środa, 28 września 2016

Mieczysław Jałowiecki, Na skraju imperium






„Na skraju imperium” Mieczysława Jałowieckiego to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników polskich Kresów. Jest to barwny i zajmujący opis końca polskiej cywilizacji na naszych dawnych wschodnich rubieżach, a także końca carskiej Rosji. Książkę tę można postawić na jednej półce z „Nadberezyńcami” Floriana Czarnyszewicza i wspomnieniami Michała K. Pawlikowskiego. 

Pełne nazwisko autora „Na skraju imperium” brzmiało Pieriejasławski-Jałowiecki. Kniaź Pieriejasławski. - Według starych kronik i „Księgi Atłasowej Bojarstwa Rosyjskiego” protoplastą rodu Jałowieckich był potomek wielkiego księcia Ruryka, książę udzielny Michaił Dawidowicz Pieriejasławski. Jego prawnuk, który objął na Rusi Wołyńskiej włości jałowieckie, zaczął się mianować Pieriejasławskim-Jałowieckim. Ja z takim nazwiskiem, w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych nie dostałbym się na studia – pisze we wstępie Michał Jałowiecki, wnuk autora, który zredagował te wspomnienia. – Nasza rodzina należała do Rurykowiczów, a to w Rosji znaczyło bardzo dużo – dodaje. 

Babka Mieczysława Jałowieckiego (ze strony ojca) była z pochodzenia Szkotką z rodu McDonaldów i wywodziła się ze Szkotów osiadłych w Rzeczpospolitej po wojnach klanów szkockich z Anglią. Babka ze strony matki to Elwira z Szemiothów Witkiewiczowa, marszałkowa szawelska, która po powstaniu styczniowym została skazana przez carskie władze na karę śmierci, zamienioną potem na pięć lat zesłania na Syberię. Wujem autora był Stanisław Witkiewicz, znany malarz i pomysłodawca stylu zakopiańskiego w architekturze. Witkiewiczowie byli także jakoś spokrewnieni z Piłsudskimi. Rodowym majątkiem rodziny były Syłgudyszki w powiecie święciańskim na Litwie. 

 

 

 
Ojciec autora Bolesław Jałowiecki (na zdjęciu z Wikipedii) zajmował się jednak nie tylko rolnictwem. Był prężnie działającym biznesmenem i politykiem. - Ojciec był dyrektorem naczelnym Towarzystwa Kolei Dojazdowych, prezesem zarządu kopalni i hut Belgijsko-Rosyjskiego Towarzystwa Metalurgicznego, dyrektorem największej w Rosji fabryki wagonów kolejowych, członkiem Rady Ministerstwa Dróg i Komunikacji – czytamy w książce. Prócz tego, pełnił funkcję posła do Dumy rosyjskiej. Mimo międzynarodowych korzeni (część rodziny była rosyjska) i pochodzenia od kniaziów Rurykowiczów, rodzina Jałowieckich to zwyczajni Polacy-katolicy z Kresów.


Mieczysław Jałowiecki urodził się w 1876 roku w Rostowie nad Donem. Dzieciństwo spędził w Sankt Petersburgu, gdzie pracował ojciec, zaś na lato cała rodzina wyjeżdżała do Sylgudyszek, gdzie gospodarował dziadek. Uczył się w angielskiej szkole średniej i w liceum cesarskim w Petersburgu, potem studiował agronomię na uniwersytecie w Rydze. Wyjeżdżał na praktyki do majątków niemieckich baronów w Inflantach i na Pomorzu Zachodnim. W Niemczech pisał doktorat na temat uprawy i melioracji łąk i torfowisk, potem pracował jako attache rolniczy w rosyjskiej ambasadzie w Berlinie, jeszcze później był radcą Ministerstwa Rolnictwa w stolicy Rosji, dyrektorem różnych towarzystw akcyjnych, marszałkiem szlachty powiatu święciańskiego i pracownikiem Wileńskiego Banku Ziemskiego. To ostatnie zajęcie polegało na tym, że na zlecenie banku wyceniał majątki rolne, których właściciele zamierzali wziąć kredyt pod hipotekę. Wiązało się to z licznymi wyjazdami, w czasie których poznał od podszewki polskie dwory na Kresach. Część tych podróży opisał nieco humorystycznie w duchu gogolowskim (niektóre z jego przygód na prowincji były jakby żywcem wzięte z „Martwych dusz”, a nawet z „Rewizora”, przezabawne np. było starsze małżeństwo Wołłodkowiczów z Iwańska, których oryginalność polegała na tym, że szli spać o dziesiątej rano, a wstawali o siódmej wieczorem, wszystkie sprawy urzędowe załatwiając w nocy, o czym wiedziała cała okolica).


Pierwszą wielką miłością autora była niemiecka baronówna Cecylia von Wangenheim, córka barona von Wangenheim, właściciela majątku Klein Spiegel z Pomorza, gdzie odbywał praktyki zawodowe. Jak się zdaje, uczucie było obopólne, jednak ostatecznie do niczego nie doszło i Jałowiecki w 1910 roku ożenił się z Julią Wańkowiczówną, poznaną w czasie zimowego karnawału w Wilnie. Wkrótce urodziło im się dwoje dzieci: syn Andrzej i córka Krystyna. Za pieniądze z posagu Julii kupili majątek Otulany na Litwie, w którym spędzali lato. Zimą zaś mieszkali w Wilnie. Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem I wojny światowej. Jałowiecki nie wstąpił do wojska, ale wraz z żoną pracował w rosyjskim Czerwonym Krzyżu. Później oboje wyjechali do Petersburga. W czasie wojny u jego żony pojawiły się oznaki poważnej choroby psychicznej, jakoby odziedziczonej po Moniuszkach, z którymi była spokrewniona. Umieścił ją wiec w sanatorium w Finlandii, zaś dla dzieci najął angielską guwernantkę, która zajęła się ich wychowaniem aż do wieku dorosłego.


Całą pierwszą wojnę światową i okres rewolucji bolszewickiej spędził w stolicy Rosji, potem przedostał się stamtąd do strefy niemieckiej. Udało mu się wywieźć dzieci z guwernantką, ale obłąkana żona pozostała wraz ze swoją matką w zagarniętym przez bolszewików Mińsku. Książka kończy się w momencie, kiedy Niemcy opuszczają już Kresy i wracają do siebie. I nie wiadomo, co będzie dalej. Czy Litwa będzie samodzielna, czy też przyłączy się do Polski?


Interesujące było zarówno życie autora, jak i ludzie, których spotykał. Pisał o nich krótko i anegdotycznie, często z zachowaniem pewnego arystokratycznego dystansu. Obracał się w znakomitym towarzystwie, znał nie tylko polskie ziemiaństwo, ale i rosyjskie, a także najwyższe sfery dworskie, w tym damy dworu carskiego (m. in. Annę Wyrubową), spotkał także parę razy parę cesarską oraz ich dzieci.


Tu parę cytatów…

O Rasputinie spotkanym w jakimś petersburskim lokalu:
„Rasputin był milczący, jadł mało, pił tylko kieliszek po kieliszku madery, którą służący dolewał mu skwapliwie. Od czasu do czasu zatrzymywał swój wzrok na którejś z pań z takim spojrzeniem, jakie zazwyczaj wywołuje rumieńce na twarzach kobiet.
- Kto eto takoj? – spytał ordynarnie.
- Eto Polak – odpowiedział gospodarz.
- A kak jego imia otczestwo? – spytał ponownie.
Pośpieszyłem z pomocą gospodarzowi, podając przekręcone imię: Michaił Borysowicz.
- Nu, Misza, nie tużi (nie martw się) – krzyknął w moją stronę – Polsza budiet… Chitryj że wy narod, Polaki – dodał, po czym zwrócił się do swego muzykanta: - Nu, Sasza, zaigraj.”


