poniedziałek, 28 grudnia 2020

Sztuka umierania i sztuka trwania. Recenzja książki ,,Kresy. Ars moriendi” od Wydawnictwa Literackiego.

 



Niektórzy twierdzą, że dużo dotkliwsze od fizycznej i symbolicznej eksterminacji Polski z jej wschodnich terenów jest zapominanie kresowego dziedzictwa. Jesteśmy nie tylko świadkami tego procesu, ale niekiedy także jego twórcami. Wielu czytelników omija szerokim łukiem temat Kresów – nie mają czasu na zgłębianie ich historii albo pokutuje w nich stereotyp rodem z PRL, że kresowość jest symbolem przaśności albo zacofania. Inni jeszcze uważają, że o Kresach wszystko już zostało powiedziane – identyfikują je tylko z kulturą dworków lub tematem rzezi wołyńskiej – jakby nie było niczego pośrodku, w międzyczasie, pomiędzy.

 

Czytając ,,Kresy. Ars moriendi” nie można pozbyć smutnego wrażenia, że przestrzeń, o której piszą Rybak i Smółka naznaczona jest niebywałą tragedią. Rozważając umieranie Kresów, tę przerażająca wręcz cykliczności ich apokalipsy, tułaczy los kilku pokoleń Polaków jesteśmy jako czytelnicy zmobilizowani do poszukania wspólnego mianownika tej bolesnej ,,sztuki umierania”. Czy chodzi tutaj o godność, z jaką mieszkańcy Kresów znosili swój los? Czy mowa raczej o przywiązaniu do miejsca tak silnym, że żywym nawet kilka pokoleń naprzód? A może tytułowa ,,ars moriendi”, poprzedzona przywiązaniem do ziem, tradycji, tożsamości ma być dla nas wskazówką w jaki sposób tworzyć swoją tożsamość teraz?

 

Agnieszka Rybak i Anna Smółka zdecydowały się poprowadzić swoich czytelników na Wołyń, Podole i Polesie ścieżkami nieco mniej wydeptanymi. Ich książka ,,Kresy. Ars moriendi” (Wydawnictwo Literackie) to opowieść nie tylko o trwaniu kresowego świata. To również rzecz o jego zmierzchu. Czy zatem wywodząca się ze średniowiecza ,,sztuka umierania” w jakikolwiek sposób dotyczy Kresów, a jeżeli tak – jakie wnioski płyną z owego znikania Polski z jej dawnych ziem?

 

,,Kresy. Ars moriendi” to reporterska opowieść o ludziach zamieszkujących tereny zlokalizowane na obszarze dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy, a kiedyś należące do Rzeczpospolitej. Poznajemy historie całych rodzin zmiecionych z powierzchni ziemi przez dziejowe zawieruchy; wzruszające losy odważnych i mądrych Polaków usiłujących zszywać pękające relacje międzyludzkie ( i międzypaństwowe); o jednych wiemy całkiem sporo; o innych dowiadujemy tylko dlatego, że zostało po nich ,,cokolwiek”, jak peliska (rodzaj płaszcza) rozpoznana przez żonę przy identyfikacji zwłok. Bohaterami opowieści zawartych w książce ,,Kresy. Ars moriendi” są ludzie aktywni, ważni dla swojego środowiska, wykształceni, posiadający marzenia; usilnie walczący o przetrwanie polskości na wschodzie. Rybak i Smołka zdecydowały się wykonać wręcz tytaniczna pracę, aby z mroków niewiedzy albo dezinformacji wyciągnąć na światło dzienne historie o tych, którzy zgodnie z założeniami zmieniających się, ale zawsze tak samo opresyjnych, organów władzy – mieli znikać z ludzkiej pamięci. Poszczególne rozdziały to epickie opowieści o jakimś wycinku Kresów i usilnym staraniu ich mieszkańców, żeby je ocalić. 

 

Historia obu Narutowiczów, Skirmuntów, Edwarda Woyniłłowicza i braci Orłowskich z Berdyczowa są świadectwem trwania i umierania polskości na wschodzie. W ich losach jak w soczewce odbija się proces zagłady Kresów – przestrzeni tyle pięknej, co niezwykle skomplikowanej. Autorki pokazują jak struktura etniczna, decyzje polityczne, rozbiory, II wojna światowa, ,,operacja polska NWD” wpływały na historię, rozwarstwianie i rozpad znanego kształtu kresowego świata. Odwieczne pytanie, czy apokalipsa Kresów była nieunikniona zyskuje dzięki książce nowe konteksty dalej pozostając bez odpowiedzi.

 

Gdyby jednak autorki ograniczyły się do pokazania historii jednostek wybitnych – dostalibyśmy obraz niepełny. Agnieszka Rybak i Anna Smółka z niemal detektywistycznym zacięciem, wielką uwaga i wrażliwością prześledziły także tragiczne losy zwykłych ludzi, o których zapewne nie szukalibyśmy informacji w Wikipedii– a szkoda, bo bycie ,,zwykłym” nie oznacza, że nie mówimy o ludziach interesujących i z rożnych względów godnych naszej uwagi. Ich losy znalazły się w orbicie zainteresowań autorek nie przez przypadek, lecz w wyniku chęci pokazania całej skomplikowanej, pięknej i tragicznej struktury Kresów Aby tego dokonać i dać możliwie najpełniejszy losu Polaków zamieszkujących tamta przestrzeń autorki przedarły się przez setki listów, drzew genealogicznych, plotek i rodzinnych opowieści, wydarły nam z mroków historii kilkanaście nazwisk, za którymi zawsze kryją się wzruszające historie, które obrazują tragiczne losy II Rzeczpospolitej.

Książka ,,Kresy. Ars moriendi” to absolutnie genialne dzieło, prawdziwa kopalnia wiedzy o historii naszych dawnych wschodnich ziem. Dzieło tyleż wspaniale, co niezwykle wymagające. Zdecydowanie nie jest to lektura na niedzielne niespieszne popołudnie, lecz rzecz do studiowania, wgryzania się, weryfikowania swojej wiedzy, poszukiwania informacji, które wypełnią naszą niepamięć i pozwolą zrozumieć konteksty opowiadanych historii. Myślę, że wielu czytelników będzie przytłoczonych ,,Kresami…”. Autorki same niejednokrotnie przyznawały, że natłok faktów sprawiał, że niejednokrotnie gubiły się w zawiłych losach rodzin, o których pisały. Stąd ta narracja – gęsta i skondensowana tak bardzo, że czasami nawet pojedynczy akapit przynosi czytelnikowi ilość informacji, którą musi przetwarzać wielokrotnie, żeby powiązać ze sobą fakty i ludzi. To jedyny zarzut, jaki mam do tej absolutnie genialnej książki. W moim przekonaniu, gdyby autorki dokonały większego wyboru treści, o których mamy czytać, lektura ,,Kresów…” dostarczała by więcej przyjemności. Bo jeżeli chodzi o satysfakcję z obcowania z taką literaturą… no, proszę Państwa, to wyzwanie. A kto lubi wyzwania – będzie zachwycony.

wtorek, 10 listopada 2020

Opowieść o Tymoszówce - recenzja książki Zofii Szymanowskiej

 

Jaki zapach ma wasze dzieciństwo? Może świeżo wykrochmalonej pościeli albo drożdżowego placka z truskawkami, który babcia piekła tylko w czerwcu? A może pachnie jak policzek Dziadka - staromodną wodą kolońską, którą jeszcze czasami czuję na jesiennych ulicach Tarnowa… A jakie obrazy napływają do Was, gdy zamykacie oczy, leżąc na łące? Czy jeszcze Wam to się zdarza? Nie od dziś wiadomo, że tropienie dobrych wspomnień może być doskonałą rozrywką i wewnętrznym ukojeniem. Jak rozpocząć taką podróż?

