sobota, 9 grudnia 2017

Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, t. 4





Profesor Nicieja wydał już dziewięć tomów swojego cyklu poświęconego Kresom Wschodnim RP, ich dziejom, osobowościom, okruchom wspomnień, pozostałościom materialnym i duchowym, które tworzą fascynująca, barwną mozaikę.


W tomie czwartym Autor zabiera nas w podróż na Pokucie, do Kołomyi i Żabiego oraz do Dobromila, który z niejasnych powodów nie znalazł się w powojennych granicach Polski mimo oczywistych powiązań gospodarczych i komunikacyjnych.


Opowieść o Kołomyi i osobach stamtąd się wywodzących zajmują najwięcej miejsca w tym tomie, ale to barwne miasto, pełne kolorytu i energii dostarczało wielu wrażeń i mieszkańcom i przyjezdnym.

Żabie z kolei to stolica Huculszczyzny, której magia oczarowała wielu artystów, dość wspomnieć choćby Kazimierza Sichulskiego (malarstwo) czy Stanisława Vincenza (literatura). Dziś z tej magii niewiele się ostało, ale powspominać warto.


Szczególnie wartościowe jest spojrzenie Autora na ten „mały”, bardzo osobisty wymiar historii, który poznajemy ze wspomnień i starych zdjęć. Takie spojrzenie czasem pozwala więcej zrozumieć ze specyfiki dziejów tych ziem niż z wydawnictw stricte naukowych, a ponadto sporo tam historii wartych upamiętnienia, a niekiedy nawet filmu.

Trudno mi coś więcej napisać o tej książce, gdyż mam nieodparte wrażenie, że będę się powtarzać w swoich pochwałach, w końcu odniosłam się już w swoich tekstach do trzech wcześniejszych tomów (t. 1, t. 2, t. 3) :).

Pozwólcie więc, że po prostu zacytuję kilka fragmentów dotyczących trzech opisywanych w tym tomie miast.


Kołomyja

„Kołomyja była zawsze miastem tętniącym wyjątkowym rytmem życia. Barwę nadawała jej różnorodność narodowościowa mieszkańców i przybyszów na słynne jarmarki, które według Stanisława Vincenza „były żywymi pokazami dla muzeum etnograficznego, bo każda z przybywających na targ wsi prezentowała nie tylko różne typy ludzkie, różne stroje, różne zaprzęgi, ale nawet niejednokrotnie różniące się od siebie narzecza pokuckie. To wszystko razem z chałatowcami – Żydami wystrojonymi w swoje święto jak procesje kapłanów wschodnich, zatopione w barwach owoców, jarzyn, kwiatów, wśród różniących się od siebie ras koni i bydła, było niezapomniane. A co najciekawsze, powtarzało się, powracało co jakiś czas, jak gdyby te wszystkie osobliwości wysypywały się z jakiegoś niewyczerpanego źródła.”
(strony 18-19)


Żabie

„Żabie – nazwa tajemnicza, wzmiankowana po raz pierwszy w źródłach historycznych już w roku 1224, staje się jasna, gdy dopowiemy, że początkowo nazywano to miejsce Żabie Skały albo Żabie Gody. W kwietniu, gdy po zimie słońce zaczynało mocno grzać, nie wiedzieć czemu właśnie tam, na płaskie skałki w trawiastych zakolach Czeremoszu, schodziło się tysiące żab, by złożyć skrzek. Wygrzewały się w słońcu, darły się często niemiłosiernie, przeżywając swe miodowe dni. Potem nagle milkły i znikały, by pojawić się znów za rok.”
(s. 126)


Dobromil

„Ród dobromilskich Herburtów wymarł całkowicie w połowie XVII wieku. Wiąże się z tym legenda o dobromilskich orłach. Rozpowszechnić ją mieli (a może wymyślić?) lirnicy siedzący na gruzach zamku Herburtów na modrzewiowej górze. Według ich pieśni, natychmiast po śmierci kogoś z rodziny Herburtów na pobliskich skałach pojawiał się siwy orzeł. Tych szlachetnych ptaków ciągle przybywało, a ich mnożeniu się towarzyszyła pomyślność rodziny (…). Aż jeden z Herburtów, namiętny myśliwy, ciągle krążący po okolicy z nieodłącznym potężnym łukiem, któregoś dnia wymierzył strzałę w siedzącego na skale orła i przeszył mu pierś. Zaraz po tym w nocy umarł jego jedyny synek. Odleciały też na zawsze orły. Po kilku tygodniach zmarł sprawca nieszczęsnego strzału, zamykając tym samym ostatecznie dzieje sławnego dobromilskiego rodu.”
(s. 211)
 
Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye
 
 

niedziela, 26 listopada 2017

Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce



Bezgrzeszne lata

     Lwów i Zakopane – miasta, które bezgranicznie ukochałam, miały zaszczyt gościć u siebie „smutnego humorystę” – Kornela Makuszyńskiego. Postać tego bardzo znanego i poczytnego pisarza, zwłaszcza w dziedzinie literatury dla dzieci i młodzieży, przypomniał Mariusz Urbanek, wydaną w bieżącym roku publikacją nazwaną „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce”. Nazwa ta jest parafrazą tytułu jego powieści „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Znając kilka wcześniejszych książek  biograficznych tegoż autora liczyłam na rzetelność treści lektury i łatwość jej przedstawienia. I nie zawiodłam się. „Makuszyńskiego…” czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, pomimo tego, że dotykana jest trudna tematyka wojen i zawiłości powojnia, gdy „Słońce w jego herbie powoli gasło”. 

