Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodziewiczówna Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodziewiczówna Maria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 listopada 2017

Jadwiga Skirmunttówna, Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie



„Pani na Hruszowej” to opowieść o życiu Marii Rodziewiczówny, którą napisała tuż po jej śmierci jej wierna przyjaciółka Jadwiga Skirmunttówna, która była z nią aż do końca. Ta książka powstała w 1946 roku, a Rodziewiczówna zmarła w listopadzie 1944 roku, zaraz po powstaniu warszawskim. Można więc rzec, że była pisana na gorąco i całym sercem.  
Pochodząca z poleskiego majątku Mołodowo Skirmunttówna była młodsza od Rodziewiczówny o jedenaście lat. Poznała ją w dzieciństwie, kiedy sama miała lat osiem, a pisarka dziewiętnaście. Później zaprzyjaźniły się, w końcu zamieszkały razem. Mam jednak wrażenie, że Skirmunttówna do końca  życia spoglądała na swą przyjaciółkę oczyma dziecka, które chętnie i posłusznie wypełnia jej polecenia. A kiedy jej mentorka umiera, rozgląda się i zauważa, że straciło swoją życiową busolę.  
Jaki obraz Rodziewiczówny wyłania się z tej opowieści? 
Niestety, jeśli chodzi o postać autorki „Dewajtisa”, to jest to klasyczna laurka. I to grubo polana lukrem. Taka czytanka dla najbardziej zagorzałych zwolenników. I tylko tyle.
Autorka przypomina najważniejsze fakty z życia pisarki, a także przekazuje jej obraz jako żeńskiego odpowiednika „Pana Podstolego” z powieści Ignacego Krasickiego. Jest to postać do bólu bogobojna, pracowita, gospodarna, pomocna ludziom, dobra i hojna. Zgrzytałam zębami, kiedy to czytałam i robiło mi się mdło od tego nadmiaru lukru. 
Ale!
Najważniejsze jest to, co można wyczytać z tej opowieści między wierszami (a może nawet za plecami autorki, wbrew jej intencjom?).
Prócz rzewnej i lukrowanej biografii pisarki mamy tam również realistyczną opowieść o polskim dworze na kresach wschodnich. Dowiadujemy się, jak funkcjonował należący do Rodziewiczówny majątek w Hruszowej na Polesiu, jak był urządzony jej dwór z przyległościami, poznajemy służących tam pracowaników i tamtejsze zwierzęta domowe (w tym parę uroczych jamników i ich potomstwo). Poznajemy też Rodziewiczównę jako zarządzającą tym majątkiem w chwilach pokoju i w okresie wojen, a tych przetaczało się nad Hruszową kilka (I wojna światowa, wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku i II wojna światowa). Dwór w Hruszowej był jednym z nielicznych w okolicy, które nie ewakuowały się w 1915 roku, kiedy front rosyjski cofał się przed Niemcami. Zdarzenia z I wojny opisała Rodziewiczówna w powieści „Florian z Wielkiej Hłuszy”. 
Podczas lektury tej książki próbowałam zdrapywać ten cały lukier polany przez autorkę i zaglądać pod spód. Urzekły mnie widoczne pod nim biznesowe i organizacyjne zdolności Rodziewiczówny, które były chyba równie wielkie jak literackie. Nie dość, że zarządzała Hruszową (a było tam i gospodarstwo rolne, i zwierzęta gospodarskie, i gorzelnia, i pewnie coś tam jeszcze), to jeszcze pracowała jako intendentka szpitala prowadzonego w Warszawie w czasie I wojny przez stowarzyszenie ziemianek. Wyjaśniam, że intendentka to osoba dokonująca zakupów i załatwiająca tysiące spraw związanych z funkcjonowaniem szpitala. W warunkach wojennego niedoboru! Chylę głowę! Ja bym się nie podjęła…  A nie jestem przecież zupełnym ciapciakiem!
Jednocześnie z lekturą tej książki sięgnęłam po tekst samej Rodziewiczówny opowiadający o dramatycznych wydarzeniach 1915 roku. Była ich naocznym świadkiem, kiedy Rosjanie się cofali, Niemcy następowali, a carscy Kozacy gnali na wschód całe wysiedlane polskie wioski, które potem palili, żeby zostawić wrogowi tylko pustą ziemię. Jechała wtedy z Warszawy pociągiem do Brześcia, a stamtąd dalej konnym wozem do swojej Hruszowej. Leciała, by ją ratować, bo nie chciała by jej majątek, jej ludzie i zwierzęta zostali ewakuowani w głąb Rosji. By poszli na poniewierkę... Opisała swoją podróż, opisała tysiące bieżeńców, których widziała po drodze i potem w Hruszowej, kreśląc wręcz apokaliptyczny obraz wojennego końca świata, a potem ciszę i nadejście Niemców. 
I co? Okazuje się, że Rodziewiczówna to nie tylko słodka, bogobojna pisarka, ale przede wszystkim bystra obserwatorka, kreśląca niezapomniane opisy wojennego świata. Ostre, gorzkie, ironiczne i do bólu naturalistyczne. Jak ona opisała napaść Kozaków i ludu wiejskiego na swoją gorzelnię w Hruszowej! Słuchajcie, to trzeba przeczytać! 
Ten tekst znalazłam w pierwszym tomie „Antologii polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła, którą sobię właśnie wypożyczyłam z biblioteki. I jak na razie, a doszłam już do połowy tej grubej książki, jest to najlepszy reportaż, jaki tam przeczytałam. A obok Rodziewiczówny są tam przecież teksty tuzów reportażu.
I tak się zamyśliłam: a co by było, gdyby Rodziewiczówna nie musiała pisać dużo, szybko i przed wszystkim - dla kasy? A co by było, gdyby nie musiała produkować tych wszystkich powieści jedna za drugą, jedna za drugą? Co by napisała, gdyby miała taki komfort pisania jak na przykład hrabia Zygmunt Krasiński, który nie przepracował jednego dnia w swoim życiu i pisał co tylko mu do głowy przyszło? Rodziewiczówna nigdy nie mogła pozwolić sobie na taki luksus. Ona zarabiała pisaniem. A że miała łatwość pisania i dar narracyjny, więc tworzyła seryjnie te wszystkie swoje opowieści, które, i owszem, mają swoją wartość, dają się czytać także i dziś, ale nie jest to przecież WIELKA literatura. 
Mam poważne podejrzenia, co tam, jestem zupełnie pewna, że Rodziewiczówna z lepszym zapleczem finansowym stworzyłaby literaturę naprawdę wielką. Do tego ostrą i drapieżną. I nikt by jej nie zarzucał, że jest pisarką bogoojczyźnianą, że używała czarno-białych klisz, że to tylko dla kobiet i tak dalej. A to się słyszy tu i ówdzie od tych, którzy nie przegryźli się przez całą jej twórczość i niewiele wiedzą o Rodziewiczównie. Biję się w piersi, ja sama kiedyś tak o niej myślałam. Póki nie poznałam.   
Swój pazur i drapieżność pokazała Rodziewiczówna także w zbiorku opowiadań „Niedobitowski z granicznego bastionu”, w którym opisała trudną międzywojenną rzeczywistość, z jaką borykali się Polacy na kresach wschodnich w okresie międzywojennym. Nie było tam różowo, oj, nie! 
Odkładam książeczkę Skirmunttówny z poczuciem mocnego niedosytu i myślę sobie, że nie ma Rodziewiczówna szczęścia do biografów. Ukazały się bowiem trzy jej biografie, czyli ta, o której mówię, a poza tym Jana Głuszeni i Hieronima Tukalskiego-Nielubowicza. Żadna z nich nie jest biografią idealną, pełną i prawdziwą. 
Autorka „Czaharów” wciąż czeka na swojego biografa. Pisanie zaś o niej nie jest sprawą prostą, zaś tego, który się za to zabierze, spotkać może wiele krytycznych cięgów z różnych stron. Ale może warto pokazać prawdę?  
Acha, jeszcze coś na plus. Wydawnictwo MG wydało tę książkę tak, że udało mi się ją przeczytać w całości. Druk jest w porządku, interlinie także. Oko poradziło sobie z czytaniem. A więc można? 
No i okładka jest piękna, bardzo mi się podoba. 