Wnętrze Tymoszówki

,,Opowieści o naszym domu” Zofii Szymanowskiej, siostry wielkiego kompozytora Karola, nie musimy odczytywać jedynie jako zapisu wspomnień z sielskiego życia w Tymoszówce, ich rodzinnym majątku.  Gdybyśmy jednak potraktowali tę książkę tylko jako opis kresowego świata – nadal będzie to literacka uczta. Zofia Szymanowska posiadała niezwykłą lekkość w budowaniu obrazów, charakterystyczną elegancję językową i niewymuszoną wrażliwość na słowo. W swoich wspomnieniach zawarła swoisty mikrokosmos kresowej przestrzeni – rodzinne spotkania i sposoby na spędzanie wolnego czasu; rytuały i pielęgnowane od pokoleń tradycje; spokojny rytm dnia oraz konieczność opuszczenia domu w obliczu jego zagłady; zmartwienia i dylematy lokalnej społeczności. Książka zbudowana jest z literackich drobiazgów – opisów poszczególnych komponentów świata Szymanowskich. One wszystkie – te wspomnienia – zawierają w sobie dwa najważniejsze i wpływające na narrację pierwiastki: tęsknotę za krainą dzieciństwa oraz ból związany z bezpowrotną utratą Tymoszówki. Niektórych czytelników może razić idealizowanie przedstawionego świata. Z drugiej strony nawet my sami, przywołując w pamięci dzieciństwo (zwłaszcza to szczęśliwe), posługujemy się kategoriami myślenia magicznego. W moim przekonaniu można wybaczyć Zofii Szymanowskiej, że w swojej opowieści położyła akcenty na te sielsko-anielskie elementy świata, który przecież kochała. Tym bardziej, że opuszczenie rodzinnej miejscowości, exodus z krainy szczęśliwości, nie dokonał się z wyboru, lecz przymusu. Mówimy też o przełomie wieków, a co za tym idzie, powinniśmy mieć świadomość, ze zmiany kulturowo-społeczne, jakich doświadczyła autorka, były niezwykle dynamiczne. Zapewne inaczej pamięta się dzieciństwo spędzone we dworku, gdy opowiada się o nim z kamienicy w zatłoczonym mieście i to przy dźwiękach tramwajów…

,,Opowieść o naszym domu” możemy potraktować jako pretekst do odnalezienia w sobie na nowo najpiękniejszych momentów własnego dzieciństwa. Jakie były jego dźwięki, jakie zapachy? Które zabawy wzbudzały najlepsze emocje? Co inspirowało, co dodawało energii? Czy biegaliśmy umorusani po podwórku i rozbite kolana leczyliśmy bobkowymi liśćmi?  To, co opisała w swojej książce Szymanowska, to nie jest jakiś abstrakcyjny świat, który  „zdarzył się”, ale przestrzeń, mająca (w jakimś stopniu) kontynuację w naszej codzienności (chociaż oczywiście trzeba mieć na uwadze obiektywne różnice między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz). Na przykład opisane przez Szymanowską wieczorne rodzinne śpiewanie w ogrodzie – ta tradycja pozornie wypadła już z kanonu sposobów na spędzanie czasu razem.  Czy aby na pewno? Przecież gromadzimy się nadal przy ognisku, by będąc blisko zanucić jakieś tęskne ballady, których słuchaliśmy mając naście lat 😊

Szymanowscy z przyjaciółmi.

Wzrusza mnie ta książka. Wszystko niej pachnie i dźwięczy. Emanuje z niej ogromny apetyt na życie – pełne czasu i przestrzeni na wspólnotę. I ta wspólnota jest dzisiaj ,,towarem” deficytowym. Po lekturze książki Zofii Szymanowskiej możemy dostrzec jak wiele tracimy, traktując swoje życie zadaniowo i pozbywając się wspaniałego rytuału – celebracji codzienności.

 .

Agnieszka Winiarska

______________

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa mg.

Pierwotnie recenzja była opublikowana na portalu www.kulturanacodzien.pl


piątek, 16 października 2020

Joanna Wtulich, Ogień i lód. Trylogia lwowska #1

 



Lwów nazywany jest często małym Paryżem. Mówią, że miasto zbudowano z miłości do spokoju oraz w prawdziwie europejskim stylu i z zachowaniem delikatnego piękna. We Lwowie zawsze dominuje szczególny nastrój, jak i styl, które mają wpływ praktycznie na wszystko, co tylko znajduje się w mieście, tj. na nazwy małych sklepików i kawiarni, wyrafinowaną elewację budynków, piękne i oryginalnie zaprojektowane witryny, czy też wnętrza zabytkowych kamienic wybudowanych w centralnej części miasta. Przez cały czas swojego istnienia Lwów był bardzo dobrze znany w Europie. 

Lwów to także miasto o wielowiekowej historii, w którym splotła się kultura różnych narodów. Ciężkie i niezwykle ciekawe dzieje tego obecnie ukraińskiego miasta liczą siedem i pół wieku. Historycy ustalili bowiem, że ludzie osiedlili się na terenie współczesnego Lwowa już w V wieku. Pierwotnie ziemie te należały do Księstwa Wielkomorawskiego, a następnie do Polski. W 981 roku tereny te zostały przyłączone do Rusi Kijowskiej przez wielkiego księcia kijowskiego Włodzimierza I Wielkiego (?-1015). Z kolei w 1256 roku książę Rusi Halickiej Daniel I Romanowicz (1201-1264) założył miasto galicyjsko-wołyńskie i nazwał je imieniem swego syna Lwa. Centrum Lwowa stanowił wówczas Rynek. Miasto było bardzo dobrze chronione przez fortyfikacje zbudowane z uwzględnieniem warunków naturalnych, takich jak pagórki wzgórza Wysokiego Zamku i rzekę Pełtewę. 

Po śmierci Daniela Romanowicza, jego syn książę Lew I Halicki (ok. 1228 – ok. 1301) przeniósł do Lwowa stolicę państwa galicyjsko-wołyńskiego. Miasto pozostało stolicą przez wszystkie kolejne panowania różnych władców. W 1303 roku książę Jerzy I Lwowic (pomiędzy 1247 a 1254 – 1308) zażądał od patriarchy Konstantynopola odrębnego i niezależnego od Kijowa galicyjskiego obszaru metropolitarnego, którego centrum mieściłoby się właśnie we Lwowie. Należy pamiętać, że w książęcym Lwowie, oprócz osad ukraińskich i polskich, znajdowały się także osady niemieckie, tatarskie i ormiańskie. Wokół domów mieszczanie uprawiali ogrody, natomiast pola uprawne znajdowały się na zachodnim brzegu Pełtewy w rejonie obecnej Alei Czornowola. W 1340 roku, po otruciu przez bojarów księcia Jerzego II Trojdenowicza (ok. 1310-1340), polski król Kazimierz III Wielki (1310-1370) najechał na Lwów, splądrował miasto (zwłaszcza Wysoki Zamek) i wywiózł do Polski koronę galicyjską. Wtedy też bojarowie galicyjscy pod wodzą Dymitra Detki (?-1349) wypędzili króla Kazimierza i utworzyli republikę bojarów galicyjskich, która przetrwała dziesięć lat, a na jej czele stał wspomniany Dymitr Detko, któremu nadano tytuł „władcy Rusi”. 

 

Lwów. Plac Mariacki (obecnie Plac Mickiewicza)
Pocztówka pochodzi z około 1910 roku.