O biskupie O’ Rourke:
„Pewnej soboty, a były to urodziny profesora, pozostawiłem konia na łące i wypłynąłem w kierunku młyna. Będąc na środku rzeki, usłyszałem z brzegu wołania i tętent kopyt końskich. To mój kolega, chcąc mi zrobić niespodziankę, wskoczył na oklep na ko (s. 69) nia i kłusował po łące kierując szenklami. Nie miał na sobie dosłownie nic. Zacząłem do niego krzyczeć, że zaraz przyjdą tutaj dziewczyny. Koń musiał się widocznie wystraszyć mojego wołania lub leżących na trawie kolorowych ręczników, bo zawróciwszy pognał wyciągniętym galopem w stronę stajni unosząc na sobie bezradnego, nagiego jeźdźca.
Potem usłyszałem z daleka pisk głosów niewieścich i tubalne wołanie panów. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności droga do stajni wiodła tuż koło domu profesora, gdzie zebrali się już goście: panowie z miejscowym pastorem na czele, w długich, czarnych surdutach oraz barwne grono podlotków w letnich, kolorowych sukienkach. Na werandzie powstało zamieszanie. Raptem coś różowego oderwało się od konia, zatoczyło krąg w powietrzu i zrulowało na ziemię. W chwilę potem, utarzana w pyle, niewiadomego koloru postać biegła rozpaczliwie w moją stronę. Moim nagim kolegą był Edward hr. O’Rourke, późniejszy biskup gdański.”
A rzecz zdarzyła się w majątku ziemskim Peterhof pod Rygą długo przed wybuchem I wojny światowej.


O swym kuzynie Witkacym:
„Staś Witkiewicz, syn wuja Stanisława, znakomitego malarza i ukochanego brata mamy, pojawił się niespodziewanie w domu mego ojca, jeszcze w roku 1915. Okazało się, że wojna zastała Stasia gdzieś w drodze do Australii i stamtąd jako obywatela rosyjskiego odesłano go etapami do Petersburga. Był w wieku poborowym, więc zmuszony był do stawienia się do wojska.
Obaj z ojcem nie lubiliśmy Stasia Witkiewicza. Uważaliśmy go za skończonego trutnia, uwodziciela, człowieka bez najmniejszych podstaw moralnych, pijaka, który marnował swoje olbrzymie talenty.
Matka moja, ze względu na miłość do brata, była bardzo dla Stasia wyrozumiała i miała dużą słabość do niego. Z jej oczywistej strony rozpoczęły się starania, by biednego Stasia uwolnić od wojska, tym bardziej, że wuj Stanisław przebywał wówczas w Londynie ciężko chory na płuca. Wuj Stanisław nienawidził Moskali i był nie tylko krewnym, ale i serdecznym przyjacielem Józefa Piłsudskiego.
Staś, który nie ukończył żadnych studiów, musiał odsługiwać służbę wojskową jako prosty żołnierz. Mama naciskała więc mojego ojca i szwagra (Piotr Wańkowicz, daleki kuzyn Melchiora), aby swoimi wpływami ulokowali go gdzieś w bezpiecznym miejscu. Ale ani ojciec, ani szwagier, ani wreszcie ja nie mieliśmy najmniejszego sentymentu dla Stasia i nie byliśmy skłonni do ukrywania go jako dezertera.
Skończyło się wreszcie na tym, że ojciec ulokował go jako szlachcica na możliwie najlepszych warunkach w Pułku Pawłowskim Lejbgwardii.
O zdolnościach Stasia i jego wybitnej inteligencji może świadczyć fakt, że już po sześciu miesiącach został awansowany na oficera i wysłany do pułku na front. Teraz jego pułk był dziesiątkowany, a Staś walczył przeciwko Niemcom i Austrii, pod której rządami się wychował.” 

O Melchiorze Wańkowiczu (daleki kuzyn Julii Wańkowiczówny, żony autora, Wańkowiczowie należeli wtedy do najbardziej majętnych rodów na Kresach, zaś rodzina Melchiora z Kałużyc zaliczała się do tych uboższych Wańkowiczów). Jałowiecki nie lubił Melchiora, bo ten działał mu na nerwy. Tak pisał o ich nieoczekiwanym spotkaniu w Petersburgu podczas I wojny:
„Ktoś pociągnął mnie za rękaw. Ujrzałem twarz Melchiora Wańkowicza.
- Co ty tu robisz, „ziemgusarze”? – zadowcipkował Mel.
- Spójrz na moje epolety, bałwanie – odpaliłem ostro. – Nie cierpię, jak tacy durnie mnie zaczepiają.
(…) Nie znosiłem również Mela. Był on zaprzeczeniem Wańkowiczów. Studiował na uniwersytecie, oczywiście nic nie robiąc, a zbijając bąki.”


O Józefie Piłsudskim, który kojarzył mu się przede wszystkim z napadem na pociąg w Bezdanach: „Komendanta Piłsudskiego znaliśmy bardzo mało i my, ziemianie litewscy, nie mieliśmy do niego zaufania. Pamiętaliśmy wciąż Bezdany, a opinia socjalisty dla nas, którzy przeszliśmy przez rewolucję bolszewicką, wzbudzała raczej wrogość. Na tym zebraniu niejeden z nas wzdrygał się na samą myśl, co stanie się z Polską, jeśli Piłsudski dojdzie do władzy. Czy będzie to nowa epoka polskiej kiereńszczyzny prowadzącej do bolszewickiego przewrotu? Mimowolnie zaczęły budzić się w nas tendencje do separatyzmu litewskiego.”

O Feliksie Dzierżyńskim, szefie Czeka, pisze autor wyjątkowo dobrze, bo kiedy został aresztowany Bolesław Jazłowiecki, ojciec autora, to Dzierżyński kazał go uwolnić. – Mam zwolnienie dla ojca – powiedziała siostra Jałowieckiego, gdy wyszła z gabinetu krwawego Feliksa.

Autor zmarł na emigracji w angielskim domu starców. Pozostawił po sobie cały kufer papierów, za którego opracowanie zabrał się wnuk Michał. W Polsce wyszły najpierw trzy części wspomnień, to jest: „Na skraju imperium”, „Requiem dla ziemiaństwa” (dotyczy okresu międzywojennego, kiedy Jałowiecki wraz z drugą żoną gospodarował w Wielkopolsce) i „Wolne Miasto” (kiedy był przedstawicielem polskiego rządu w Wolnym Mieście Gdańsk). Niedawno wszystkie trzy części zostały wydane w jednym tomie pod wspólnym tytułem „Na skraju imperium”. Zapewniam, że czyta się to naprawdę znakomicie, bez chwili nudy. Ta książka to nie tylko kopalnia wiadomości o Kresach i dawnej Rosji, ale także rzecz dopracowana pod względem literackim.

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

niedziela, 25 września 2016

Krzemieniec.