Alicja Łukawska

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


środa, 14 września 2016

Hieronim Tukalski-Nielubowicz, Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944,





Im bardziej poznaję twórczość Marii Rodziewiczówny, tym mniej jestem skłonna wierzyć krytykom literatury z czasów PLR-u, którzy uznali jej twórczość za literaturę brukową, mało ważną na tle epoki i wymieniali ją gdzieś w podręcznikach w przypisach jednym tchem z Heleną Mniszkówną. Im więcej czytam książek Rodziewiczówny, tym bardziej jestem skłonna uznać ją za pisarkę ważną dla historii literatury polskiej.

Jeśli wartość i aktualność twórczości pisarza mierzyć jego poczytnością to nie jest źle. A nawet jest bardzo dobrze. Rodziewiczówna jest wydawana w ogromnych nakładach (vide seria wydawnictwa Edipresse) i nadal czytana. Siedemdziesiąt parę lat po śmierci pisarki jej powieści nadal znajdują czytelników, a poprzez owe masowe nakłady książek, które można dzisiaj kupić w kioskach z gazetami, można ją wręcz uznać za pisarkę współczesną, ważną dla odbiorcy Anno Domini 2016. A któż z jej współczesnych dostąpił jeszcze takiego zaszczytu? Na pewno Henryk Sienkiewicz. Na pewno, tak, tak, nie krzywcie się, Helena Mniszkówna. Ale dalej jest już gorzej. Reymont? Może. Żeromski? Dla wytrwałych. Zapolska? Eee, bez przesady. Wyspiański? Rostworowski? Proszę mnie nie rozśmieszać! Nie mówiąc już o pisarzach wyłącznie dla koneserów, jak np. Tadeusz Miciński, słynny swego czasu autor „Nietoty”. Słyszał ktoś o nim? Nie widzę, nie słyszę… A Rodziewiczównę ludzie czytają. No i dobrze.

Właśnie przeczytałam ostatnią książkę z serii wydawanej przez Edipresse. Jest to opublikowana po raz pierwszy biografia Marii Rodziewiczówny, której autorem jest chrześniak pisarki, spokrewniony z nią Hieronim Tukalski-Nielubowicz. Jego praca powstała w oparciu o osobiste wspomnienia, opowieści krewnych i znajomych, prasę z epoki i obszerną korespondencję Rodziewiczówny. Tukalski-Nielubowicz tuż po II wojnie zainicjował zbieranie wszelkich materiałów dotyczących pisarki i w ten sposób powstało prywatne archiwum związanych z nią pisemnych relacji, listów i wycinków prasowych. Biografię autorki „Dewajtisa” zaczął pisać w 1956 roku, a skończył w roku następnym. Rękopis został przejrzany i poprawiony w 1971 roku i do tej pory leżał w szufladzie, w posiadaniu rodziny autora, który zmarł w roku 1972.

Jaka Rodziewiczówna wyłania się z tej książki? Autor opisuje jej dramatyczne życie w porządku chronologicznym, za ramy czasowe przyjmując dwa polskie powstania: styczniowe w 1863 roku i warszawskie w roku 1944. Maria urodziła się w 1864 roku w rodzinnym majątku Pieniuha pod Grodnem jako najmłodsze dziecko Amelii z Kurzenieckich i Henryka Rodziewicza herbu Łuk. Tuż po urodzeniu została rozdzielona z rodzicami, którzy za pomoc powstańcom w przechowywaniu broni zostali zesłani na Sybir. Zabrali ze sobą starsze dzieci, a najmłodszą Marysię pozostawili pod opieką dziadków ze strony matki. Dziadkowie wkrótce zmarli i dzieckiem zaopiekowała się jakaś ciotka. Rodzice wrócili z zesłania, kiedy Marysia miała 7 lat. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie, bo ich majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Było biednie, głodno i chłodno, ojciec pracował jako zarządca jednej z kamienic warszawskich, nie było pieniędzy na codzienne życie. Los Rodziewiczów poprawił się nieoczekiwanie, kiedy dostali w spadku majątek Hruszowa na Polesiu. Stać wtedy już ich było na porządną edukację dzieci i tym to sposobem Marysia znalazła się na pensji sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Dość krótki pobyt na pensji to była cała regularna edukacja przyszłej pisarki (nie licząc późniejszych licznych lektur). Po trzech latach musiała wracać do domu, by pomóc matce zarządzać majątkiem po śmierci ojca.

Kiedy została w Hruszowej jako główna gospodyni, w jej życiu stało się coś, co spowodowało porzucenie tradycyjnego damskiego stroju i przebranie się w odzież męską, którą nosiła do końca życia. Ta decyzja jest różnie interpretowana. Jedni badacze życia pisarki (także autor tej książki) łagodzą problem, starając się nie widzieć w tym żadnej sensacji. „Męski strój był wygodniejszy do pracy w charakterze zarządzającej majątkiem rolnym, wygodniej było w nim jeździć konno po polach” – taka wersję przedstawia Tukalski-Nielubowicz. Współczesne badaczki z kręgów feministycznych dopatrują się w tym jakiś aktów lesbijskiej deklaracji (tym bardziej, że Rodziewiczówna całe życie była panną, nigdy nie wyszła za mąż i miała bardzo bliskie, wręcz serdeczne związki z przyjaciółkami).

Ktoś tam pisze, że to był podobny akt rozpaczy przeciwko męskiemu patriarchalizmowi jak w przypadku szalonej poetki Marii Komornickiej, która w drugiej połowie życia chodziła w męskich ciuchach i uważała się za Piotra Własta Odmieńca. Trudno jest dziś to osądzić. Mnie ten akt wyboru męskiej powierzchowności przez Marię kojarzy się z dawną Albanią. Był tam taki zwyczaj, że kiedy nie było męskiego następcy do objęcia schedy po rodzicach, jego rolę przyjmowała jedna z córek, która poświęcała się dla rodziny, nie wychodziła za mąż, ubierała się po męsku i była przez całą społeczność traktowana jak mężczyzna. Takie damy typu hic mulier przebrane za mężczyzn spotykano w Albanii jeszcze w XX wieku. Czyż nie mogło tak być z Rodziewiczówną? Niezależnie od jej preferencji seksualnych, które zresztą nie są zupełnie istotne, jeśli chodzi o odbiór jej powieści. Moim zdaniem, pisała bowiem tak, jakby całe życie chodziła w koronkach i falbankach, a nie w garniturze z samodziału. I na tym na razie zakończmy tę sprawę!

A więc młoda Maria zarządza Hruszową. Potrzebuje pieniędzy nie tylko na sprawy bieżące, ale także na spłatę rodzeństwa. Postanawia zarabiać dodatkowo. Zaczyna pisać i drukować. Dostaje pierwsze honoraria. Bierze udział w konkursie literackim zorganizowanym przez pismo dla kobiet „Świt” redagowane przez Marię Konopnicką i wygrywa go. W 1886 roku jej „Straszny dziadunio” jest drukowany w odcinkach w tym periodyku. A potem rozkręca się na całego. Pisze dużo i szybko, od razu na czysto, nie poprawiając i nie zmieniając niczego. Nie cyzeluje treści, nie wygładza zdań. Czasem chyba nawet nie czyta całości przed oddaniem do druku. Ale jest pisarką bestsellerową. Jej powieści są rozrywane przez czytelników, a wydawcy kupują je od niej „na pniu”. Recenzje są entuzjastyczne. Stefan Żeromski pisze w dziennikach, że jest gotów całować ręce Rodziewiczówny za „Dewajtis”. Czasem zaczynają już drukować początek, choć reszta jeszcze nie została napisana. Powstaje tych powieści kilkadziesiąt. I są to te właśnie tytuły, które literacka publiczność czyta do tej pory.