 

W roku 1349 Kazimierz III Wielki ponownie zaatakował Galicję i zdobył Lwów. Nadał miastu status stolicy Królestwa Rusi, wchodzącego w skład ówczesnej Polski z pełnymi prawami autonomicznymi. Kazimierz Wielki wraz z oblężeniem Starej Rusi podbił nowe tereny miejskie, które stały się fundamentem obecnego Lwowa. W 1370 roku, po śmierci Kazimierza Wielkiego, jego siostrzeniec, król Polski Ludwik I Węgierski (1326-1382) mianował księcia Władysława Opolczyka (pomiędzy 1326 a 1332 – 1401) zastępczym władcą Królestwa Rusi, który na siedem lat przyłączył Galicję do Węgier. Panowanie węgierskie trwało dziewięć lat, po czym w 1387 roku polskie wojska pod wodzą królowej Jadwigi Andegaweńskiej (ok. 1374-1399) ponownie podbiły Lwów. Od tej chwili miasto stało się ośrodkiem administracyjnym prowincji ruskiej. We Lwowie znajdowały się rezydencje biskupów prawosławnych, ormiańskich, rzymskokatolickich oraz unickich, a także było tam trzy gminy żydowskie (miejska, przedmiejska i karaicka). Na początku XV wieku miasto liczyło około dziesięciu tysięcy mieszkańców, a w pierwszej połowie XVIII wieku było ich już około trzydziestu tysięcy. Podstawą rozwoju gospodarczego Lwowa były handel i rzemiosło. 

Przez wiele lat Lwów był miastem, które pozostawało twierdzą i wielokrotnie musiało odpierać ataki najazdów głównie ze strony Tatarów i Turków. Przetrwało też oblężenie wojsk Bohdana Chmielnickiego (1595-1657), natomiast spłacone w 1672 roku przez Turków będących wówczas sojusznikami kozackiego hetmana Piotra Dobroszenki (1627-1698), tylko jeden raz zostało zdobyte przez wojska szwedzkie. Z kolei w 1707 roku car Piotr I Wielki (1672-1725) przybył do Lwowa celem przygotowania wyprawy przeciwko królowi Szwecji Karolowi XII Wittelsbachowi (1682-1718). W tym samym czasie Lwów odegrał ważną rolę w rozwoju kultury. Uniwersytet Lwowski, który został założony w 1661 roku był jednym z najstarszych uniwersytetów w Europie Środkowej i pierwszą wyższą uczelnią na ziemiach ukraińskich. 

W 1772 roku Lwów stał się natomiast częścią monarchii habsburskiej oraz stolicą najpiękniejszej części królestwa galicyjsko-wołyńskiego. Początkowo rząd austriacki był dość tolerancyjny dla rodzimej ludności ukraińsko-polskiej, ale potem, tj. na początku XIX wieku, władze centralne zaczęły przekształcać Lwów w miasto niemieckie. Na przykład na Uniwersytecie Lwowskim wyjątkowo został wprowadzony język niemiecki, co stało się powodem buntu antyaustriackiego w 1848 roku. Aby go powstrzymać, carskie wojsko musiało skoncentrować ostrzał na Lwowie. W czasie zamieszek najbardziej ucierpiał gmach Uniwersytetu Lwowskiego przy ulicy Teatralnej. W rezultacie cesarz austriacki zwrócił Lwowowi dawne przywileje, a zwłaszcza ten dotyczący samorządu i języka. 

 

Lwów. Stary Uniwersytet i kościół pod wezwaniem świętego Mikołaja (1851)


 W 1870 roku w wolnych wyborach została wybrana Rada Miejska. Należeli do niej wszyscy etniczni mieszkańcy Lwowa. W tym samym czasie w mieście powstały również nowe partie polityczne. Mocarstwo austriackie zburzyło mury obronne, powiększyło terytorium miasta i stworzyło warunki dla jego rozwoju. Wtedy też zbudowano nowy ratusz, operę, katedrę dominikańską, dworzec główny oraz wzniesiono wiele innych wspaniałych dla miasta budowli. Uruchomiono także tramwaj elektryczny. I tak oto wraz z historycznymi rozważaniami na temat Lwowa dochodzimy do początku XX wieku, kiedy to rozgrywa się akcja pierwszego tomu trylogii Joanny Wtulich. Główną bohaterką powieści jest młodziutka hrabianka Anna Lipińska. Wraz z ojcem i dwoma braćmi mieszka we Lwowie. Matka Anny od dawna nie żyje. Pomimo że Lipińscy posiadają też majątek w Niesłuchowie, to jednak większość czasu spędzają właśnie we Lwowie. Dzieje się tak dlatego, iż nadszedł już najwyższy czas, aby Annę wydać za mąż, a i młodzi mężczyźni też powinni pomyśleć o dobrym ożenku. W związku z tym hrabianka zaczyna prowadzić dość intensywne życie towarzyskie. Bywa na balach, chodzi do teatru, gdzie ma okazję spotkać młodych mężczyzn odpowiadających jej statusem społecznym. Pewnego dnia na jej drodze staje pułkownik Michał Dukajski. Choć praktycznie od pierwszej chwili coś ich do siebie przyciąga, to jednak Anna robi wszystko, aby tylko pozbyć się natręta. Nie jest to takie proste, ponieważ oficer jest uparty i doskonale wie, czego chce. Pomimo że przez jego życie i łóżko przewinęło się sporo kobiet, to jednak niepokorna hrabianka zaczyna spędzać mu sen z powiek. Michał wie, że ona i tylko ona musi zostać jego żoną. Czy za tym pragnieniem kryją się jedynie głębokie uczucie i pożądanie, czy może jest w tym wszystkim jakieś drugie dno, o którym Anna nie ma na razie najmniejszego pojęcia? 

Szybko okazuje się, że pułkownik Michał Dukajski nie jest jedynym mężczyzną, który upatrzył sobie młodziutką hrabiankę. Fakt, że Anna ma adoratorów wcale nie dziwi, ponieważ dziewczyna jest nad wyraz piękna i przyciąga spojrzenia mężczyzn wszędzie tam, gdzie się tylko pojawi. I tak oto pewnego dnia Anna staje się obiektem westchnień niejakiego Adama Małaszewicza. To przemysłowiec, o którym dziś powiedzielibyśmy biznesmen. Mężczyzna niedawno wrócił z Paryża i wydaje się, że jego jedynym celem jest znalezienie sobie żony. Czy zatem uda mu się zdobyć serce hrabianki? A może będzie musiał stoczyć nierówną walkę z Dukajskim, który przecież tak łatwo nie odpuści? A co na to sama zainteresowana? Którego z nich wybierze Anna Lipińska? I co najważniejsze: którego z mężczyzn zaakceptuje jej ojciec? 

 

Teatr Miejski we Lwowie na pocztówce z 1905 roku

 

Ogień i lód to nie tylko romantyczna historia z udziałem dwóch zakochanych mężczyzn i jednej kapryśnej hrabianki. Ta historia ma również drugie dno. Jest ona niezwykle istotna przede wszystkim z punktu widzenia kobiet. Jak wiadomo początek XX wieku to narodziny ruchów feministycznych, których zasadniczym celem stała się walka o prawa kobiet, szczególnie w kontekście politycznym. Kobiety dążyły do przyznania im praw wyborczych. Najbardziej znane w tej kwestii są działania sufrażystek w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Wydaje się więc, że Anna Lipińska coś na ten temat wie, gdyż podczas spotkań towarzyskich wielokrotnie wypowiada swoje zdanie w obronie kobiet, czym wprawia w zakłopotanie nie tylko swego ojca, ale też inne osoby reprezentujące starsze pokolenie, które zostało zupełnie inaczej wychowane i nie potrafi zrozumieć, że czasy się zmieniają i kobieta nie jest stworzona jedynie do zajmowania się domem, mężem i dziećmi. Anna dość jednoznacznie podkreśla, że ceni sobie niezależność i nie ma najmniejszego zamiaru podporządkować się mężczyźnie, który zdecyduje się z nią ożenić. Z drugiej strony jednak gdy w grę wchodzą uczucia, jej niezależność jakby topniała. Jest to niebezpieczna mieszanka, która może doprowadzić hrabiankę do zguby. 

