożywem.”

Niedługo potem ukraińscy sąsiedzi rozpoczęli czystkę etniczną i „rezanie” Lachów. Pierwszym morderstwem, które zapamiętał autor, było zabójstwo w pobliskiej wsi Dąbrowa. Zabito tam Justynę Maćków, Rusinkę, która wyszła za Polaka i urodziła mu trzech synów. Najmłodszy z nich miał trzy lata. Ukraińcy powiesili ich wszystkich razem z matką. Wkrótce później zagłada przyszła na pobliską wioskę Krościatyn, gdzie 28 lutego 1944 roku w ciągu zaledwie kilku godzin przebrani za polskich partyzantów Ukraińcy zamordowali 156 osób. Napadem na wieś kierował młody ksiądz grekokatolicki ze wsi Monasterzyska. 

Banderowcy zabijali Polaków nawet po wejściu Sowietów. W tym czasie młody autor pracował przy radzieckim sztabie wojskowym w pałacu Badenich i brał udział w akcjach przeciwko Ukraińcom. W środę popielcową (noc z 12 na 13 lutego) 1945 roku nad czysto polską wsią Późniki pojawiła się wielka ognista łuna. To UPA paliła domy i wyrzynała jej mieszkańców. Mieszkańcom wsi, w której zostały prawie same kobiety i dzieci (mężczyzn Sowieci zabrali do milicji i wojska), pospieszyli na pomoc Polacy z Koropca pod dowództwem radzieckiego komisarza Kirjejewa. Niestety, przybyli za późno. 

Oto, co Sobków zapamiętał z tej nocy: „W centralnych częściach wsi makabryczne widoki. Wiele kobiet z obciętymi sutkami wyje niesamowicie. Na każdym kroku spotyka się ludzi z krwawiącymi ranami głowy zadanymi im siekierami. Zgłasza się do nas o pomoc kilkuletni chłopiec, Rudolf Łódzki, z wgniecioną czaszką. Nic jednak nie możemy mu poradzić, ponieważ nie ma wśród nas lekarza. Dziurę w czaszce ma zaklejoną chlebem. Opatrzność Boska chyba nad nim czuwała. Matka i dwie jego siostry zostały jednak zabite. Podążam śladem komisarza. Jego z kolei prowadzą na miejsce zbrodni ci, którzy przeżyli. Przed nami zwłoki mężczyzny. Miejscowi ludzie rozpoznają w nim Józefa Jasińskiego. Sztyletami zadane ciosy są jedne przy drugich. Trafiamy następnie na zwłoki małego dziecka. Otoczenie twierdzi, że to Stasio Wiśniewski liczący zaledwie półtora roku. Na widok noża wepchniętego w jego usta robi mi się jakoś dziwnie słabo. Ogółem zamordowano sto cztery osoby, a we wsi liczącej kilkaset gospodarstw zostało tylko czternaście.”
Pod koniec 1945 roku Polacy z Koropca zostali repatriowani „do Polski”. Po ich wyjeździe stał się cud: kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w miejscowym kościele zaczęła płakać rzewnymi łzami. Obraz był duży (2 na 3 metry) i wody lało się tyle, że Ukraińcy zaczęli podstawiać wiadra i zabierać ją do domów. Sowieci tłumaczyli im, że pewnie w kościele było zainstalowane jakieś urządzenie hydrauliczne, przeryli ścianę świątyni, ale nic nie znaleźli. Po zamknięciu kościoła Ukraińcy przenieśli obraz do swojej cerkwi. 

Michał Sobków jako Polak wyjechał do Wrocławia, gdzie skończył studia medyczne i został lekarzem. Po raz pierwszy wrócił do rodzinnej wsi po 10 latach, w roku 1955. Wszystko się tam zmieniło, a najbardziej stosunki własnościowe (kołchozy) i mentalność ludzi. Zdziwił się, że po tylu zbrodniach Ukraińcy z Koropca pytali go, jak gdyby nic się nie stało: „kiedy wy, Polacy, znowu tu wrócicie?”. Innym razem został poczęstowany bimbrem z „polskiej” przedwojennej butelki, która była w rodzinie przechowywana jak relikwia i stawiana na stół tylko przy szczególnych okazjach. Stosunek Ukraińców do Polaków zmienił się znowu na gorsze po rozpadzie Związku Radzieckiego i powstaniu „samostijnej” Ukrainy. 

Doktor Sobków był znanym we Wrocławiu lekarzem i działaczem kresowym. Jego wspomnienia powstawały latami. Napisana gawędowym stylem, pełna uroku i ciekawych anegdot książka o Koropcu otrzymała drugą nagrodę w konkursie na pamiętnik związany z Kresami organizowany w latach 1990. przez „Kartę” i Instytut Zachodni w Poznaniu. Później napisał jeszcze kilka innych książek wspominkowych: „Podróż w nieznane”, „Saniami do nieba”, „Dwa lata w raju”. Zmarł w 2014 roku w wieku 87 lat.  



Sobków Michał, „Koropiec nad Dniestrem”, Wyd. Poznańskie, Poznań 1999

Zdjęcie pałacu w Koropcu pochodzi z Wikipedii - File:Коропець. Палац графа Бадені.jpg

 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...