Co z życiem? Umiera matka Rodziewiczówny, a ona dalej dzieli swoje życie na część gospodarczą i literacką. Z tym, że literatura ma zarobić na majątek w Hruszowej. W końcu wszystkie długi zostają spłacone, Rodziewiczówna żyje oszczędnie, w sensie ekonomicznym mogłaby w końcu wyjść na prostą. Ale nadchodzi I wojna światowa i wielka wędrówka ludów na wschód. Przychodzą Niemcy. W Rosji zaczyna się rewolucja. Potem jest wojna polsko-bolszewicka. Nie można mieszkać w Hruszowej, trzeba uciekać. Rodziewiczówna wraz z przyjaciółką Jadwigą Skirmunttówną jadą do Warszawy. Po przejściu bolszewickiej nawały wracają na Kresy. W międzyczasie Rodziewiczówna działa w rozmaitych komitetach społeczno-politycznych, pomaga w szpitalach, organizuje pomoc dla Lwowa walczącego z Ukraińcami. A w Hruszowej po raz kolejny trzeba wszystko odbudowywać. Nie sprzyja temu panujący w Polsce klimat. Rodziewiczówna nie jest zadowolona z nowej, wymarzonej, polskiej wolności. Drażnią ją głupie przepisy prawne, męczą liczne podatki, nie może dogadać się z urzędnikami nie rozumiejącymi kresowej specyfiki. Ale jest czynna, walczy. Buduje kolejny kościół w sąsiedztwie, załatwia od władz kościelnych relikwie świętego Andrzeja Boboli dla ołtarza w nowej świątyni (później skradnie je jakiś bolszewik w czasie rewizji, myśląc że to jakieś klejnoty).

Jesienią 1939 roku, po wejściu bolszewików, znów ze Skirmunttówną opuszczają Hruszową, tym razem na zawsze. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami stare kobiety przekradają się przez zieloną granicę radziecko-niemiecką na Bugu i dostają się do Warszawy, gdzie przebywają do końca wojny. Kiedy wybucha powstanie warszawskie Rodziewiczówna ma już 80 lat i jest bardzo chora. Udaje się jej przeżyć powstanie, umiera już po wyjściu z Warszawy w listopadzie 1944 roku.
W opowieść o Rodziewiczównie autor wplótł masę dygresji i ciekawostek związanych z życiem na Kresach, a także z historią II wojny światowej. Pisał o tym częściowo z autopsji. Mam wrażenie, że prawie połowa książki to opowieść o pisarce przeplatana wspomnieniami własnymi autora. Taka biografia pomieszana trochę z autobiografią. Tukalski-Nielubowicz jest skromny, nie wysuwa się na pierwszy plan, ale często wspomina o „chrześniaku” (czyli o sobie), relacjonując własne kontakty z Rodziewiczówną i ludźmi ją otaczającymi. Ponieważ był z wykształcenia agronomem (prowadził wzorcowy majątek rolny na Polesiu), więc często służył jako doradca pisarki, zwłaszcza w sprawach hodowli zwierząt, w której się specjalizował.

Do książki dołączony jest tekst testamentu pisarki, która zapisuje w nim Hruszową krewnemu ze strony ojca, a prawa do swojej spuścizny literackiej swej przyjaciółce Skirmunttównie. Jednak już po spisaniu ostatniej woli Rodziewiczówna miała ochotę zmienić testament i przeznaczyć Hruszową na siedzibę szkoły dla polskiej szlachty zagrodowej na kresach. Wiele o tym myślała, wahała się, co robić, bo trwała przecież wojna. A ona, wieczna optymistka, miała już plany na „po wojnie”. Sprawa rozwiązała się sama. Pałac w Hruszowej został spalony przez okolicznych chłopów jeszcze w czasie niemieckiej okupacji Polesia. Został tylko dąb zwany Dewajtis i budynki gospodarcze. Węgierski wartownik zastrzelił starego pracownika Rodziewiczówny, który do końca nie opuścił majątku i do końca go pilnował, choć Niemcy uznali Hruszową za niemieckie dobro państwowe. Tak oto pisarka dwa razy straciła dom i dziedzictwo: raz jako niemowlę i drugi raz, stojąc już nad grobem.

Książka Tukalskiego-Nielubowicza napisana jest błyskotliwie i brawurowo. Czyta się ją bardzo dobrze, a jej lekki styl jest taki, jakby napisała ją sama Rodziewiczówna. Ta biografia zachwyciła mnie i trzymała w napięciu od pierwszej strony do ostatniej.

Uważam jednak, że to nie powinno być ostatnie słowo, jeśli chodzi o życie i twórczość Marii Rodziewiczówny. Może ktoś powinien porządnie i naukowo opracować jej biografię, bo na razie mamy do wyboru trzy: Jana Głuszeni, Jadwigi Skirmunttówny i omawianą tutaj pozycję (i opracowanie Anny Martuszewskiej o twórczości pisarki). Ale one jeszcze nie wyczerpują całości materiału. Rodziewiczówna jest wciąż wielką enigmą, jeśli chodzi o jej życie osobiste, które było niezwykle barwne i fascynujące. Na kanwie jej biografii mogą powstać kolejne książki, a może nawet film z epoki?

Tak wyglądała Maria Rodziewiczówna u schyłku życia, w czasie powstania warszawskiego:
Maria Rodziewiczówna podczas Powstania Warszawskiego - YouTube

Tukalski-Nielubowicz Hieronim, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”, wyd. Edipresse, Warszawa 2014


Alicja Łukawska
 

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

środa, 25 maja 2016

Maria Rodziewiczówna, Klejnot






Już kiedyś doszłam do wniosku, że istnieją dwa niepodważalne prawa czytelnicze (które sprawdzają się przede wszystkim w moim przypadku) - najdalej nam do książek z własnej półki oraz ... znajomość klasyki bywa kulawa. W przypadku tej książki boleśnie potwierdziło się prawo wymienione przeze mnie jako drugie. Było to moje pierwsze spotkanie z Marią Rodziewiczówną. I jak to przeważnie u mnie bywa - z uprzedzeniami jej dotyczącymi pożegnałam się na zawsze. 

Mamy tutaj historię pewnego małego miasteczka i okolicznych gospodarstw - XIX wiek, Kresy Wschodnie. Przekrój przez społeczeństwo - kompleksowy. Są chłopi, jest zubożała szlachta, są Żydzi, są dorobkiewicze, jest tak zwany "element". Wieś u Rodziewiczówny to nie tylko pola, lasy, łąki, zboża etc., ale przede wszystkim ludzie. Autorka doskonale portretuje mieszkańców - przede wszystkim psychologicznie. Nie wyczytamy tutaj wygładzonych opisów chłopstwa, wyidealizowanego obrazka szlachty -wszystko tak jak natura stworzyła - prawdziwie, bez lukru i cukierkowatości.