Oprócz powyższego, czytelnik ma też okazję przyjrzeć się postaciom reprezentującym różne środowiska ówczesnego lwowskiego społeczeństwa, co oznacza, że może poznać różnorakie charaktery. Każdy z bohaterów jest inny i każdy ma coś innego do ukrycia. Cała opowieść posiada niepowtarzalny klimat. Joanna Wtulich przenosi czytelnika w czasy szczególne, jeśli chodzi o historię. To Polska z okresu zaborów. Pomimo że autorka bardziej skupia się na losach poszczególnych bohaterów i ich emocjach, to jednak nie zapomina o tle historycznym, a co za tym idzie, o ważnym wydarzeniu mającym miejsce 12 kwietnia 1908 roku, które ściśle związane było z Uniwersytetem Lwowskim. Wydarzenie to było owocem konfliktu pomiędzy Polakami a Ukraińcami. 

 

Panorama Lwowa przed 1924 rokiem


 Moim zdaniem Ogień i lód to doskonały wstęp do dalszej części opowieści o hrabiance Annie Lipińskiej i towarzyszących jej osobach. Jestem przekonana, że – podobnie jak w pierwszym tomie – w kolejnych częściach również nie zabraknie emocji i życiowych komplikacji. Ta powieść to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Wtulich i nie ukrywam, że bardzo udane. Bohaterowie są wiarygodni i doskonale wpisani w realia, jakie panowały w ówczesnym Lwowie. Ponieważ jest to literatura typowo kobieca, polecam ją przede wszystkim kobietom. Książka jest bowiem gwarancją mile spędzonego czasu i oderwania się od trudnej obecnie rzeczywistości. To opowieść, która choć na chwilę pozwoli zapomnieć o problemach i sprawi, że przeniesiemy się na lwowskie salony, gdzie panowała swoista atmosfera tak odmienna od tej, jakiej doświadczamy dzisiaj. 

 

Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, dziennikarka, eseistka



Tekst oryginalny ukazał się na blogu W krainie czytania i historii



czwartek, 1 października 2020

Dorota Ponińska, Romantyczni

 



Z powstaniem Wilna związana jest pewna legenda. Otóż którejś nocy wielkiemu księciu litewskiemu Giedyminowi (ok. 1275-1341) miał przyśnić się żelazny wilk stojący na późniejszej zamkowej górze. Kiedy książę poprosił pogańskiego litewskiego kapłana Krywe-Kryweja, aby ten wyjaśnił mu znaczenie snu, dowiedział się, iż w miejscu, gdzie w śnie stał wilk, ma stanąć zamek, zaś u jego podnóża musi być założone miasto. Książę Giedymin miał zatem bardzo poważnie potraktować słowa kapłana, co zaowocowało tym, że w 1320 roku założył miasto, które dziś znamy jako Wilno. Oczywiście jest to tylko legenda i dlatego należy potraktować ją z przymrużeniem oka. Tak naprawdę nie wiadomo, kiedy dokładnie Wilno zostało złożone, ponieważ naukowcom jak dotąd nie udało się ustalić dokładnej daty. Jedni twierdzą, że było to jeszcze przed naszą erą w epoce mezolitu, natomiast inni przypisują ten fakt średniowieczu, bo właśnie z tego okresu pochodzi pierwsza wzmianka o mieście. W 1323 roku książę Giedymin napisał bowiem list do papieża Jana XXII (ok. 1244-1334), w którym wyrażał gotowość do przyjęcia chrześcijaństwa i wtedy właśnie wspominał o Wilnie jako o stolicy Litwy.

W 1387 roku król Władysław II Jagiełło (ok. 1352-1362 – 1434) nadał Wilnu prawa magdeburskie. Od tego momentu miasto zaczęło rozwijać się jako jednostka samorządowa. Źródłem tego rozwoju stały się liczne przywileje oraz własna ewolucja miasta. Najważniejszym przywilejem okazał się ten nadany w 1441 roku przez Kazimierza Jagiellończyka (1427-1492), który wtedy nie był jeszcze królem, lecz nosił tytuł wielkiego księcia litewskiego. Przywilej ten potwierdzał otrzymane od jego ojca prawa magdeburskie. Z kolei syn Kazimierza, Zygmunt I Stary (1467-1548), nadał w 1536 roku przywilej, który oficjalnie organizował miejski ustrój Wilna. Każdy z tych dokumentów przyczynił się przede wszystkim do tego, że Wilno zaczęło stopniowo wyzwalać się spod władzy urzędników wielkoksiążęcych, czyli starosty i wojewody, którym było podporządkowane po otrzymaniu pierwszego przywileju w 1387 roku. Wilno zostało również zwolnione z szeregu świadczeń na rzecz wielkiego księcia litewskiego, czego przykładem było odstąpienie od płacenia ceł i myt czy dawania podwód. Zaczęły być także organizowane targi i jarmarki na terenie miasta, a ponadto Wilno otrzymało prawo do zakładania własnych karczem, jatek czy młynów. 

 

Dziewiętnastowieczne Wilno
  Obraz pochodzi z 1846 roku.
  autor: Marcin Zaleski (1796-1877)

                                   

Przenieśmy się jednak do Wilna z początku XIX wieku, ponieważ to właśnie na tym okresie historii miasta skupia się fabuła najnowszej powieści Doroty Ponińskiej. Jak wiadomo, panowanie rosyjskie w tamtym czasie sprawiło, że miasto utraciło swój samorządowy ustrój. Wilno stało się bowiem stolicą jednej z guberni Imperium Rosyjskiego, natomiast stanowisko prawne miasta praktycznie zrównało się z pozycją innych rosyjskich miast. Marsz Napoleona Bonapartego (1769-1821), który wiosną 1812 roku przeszedł z wielką armią przez Wilno, zdawał się zwiastować miastu lepszą przyszłość. Niestety klęska cesarza wszystkie te nadzieje zniweczyła. Co ciekawe, to właśnie w tym czasie Wilno stało się jednym z głównych centrów polskiej kultury.

Pomimo że rządy rosyjskie były dokuczliwe i posiadały charakter absolutystyczny, to jednak aż do czasu wybuchu powstania listopadowego (1830-1831) nie były tym systemem konsekwentnej rusyfikacji, jakim miały stać się później. Kiedy na początku XIX wieku na kuratora szkolnego został powołany książę Adam Czartoryski (1770-1861), zapoczątkowano tam nową erę polskiego szkolnictwa. Niezwykle prężnie rozwijał się wówczas Uniwersytet Wileński, którego profesorami byli tacy uczeni, jak matematyk Jan Śniadecki (1756-1830) i jego młodszy brat – lekarz Jędrzej Śniadecki (1768-1838), a także lekarz Józef Frank (1771-1842), ksiądz i pedagog Stanisław Bonifacy Jundziłł (1761-1847) czy historyk Joachim Lelewel (1786-1861). 

Uczelnia została założona w 1579 roku i początkowo nazywano ją Akademią, zaś pieczę nad nią sprawowali jezuici. Dopiero po wstąpieniu na tron cesarza Aleksandra I Romanowa (1777-1825), uczelnia w 1803 roku została przemianowana na uniwersytet, co miało na celu ukazać jej postępową działalność oświatową i organizacyjną. Wspomniany wyżej książę Adam Czartoryski, jako kurator okręgu naukowego, starał się obsadzić katedry uniwersyteckie ludźmi zdolnymi i mającymi już wyrobione nazwisko w świecie naukowym. Uniwersytet Wileński jeszcze bardziej niż z powodu swoich wybitnych profesorów, zasłynął wybitnymi studentami. W tym miejscu należy zatem wspomnieć przede wszystkim naszego narodowego wieszcza Adama Mickiewicza (1798-1855). Niestety wspaniały rozwój polskiej nauki na uniwersytecie zablokowały okrutne prześladowania, za którymi stał Mikołaj Nowosilcow (1761-1838). Działania Nowosilcowa bardzo mocno uderzyły w Towarzystwo Filaretów, którego prezesem był poeta Tomasz Zan (1796-1855). 