W dniach 3-10 września 2016 roku miałam możliwość uczestniczyć w organizowanym corocznie od 1997 roku „Dialogu Dwóch Kultur” na Ukrainie. Organizatorami przedsięwzięcia ze strony polskiej byli: Fundacja  "Pomoc Polakom na Wschodzie", Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, Instytut Studiów Politycznych PAN w Warszawie. Współpraca: Konsulat RP w Łucku, Europejska Rodzina Szkół im. Juliusza Słowackiego Czechy-Polska-Ukraina, Akademicki Zespół Szkół Ogólnokształcących w Chorzowie. Część literacką i muzealniczą koordynował dyrektor Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku, Mariusz Olbromski; a za część historyczną odpowiadał prof. Grzegorz Nowik z Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku, Instytut Studiów Politycznych PAN. Dialogowi Dwóch Kultur towarzyszył VIII Międzynarodowy Plener Fotograficzny, który koordynował Tomasz Wierzejski. 


widok o poranku na Górę Bony




Góra Bony

ruiny na szczycie

widok na Krzemieniec z Góry Bony
nocą

nagrobek Salomei Słowackiej na Cmentarzu Tunickim






widok na kościół "polski"



Muzeum im. Juliusza Słowackiego












rosarium






piątek, 23 września 2016

Książka o Zofii Kossak - autorce "Pożogi"

Zofia Kossak Szczucka-Szatkowska 1889-1968


Gdy pojawiła się informacja o wydaniu tej książki byłam od razu bardzo zainteresowana i zaciekawiona. Ileż razy czytałam świetną "Pożogę"! Całkiem niedawno przeczytałam "Ku swoim". Poznałam dogłębnie życie pisarki z biografii Joanny Jurgały-Jureczki "Zofia Kossak. Opowieść biograficzna." Dane mi było także kilkakrotnie zawitać do pięknych Górek Wielkich, zobaczyć i zachwycić się niezwykłym miejscem jakim jest Dwór Kossaków.
Nic więc dziwnego, że napisaną przez Annę Fenby Taylor - wnuczkę pisarki oraz Bogumiłę Bittner-Burkot książkę po prostu mieć musiałam. 
Lubię książki kupione osobiście, z którymi często związany jest jakiś wyjazd, pewien cel. Takie książki mają szczególną wartość wśród wielu innych, równie cennych i ważnych, ale kupionych jedynie za pośrednictwem internetu. Kurier z paczką u drzwi to miły moment, ale zapach księgarni, możliwość pochodzenia między półkami, dotykania okładek, wertowania kartek, zapoznania z książką przed jej kupnem jest - co chyba przyzna mi większość miłośników książek - momentem ulubionym i niezwykle miłym. 
Po książkę "Zofia Kossak Szczucka-Szatkowska 1889-1968" wybrałam się do Krakowa. Ilość miejsc, gdzie można ją kupić jest zdecydowanie za mała. 

We wstępie czytamy, że "publikacja jest adresowana do szerokiego kręgu osób zainteresowanych życiem i twórczością Zofii Kossak". To dopełnienie wcześniejszych publikacji niezbyt obszerne, ale w bardzo przystępny sposób zbierające najważniejsze informacje o pisarce.
Wielką zaletą publikacji jest jej wydanie. To bardzo smakowicie wydana książka, podzielona na rozdziały z bardzo dużą ilością fotografii. Z niektórych spogląda na czytelnika sama Zofia Kossak, w różnych okresach swego życia. Na okładce wykorzystano fotografię Zofii na jej ulubionym koniu Kruczku w Skowródkach, koło Starokonstantynowa na Wołyniu. 
Autorka "Pożogi" była kobietą bardzo wysportowaną - jeździła konno, grała w tenisa, żeglowała, zimą jeździła na nartach. 
Uwagę zwracają także fotografie rodzinne, przepis na mazurek, własnoręczne rysunki pisarki, zdjęcia dworu w Górkach Wielkich, a także plany góreckiego dworu (parter i piętro). 
Jest także wykaz wydań dzieł pisarki, drzewo genealogiczne rodziny Kossaków, a także wybrane cytaty z twórczości Zofii Kossak.

                                                                       IV strona okładki

Książka może zadowolić zarówno kogoś, kto po raz pierwszy zetknie się z życiem Zofii Kossak, jak i tych, którzy twórczość pisarki i jej życie już poznali, ale dzięki tej publikacji mogą wiedzę nie tylko usystematyzować, ale też pogłębić. Mogą to zrobić w dwóch językach, ponieważ książka zawiera także tłumaczenia w języku angielskim.
Na IV stronie okładki znalazł się cytat, który można uznać za credo pisarki "Pisanie jest moim zawodem otwierającym drogę do serc czytelników; w czasie wojny formą walki z nieprzyjacielem, w pracy fizycznej wytchnieniem; zawsze poczuciem wykonywania służby społecznej. Tą służbę uważam za obowiązek."

Przy końcu książki jedną stronę zajmują refleksje dotyczące światopoglądu i postawy Zofii Kossak. Tu nie ze wszystkim się zgadzam i uważam tę próbę podsumowania światopoglądu pisarki "z dzisiejszej perspektywy" za najsłabszą część publikacji.

Podsumowując - całość uważam za bardzo udaną, do tego niezwykle starannie wydaną książkę, która na dobre zagości w mojej domowej biblioteczce. 


Tekst oryginalny na blogu: O biografiach i innych drobiazgach

poniedziałek, 19 września 2016

Adrian Grzegorzewski – „Czas tęsknoty”




Wydawnictwo: 
ZNAK/MIĘDZY SŁOWAMI
Kraków 2014

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) została powołana do życia w 1929 roku w Wiedniu. Zbrojnym ramieniem organizacji była Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), która odpowiedzialna jest za zbrodnie dokonane na Polakach zamieszkujących tereny Wołynia i Galicji Wschodniej w latach 1943-1945. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów powołana została podczas I Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów, w którym uczestniczyli przedstawiciele Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), a także środowisk emigracyjnych oraz młodzieżowych organizacji ukraińskich. OUN miała na celu podjęcie walki o własne państwo, które swoim zasięgiem obejmowałoby wszystkie ziemie uważne przez nacjonalistów za ukraińskie. Dekalog ukraińskiego nacjonalisty, czyli innymi słowy Dziesięcioro przykazań ukraińskiego nacjonalisty, mówił między innymi, że: Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy. Ponadto zacytowana broszura opracowana w 1929 roku przez Stepana Łenkawskiego (1904-1977) obiecywała, iż wobec wrogów ukraińskiego narodu trzeba kierować się nienawiścią i zwalczać ich w sposób bezwzględny.

W skład Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów wchodziły struktury Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, która na początku lat 20. XX wieku przeprowadzała w Polsce akcje dywersyjne i sabotażowe. Poza tym dokonała nieudanych zamachów na prezydenta II Rzeczypospolitej Stanisława Wojciechowskiego (1869-1953) oraz marszałka Józefa Piłsudskiego (1867-1935). Na czele OUN stanął pułkownik armii Ukraińskiej Republiki Ludowej – Jewhen Konowalec (1891-1938), który był również współzałożycielem i komendantem Ukraińskiej Organizacji Wojskowej i byłym oficerem Ukraińskiej Halickiej Armii walczącej z Wojskiem Polskim w 1919 roku. Na samym początku istnienia OUN dominującą rolę odgrywali w niej działacze UWO, lecz już wkrótce doszli w niej do głosu młodzi członkowie organizacji. Natomiast w 1933 roku szefem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w Polsce został dwudziestoczteroletni Stepan Bandera (1909-1959).