A o czym traktuje powieść? Głównym bohaterem jest Seweryn Sokolnicki. Boryka się on z niemałymi problemami finansowymi, które łata to pożyczkami u Żydów, a to pędzeniem wódki. Ostatecznością przed którą broni się zaciekle jest sprzedanie majątku rodzinnego. Próby ochrony ojcowizny wspiera wiernie jego prawa "ręka" - Szymon Łabędzki, przyjaciel i leśniczy. Podobne problemy napotyka Basia z sąsiedniego majątku - ratują ją lichwiarskie pożyczki, za które poręcza jej wuj - sknerowaty do cna. Pojawia się piękna i wartościowa kobieta Nina Zagrodzka - uwielbiająca wyścigi konne, bogata, ale i nie stroniąca od bezinteresownej pomocy. Zakochuje się w Sewerynie, on jednak zbyt dumny jest na to, aby związać się z kobietą bardziej majętną od siebie ... 

Sięgając po tę książkę zdałam sobie sprawę z faktu jak długi czas nie miałam styczności z dawną polszczyzną. Piękną, dawną polszczyzną. Maria Rodziewiczówna nie była gruntownie wykształconą pisarką - skończyła zaledwie kilka klas szkoły, jednak styl jej pisania - surowy, prosty - przypadł mi do gustu. Momentami archaiczne sformułowania, szyk zdania czy określenia zmuszały do skupienia się nad treścią. "Klejnot" powstał w 1897 r., czyli nieco ponad 100 lat temu - język polski zmienił się w tym czasie bardzo. I przyznam, że niemałą przyjemnością było czytać powieść, która klimatycznie pachniała mi liceum ...

Rodziewiczówny w kanonie lektur dla żadnej ze szkół nie ma. Szkoda - mam wrażenie, że jest bardziej przyswajalna niż, chociażby nieszczęsne "Nad Niemnem" (wiem - "NN" można kochać bądź nienawidzić), a tematyka i tło społeczne są bardzo podobne. Dzieje się tu jednak więcej - mamy morderstwa, kłótnie, bijatyki (jak mawiała moja prababcia - nie ma dobrej historii bez trupa w tle). Z drugiej strony jest romans, uczucie. Jest też opis codziennych problemów ówczesnej zubożałej szlachty - spłata weksli, troska o majątki. Historia żyje - nie jest odrealnionym zlepkiem opisów stanów emocjonalnych etc., postaci są nakreślone tak realnie, a ich język jest równie autentyczny. 

Na szczególną uwagę zasługują dwie bohaterki - Barbara i Nina. Obie to nowoczesne kobiety - nowoczesne w naszym rozumieniu. Niezależne, samodzielne, dbające o swoje gospodarstwa. Nie czekające na to, co przyniesie im los z założonymi rękoma. Inspiracji do opisania tych postaci autorka zapewne odnalazła w swoim życiorysie - sama zarządzała majątkiem ojca i uchodziła za kobietę silną i nowoczesną - Maria Rodziewiczówna obcięła włosy na krótko i nosiła krótką spódnicę. Kobiety odgrywają sporą rolę w "Klejnocie" - mężczyźni liczą się z ich zdaniem, szanują radę. Ciekawostką, na poły feministyczną, jest postać Ihnatowej - siostry głównego bohatera. W momencie kiedy jej mąż sprzedaje gospodarstwo, ona urażona lekceważeniem jej zdania w trakcie podejmowania decyzji o pozbyciu się ojcowizny - opuszcza go na zawsze. 

Powieść polecam szczerze - zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. W interesujący i prawdziwy sposób przedstawia życie na Kresach Wschodnich w XIX wieku. Doskonałe portrety bohaterów, interesująca fabuła - to sprawdzone składniki dobrej powieści. A że klasykę i to w dodatku polską warto czytać - to chyba przekonywać nie trzeba. Warto oderwać się od współczesnej literatury, żeby nasiąknąć piękną, starą polszczyzną. I powtórzę - szkoda, że takich powieści nie było w kanonie lektur szkolnych - wiele wątków poruszonych w "Klejnocie" mogłoby doprowadzić do bardzo ciekawych dyskusji podczas lekcji języka polskiego. I na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z Marią Rodziewiczówną ...

 
Tekst ukazał się na blogu Bazgradełko

wtorek, 15 grudnia 2015

Maria Rodziewiczówna, "Niedobitowski z granicznego bastionu"



Zbiór opowiadań a może raczej reportaży „Niedobitowski z granicznego bastionu” Marii Rodziewiczówny zawiera w sobie teksty pełne cierpkiej goryczy i ostrej ironii, jakiej nie powstydziłby się Józef Mackiewicz czy Sergiusz Piasecki.

Książka ta należy do późnych utworów autorki „Dewajtisa”. Wydana w 1926 roku opisuje sytuację w jakiej znaleźli się Polacy na Kresach (dokładnie na Polesiu) po odzyskaniu przez Polskę upragnionej i tyle lat oczekiwanej wolności. Mamy tu ten sam klimat rozczarowania wolnością i obowiązującym w II Rzeczpospolitej nieprzyjaznym ludziom prawem, jaki znajdziemy w „Żywocie człowieka rozbrojonego” Piaseckiego czy „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego.

Niedobitowski to nazwisko znaczące i symboliczne. Nosi je kilku bohaterów opowiadań Rodziewiczówny, a opowiadania te są po prostu z życia wzięte. Oto jeden z Niedobitowskich wraca do domu z kilkuletniej tułaczki po Rosji w mrocznych czasach rewolucji październikowej. Dobra wiadomość jest taka, że jego dom ocalał, nie został spalony ani przez wycofującą się armię carską, ani przez okupujących Polesie Niemców, ani przez bolszewików. Ale spalono inne budynki gospodarcze, zabrano zwierzęta hodowlane i cały dobytek. Dwie ocalałe krowiny i konia trzyma się nocami w salonie z zabarykadowanymi drzwiami i oknami, żeby nikt ich nie ukradł. Krowy-żywicielki nie tylko dają mleko, ale przyuczono je do chodzenia w pole i ciągnięcia pługa, bo sam koń nie daje rady.

Nocami pod dom podchodzą bolszewicy z drugiej strony pobliskiej granicy. Bronić się nie ma czym, bo Polak na Kresach nie ma prawa posiadać strzelby czy karabinu. Jak ma, to musi o tym zameldować do starostwa. Starostwo pozwoli mu na ich posiadanie, jeśli okaże kwit potwierdzający kupno. Jeśli nie takiego kwitu, broń zostaje zarekwirowana. A kto z Polaków na Kresach przechowuje paragon zakupu broni, skoro często pochodzi ona z XIX wieku i należała jeszcze do dziadów? Ale to jeszcze nie koniec, nawet jeśli się tą broń i paragon jej zakupu posiada, to jeszcze trzeba wykupić bardzo drogą kartę łowiecką, a na to Polaków nie stać, bo nie mają pieniędzy. A jeśli użyją nielegalnej broni w nocy przeciwko bandytom, to podbuntowani przez nową władzę rusińscy chłopi z sąsiedztwa z pewnością doniosą o tym na policję.

Niedobitowskiego dręczą liczne podatki nakładane przez nowe polskie władze: podatek majątkowy, dochodowy, gruntowy, komunalny, progresyjny, zasadniczy, samoistny, mieszkaniowy, obrotowy, drogowy. Od podatków nie ma zwolnienia, trzeba je płacić, a jak się nie ma pieniędzy, to komornik zabierze Niedobitowskiemu ostatnią krowinę ocalałą z bolszewickiego pogromu. A Niedobitowski po wojnie nie ma pieniędzy, żyje w nędzy, głodzie i chłodzie.