 

 Wilno. Kościół Misjonarzy

autor: Zygmunt Vogel (1764-1826)

 

Romantyczni Doroty Ponińskiej to powieść traktująca właśnie o tamtym okresie w dziejach Wilna. Akcja rozpoczyna się w 1815 roku, kiedy to czytelnik zostaje przeniesiony na Litwę do majątku Kamienickich. Poznaje nastoletniego Maurycego Kamienickiego, który choć jest postacią fikcyjną, to jednak jego powieściowe losy bardzo silnie zwiążą się z wydarzeniami, gdzie głównymi bohaterami okażą się postacie historyczne. Maurycy nie pochodzi z bogatej rodziny, ale też nie klepie biedy. Od dnia narodzin chłopak żyje z piętnem śmierci matki, która wydała ostatnie tchnienie w chwili, gdy on przychodził na świat. Ojciec nie może mu tego wybaczyć i nie omieszka mu o tym przypominać, skoro tylko najdzie go ochota. Maurycy ma też starszą siostrę, Krystynę, z którą jest mocno związany nie tylko więzami krwi, ale również emocjonalnie.

Marzeniem młodego Kamienickiego jest móc wyjechać kiedyś do Wilna i tam studiować historię. Marzenie to dodatkowo podsycają fascynujące opowieści starszego kolegi i najbliższego sąsiada, Karola, który dzięki studiom może teraz zwiedzać świat, pogłębiać wiedzę, a nade wszystko poznawać ciekawych ludzi. Maurycy pragnie dla siebie tego samego, lecz owdowiały ojciec ma w stosunku do niego zupełnie inne plany. Wygląda jednak na to, że chłopakowi uda się spełnić marzenie, bo oto przychodzi w końcu dzień, gdy Maurycy wyrusza w podróż do Wilna z głową pełną oczekiwań nie tylko na niezapomniane przygody, ale przede wszystkim na odmianę dotychczasowego życia i spotkania ludzi, którzy być może wywrą na nim niezapomniane wrażenie i pozostawią niezatarty ślad w jego życiu. Chłopak nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo pobyt w Wilnie odmieni jego spojrzenie na świat i otworzy mu oczy na fakty, które do tej pory były przed nim zakryte i nie miał o nich choćby najmniejszego pojęcia. Będzie też musiał przewartościować swoje życie i zmienić priorytety, ponieważ to, co do tej pory uważał za istotne, nagle przestanie mieć dla niego znaczenie.  

Dziedziniec Uniwersytetu Wileńskiego (1850)
Wilno namalowane słowami Doroty Ponińskiej jest przepiękne. Czytelnik odnosi wrażenie, że wraz z młodym Maurycym Kamienickim przemierza ulice miasta, podziwia jego zabytki, spotyka wszystkich tych ludzi, których los stawia Maurycemu na drodze, a także bierze udział w spotkaniach Promienistych, czyli członków Towarzystwa Przyjaciół Pożytecznej Zabawy, którym przewodzi wspomniany wyżej Tomasz Zan. To wszystko jest tak plastyczne i tak bardzo realne, że nagle zapominamy o otaczającej nas rzeczywistości. Chcemy pozostać w Wilnie jak najdłużej, nawet jeśli nie jest tam bezpiecznie i trzeba uciekać przed prześladowaniami Mikołaja Nowosilcowa. Ta powieść to nie tylko historia ludzi, którzy żyli przed nami, ale także potężna dawka wiedzy dotycząca tamtego niezwykle trudnego okresu w naszych dziejach. Czytelnik może bowiem przyglądać się jak wyglądało formułowanie się Filomatów i Filaretów, którzy odegrali bardzo ważną oświatową rolę wśród ówczesnej wileńskiej młodzieży.

Ci pierwsi pod przysięgą zobowiązywali się do tego, iż przez całe swoje życie będą pracować na rzecz ojczyzny, nauki oraz cnoty, zaś przykładem i radą będą wpływać na uczącą się młodzież nie tylko uniwersytecką, ale też pobierającą nauki poza uczelnią. Swoją pracę mieli kontynuować także po ukończeniu uniwersytetu. Ich głównym celem było bowiem staranie się o wydźwignięcie narodu z upadku za pomocą otwartego i legalnego działania na otaczającą ich społeczność. Duszą tego towarzystwa był poeta i tłumacz Józef Jeżowski (ok. 1793-1855). Był starszy od swoich kolegów i mógł już pochwalić się tytułem magistra na wydziale literackim, zaś w perspektywie miał objąć uniwersytecką katedrę. Każdy jego pomysł był zgodnie przyjmowany w gronie Filomatów. Bardzo często na posiedzenia Filomatów zaglądał Adam Mickiewicz, ożywiając je swoimi utworami. Filomaci starali się poznawać jak więcej młodzieży, po czym wybierali z jej grona tych zdolniejszych i porządniejszych i wciągali ich w szeregi Filaretów, czyli tajnego towarzystwa powstałego w 1820 roku z dawnych Promienistych Tomasza Zana. 

 

Jedna z ulic dziewiętnastowiecznego Wilna
autor: Zygmunt Vogel

                                                           
 

Myślę, że po przeczytaniu tej książki znacznie łatwiej będzie nam zrozumieć dylematy, z którymi zmagali się ci, dla których jedynym marzeniem było odzyskanie wolności. Znacznie łatwiej jest bowiem wczuć się w sytuację konkretnych osób, kiedy nie mamy do czynienia z suchą biografią i litanią faktów, lecz z bohaterami, którzy sprawiają wrażenie wciąż żywych. W momencie, gdy na scenie pojawia się sam Adam Mickiewicz nie sposób nie obudzić w sobie nadziei, że te wszystkie trudności i zabory już wkrótce się skończą, a ludzie znów będą wolni. Tematyka Romantycznych jest naprawdę oryginalna. Nie jest to romans, jak być może niektórzy mogliby pomyśleć, patrząc na tytuł. Zazwyczaj autorzy beletrystyki historycznej na swoich bohaterów obierają sobie głowy koronowane. W tym przypadku jest zgoła inaczej, co okazuje się niezwykle zaskakujące i jeszcze bardziej podnosi walor opowiadanej historii. Niezmiernie cieszę się, że ta powieść powstała i że została wydana. Uważam, że potrzebujemy takich właśnie książek. Książek, które czegoś nas nauczą, a nie tylko sprawią przyjemność podczas czytania i już po chwili przestaną mieć dla nas znaczenie. Moim zdaniem wielką stratą dla polskiej literatury byłoby, gdyby ta powieść nigdy nie ujrzała światła dziennego. Dlatego też niezmiernie cieszy mnie fakt, że planowana jest kontynuacja w kolejnych dwóch tomach. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko polecić Wam Romantycznych. Ta lektura to gwarancja doskonałej literatury. Tego, o czym przeczytacie w niniejszej powieści na pewno nie opowiedział Wam żaden nauczyciel na lekcjach języka polskiego. 