Jewhen Konowalec
Zdjęcie pochodzi sprzed 1936 roku.
autor nieznany
W 1930 roku OUN wraz z UWO dokonały akcji sabotażowych, które polegały między innymi na podpalaniu zboża oraz zabudowań należących do zamieszkałych w nich Polaków. Z kolei w latach 1931-1932 członkowie OUN napadali na banki oraz urzędy i ambulanse pocztowe. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów stosowała również terror, czego przykładem było zamordowanie w 1931 roku piłsudczyka i publicysty Tadeusza Hołówki (1889-1931), który uchodził za zwolennika dialogu polsko-ukraińskiego. Z kolei w 1934 roku OUN zamordowała dyrektora gimnazjum ukraińskiego we Lwowie – Iwana Babija (1893-1934), a także wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych II Rzeczpospolitej – Bronisława Pierackiego (1895-1934). Ukraińscy nacjonaliści planowali również zamach na życie wojewody wołyńskiego Henryka Józewskiego (1892-1981) opowiadającego się za porozumieniem z Ukraińcami. Organizacją zamachów terrorystycznych zajmował się Roman Szuchewycz (1907-1950), który później został głównym dowódcą Ukraińskiej Powstańczej Armii. 



 
Śmierć ministra Bronisława Pierackiego – jednego z czołowych piłsudczyków – stała się bodźcem do założenia w 1934 roku obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Trafiło tam wielu członków OUN, wśród których byli między innymi wspomniany już Roman Szuchewycz, jak również Jarosław Staruch (1910-1947) czy ukraiński adwokat i działacz polityczny Wołodymyr Horbowy (1899-1984). Z kolei Stepan Bandera podczas procesu w sprawie zabójstwa Bronisława Pierackiego został skazany na karę śmierci, którą potem zamieniono na dożywocie. W 1935 roku Stepana Banderę sądzono również w procesie czołowych działaczy OUN, gdzie także otrzymał wyrok dożywotniego więzienia.

Rezultatem współpracy OUN z faszystowskimi Niemcami było stworzenie w pierwszej połowie 1941 roku złożonych z Ukraińców batalionów Roland i Nachtigall, które przez krótki czas uczestniczyły w walkach z Armią Czerwoną, i w tym samym roku zostały rozwiązane. Część żołnierzy zasiliła szeregi batalionu policyjnego, który przez Niemców wykorzystywany był do walki z sowiecka partyzantką. Trzeba pamiętać, że w latach 30. XX wieku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów ściśle współpracowała z Trzecią Rzeszą. Na terenie Niemiec oraz w Wolnym Mieście Gdańsku prowadzone były obozy szkoleniowe tejże organizacji. Szkolenia dotyczyły wywiadu, dywersji i sabotażu. Partnerem ukraińskich nacjonalistów była nazistowska Abwehra.

Andrij Melnyk w mundurze
Ukraińskich Strzelców Siczowych
w 1914 roku
autor nieznany
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów nie zdołała jednak rozwinąć swojej działalności na terenie Związku Sowieckiego, lecz nie przeszkodziło to Pawłowi Sudopłatowowi (1907-1996) – sowieckiemu agentowi – zamordować w Holandii w 1938 roku szefa OUN – Jewhena Konowalca. Następcą zamordowanego przywódcy OUN został Andrij Melnyk (1890-1964). Z kolei we wrześniu 1939 roku, kiedy Trzecia Rzesza wypowiedziała wojnę Polsce, członkowie OUN ostrzeliwali polskie oddziały i rozbrajali polskich żołnierzy. Były też przypadki mordów dokonywanych na mieszkańcach polskich wsi w województwach południowo-wschodnich. W 1940 roku doszło do rozłamu w szeregach OUN. Wtedy też Stepan Bandera sprzeciwił się przywództwu Andrija Melnyka, w związku z czym powstała OUN-B, czyli frakcja banderowska przy jednoczesnym istnieniu OUN-M będącej grupą zwolenników Andrija Melnyka.






 
Natychmiast po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej (30 czerwca 1941 roku) z inicjatywy OUN-B proklamowano akt odrodzenia państwa ukraińskiego. Wtedy też powstał rząd Jarosława Stećki (1912-1986), który zadeklarował współpracę z Trzecią Rzeszą. Były to jednak działania, które nie zostały zaakceptowane przez Niemców. W tej sytuacji Jarosław Stećko i Stepan Bandera zostali osadzeni w nazistowskim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Umieszczono ich w bloku przeznaczonym dla specjalnych (ważnych) więźniów. Kres istnieniu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w Polsce, jak i działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii przyniosła dopiero akcja Wisła przeprowadzona w latach 1947-1950. Tak więc w 1947 roku zginął przywódca OUN w Polsce – Jarosław Staruch, natomiast rok później dokonano aresztowania dowódcy UPA na ziemiach polskich – Myrosława Onyszkiewicza (1911-1950).

Wojna niemiecko-sowiecka oraz odrzucenie przez Trzecią Rzeszę współdziałania z ukraińskimi nacjonalistami sprawiły, że OUN-B odeszła od idei współpracy z Niemcami, podczas gdy OUN-M nadal tę współpracę utrzymywała. Jeszcze wiosną 1943 roku działacze tej organizacji poparli utworzenie złożonej z Ukraińców dywizji SS Galizien. W tym samym czasie powstał też zbrojny odłam OUN-B, czyli Ukraińska Powstańcza Armia, która przystąpiła do tak zwanej akcji antypolskiej, będącej tak naprawdę czystką etniczną mającą charakter ludobójstwa. Akcję tę przeprowadzono w latach 1943-1945 na terenie Wołynia i Galicji Wschodniej. W jej wyniku bestialsko zamordowanych zostało około stu tysięcy Polaków.

Stepan Bandera
Zdjęcie pochodzi z 1934 roku.
autor nieznany
Ukraińska Powstańcza Armia walczyła z sowiecką partyzantką i Armią Czerwoną, zaś ostatnia na ziemiach sowieckiej Ukrainy grupa partyzantów OUN/UPA została zlikwidowana w 1960 roku. Stepan Bandera został zwolniony z obozu koncentracyjnego w 1944 roku, natomiast po zakończeniu wojny pozostał w Niemczech, zaś OUN-B uległ podziałowi. Emigracyjna banderowska OUN usiłowała jeszcze prowadzić swoją działalność na ziemiach sowieckiej Ukrainy poprzez przerzucanie tam swoich członków. Do tego celu wykorzystywała brytyjski wywiad. Sam Stepan Bandera został zamordowany w Monachium przez oficera KGB i zawodowego zabójcę – Bohdana Staszynskiego.

To, o czym napisałam powyżej nadal nie przestaje budzić emocji. W ostatnim czasie temat, jak gdyby jeszcze bardziej ożył i nie tylko politycy, ale także dziennikarze czy pisarze sięgają po tragedię, jaka rozegrała się w czasie drugiej wojny światowej na terenach kresowych. Chyba dla żadnej ze stron nie jest to łatwy kawałek historii, ale czasu nikt nie cofnie i trzeba nauczyć się z nią żyć. Na pewno nie można popełniać tych samych błędów, które były udziałem poprzednich pokoleń. Nie wolno znów kierować się nienawiścią, ponieważ ona nie doprowadzi do niczego dobrego. Nie oznacza to jednak, że tamte tragiczne wydarzenia należy wymazać z pamięci i z kart historii. Trzeba o nich pamiętać, chociażby poprzez tworzenie mądrej literatury, nie tylko faktu, ale też beletrystyki historycznej. Jedną z takich właśnie książek jest debiutancka powieść Adriana Grzegorzewskiego. Na początku nakreśliłam genezę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która w momencie, gdy rozpoczyna się akcja powieści coraz bardziej przybiera na sile i tylko czeka odpowiedniego mementu, aby uderzyć na znienawidzonych Lachów.