Niedobitowski wracający z wojny musi mieć wszystkie potrzebne dokumenty i papiery, by odzyskać swój rodowy majątek. Nie jest ważne, że jego przodkowie siedzieli tam od lat, trzeba mieć na to dowody na papierze. Inaczej majątek Polaka zostaje rozparcelowany i oddany Rusinom lub polskim osadnikom wojskowym. Ten bolesny temat porusza m. in. opowiadanie „Czterech małych Mystkowskich” przedstawiające bolesną historię osieroconych dzieci polskiego dziedzica, które po paru latach wędrówki wróciły do rodzinnego domu. Niestety, ich siedziba została już zajęta przez osadnika wojskowego, nawet nie wpuszczono ich do domu. W urzędzie nic nie udało się załatwić, bo dzieci nie posiadały aktów zgonu rodziców zmarłych w bolszewickiej Rosji na tyfus.

Nowe polskie władze na Kresach to obcy ludzie, z innej części Polski, nie znający kresowych zwyczajów i tradycji. Mają wytyczne z centrali, by dopieszczać mniejszości narodowe i chłopów kosztem dziedziców. Wychodzi na to, że Rusini (mniejszość narodowa i chłopi w jednym) mają na Polesiu większe prawa niż rdzenni Polacy. I tak dalej, i tak dalej.

Generalnie, wniosek z lektury tych historii jest jeden: nie o taką Polskę chodziło Polakom na Kresach. Nie na taką Polskę czekali. Nie o taką Polskę walczyli w powstaniach. Marzyła im się Polska będąca rajem dla kresowych patriotów, a przyszła Polska urzędnicza, Polska produkująca bezsensowne antypolskie ustawy, Polska zdzierająca z Polaków podatki, Polska nie dająca perspektyw rozwoju ani im, ani ich dzieciom, których nie można posłać do miasta na naukę, bo po prostu nie starcza na to pieniędzy. Ta Polska lepiej traktuje byłych chłopów pańszczyźnianych niż dawnych panów tej ziemi. Ta Polska powoduje, że Żyd i Rusin bogacą się kosztem Polaka…

Smutne i gorzkie są wnioski z lektury tej książki Rodziewiczówny. Wychodzi na to, że w sensie gospodarczym lepiej się żyło Polakom na Kresach w czasach panowania caratu. Polacy byli gnębieni w okresie tuż po powstaniu styczniowym, ale później ten ucisk został poluzowany i w czasie tuż przed I wojną światową jakoś dało się żyć. Powstaje więc pytanie: po co to wszystko było? Po co powstania? Po co przekazywany z pokolenia na pokolenie patriotyzm? Czy Niedobitowski przetrwa w swoim polskim bastionie na granicy?

Dzisiaj już wiemy, że nie przetrwał. I w dużym stopniu do jego przegranej przyczyniła się bezmyślna polityka polskiej administracji na Kresach w okresie międzywojennym.


Alicja Łukawska


Rodziewiczówna Maria, „Niedobitowski z granicznego bastionu”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Białystok 1991

Tekst oryginalny ukazał się na blogu archiwummeryorzeszko.blogspot.com/

niedziela, 4 października 2015

Kresy Marii Rodziewiczówny







Polesia czar



O rycerstwie spod kresowych stanic,
o obrońcach naszych polskich granic,

napisał Jerzy Braun w harcerskiej piosence „Płonie ognisko i szumią knieje”. Natomiast Jan Głuszenia napisał o „Strażniczce Kresowych Stanic – Marii Rodziewiczównie” książkę, którą po raz pierwszy wydano w 1992 roku. Obecne wydanie (2014) zawdzięczamy Fundacji „Nasza Przyszłość” oraz szeregowi instytucji naukowych i kulturalnych i osób prywatnych wspierających te publikację, którym Jan Głuszenia pięknie podziękował w słowie „Od autora” na początku książki. Tam również autor przytoczył tytuły i autorów źródeł, z których korzystał przystępując do opracowywania biografii Marii Rodziewiczówny. Publikacja została zaopatrzona w bogaty zbiór archiwalnych fotografii pisarki a także zdjęć dokumentujących dawne życie na Polesiu. Autorem tych ostatnich jest Józef Szymańczyk, którego notę biograficzną zamieszczono na zakończenie książki.

Odpoczynek przy kołysce, Polesie 1937
Odpoczynek przy kołysce, Polesie 1937

W cerkwi w Sporowie, Polesie 1937
W cerkwi w Sporowie, Polesie 1937









"Rok 1863 był to dziwny rok"


Jan Głuszenia wprowadza czytelników w atmosferę życia Marii Rodziewiczówny kreśląc złożone tło historyczne czasów Powstania Styczniowego na obszarze Litwy. Autor komentuje różne postawy Polaków wobec przesłanek o możliwości wybuchu kolejnego powstania narodowego już trzydzieści lat po krwawo stłumionym przez zaborcę Powstaniu Listopadowym:
„… nie uchylał się od patriotycznego obowiązku wobec Ojczyzny, ale zdawał sobie sprawę z różnicy między bohaterstwem a samobójstwem”.
Wątpliwości odnośnie sensu wzniecenia Powstania Styczniowego pojawiały się również w dyskusjach na temat rachunku zysków i strat, jakie przyniosło późniejsze Powstanie Warszawskie – „różnica między bohaterstwem a samobójstwem” jest dla nas, współczesnych Polaków, szczególnie znacząca.

"Złota dola"
Rodzina Marii Rodziewiczówny doświadczyła powszechnych krzywd od rosyjskiego ciemiężyciela (w osobie mającego jak najgorszą sławę Michaiła Murawiowa Wieszatiela): konfiskata majątku Pieniuchy, wypędzenie z domu rodzinnego, zsyłka na katorgę do Tobolska na Syberii. Maria Rodziewiczówna poznała swoich rodziców jako siedmioletnie dziecko, gdy Rodziewiczom udało się wrócić z zesłania, pod warunkiem niepojawienia się na Litwie, skąd pochodzili. Wyrokiem losu rodzina małej Marii osiedliła się po kilku latach w majątku Hruszowa na Grodzieńszczyźnie, w sercu Polesia. Ważnym okresem w życiu Marii Rodziewiczówny był pobyt i nauka w klasztorze w Jazłowcu. To właśnie tam ukształtowała się patriotyczna postawa i kręgosłup moralny przyszłej pisarki. W Zakładzie Sióstr Niepokalanek wiodącymi przedmiotami nauki były religia, język polski i historia, które „uosabiały trzy potęgi: ducha wiary, ducha miłości Ojczyzny i ducha rodziny”. Pierwszych lekcji o Polesiu udzielał kilkunastoletniej panience stary gajowy Poleszuk. Wtedy to zrodziła się u Marii Rodziewiczówny jedyna w swoim rodzaju więź z „krainą puszcz i bagien”, z ludźmi żyjącymi w zgodzie z prawami natury, ale i z pogańskimi zabobonami. Młoda dziedziczka poznała poleskie zwyczaje życia codziennego i tradycje świąteczne, oglądała kurne chaty i orkę sochami.




Orka, Polesie 1937
Orka, Polesie 1937
Karczma w okolicach Różany 1934
Karczma w okolicach Różany 1934










 

"Lato leśnych ludzi"

 


Z cytowanych w książce listów Marii Rodziewiczówny do sióstr z jazłowieckiego klasztoru czytelnik dowiaduje się o kształtowaniu się poglądów społecznych młodej kobiety i procesie jej dojrzewania psychicznego „Człowiek zawsze czegoś chce – czegoś pragnie, czegoś się spodziewa – a to coś jest pochodnią w życiu!” Opatrzność postawiła przed Marią Rodziewiczówną nowe trudne zadanie – została panią na Hruszowie, zadłużonym majątku liczącym 1600 hektarów ziemi, łąk i lasów. W życiu dwudziestoletniej Marii obok ciężkiej pracy administrowania rozległymi dobrami ziemskimi pojawiła się twórczość literacka. Bohaterka biografii realizowała w swoich dobrach pozytywistyczne hasła pracy organicznej i pracy u podstaw, jak również dawała im wyraz w tworzonych nowelach i powieściach, przesiąkniętych miłością do Boga i Ojczyzny. Poczucie obowiązku urastało u Marii Rodziewiczówny do rangi przykazania a obowiązki wobec ludu i społeczeństwa przewijają się w całej działalności literackiej i społecznej: „Nie ma małych prac – są tylko marni pracownicy”. Maria Rodziewiczówna była niezwykle aktywną w pracach na rzecz ludności Warszawy i Polesia niosąc pomoc wszystkim potrzebującym. Odczuwała konieczność odpoczynku od negatywnego obrazu świata w poleskiej głuszy, w „chatce leśnych ludzi”, razem z przyjaciółkami.