Agnieszka Różycka


Tekst oryginalny ukazał się na blogu W krainie czytania i historii


poniedziałek, 14 września 2020

Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko – recenzja książki ,,Zosia z Wołynia”

Czytając ,,Zosię z Wołynia” Mateusza Madejskiego, wydaje się niemożliwie, by wiedząc o TAKIEJ historii w swojej rodzinie, podjąć decyzję o konieczności poznania jej szczegółów dopiero po wielu latach. A jednak! Konia z rzędem temu, kto wnikliwie(j) przygląda się życiu swoich przodków – zwłaszcza tych żyjących, których nierzadko boimy się o zapytać o przeszłość, by nie wzbudzić w nich nadmiernego wzruszenia. Zupełnie tak, jakbyśmy zakładali, że nie są w stanie udźwignąć opowieści, którą noszą w sobie…



,,Zosia z Wołynia” to ujęta w formę reportażu opowieść o babci Mateusza Madejskiego, Zofii Hołub. Jej losy bardzo ściśle splatają się z najtragiczniejszą historią Polski. Tytułowa Zosia przebywa trudną drogę z Kresów na tereny zwane Ziemiami Odzyskanymi. Jako dziecko słyszy o ludobójstwach dokonywanych przez ukraińskie bandy UPA na Polakach zamieszkujących jej okolice, dom, w którym mieszka z rodziną zostaje dwukrotnie spalony przez grasujące po lasach grupy ukraińskich nacjonalistów; obserwuje, jak świat, który kochała rozpada się na drobne kawałki;  stara się przeżyć w wojennej rzeczywistości i wreszcie, układa sobie życie w powojennej Polsce.


Na szczególną uwagę zasługują fragmenty opowiadające o tym, jak życie głównej bohaterki krzyżuje się z losami małej żydowskiej dziewczynki. Ta historia jest tyleż wzruszająca, co przerażająca, bo dziewczynka, w chwili znalezienia jej przez Zosię Hołub, przypomina bardziej zwierzę aniżeli człowieka. Okazuje się, że dziecko przeleżało samotnie, w ciemnej komórce, bez dostępu do świeżego powietrza, dobrego jedzenia i uwagi drugiego człowieka… kilka miesięcy. Powody, dla których Inka – bo tak nazwano dziewczynkę – znalazła się w komórce i odpowiedź na pytanie, dlaczego jej ,,opiekunowie” dostarczali jej minimalnych zasobów pozwalających na egzystencję, wzbudzają niezrozumienie i oburzenie (mówiąc delikatnie). Mateusz Madejski poprosił o komentarz Stanisławę Roztropowicz, córkę kobiety, która ostatecznie przygarnęła odnalezioną dziewczynkę – pamiętajmy, że Zosia Hołub w chwili odnalezienia dziecka miała kilkanaście lat. Roztropowicz zapytana o zdanie na temat postępowania ,,opiekunów” Inki wyraźnie zaznacza, że jej matka nie miała litości w ocenie moralnej tych, którzy zamknęli dziecko na 5 miesięcy w odosobnieniu. Jednak pani Stanisława przyznaje, że jej osobiste poglądy znacznie różnią się od tych, wygłaszanych przez jej matkę. Jak to zrozumieć? Jak rozsądzić? Dlaczego myślimy, że mamy taki obowiązek…? Stanisława Roztropowicz twierdzi, że krótko po tym, jak Inka znalazła się w jej rodzinie, o tym fakcie dowiedziała się cala okoliczna społeczność – mimo wszystko nikt nie doniósł Niemcom – kwituje.

Z książki Mateusza Madejskiego jasno wynika, że oceniając społeczeństwo w kontekście pomocy Żydom powinniśmy rozpatrywać indywidualne przypadki, a nie skłaniać się ku wydawaniu pochopnych sądów i generalizacji zjawiska.

W ,,Zosi z Wołynia” ujawnia się niefrasobliwy stosunek władz żydowskiego sierocińca, do którego została oddana odnaleziona przez Zosię dziewczynka. Skutkiem niedostatecznej uwagi, opieszałości albo ignorancji rodzina Roztropowiczów (oraz główna bohaterka książki Madejskiego) na wiele lat straciła dostęp do jakichkolwiek informacji dotyczących życia ocalonego przez nich dziecka.  Jak skończyła (albo zaczęła się) ta historia? Zainteresowanych odsyłam do książki.

Lektura ,,Zosi z Wołynia” jest ważna z jeszcze jednego względu – dostajemy tam historie kilku kobiet – bardzo różnych – których losy są ze sobą powiązane i połączone tragicznymi wydarzeniami XX wieku. Każda z nich w jakimś stopniu przechodzi szlak cierpienia, do przejścia którego zostało zmuszone tamto pokolenie Polaków.wpodworku.pl/wp-content/uploads/2017/07/Czere%C...Książka Nad Zbruczem - Ceny i opinie - Ceneo.pl

Po lekturze książki Madejskiego utwierdziłam się w przekonaniu, że zastosowana przez niego forma opowiadania o Kresach wyczerpała się. Czytając wspomnienia i analizując relacje ludzi, którzy żyli na Kresach i doświadczyli ich historii, musimy mieć na uwadze powtarzalność doświadczeń. Ale! Powtarzalność doświadczeń nie musiałaby iść w parze z wtórnością obrazów. Marzę zatem nieśmiało o książkach, które w swojej formie dorównają ,,Nad Zbruczem” Wiesława Helaka i ,,Czereśnie będą dziczeć” Marioli Kruszewskiej. Przecież cały świat literaturą opowiada o miłości i raczej małe szanse, byśmy kiedykolwiek wyczerpali ten temat, mimo że miłość, gdyby chcieć ją sprowadzić do kwestii empirycznych, to mieszanka emocji i chemii. Dlaczego zatem w polskiej literaturze wciąż tak dużo powieści o Kresach, które właściwie niewiele przydają naszej wrażliwości – no, chyba że mocno szokują, ale i na szok czytelnik się uodparnia. Czy w ,,Zosi z Wołynia” znajdziemy opowieść o Kresach? To zależy, ile o nich wiemy i czego od tej opowieści oczekujemy. Ale pani Zosia to zdecydowanie skradła moje serce!

5/10

Agnieszka Winiarska

__________

czwartek, 6 sierpnia 2020

Tryumf powściągliwości. Recenzja powieści Tomasza Wandzela ,,Chłopiec z Kresów”

To moje kolejne spotkanie z literaturą opowiadającą o Kresach II Rzeczpospolitej. W ostatnich latach w polskiej beletrystyce jest to temat mocno eksploatowany. Najczęściej powodem tej eksploatacji jest sentyment, jakim część Polaków darzy kresową przestrzeń. Sentyment jednak nie jest równoznaczny z wiedzą na ów temat. Fascynacja Kresami musi być podparta znajomością tego świata i jego obyczajów. Współczesna literatura porzuca  także obraz bohatera kresowego – człowieka posiadającego szczególne cechy charakteru, patrioty, Polaka, na rzecz uniwersalizacji postaci. Czy słusznie?  Najważniejsze pytanie brzmi jednak – jak na tle literackiej tradycji prezentuje się najnowsza książka Tomasza Wandzela ,,Chłopiec z Kresów” ?chłopiec z kresow nowa 500

Z tego, co zdarzyłam się zorientować, Wandzel nie pierwszy raz inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami. W ,,Chłopcu z Kresów” idzie o krok dalej i we wstępie wyraźnie zaznacza, że historię tę niejako ,,ofiarował mu” brat głównego bohatera – tytułowego Chłopca. Pisarz przyjmuje więc rolę ,,pokornego” opowiadającego o wydarzeniach, które zdarzyły się naprawdę. I robi to całkiem nieźle – jego narracja jest wyważona, pisarz nie szarżuje emocjami, nie sili się na patetyczność czy tkliwość. Z pewna dozą powściągliwości snuje historię małego Henryka, który zgubił się swoim rodzicom na…kilkadziesiąt lat!