Mamy zatem rok 1939. Do niewielkiej fikcyjnej wsi Bedryczany położonej niedaleko Drohobycza przyjeżdża młody Piotr Ochocki. Chłopak pochodzi z Warszawy, gdzie studiuje architekturę. Do Bedryczan udaje się jedynie na krótkie wakacje. Chce odwiedzić przyjaciółkę swojej nieżyjącej już matki – panią Marię Kosiecką – która po śmierci męża mieszka we wsi wraz z nastoletnią córką Martą. Niestety, napiętą atmosferę czuje się praktycznie na każdym kroku. Widać, że Ukraińcy do czegoś się przygotowują, choć mało kto mówi o tym głośno. Można śmiało rzec, że Bedryczany to swego rodzaju polsko-ukraińska wieś, gdzie sąsiad sąsiadowi wilkiem, pomimo że zdarzają się tutaj mieszane małżeństwa. Piotr Ochocki nie jest jednak niczego świadomy. Jest młody i cieszy się życiem. Nawet wisząca w powietrzu wojna z Trzecią Rzeszą nie spędza mu snu z powiek, ponieważ wierzy, że Polacy poradzą sobie z Niemcami i co najwyżej po kilku dniach walki nasze wojska pokonają Adolfa Hitlera (1889-1945).

Ratusz w Drohobyczu
Pocztówka pochodzi z 1939 roku.
autor nieznany
Piotr czuje się w Bedryczanach bardzo dobrze. Pani Maria dba o niego niczym o własnego syna, zaś Marta coraz częściej spogląda na przystojnego chłopaka z nadzieją, że ten zwróci na nią uwagę i nie będzie jej traktował jedynie jak zwykłą koleżankę. Dziewczyna wcale nie ukrywa, że przybysz z Warszawy bardzo jej się podoba i chętnie stałaby się dla niego kimś naprawdę ważnym. Jednakże Piotrowi nie w głowie romanse. On przyjechał do Bedryczan, aby wypocząć i poznać ludzi, wśród których wychowała się jego ukochana matka. Ponieważ wokół pełno jest Ukraińców, kwestią czasu staje się dla Piotra spotkanie ich na swojej drodze. Pewnego dnia do uszu chłopaka dociera piękny śpiew w języku ukraińskim, który słychać z miejscowej cerkwi. Okazuje się, że ten przepiękny głos należy do równie prześlicznej dziewczyny o imieniu Swieta. Niestety, dziewczyna jest Ukrainką, więc jedyne, co Piotr powinien w tej sytuacji zrobić, to natychmiast o niej zapomnieć. W dodatku ojciec Swiety stoi na czele miejscowych OUN-owców. Lecz to nie wszystko. Dziewczyna została już obiecana niejakiemu Jegorowi, który jest prawą ręką jej ojca i najchętniej już teraz wybiłby wszystkich Lachów, aby tylko Ukraina znów mogła być wolnym i niezależnym krajem. Z drugiej strony jest też Marta, która dowiedziawszy się o zauroczeniu Piotra Swietą, bardzo cierpi z tego powodu, bo zdążyła już oddać chłopakowi swoje nastoletnie serce.

W miarę upływu czasu i na skutek splotu różnych wydarzeń Piotr i Swieta wreszcie się spotykają. Okazuje się, że chłopak również nie jest obojętny Ukraince. Chociaż dziewczyna wie, co czeka ją i Piotra, kiedy stary Danyło dowie się prawdy o jej uczuciu do Polaka, to jednak nie potrafi nad nim zapanować. Swieta doskonale zdaje sobie też sprawę z tego, jak zareaguje Jegor na wieść, że ta zakochała się w Lachu. Miłość jest jednak silniejsza niż rozsądek i w końcu dziewczyna poddaje się uczuciu, nie bacząc na konsekwencje. Niestety, wybucha wojna, a Piotr musi wracać do Warszawy, gdzie zostawił ojca. Przed wyjazdem obiecuje ukochanej Ukraince, że nigdy o niej nie zapomni i któregoś dnia do niej wróci, pomimo że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Przecież z jednej strony naraził się brutalnemu Ukraińcowi, „hańbiąc” jego narzeczoną, zaś z drugiej jest Polakiem, a to wystarczy, aby tamten przebił go bagnetem. Czy zatem Piotr Ochocki odważy się przyjechać jeszcze kiedyś do Bedryczan? Czy los okaże się łaskawy i będzie mu dane związać się ze Swietą na stałe? A może akurat w tym wypadku wybuch wojny będzie dla niego wybawieniem od śmierci z rąk Ukraińców? Co stanie się z Martą i jej matką, kiedy OUN-owcy poczują się na tyle pewnie, że sięgną po broń i ruszą na znienawidzonych Lachów?

Przyznam szczerze, że podziwiam Autora za odwagę, jaką pokazał przy podjęciu tematu, który od wielu lat do łatwych nie należy. W dobie poprawności politycznej naprawdę trudno jest pisać powieści historyczne, szczególnie jeśli ma się do czynienia z przedziałem historii, który wciąż wraca niczym bumerang. Trzeba więc wykazać się ogromnym poczuciem taktu, aby nikt nie poczuł się urażony. Adrian Grzegorzewski tak właśnie zrobił, pisząc Czas tęsknoty. W swojej książce nikogo nie oskarża, ani też nie opowiada się po żadnej ze stron, pomimo że w powieści nie brak emocji, brutalności i wzruszających scen, które na długo zapadają w pamięci czytelnika. Wyraźnie widać, że ocenę konfliktu ukraińsko-polskiego pozostawia czytelnikowi. W moim odczuciu niezwykle obiektywnie pokazuje każdą ze stron, nie pomijając tych Ukraińców, którzy ratowali Polaków od rzezi. Chociaż postacie występujące w książce w większości są fikcyjne, to jednak stanowią one przykład ludzi, którzy żyli wiele lat temu i musieli stawić czoło tamtym dramatycznym chwilom.


Cerkiew świętego Jura w Drohobyczu (1939)
Zabytek pochodzi z XV wieku. Zapewne w podobnej cerkwi śpiewała Swieta,
kiedy Piotr Ochocki usłyszał po raz pierwszy jej piękny głos.
autor nieznany


W Czasie tęsknoty Adrian Grzegorzewski nie skupia się jedynie na romansie Swiety i Piotra, lecz pokazuje relacje międzyludzkie, które zmieniają się w zależności od tego, w jakich okolicznościach przychodzi żyć poszczególnym bohaterom. Mamy zatem do czynienia ze zdradą, przeogromnym strachem, odrzuceniem z powodu narodowości, jak również pomocą w tragicznych momentach, z których wydawałoby się, że jedyną ucieczką jest śmierć. Akcja powieści rozgrywa się nie tylko na Kresach, ale też w Anglii i w Warszawie. Oczywiście wszystko to ma miejsce w czasie drugiej wojny światowej. Sięgając po powieść nie rozumiałam, dlaczego na okładce napisane jest, iż książka przeznaczona jest „dla wielbicieli serialu Czas honoru.” Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy wraz z Piotrem Ochockim dotarłam do Anglii, a potem wróciłam do okupowanej Warszawy.