Chata leśnych ludzi
Chata leśnych ludzi
W otoczeniu oficjalistów i fornali-lata 30-te
W otoczeniu oficjalistów i fornali-lata 30-te











 

"Byli i będą" "Na wyżynach"

Literatka hołdowała zasadzie: „są dwie potęgi, którym trzeba dać wszystko, a w zamian nie brać nic – to Bóg i Ojczyzna” i im właśnie podporządkowała całe swoje życie, nawet nie zakładając swojej rodziny. Maria Rodziewiczówna świętowała kolejne jubileusze pracy literackiej, a hołd jej talentowi składali pisarze tej miary, co m.in. Henryk Sienkiewicz. Wyjątkową recenzję powieści „Dewajtis” wystawił Ferdynand Antoni Ossendowski, znany polski pisarz i podróżnik, który książkę tę czytał przebywając, z wyroku rosyjskiego caratu, w celi śmierci. Maria Rodziewiczówna prowadziła również działalność oświatową na poleskiej wsi a jej dwór promieniował polskością i kulturą na całą okolicę. Młodym ludziom radziła: „…musicie się arystokratyzować a nie chamieć”, zapewne mając na uwadze całokształt kwestii wychowania i wykształcenia Polaków.
Gospodarze wczesną wiosną, Polesie 1937
Gospodarze wczesną wiosną, Polesie 1937


Scena z wesela, Polesie 1937
Scena z wesela, Polesie 1937









"Pożary i zgliszcza"

Koniec świata Marii Rodziewiczówny nastąpił 22 września 1939 roku, gdy do dworu w Hruszowej wkroczyli Sowieci, którzy kilka dni później wypędzili z majątku jego właścicielkę, aby nigdy już do niego nie powróciła. Wojenna tułaczka zawiodła pisarkę do Warszawy, z której ewakuowano ją po klęsce Powstania Warszawskiego, ale niebawem schorowana osiemdziesięcioletnia kobieta zmarła w leśniczówce wśród lasów tak przez nią ukochanych.



Maria Rodziewiczówna 1884/85
Maria Rodziewiczówna 1884/85
Maria Rodziewiczówna 1942
Maria Rodziewiczówna 1942
Maria Rodziewiczówna 1937
Maria Rodziewiczówna 1937




Powtarzając za Stefanem Żeromskim słowa komentarza do powieści „Dewajtis”
idźmy

„pod sztandarem, niesionym wysoko, tak wysoko, aby Orła Białego widział tłum”!


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Czytam po polsku 


Jan Głuszenia
"Maria Rodziewiczówna. Strażniczka kresowych stanic"
wyd. Nasza Przyszłość 2014

piątek, 31 lipca 2015

Maria Rodziewiczówna, Florian z Wielkiej Hłuszy



„Florian z Wielkiej Hłuszy” to kolejna powieść Marii Rodziewiczowny o Kresach, a konkretnie o Polesiu. Rzecz dzieje się w zabitym dechami miasteczku Wielka Hłusza w czasie I wojny światowej, w latach 1915-1919. 

Tytułowy Florian to ogromny dzwon kościelny podarowany przed wiekami świątyni w Wielkiej Hłuszy przez królową Bonę w podzięce za uratowanie od nieszczęśliwego wypadku w podróży. Od tamtej pory ów dzwon jest wielką dumą okolicznych katolickich mieszkańców. Niestety, w czasie I wojny światowej, latem1915 roku, kiedy Rosjanie ewakuowali się z terenu zaboru rosyjskiego przed nacierającą armią pruską, nad Florianem zawisło widmo zagłady. Wszystkie dzwony, podobnie jak inne większe metalowe przedmioty, miały zostać przetopione na armaty. Armia rosyjska szukała ich i rekwirowała. Polacy z Wielkiej Hłuszy i okolic postanowili swój dzwon uratować. Zajęła się tym niewielka grupka młodych patriotów, którzy nocą po kryjomu zdjęli dzwon i ukryli go za miastem. 

Historia dzwonu jest pretekstem do opowiedzenia historii o ludziach, Polakach od kilkuset lat mieszkających na Polesiu. Ich przodkowie przybyli tam z Korony (z Mazowsza i spod Krakowa) i żyli od pokoleń na Kresach wśród białoruskiego ludu wierni swojej narodowości i religii. Faktycznymi bohaterami „Floriana z Wielkiej Hłuszy” są członkowie spokrewnionych ze sobą rodzin Skołubów i Wereszyńskich, a także ich znajomi i sąsiedzi. Wbrew nakazom władzy rosyjskiej, która nakazywała Polakom ewakuację w głąb Rosji przed wojskami niemieckimi, dzielni Polacy z Polesia postanowili zostać i trwać przy swoich domach, dworach i majątkach. Nie było to łatwe, bo Rosjanie wręcz zmuszali ludność do ewakuacji.  Po wyprowadzeniu ludzi i zwierząt z danego terenu lotne oddziały kozackie podpalały wszystko. Była to taktyka spalonej ziemi w praktyce. 

Jednak zarówno Skołubowie jak i Wereszyńscy pozostali na miejscu. Przetrwali ewakuację rosyjską, przetrwali ucieczkę białoruskiej służby folwarcznej, przetrwali rekwizycje żywności, koni i wszelkiego dobytku. Doczekali się kolejnej okupacji, tym razem niemieckiej, która – jak wierzyli – miała być lepsza od rosyjskiej. Miała być, ale nie była. W końcu po paru latach trudnej walki z przeciwnościami losu, pracując ciężko na roli własnymi rękoma, bo na ręce chłopskie nie mogli już liczyć, doczekali się końca wojny. 

W 1919 roku na wiosnę w Wielkiej Hłuszy witano wolną Polskę po latach zaborów. Zabrzmiał znów potężny dzwon Florian, a w kościele rozległa się „Rota” Marii Konopnickiej śpiewana wówczas zamiast hymnu polskiego. Polscy żołnierze wrócili z Francji z wojskiem generała Józefa Hallera. Legionista Alfred Rupejko, ranny na ciele, ale szczęśliwy na duszy i dumny ze służby w wojsku, zdobył wreszcie serce Bronki Wereszyńskiej, a jego rodzice wybierają się do dziadka Wereszyńskiego prosić o rękę wnuczki. Chciałoby się powiedzieć o bohaterach: „A potem żyli długo i szczęśliwie”, lecz wiemy, że przecież tak być nie mogło, bo już rok później do Wielkiej Hłuszy znowu zawitała wojna. Tym razem polsko-bolszewicka. Ale o tym już autorka nie wspomina. 

„Florian z Wielkiej Hłuszy” to pięknie napisana, barwna i pełna ciekawych przygód opowieść. Trochę patriotyczna, trochę sentymentalna. Na pewno – bardzo polska i bardzo ziemiańska. Momentami wzruszająca (te opisy przyrody i pejzażu Polesia!), momentami zabawna (zaloty niemieckiego żołnierza, Ślązaka Adalberta, do organiścianki Łusi). Czyta się to bardzo dobrze, lekko i szybko, co jest wielką zaletą podczas tych lipcowych upałów. Powieść wyszła w 1929 roku, a w 1938 roku Leonard Buczkowski nakręcił według niej film „Florian”. 