W jednym z wywiadów Tomasz Wandzel powiedział, że ważniejsza od miejsca akcji jest dla niego fabuła książki. I tak też realizuje swój pomysł na tę opowieść. Siedemdziesiąt lat tułaczki małego dziecka to bez mała materiał na całą serię wydawniczą, której trochę brakuje w polskiej literaturze.  Tymczasem w powieści Wandzela niemal błyskawicznie przemieszczamy się z bohaterem zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Życzyłabym sobie więcej przystanków w tej szalonej i ciekawej podróży. Uleganie trendom narracyjnym, w których to dominantą są krótkie zdania, a obrazy z życia bohatera ujęte zostają w formę literackiej ,,stop-klatki”, czy wreszcie zbyt drastyczne przeskoki w czasie akcji, powodują tylko, że czytelnik nie ma szansy na identyfikację z postacią.

Autor książki, Tomasz Wandzel. Źródło: Niebywałe Suwałki

Autor zdecydował się poświęcić najwięcej czasu na opowieść o dzieciństwie Henryka i był to trafny wybór, bo ta część jest najciekawsza – wiedząc o korzeniach bohatera, świecie, z którego wyrastał, możemy snuć przypuszczenia na temat jego wyborów. Przyznam szczerze, że do lektury powieści zasiadłam z pewnym założeniem, co do postaci Chłopca, ale przeżyłam ogromne rozczarowanie – spodziewałam się, że Henryk będzie wykazywał pewne cechy zdeterminowane przez wychowanie na Kresach. Tymczasem chwilami miałam wrażenie, że chłopiec swoim zachowaniem zaprzecza wszystkiemu, czego doświadczył w domu i co zostało mu wpojone przez matkę. Mało tego – w chwili, gdy miał możliwość powrotu do rodziny, nie skorzystał z niej. Zastanawiające jest to, że małe dziecko decyduje się (z obawy przed domniemaną karą, jaka czeka na niego od rodziców), pozostać przy obcych ludziach – niemieckich żołnierzach. Naprawdę strach jest mocniejszy niż tęsknota? Trudno mi sobie to wyobrazić. Być może patrzę na tę kwestię przez pryzmat swojego dorosłego serca, które chyba łatwiej komunikuje się z rozumem, niż miało to miejsce w dzieciństwie. Bo czy można obwiniać dziecko o źle podjęte decyzje, które – jak się okazuje – zmieniły jego życie na zawsze? A może literatura utrwaliła już jakiś mit dziecka, które absolutnie zawsze pochłonięte jest tęsknotą za rodzicami, a tymczasem rzeczywistość kolejny raz wyprzedziła fikcję?  Ostatecznie bohater postanawia odnaleźć swoich rodziców nie tyle z potrzeby serca – ale w wyniku ciekawości, sentymentu – dopiero, gdy jest dojrzałym człowiekiem, który niewiele pamięta z dzieciństwa.

W książce czytelnik znajdzie mnóstwo pretekstów do refleksji – nierzadko wzbudzają skrajne emocje. Z drugiej strony stajemy przed dylematem – gdyby opisane wydarzenia były jedynie wytworem wyobraźni autora moglibyśmy – ja bym mogła – zakwestionować ich emocjonalną autentyczność (takie rzeczy się nie zdarzają!). Wiedząc jedna

k, że opisywana historia zdarzyła się naprawdę, wielu czytelników będzie poruszonych. Autorka tej recenzji jest pełna determinacji, by dowiedzieć się, gdzie leży prawda o małym Henryczku. To chyba jest najważniejszy dylemat podczas lektury ,,Chłopca z Kresów ” – określenie momentu, gdy fikcja zamienia się w prawdę i odwrotnie – uchwycenie chwili, gdy prawda przechodzi w fikcję.

Zastanawia mnie nieco powierzchowność narracji Tomasza Wandzela. Nie wiem jeszcze, czy jest to styl autora, niedoskonałości warsztatowe, nieznajomość realiów kresowych, czy po prostu – tak miało być. Zabrakło mi wgryzania się w świat, o którym jest mowa. W moim przekonaniu nie do końca chodzi o to, by powiedzieć dużo i szybko. Trzeba zerwać z takim modelem budowania fabuły! Życzyłabym sobie, żeby autor na dłużej zatrzymał mnie w tej niesamowitej historii, o której nie sposób zapomnieć. Takie życzenie może być jednocześnie wyrazem tego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i czytelnicy domagają się od Tomasza Wandzela więcej – bo warto się domagać, czuję to!

Agnieszka Winiarska

6/10


Recenzja ukazała się na łamach portalu https://kulturanacodzien.pl/

wtorek, 7 lipca 2020

By wszystko się zgadzało... Wywiad z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm



Serdecznie zapraszamy do lektury wywiadu z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm na stronie Granice.pl! TUTAJ


Aleksandra Ziółkowska-Boehm – doktor nauk humanistycznych UW, stypendystka m.in. Fundacji Kościuszkowskiej i Fundacji Fulbrighta, właścicielka archiwum Melchiora Wańkowicza, który zadedykował jej ostatnią książkę Karafka La Fontaine’a. Ma w dorobku kilka publikacji na temat jego życia i twórczości (w 2019 roku w PIW ukazało się Wokół Wańkowicza). Autorka ponad dwudziestu poczytnych książek, m.in. poświęconych postaciom z najnowszej historii Polski, w tym: Dwór w Kraśnicy i Hubalowy DemonKaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża (nagroda londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie), Lepszy dzień nie przyszedł już (wątki kresowe), Polakom żyjącym na obczyźnie: Kanada, Kanada..., Senator Haidasz, Amerykanie z wyboru, Korzenie są polskie, autobiograficznych: Nie minęło nic, prócz lat (z Szymonem Kobylińskim) i Ulica Żółwiego Strumienia, a także książek poświęconych: Indianom (Otwarta rana Ameryki), Ingrid Bergman (Ingrid Bergman prywatnie) oraz... kotom (Podróże z moją kotką). Ponad dziesięć jej książek ukazało się w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych. W 2001 roku otrzymała Złoty Exlibris Książnicy Pomorskiej, w 2006 roku ‒ amerykańską doroczną nagrodę stanu Delaware w dziedzinie literatury faktu (creative non-fiction), w 2019 roku ‒ nagrodę Instytutu Pamięci Narodowej „Świadek Historii”. Mieszka na stałe w Wilmington, w stanie Delaware. Tegoroczna laureatka konkursu "Wybitny Polak w USA" w kategorii "kultura".


poniedziałek, 11 maja 2020

Dziedziczki Soplicowa - Joanna Puchalska


Poznać przeszłość to zrozumieć siebie

     W 180-tą rocznicę wydania w Paryżu poematu pt. „Pan TadeuszAdama Mickiewicza ukazała się książka o „Dziedziczkach Soplicowa” autorstwa Joanny Puchalskiej – dziedziczki Czombrowa – uznanego pierwowzoru dworu Sopliców. A wszystko zaczęło się od wieczornych opowieści dziadków Karpowiczów (Janusza i Marii) i dworskiego archiwum cudem ocalonego z pożaru w 1943 roku przez ostatnią właścicielkę Czombrowa. Odczytywanie „Starych dokumentów czombrowskich” bez reszty pochłonęło dociekliwą historyk sztuki, która wyraziła przekonanie, iż „Poznać przeszłość to zrozumieć siebie”. W ten sposób literatka rozpoczęła swą wędrówkę po Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej, śladami nowogródzkich przodków. Dotarła na teren nieistniejącego już majątku Czombrów w Nowogródczyźnie (obecnie na terytorium Białorusi) i przystąpiła do eksploracji okolicznych przestrzeni. Pomimo znacznego wyludnienia tamtejszych wsi pisarce udało się przeprowadzić wiele znaczących rozmów ze starszymi mieszkańcami, pamiętającymi ostatnich właścicieli Czombrowa. „Dawne historie przestają być bajkami słyszanymi w dzieciństwie i stają się prawdą” skonstatowała autorka publikacji. Z dokumentów, wizji lokalnej i rozmów wynikało niezbicie, że „Czombrów to rzeczywiście prototyp Soplicowa”, w którym toczy się akcja polskiej epopei narodowej zatytułowanej „Pan Tadeusz czyli Ostatni zajazd na Litwie”. Wniosek ten zaowocował cyklem audycji radiowych Joanny Puchalskiej pt. „Droga do Soplicowa” (dwanaście słuchowisk, jak dwanaście ksiąg poematu Adama Mickiewicza). A stąd był już tylko krok do koncepcji opracowania losów dziedziczek Czombrowa. Losy trzech pań na Czombrowie stały się pretekstem do przedstawienia dziejów dworu, gdzie „się człowiek napije, nadyszy Ojczyzny”. Dwór w Czombrowie, wyrokami losu, należał do dwóch kresowych rodzin: najpierw Uzłowskich, a po 1832 roku Karpowiczów. Joanna Puchalska jest potomkinią obu tych rodów – po mieczu Karpowiczów, a po kądzieli Uzłowskich.