Moim zdaniem Czas tęsknoty to piękna wojenna opowieść o ludziach, którzy pomimo tragicznych wydarzeń nadal pragnęli normalnie żyć. Choć z dnia na dzień musieli diametralnie zmienić swoje życie i podejmować działania, o jakich nigdy nawet im się nie śniło, to jednak do końca zachowali swoją godność. Dotyka ich nie tylko dramat wojny, lecz także tragedie osobiste, które – być może – są znacznie trudniejsze do zaakceptowania, aniżeli te, które codziennie funduje im wróg i okupant, dlatego też tak bardzo ważne są prawdziwa przyjaźń i zaufanie do drugiego człowieka, a także świadomość, że któregoś dnia los może się odmienić i znów wszystko wróci do normy. Chcę również zwrócić uwagę, że każdy z bohaterów pojawiających się na kartach powieści jest niezwykle wyrazisty. Wszyscy oni mają szczególną rolę do odegrania w tej trudnej i krwawej sztuce.

Ponieważ nie wszystkie wątki zostały doprowadzone do końca, mam nadzieję, że pewnego dnia na rynku wydawniczym pojawi się druga część Czasu tęsknoty. Na chwilę obecną polecam powieść, która na mnie wywarła niesamowite wrażenie. W dodatku Autor zaskoczył mnie zakończeniem. Nie spodziewałam się, że cała ta historia skończy się w taki sposób, w jaki się zakończyła, dlatego liczę na to, że kiedyś pojawi się ciąg dalszy. Czas tęsknoty w każdym calu obala mit, że debiuty to książki rzekomo źle napisane i niedopracowane, ponieważ ich autorzy nie mają jeszcze doświadczenia w pisaniu. Jest to nieprawda, gdyż akurat ta powieść jest doskonała pod każdym względem, a jej bohaterowie tak bardzo realni, iż można odnieść wrażenie, że czas się cofnął, a oni żyją gdzieś obok nas.



Tekst pochodzi z bloga W Krainie Czytania & Historii [klik]

środa, 14 września 2016

Hieronim Tukalski-Nielubowicz, Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944,





Im bardziej poznaję twórczość Marii Rodziewiczówny, tym mniej jestem skłonna wierzyć krytykom literatury z czasów PLR-u, którzy uznali jej twórczość za literaturę brukową, mało ważną na tle epoki i wymieniali ją gdzieś w podręcznikach w przypisach jednym tchem z Heleną Mniszkówną. Im więcej czytam książek Rodziewiczówny, tym bardziej jestem skłonna uznać ją za pisarkę ważną dla historii literatury polskiej.

Jeśli wartość i aktualność twórczości pisarza mierzyć jego poczytnością to nie jest źle. A nawet jest bardzo dobrze. Rodziewiczówna jest wydawana w ogromnych nakładach (vide seria wydawnictwa Edipresse) i nadal czytana. Siedemdziesiąt parę lat po śmierci pisarki jej powieści nadal znajdują czytelników, a poprzez owe masowe nakłady książek, które można dzisiaj kupić w kioskach z gazetami, można ją wręcz uznać za pisarkę współczesną, ważną dla odbiorcy Anno Domini 2016. A któż z jej współczesnych dostąpił jeszcze takiego zaszczytu? Na pewno Henryk Sienkiewicz. Na pewno, tak, tak, nie krzywcie się, Helena Mniszkówna. Ale dalej jest już gorzej. Reymont? Może. Żeromski? Dla wytrwałych. Zapolska? Eee, bez przesady. Wyspiański? Rostworowski? Proszę mnie nie rozśmieszać! Nie mówiąc już o pisarzach wyłącznie dla koneserów, jak np. Tadeusz Miciński, słynny swego czasu autor „Nietoty”. Słyszał ktoś o nim? Nie widzę, nie słyszę… A Rodziewiczównę ludzie czytają. No i dobrze.

Właśnie przeczytałam ostatnią książkę z serii wydawanej przez Edipresse. Jest to opublikowana po raz pierwszy biografia Marii Rodziewiczówny, której autorem jest chrześniak pisarki, spokrewniony z nią Hieronim Tukalski-Nielubowicz. Jego praca powstała w oparciu o osobiste wspomnienia, opowieści krewnych i znajomych, prasę z epoki i obszerną korespondencję Rodziewiczówny. Tukalski-Nielubowicz tuż po II wojnie zainicjował zbieranie wszelkich materiałów dotyczących pisarki i w ten sposób powstało prywatne archiwum związanych z nią pisemnych relacji, listów i wycinków prasowych. Biografię autorki „Dewajtisa” zaczął pisać w 1956 roku, a skończył w roku następnym. Rękopis został przejrzany i poprawiony w 1971 roku i do tej pory leżał w szufladzie, w posiadaniu rodziny autora, który zmarł w roku 1972.

Jaka Rodziewiczówna wyłania się z tej książki? Autor opisuje jej dramatyczne życie w porządku chronologicznym, za ramy czasowe przyjmując dwa polskie powstania: styczniowe w 1863 roku i warszawskie w roku 1944. Maria urodziła się w 1864 roku w rodzinnym majątku Pieniuha pod Grodnem jako najmłodsze dziecko Amelii z Kurzenieckich i Henryka Rodziewicza herbu Łuk. Tuż po urodzeniu została rozdzielona z rodzicami, którzy za pomoc powstańcom w przechowywaniu broni zostali zesłani na Sybir. Zabrali ze sobą starsze dzieci, a najmłodszą Marysię pozostawili pod opieką dziadków ze strony matki. Dziadkowie wkrótce zmarli i dzieckiem zaopiekowała się jakaś ciotka. Rodzice wrócili z zesłania, kiedy Marysia miała 7 lat. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie, bo ich majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Było biednie, głodno i chłodno, ojciec pracował jako zarządca jednej z kamienic warszawskich, nie było pieniędzy na codzienne życie. Los Rodziewiczów poprawił się nieoczekiwanie, kiedy dostali w spadku majątek Hruszowa na Polesiu. Stać wtedy już ich było na porządną edukację dzieci i tym to sposobem Marysia znalazła się na pensji sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Dość krótki pobyt na pensji to była cała regularna edukacja przyszłej pisarki (nie licząc późniejszych licznych lektur). Po trzech latach musiała wracać do domu, by pomóc matce zarządzać majątkiem po śmierci ojca.

Kiedy została w Hruszowej jako główna gospodyni, w jej życiu stało się coś, co spowodowało porzucenie tradycyjnego damskiego stroju i przebranie się w odzież męską, którą nosiła do końca życia. Ta decyzja jest różnie interpretowana. Jedni badacze życia pisarki (także autor tej książki) łagodzą problem, starając się nie widzieć w tym żadnej sensacji. „Męski strój był wygodniejszy do pracy w charakterze zarządzającej majątkiem rolnym, wygodniej było w nim jeździć konno po polach” – taka wersję przedstawia Tukalski-Nielubowicz. Współczesne badaczki z kręgów feministycznych dopatrują się w tym jakiś aktów lesbijskiej deklaracji (tym bardziej, że Rodziewiczówna całe życie była panną, nigdy nie wyszła za mąż i miała bardzo bliskie, wręcz serdeczne związki z przyjaciółkami).

Ktoś tam pisze, że to był podobny akt rozpaczy przeciwko męskiemu patriarchalizmowi jak w przypadku szalonej poetki Marii Komornickiej, która w drugiej połowie życia chodziła w męskich ciuchach i uważała się za Piotra Własta Odmieńca. Trudno jest dziś to osądzić. Mnie ten akt wyboru męskiej powierzchowności przez Marię kojarzy się z dawną Albanią. Był tam taki zwyczaj, że kiedy nie było męskiego następcy do objęcia schedy po rodzicach, jego rolę przyjmowała jedna z córek, która poświęcała się dla rodziny, nie wychodziła za mąż, ubierała się po męsku i była przez całą społeczność traktowana jak mężczyzna. Takie damy typu hic mulier przebrane za mężczyzn spotykano w Albanii jeszcze w XX wieku. Czyż nie mogło tak być z Rodziewiczówną? Niezależnie od jej preferencji seksualnych, które zresztą nie są zupełnie istotne, jeśli chodzi o odbiór jej powieści. Moim zdaniem, pisała bowiem tak, jakby całe życie chodziła w koronkach i falbankach, a nie w garniturze z samodziału. I na tym na razie zakończmy tę sprawę!