Podczas lektury myślałam o tej wielkiej wędrówce ludów na wschód, w głąb Rosji, jaką zaborcy zafundowali naszym rodakom nie tylko na Kresach, ale także w Polsce centralnej. Ten mało znany epizod naszej historii został opisany w wielu książkach z tamtej epoki. O tej wielkiej ewakuacji nadzorowanej przez wojsko carskie czytałam m. in. w takich tekstach jak „Lewa wolna” Józefa Mackiewicza, „Szklana góra” Eugeniusza Werstina, „Czasy, miejsca, ludzie. Wspomnienia z Kresów wschodnich 1893-1946” Heleny Roth, „Ania z Lechickich Pól” Marii Dunin-Kozickiej, „Boża podszewka” Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz. Zaś o ewakuacji Niemców na zachód w roku 1917 i jej wpływie na losy mieszkańców Kresów pisał przecież Michaił Bułhakow w „Białej gwardii”. 

Sięgnęłam po tę powieść Rodziewiczówny ponieważ koleżanki z bloga poświęconego literaturze kresowej (literackiekresy.blogspot.com/) intensywnie dopingują do czytania o Polesiu (i chwała Bogu!), a tu ja wciąż mam kłopot z odróżnianiem Polesia od Podlasia. A trzeba przecież pamiętać, że było po prostu Polesie (obecna Białoruś) i Polesie Wołyńskie (dzisiejsza Ukraina). I masz babo, placek! Odróżnij te wszystkie Polesia! I Podlasia… Przyznam się szczerze, że nie jestem do końca pewna, o jakim Polesiu pisze w tej książce Rodziewiczówna. Próbowałam namierzyć miasteczko Wielka Hłusza. Wujek Google podpowiada, że to może chodzić o Wielką Głuszę (Велика Глуша), jest to obecnie wieś na północy Ukrainy w Obwodzie Wołyńskim. Czyli – może chodzi o Polesie Wołyńskie? „Za Polski” ta miejscowość była położona w województwie poleskim, w powiecie Kamień Koszyrski i było siedzibą gminy Wielka Głusza.

A tu jest link do filmu „Florian” zrealizowanego według powieści Rodziewiczówny:



 Rodziewiczówna Maria, „Florian z Wielkiej Hłuszy”, wyd. Edipresse Polska, Warszawa 2012

Alicja Łukawska

Tekst oryginalny na blogu: archiwum mery orzeszko


wtorek, 7 lipca 2015

Maria Rodziewiczówna, Barcikowscy




„Barcikowscy” to kolejna kresowa powieść Marii Rodziewiczówny, którą przeczytałam jednym tchem. Jej akcja rozgrywa się na wsi gdzieś w okolicy Grodna (dzisiejsza Białoruś), gdzie w małym dworku mieszkają dwie kobiety, wielkie polskie patriotki pielęgnujące stare rodowe tradycje: teściowa i synowa. Obie są już wdowami. Wspólnie wychowują trójkę małych dzieci: dwóch chłopców, Wacława i Filipa, oraz dziewczynkę Jadwinię. 

Jest to czas po powstaniu styczniowym. Polscy ziemianie klepią straszną biedę, bo niszczą ich reformy rolne wprowadzone przez cara, a zwłaszcza uwłaszczenie chłopów i przyznanie im prawa do serwitutów z pańskich lasów. Szlachta polska zadłuża się coraz bardziej, by podołać wszystkim ciężarom finansowym, także podatkowym. Majątki ziemskie upadają. A utrzymanie ziemi w rękach polskich jest w tym czasie obowiązkiem prawdziwego polskiego patrioty. Póki tę ziemię się trzyma, póty jest ona polska. Po stracie majątku Polak nie ma prawa nabyć nowego gospodarstwa rolnego. W tym czasie ziemię mogą kupować tylko Rosjanie. 

W tej sytuacji obie panie Barcikowskie pracują ponad siły, by utrzymać rodowe dziedzictwo dla dzieci. Brakuje pieniędzy na wysłanie synów do szkół. Zresztą, Filip i tak nie chce się uczyć, woli pracować i zarabiać pieniądze. Natomiast do starszego, Wacława, uśmiecha się szczęście w postaci kuzyna, który pracuje jako urzędnik w Sankt Petersburgu i odwiedza panie Barcikowskie, bawiąc w okolicy. Kuzyn postanawia dopomóc rodzinie. Chce sfinansować pobyt chłopca w dobrej petersburskiej szkole prawniczej. Kobiety wahają się, bo zdają sobie sprawę, że syn wykształcony w rosyjskich szkołach będzie stracony dla Polski. 

Jednak co robić? Względy finansowe przeważają. Wacław jedzie do Sankt Petersburga, zaś Filip sam zatrudnia się jako dozorca i pomocnik u administratora dóbr hrabiowskich w okolicy. I od tej pory losy obu młodych Barcikowskich będą biegły dwutorowo, niczym w średniowiecznym moralitecie. Zgodnie z konwencją powieści tendencyjnej, jeden Barcikowski, czyli Filip jest „dobry”, bo pracuje chętnie, uczy się tego, co mu potrzebne, żeni się z właściwą osobą, to jest z córką swego przełożonego, a potem wspólnie pracują na ziemi przodków i płodzą kolejnych polskich patriotów. Drugi Barcikowski, Wacław, jest „zły”, bo po skończeniu edukacji zostaje carskim prokuratorem, pnie się w górę po stopniach kariery, obraca się w wyższych sferach, a w końcu żeni się z piękną, demoniczną Rosjanką w typie Nastasji Filipowny Dostojewskiego i płodzi z nią młodych Rosjan, którzy gardzą Polakami.

Później, oczywiście, wynika jeszcze kwestia ziemi, rodziny i utrzymania majątku w polskich rękach. Jak się zakończy ta historia – przeczytajcie sami! 

Zachęcam do lektury, bo akurat ta powieść Rodziewiczówny czyta się bardzo dobrze. Dodam, że prócz wątku patriotyczno-obyczajowego posiada ona sensacyjny wątek kryminalny związany z żoną Wacława, wdową po carskim gubernatorze, który zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie mam pojęcia, skąd Rodziewiczówna czerpała wiedzę na temat rosyjskich wyższych sfer. Podejrzewam, że raczej nie z własnych obserwacji. Przedstawieni w powieści Rosjanie przypominają bowiem do złudzenia bohaterów powieści Dostojewskiego. Są to prawie same szuje i podłe charaktery. 

Historia braci Barcikowskich pokazuje dobitnie, że – wbrew temu, co niektórzy usłyszeli gdzieś w szkołach – Polak w XIX wieku mógł zrobić w Rosji karierę. Taką samą karierę jak każdy inny obywatel carskiego imperium. Mógł zdobyć wykształcenie, a potem zatrudnić się gdzieś i dobrze zarabiać. Tyle tylko, że dobra praca i zarobki czekały na Polaka w głębi Rosji, bo kariera w Priwiślańskim Kraju była dla niego zamknięta. Polak nie mógł pracować w tym rejonie jako urzędnik. Ba, nawet polska nauczycielka zarobiłaby w Rosji dwa razy tyle, ile w Warszawie! 