Czombrów - dwór Karpowiczów Jan Bułhak Fot. https://pl.wikipedia.org
Czombrów - dwór - Jan Bułhak Fot. pl.wikipedia.org
Kaplica Karpowiczów po renowacji 2019, fot. www.facebook.comandrzej.poczobut.9
Kaplica Karpowiczów po renowacji 2019
Fot. www.facebook.comandrzej.poczobut.9










 

 

Dawne historie przestają być bajkami 

     Historyczna publikacja zaprowadziła czytelników do czombrowskiego dworu, w którym pracował jako ekonom Mateusz Majewski, zaś jego córka Barbara pełniła funkcję panny apteczkowej. Ona to w 1798 roku urodziła chłopca – Adama Mickiewicza, którego do chrztu św. podawała ówczesna pani na Czombrowie – Aniela Uzłowska. Wniosek nasuwał się sam – wydaje się być oczywistym, że poeta tworzący ponad trzydzieści lat później poemat, realia do litewskiego Soplicowa zapożyczył ze znanego sobie z „dzieciństwa sielskiego, anielskiegoCzombrowa. Sukcesorka właścicielek majątku wielokrotnie udowodniła, iż Soplicowo nosi wszelkie znamiona dóbr Anieli Uzłowskiej. Podczas niejednej wizyty w Czombrowie miała okazję wędrować po okolicy i osobiście porównywać krajobraz wokół niego i jego usytuowanie „nad brzegiem ruczaju. Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju”. Korzystając z zachowanego archiwum porównywała gospodarskie zabudowania Czombrowa z mickiewiczowskim Soplicowem. Dwie żydowskie karczmy opodal czombrowskich włości do złudzenia przypominają te prowadzone przez arendarza Jankiela w soplicowskich dobrach.
Wydarzenia, jaki toczyły się podczas sześciu dni w latach 1811 i 1812 w Soplicowie wiernie oddają te, których świadkiem był czombrowski dwór. Liczne kwity rekwizycyjne, do których dotarła autorka dowiodły, że przez okolice Czombrowa przeszły w 1812 roku wojska Wielkiej Armii Napoleona, jak to opisał poeta w Księdze XI – „Rok 1812”. Pasjonatka historii polskich Kresów doszukała się w oryginalnych dokumentach z epoki śladów „Ostatniego zajazdu na Litwie”, jaki w Czombrowie dokonał się roku pańskiego 1821. I tutaj, jak w strofach Mickiewicza, z „pomocą” przyszli „bracia Moskale”.
Kolejna kwestia wspólna dla obydwu majątków to zamiłowanie litewskiej szlachty do procesowania się, będącego specyficzną formą życia towarzyskiego. I na Nowogródczyźnie i na stronach epopei „Każdy procesuje się z każdym”, np. Uzłowscy z Puszkinami, Niezabytowskim, Hreczychą, Siemiradzkim, zubkowską szlachtą. Podobnie jest u Mickiewicza:
Ogiński z Wizgirdem, Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogirdem”…
Wnikliwa czytelniczka wersów trzynastozgłoskowca odnalazła wśród osób żyjących w czombrowskich dobrach postacie uwiecznione przez Wieszcza. Jego dziadek Mateusz Majewski posłużył jako prototyp postaci Wojskiego, a matka poety, Barbara, jako pierwowzór córki Wojskiego, także panny apteczkowej.

Powiązania Adama Mickiewicza z dworem w Czombrowie
Powiązania Adama Mickiewicza z dworem w Czombrowie
z recenzji "Kresowi Sarmaci" Joanny Puchalskiej

Wnukowie mickiewiczowskich bohaterów

     Osobnym wątkiem kilkakrotnie przeplatającym się z dziejami dworu w Czombrowie jest niema adaptacja filmowa poematu „Pan Tadeusz”, wyświetlana od 1928 roku (na dziesięciolecie odzyskania niepodległości przez Polskę). Zdjęcia plenerowe do filmu kręcono na terenie dóbr czombrowskich, a obok znanych zawodowych aktorów w filmie wzięli udział „wnukowie mickiewiczowskich bohaterów” z dziedzicem Karolem Karpowiczem na czele. Dzięki tej ekranizacji dwór w Czombrowie grający Soplicowo zyskał tak dużą popularność, że stał się celem licznych wycieczek. Niespodziewanie kilka dni temu udało mi się obejrzeć dwugodzinną wersję zrekonstruowanego filmu, która miała premierę w 2012 roku.

Kraj lat dziecinnych

     Wisienką na torcie „Dziedziczek Soplicowa” są archiwalne fotografie ze zbiorów Joanny Puchalskiej, głównie przedstawiające rodzinę Karpowiczów na tle dworu, folwarku i bliskiej okolicy. Oprócz zdjęć zaprezentowano kopie wybranych dokumentów dworskich, przepisów kuchennych, spisów inwentarza. Wszystkie ryciny opatrzono dokładnymi opisami, a do większości z nich pisarka nawiązała w treści książki, dzięki czemu stały się jej doskonałą ilustracją. Autorem części fotografii był wybitny polski fotografik Jan Bułhak, bratanek Karoliny Karpowiczowej z domu Bułhak. Artysta, często bywający w Czombrowie, świętował tam z żoną swe srebrne wesele w 1926 roku. Na jego nowogródzkie wspomnienia spisane pod nazwą „Kraj lat dziecinnych” niejednokrotnie powoływała się mistrzyni pióra – „Z ganku czombrowskiego oglądało się jak w kalejdoskopie panoramę krajobrazową wielkiej rozległości i rozmaitości”.

Gente Lithuana, natione Polona

     Matka chrzestna Jana Bułhaka, Karolina Karpowiczowa, ufundowała w 1896 roku, na rodzinnym cmentarzu, murowaną kapliczkę. Ubolewając nad tragicznym stanem budowli autorka napisała w książce (2014r.) „Może kiedyś uda się ją odrestaurować”. I udało się! W roku 2019 odbyła się pod Czombrowem uroczystość poświęcenia odnowionej kapliczki, której przywrócono stan sprzed I wojny światowej. Święty przybytek włączono do turystycznego Szlaku Mickiewiczowskiego na Nowogródczyźnie. W ceremonii wzięła udział Joanna Puchalska – potomkini rodu Karpowiczów, uważająca siebie za „gente Lithuana, natione Polona”. Wielka szkoda, że w maju 1943 roku bolszewiccy barbarzyńcy spalili dwór w Czombrowie. Gdyby Opatrzność napisała inny scenariusz dziejów Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej, może Joanna Puchalska opowiadałaby swą gawędę o „Dziedziczkach Soplicowa” siedząc przy kominku w salonie dworu w Czombrowie…


Tekst oryginalny ukazał się na blogu: CzytamPoPolsku.pl




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...