A więc młoda Maria zarządza Hruszową. Potrzebuje pieniędzy nie tylko na sprawy bieżące, ale także na spłatę rodzeństwa. Postanawia zarabiać dodatkowo. Zaczyna pisać i drukować. Dostaje pierwsze honoraria. Bierze udział w konkursie literackim zorganizowanym przez pismo dla kobiet „Świt” redagowane przez Marię Konopnicką i wygrywa go. W 1886 roku jej „Straszny dziadunio” jest drukowany w odcinkach w tym periodyku. A potem rozkręca się na całego. Pisze dużo i szybko, od razu na czysto, nie poprawiając i nie zmieniając niczego. Nie cyzeluje treści, nie wygładza zdań. Czasem chyba nawet nie czyta całości przed oddaniem do druku. Ale jest pisarką bestsellerową. Jej powieści są rozrywane przez czytelników, a wydawcy kupują je od niej „na pniu”. Recenzje są entuzjastyczne. Stefan Żeromski pisze w dziennikach, że jest gotów całować ręce Rodziewiczówny za „Dewajtis”. Czasem zaczynają już drukować początek, choć reszta jeszcze nie została napisana. Powstaje tych powieści kilkadziesiąt. I są to te właśnie tytuły, które literacka publiczność czyta do tej pory.

Co z życiem? Umiera matka Rodziewiczówny, a ona dalej dzieli swoje życie na część gospodarczą i literacką. Z tym, że literatura ma zarobić na majątek w Hruszowej. W końcu wszystkie długi zostają spłacone, Rodziewiczówna żyje oszczędnie, w sensie ekonomicznym mogłaby w końcu wyjść na prostą. Ale nadchodzi I wojna światowa i wielka wędrówka ludów na wschód. Przychodzą Niemcy. W Rosji zaczyna się rewolucja. Potem jest wojna polsko-bolszewicka. Nie można mieszkać w Hruszowej, trzeba uciekać. Rodziewiczówna wraz z przyjaciółką Jadwigą Skirmunttówną jadą do Warszawy. Po przejściu bolszewickiej nawały wracają na Kresy. W międzyczasie Rodziewiczówna działa w rozmaitych komitetach społeczno-politycznych, pomaga w szpitalach, organizuje pomoc dla Lwowa walczącego z Ukraińcami. A w Hruszowej po raz kolejny trzeba wszystko odbudowywać. Nie sprzyja temu panujący w Polsce klimat. Rodziewiczówna nie jest zadowolona z nowej, wymarzonej, polskiej wolności. Drażnią ją głupie przepisy prawne, męczą liczne podatki, nie może dogadać się z urzędnikami nie rozumiejącymi kresowej specyfiki. Ale jest czynna, walczy. Buduje kolejny kościół w sąsiedztwie, załatwia od władz kościelnych relikwie świętego Andrzeja Boboli dla ołtarza w nowej świątyni (później skradnie je jakiś bolszewik w czasie rewizji, myśląc że to jakieś klejnoty).

Jesienią 1939 roku, po wejściu bolszewików, znów ze Skirmunttówną opuszczają Hruszową, tym razem na zawsze. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami stare kobiety przekradają się przez zieloną granicę radziecko-niemiecką na Bugu i dostają się do Warszawy, gdzie przebywają do końca wojny. Kiedy wybucha powstanie warszawskie Rodziewiczówna ma już 80 lat i jest bardzo chora. Udaje się jej przeżyć powstanie, umiera już po wyjściu z Warszawy w listopadzie 1944 roku.
W opowieść o Rodziewiczównie autor wplótł masę dygresji i ciekawostek związanych z życiem na Kresach, a także z historią II wojny światowej. Pisał o tym częściowo z autopsji. Mam wrażenie, że prawie połowa książki to opowieść o pisarce przeplatana wspomnieniami własnymi autora. Taka biografia pomieszana trochę z autobiografią. Tukalski-Nielubowicz jest skromny, nie wysuwa się na pierwszy plan, ale często wspomina o „chrześniaku” (czyli o sobie), relacjonując własne kontakty z Rodziewiczówną i ludźmi ją otaczającymi. Ponieważ był z wykształcenia agronomem (prowadził wzorcowy majątek rolny na Polesiu), więc często służył jako doradca pisarki, zwłaszcza w sprawach hodowli zwierząt, w której się specjalizował.

Do książki dołączony jest tekst testamentu pisarki, która zapisuje w nim Hruszową krewnemu ze strony ojca, a prawa do swojej spuścizny literackiej swej przyjaciółce Skirmunttównie. Jednak już po spisaniu ostatniej woli Rodziewiczówna miała ochotę zmienić testament i przeznaczyć Hruszową na siedzibę szkoły dla polskiej szlachty zagrodowej na kresach. Wiele o tym myślała, wahała się, co robić, bo trwała przecież wojna. A ona, wieczna optymistka, miała już plany na „po wojnie”. Sprawa rozwiązała się sama. Pałac w Hruszowej został spalony przez okolicznych chłopów jeszcze w czasie niemieckiej okupacji Polesia. Został tylko dąb zwany Dewajtis i budynki gospodarcze. Węgierski wartownik zastrzelił starego pracownika Rodziewiczówny, który do końca nie opuścił majątku i do końca go pilnował, choć Niemcy uznali Hruszową za niemieckie dobro państwowe. Tak oto pisarka dwa razy straciła dom i dziedzictwo: raz jako niemowlę i drugi raz, stojąc już nad grobem.

Książka Tukalskiego-Nielubowicza napisana jest błyskotliwie i brawurowo. Czyta się ją bardzo dobrze, a jej lekki styl jest taki, jakby napisała ją sama Rodziewiczówna. Ta biografia zachwyciła mnie i trzymała w napięciu od pierwszej strony do ostatniej.

Uważam jednak, że to nie powinno być ostatnie słowo, jeśli chodzi o życie i twórczość Marii Rodziewiczówny. Może ktoś powinien porządnie i naukowo opracować jej biografię, bo na razie mamy do wyboru trzy: Jana Głuszeni, Jadwigi Skirmunttówny i omawianą tutaj pozycję (i opracowanie Anny Martuszewskiej o twórczości pisarki). Ale one jeszcze nie wyczerpują całości materiału. Rodziewiczówna jest wciąż wielką enigmą, jeśli chodzi o jej życie osobiste, które było niezwykle barwne i fascynujące. Na kanwie jej biografii mogą powstać kolejne książki, a może nawet film z epoki?

Tak wyglądała Maria Rodziewiczówna u schyłku życia, w czasie powstania warszawskiego:
Maria Rodziewiczówna podczas Powstania Warszawskiego - YouTube

Tukalski-Nielubowicz Hieronim, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”, wyd. Edipresse, Warszawa 2014


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

 

niedziela, 11 września 2016

Tropem Ratoldów cz. 5 - Jodłownik, Ołobok


Herb Hołobok, autor: Bastian
Około 18 lm na południe od Kalisza znajduje się wieś Ołobok, a w niej ulica Rycerza Ratułdy. A oto co znalazłam na stronie szkoły w Ołoboku:


Najstarsza wzmianka o Ołoboku pochodzi z roku 1207, znajduje się w Kronice Jana Długosza.