Tyle tylko, że Polak robiący karierę w carskich strukturach urzędniczych narażony był na ostracyzm polskiego patriotycznego środowiska. Ten właśnie ostracyzm i – sugerowane przez Rodziewiczównę – wyrzuty sumienia z powodu zdrady polskich ideałów były ceną za dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa Polaka na służbie Moskali. Rodziewiczówna pisze o tym wszystkim dość otwartym tekstem, jasno i zrozumiale, co może zdziwić czytelnika przyzwyczajonego do aluzyjnego przedstawiania spraw polsko-rosyjskich w „Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Tam jest podobna sytuacja, bo – jak pamiętamy - jeden z braci Korczyńskich także poszedł na służbę do Rosji i także pomału zatracał poczucie polskości. Tyle tylko, że „Nad Niemnem” zostało wydane w 1888 roku, a „Barcikowscy” dwanaście lat później. Może przez ten czas zelżała carska cenzura i można było już napisać więcej? 

Obawiam się, że w rzeczywistości niewielu Polaków tak naprawdę przejmowało się patriotycznymi zasadami wpajanymi przez obie kresowe pisarki. Było bowiem wielu takich, którzy szli do rosyjskich szkół, wyjeżdżali do Rosji i dorabiali się tam majątku, idąc w ślady Wokulskiego z „Lalki” Bolesława Prusa. Taką drogę przyjęła na przykład rodzina słynnego międzywojennego jasnowidza Stefana Ossowieckiego, która w przedrewolucyjnej Rosji posiadała wielkie fabryki chemiczne. Inni pracowali na rosyjskich uczelniach, jak Ferdynand Ossendowski albo  wstępowali do carskiego wojska i pięli się po szczeblach wojskowej kariery, jak generał Józef Dowbór-Muśnicki. 

Dodam jeszcze, że „Barcikowskich” Rodziewiczówny wypatrzyłam wczoraj w Biedronce, gdzie jest wielka promocja książek (wszystkie w cenie 4.99 zł). Nie ma tam wielu atrakcyjnych tytułów, jest to raczej wietrzenie magazynów z zalegających tam książkowych złogów. Ze stosów różnych nieciekawych propozycji wygrzebałam jedną książkę Rodziewiczówny i trzy nieznane mi powieści Mniszkówny, także najprawdopodobniej dziejące się na Kresach. To jest mój łup biedronkowo-kresowy:



Rodziewiczówna Maria, „Barcikowscy”, Wyd. Edipresse Polska S. A., Warszawa 2012

Alicja Łukawska

Tekst oryginalny na:  archiwum mery orzeszko


środa, 28 stycznia 2015

Maria Rodziewiczówna, Klejnot






Już kiedyś doszłam do wniosku, że istnieją dwa niepodważalne prawa czytelnicze (które sprawdzają się przede wszystkim w moim przypadku) - najdalej nam do książek z własnej półki oraz ... znajomość klasyki bywa kulawa. W przypadku tej książki boleśnie potwierdziło się prawo wymienione przeze mnie jako drugie. Było to moje pierwsze spotkanie z Marią Rodziewiczówną. I jak to przeważnie u mnie bywa - z uprzedzeniami jej dotyczącymi pożegnałam się na zawsze.

Mamy tutaj historię pewnego małego miasteczka i okolicznych gospodarstw - XIX wiek, Kresy Wschodnie. Przekrój przez społeczeństwo - kompleksowy. Są chłopi, jest zubożała szlachta, są Żydzi, są dorobkiewicze, jest tak zwany "element". Wieś u Rodziewiczówny to nie tylko pola, lasy, łąki, zboża etc., ale przede wszystkim ludzie. Autorka doskonale portretuje mieszkańców - przede wszystkim psychologicznie. Nie wyczytamy tutaj wygładzonych opisów chłopstwa, wyidealizowanego obrazka szlachty -wszystko tak jak natura stworzyła - prawdziwie, bez lukru i cukierkowatości.

A o czym traktuje powieść? Głównym bohaterem jest Seweryn Sokolnicki. Boryka się on z niemałymi problemami finansowymi, które łata to pożyczkami u Żydów, a to pędzeniem wódki. Ostatecznością przed którą broni się zaciekle jest sprzedanie majątku rodzinnego. Próby ochrony ojcowizny wspiera wiernie jego prawa "ręka" - Szymon Łabędzki, przyjaciel i leśniczy. Podobne problemy napotyka Basia z sąsiedniego majątku - ratują ją lichwiarskie pożyczki, za które poręcza jej wuj - sknerowaty do cna. Pojawia się piękna i wartościowa kobieta Nina Zagrodzka - uwielbiająca wyścigi konne, bogata, ale i nie stroniąca od bezinteresownej pomocy. Zakochuje się w Sewerynie, on jednak zbyt dumny jest na to, aby związać się z kobietą bardziej majętną od siebie ...

Sięgając po tę książkę zdałam sobie sprawę z faktu jak długi czas nie miałam styczności z dawną polszczyzną. Piękną, dawną polszczyzną. Maria Rodziewiczówna nie była gruntownie wykształconą pisarką - skończyła zaledwie kilka klas szkoły, jednak styl jej pisania - surowy, prosty - przypadł mi do gustu. Momentami archaiczne sformułowania, szyk zdania czy określenia zmuszały do skupienia się nad treścią. "Klejnot" powstał w 1897 r., czyli nieco ponad 100 lat temu - język polski zmienił się w tym czasie bardzo. I przyznam, że niemałą przyjemnością było czytać powieść, która klimatycznie pachniała mi liceum ...

Rodziewiczówny w kanonie lektur dla żadnej ze szkół nie ma. Szkoda - mam wrażenie, że jest bardziej przyswajalna niż, chociażby nieszczęsne "Nad Niemnem" (wiem - "NN" można kochać bądź nienawidzić), a tematyka i tło społeczne są bardzo podobne. Dzieje się tu jednak więcej - mamy morderstwa, kłótnie, bijatyki (jak mawiała moja prababcia - nie ma dobrej historii bez trupa w tle). Z drugiej strony jest romans, uczucie. Jest też opis codziennych problemów ówczesnej zubożałej szlachty - spłata weksli, troska o majątki. Historia żyje - nie jest odrealnionym zlepkiem opisów stanów emocjonalnych etc., postaci są nakreślone tak realnie, a ich język jest równie autentyczny.

Na szczególną uwagę zasługują dwie bohaterki - Barbara i Nina. Obie to nowoczesne kobiety - nowoczesne w naszym rozumieniu. Niezależne, samodzielne, dbające o swoje gospodarstwa. Nie czekające na to, co przyniesie im los z założonymi rękoma. Inspiracji do opisania tych postaci autorka zapewne odnalazła w swoim życiorysie - sama zarządzała majątkiem ojca i uchodziła za kobietę silną i nowoczesną - Maria Rodziewiczówna obcięła włosy na krótko i nosiła krótką spódnicę. Kobiety odgrywają sporą rolę w "Klejnocie" - mężczyźni liczą się z ich zdaniem, szanują radę. Ciekawostką, na poły feministyczną, jest postać Ihnatowej - siostry głównego bohatera. W momencie kiedy jej mąż sprzedaje gospodarstwo, ona urażona lekceważeniem jej zdania w trakcie podejmowania decyzji o pozbyciu się ojcowizny - opuszcza go na zawsze.

Powieść polecam szczerze - zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. W interesujący i prawdziwy sposób przedstawia życie na Kresach Wschodnich w XIX wieku. Doskonałe portrety bohaterów, interesująca fabuła - to sprawdzone składniki dobrej powieści. A że klasykę i to w dodatku polską warto czytać - to chyba przekonywać nie trzeba. Warto oderwać się od współczesnej literatury, żeby nasiąknąć piękną, starą polszczyzną. I powtórzę - szkoda, że takich powieści nie było w kanonie lektur szkolnych - wiele wątków poruszonych w "Klejnocie" mogłoby doprowadzić do bardzo ciekawych dyskusji podczas lekcji języka polskiego. I na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z Marią Rodziewiczówną ...
 
 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Bazgradełko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...