Wtedy to Henryk Kietlicz, arcybiskup gnieźnieński, konsekrował w istniejącym tutaj kościele na biskupa wrocławskiego Wawrzyńca herbu Doliwa. Rok ten przyjęty został jako symboliczny początek istnienia wsi Ołobok.

Zapisek ten sugeruje wyraźnie, że osadnictwo musiało istnieć tutaj już wcześniej, skoro był kościół. Przez ten rejon przechodziły szlaki handlowe, m.in. bursztynowy, po którym prowadzono handel od czasów rzymskich. W pobliskim Sławinie odkryto np. pozostałości pieców hutniczych z początków naszej ery.


Jednak na poły legendarne początki Ołoboku dotyczą okresu jeszcze wcześniejszego niż 1207 r. Związane są z postacią rycerza Ratułda, towarzyszącemu Bolesławowi Krzywoustemu w roku 1109 podczas jego wyprawy przeciwko Pomorzanom. Wg legendy, Ratułd przechadzając się nad rzeczką Ołobok, ujrzał łososie skaczące nad taflą wody i jednego z nich przeciął toporkiem na pół. Książę Bolesław uznał to za dobry znak przed czekającą ich bitwą. Po rzeczywiście wygranej przez Polaków bitwie otrzymał Ratułd liczne dobra w tej okolicy i przyjął herb z wizerunkiem przepołowionego łososia, który to herb do dzisiaj uznawany jest za nieoficjalny symbol wsi Ołobok.[link]
Herb Hołobok to pół łososia srebrnego od głowy w polu czerwonym, głową do góry, grzbietem w lewo obróconego. W klejnocie taki sam łosoś między dwiema trąbami.Wśród herbownych m. in. Ratuld.
  
Autorzy Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński podają, że "Ołobok, wieś klasztorna panienek cysterek, o 2 mile od Kalisza odległa (...) Dokładają do tego niektórzy, żeby ten grunt miał być pierwej niejakiego Ratułda Rycerza, który był także herbu rzeczonego Hołobok: ale gdy mu dano nagrodę słuszną, ustąpił stamtąd."

Mniej rycerski okazał się w rzeczywistości ten rycerz, niż głosi legenda :)


 

Bartosz Paprocki podaje wersję herbu Hołobóg, potwierdza sprawę fundowania klasztoru cysterek i wykupu ziemi od rycerza Ratułda, łososie pozostawiając, podobnie jak Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński, legendom. 



malował Adam Jońca

Natomiast strona Płocka podaje inną wersję legendy:
 

Hołobok.Legenda tak mówi o początku tego herbu. Gdy Bolesław Krzywousty w roku 1109 walczył z Pomorzanami, w okolicy Bydgoszczy przekraczał Brdę, która wtedy nosiła nazwę Hołobok. W wodzie zauważono płynące łososie, jeden z rycerzy imieniem Ratułd tak celnie rzucił toporem w rybę, że ją przepołowił. Władca uznał to za dobry znak i kiedy na drugi dzień pokonał wrogów, nadał rycerzowi herb z połową łososia. Godło na pamiątkę rzeki nazwano Hołobokiem.[link]
 
Jodłownik, źródło



Historia wioski Jodłownik oraz kultu religijnego sięgają swoimi korzeniami do średniowiecza – do XIV wieku. Według źródeł historycznych, już pierwsze wzmianki o Jodłowniku spotykamy w 1361 roku. Mówią one o wiosce już istniejącej. Z przekazów źródłowych dowiadujemy się, że pierwszym właścicielem Jodłownika był niejaki rycerz Mikołaj, z rodu Ratułdów (Szeliga). Później na wskutek różnych wydarzeń dobra jodłownickie przechodzą w posiadanie Jakuba Lubomirskiego. 
Wieś Jodłownik jest położona o ok. 6 km od Skrzydlnej.
Rycerz Mikołaj, z rodu Ratułdów herbu Szeliga - herb podobny do herbu Ratułt [TUTAJ], wśród herbownych Ratołd (a nie Ratułd), zaś przy opisie herbu Ratułt [TUTAJ] mamy herbownych o nazwiskach:  Ratold, Ratuld i Ratułt oraz wzmiankę: z racji podobieństwa często mylony z Szeligą.

Herb Ratułt, autor: Bastian
Graficzna wyszukiwarka herbów podaje, że:
Staropolski herb szlachecki. Na czerwonym polu srebrna półtoczenica nad nią srebrny krzyż kawalerski.
Występuje w ikonografii w Skrzydlnej (pieczęć Ratolda z 1433), w kościele dominikanów w Krakowie, oraz Książu Małym. Herbarz Złotego Runa identyfikuje go jako Szeliga. Herb mylnie identyfikowany z herbem Osorya. (podałam tak TUTAJ, faktycznie żaden Ratułt, Ratold, czy Ratold nie jest herbownym Ossoryi)
Rodziny należące do herbu Ratułt z odmianami: Ratułd, Ratułt, Ratold, Ratuł. Herb zaginął w XVI wieku a rodziny zaczęły pieczętować się innymi herbami.[link]
Herb występował w średniowieczu. Zaginął według Szymańskiego w XVI wieku. Niesiecki podaje, że używająca go można rodzina Ratuldów za jego czasów już dawno wymarła. [link]

Herb Ratułt wygląda również tak:

Ratuł
Autorzy Herbarzy wzajemnie sobie zaprzeczają, czyli sprawa nie jest prosta. Szczególnie, że minęło wiele lat i współcześnie herbów nie używamy, a także oczekujemy, w podawanych danych, dokładności co do kropki w adresie mailowym :)

Sytuacja zatem wygląda tak:
  • Mamy Ratoldów herbu Ratułt, powiązanych ze Skrzydlną, z korzeniami węgierskimi, a nawet włoskimi. Mamy też informację, iż ród ten wygasł. 
  • Mamy Ratoldów herbu Hołobok (Hołobóg), o których istnieje tylko romantyczna legenda związana z łososiem i mniej romantyczne wyjaśnienie związane z pieniędzmi (lub zapłatą w naturze w postaci wsi). Na dodatek nie wiemy nic o pochodzeniu Ratułtów herbu Hołobok. Może to byli tutejsi, Słowianie? Może faktycznie jakiś kmieć, w 1109 roku złowił Krzywoustemu rybę i za proroctwo wygranej bitwy uzyskał przywileje?
Dlaczego mieli tak podobne nazwiska, pomimo tak różnego pochodzenia? I który ostatecznie Ratold powędrował na wschód, pod Kobryń? 
Kiedy czytam legendę o łososiu, przypominam sobie o podarowanym Królowi Zygmuntowi okazie rzadkiego zwierzęcia, za co Ratold został Zadarnowskim herbu Sulima i wiem, że na Polesiu bagien nie brakuje, a łowienie ryb było od wieków podstawowym źródłem pożywienia. Zastanawiam się, czy to aby nie Ratold herbu Hołobok był naszym przodkiem. 
Ostatecznie nie bez przyczyny uwielbiam łososie :) 
A w każdej opcji udało mi się cofnąć historię rodu, do około 1200 roku ;)

To jeszcze nie koniec poszukiwań Ratolda :) Zapraszam do następnego wpisu.  

Wpis pochodzi z bloga Zadarnowo i okolice.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...