Uśmiech Lwowa

     Świetnie skonstruowana opowieść o pisarzu, jak na biografię przystało, ma chronologiczny układ treści, lecz jednocześnie wyodrębnione zostały zagadnienia porządkujące życie publicysty, wyróżniające zjawiska wypełniające losy tego nietuzinkowego człowieka. A zatem, znajdujemy w książce Mariusza Urbanka rozdziały o europejskich podróżach felietonisty, kobietach mu bliskich i dalekich, wojnach światowych i zsyłkach, góralach i Zakopanem, teatrach i prasie, wydawcach i przyjaciołach, wielbicielach talentu, kawiarniach, brydżu, Żydach. I to wszystko na niecałych trzystu stronach, które poza tekstem zawierają kilkadziesiąt fotografii autora „Panny z mokrą głową” i kalendarium jego życia.

Przygody Koziołka Matołka

    Mariusz Urbanek z powodzeniem przybrał miejscami żartobliwy ton, wzorowany na stylu Mistrza, który „za najbardziej pożyteczne książki uważa te, które «się śmieją»” i był zdania, że „najtrafniejsze sformułowania… przychodzą do głowy… gdy ręka z piórem wędruję znad papieru do kałamarza i z powrotem”. Kornel Makuszyński w całym swoim życiu starał się „być wroną kolorową, kiedy wszystkie są czarne”. A propos wrony (WRON-y) - autor przytoczył ciekawą anegdotę o ptaszku z ilustracji do „Przygód Koziołka Matołka”, które wycofano ze sprzedaży po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku. Po czasie okazało się, że w przedwojennych wydaniach „wrona była zupełnie apolitycznym wróbelkiem”.

Radosne i smutne

     Warto zajrzeć na dłużej do wartościowej publikacji wrocławskiego biografa, który oparł swój tekst na bogatym materiale źródłowym zestawionym w bibliografii. Autor sięgnął do książek i artykułów samego bohatera, książek i artykułów, w których pojawiła się postać Makuszyńskiego oraz do materiałów archiwalnych. Mariusz Urbanek pokazał, jak bardzo pisarstwo Makuszyńskiego wzbudzało tzw. mieszane uczucia – część opinii zachwycała się jego kolejnymi dziełami, część natomiast bezlitośnie je krytykowała. Zazdrośni koledzy po piórze nawet po latach nie mogli mu darować wielkiego talentu i uznania współczesnych – vide członkostwo Makuszyńskiego w Polskiej Akademii Literatury w miejsce Wincentego Rzymkowskiego, oskarżonego o plagiat (po wyzwoleniu - prosowieckiego ministra kultury i sztuki).
Kornel Makuszyński - Fot. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem
Kornel Makuszyński - Fot. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem
Kornel Makuszyński  - K.Sichulski - https://commons.wikimedia.org/
Kornel Makuszyński w karykaturze K. Sichulskiego
https://commons.wikimedia.org/

Przyjaciel wesołego diabła

     Kornel Makuszyński był nie tylko „Przyjacielem wesołego diabła”, ale przyjacielem wszystkich aniołów i demonów, który nade wszystko kochał życie i wolał opisywać jego blaski niż cienie. Nie pełnił jednak wyłącznie roli nadwornego trefnisia. Poruszał tematy „Radosne i smutne” opisując prawdziwą burzę od wschodu, gdy „W czasie kilku nocy, których Bóg się pewnie przeraził, w męczeńskim ogniu umarła zarażona wścieklizną dusza tego kraju”.
     Twórczość literacka Kornela Makuszyńskiego jest tak różnorodna, że każda grupa czytelników znajdzie w niej dla siebie pozycje wartościowe i interesujące. Makuszyński, jakiego pamiętają polskie dzieci jawi się przede wszystkim jako autor kolejnych edycji „Przygód Koziołka Matołka” oraz radosnych książeczek „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki”. Młodzieży dał się poznać m.in. jako twórca książek dla dziewcząt, np. „Awantura o Basię” czy „Szaleństwa panny Ewy” i chłopców , np. „Szatan z siódmej klasy” czy „Skrzydlaty chłopiec”. Miłośnicy teatru znajdą w jego dorobku prozatorskim setki recenzji teatralnych i felietonów, a wielbiciele Miasta zawsze wiernego Ojczyźnie czarujący „Uśmiech Lwowa” i serdeczne „Listy ze Lwowa”.

Fatalna szpilka

     Autor rozdziału nazwanego „Fuszerka Pana Boga, czyli Makuszyński i kobiety” przedstawił kontrowersyjne poglądy pisarza świadczące o trapiącej go mizoginii i seksizmie. Mariusz Urbanek z upodobaniem przytoczył na kilku stronach przykłady męskiego szowinizmu autora „Dziewięciu kochanek kawalera Dornadyskryminujące kobiety: „Po wielu latach używania rozumu nawet kobieta odróżni kapelusz od dzieła filozoficznego”! Posługując się stereotypami na temat płci pięknej tworzył „teksty podszyte złośliwą protekcjonalnością” tłumacząc np.: „natrząsam się z lichych imitacji kobiecości…z arcydzieł sztuki ornamentacyjnej”, natomiast „Szanuję naprawdę kobiety godne szacunku”. No, cóż…

List z tamtego świata

     Mariusz Urbanek zręcznie poruszał się między pierwszymi nazwiskami polskich twórców przedwojennych, z którymi przyszło Kornelowi Makuszyńskiemu współpracować i rywalizować, pić kawę i wódkę czy grać w brydża. Listę rozpoczynają Leopold Staff i Jan Kasprowicz – świadkowie jego debiutu literackiego, a kończą Janusz Meissner i Roman Brandstaetter, którzy widzieli jak pisarz „został zamilczany na śmierć”. Powodem ostracyzmu z jakim spotkał się poeta i prozaik z Zakopanego była nieumiejętność odnalezienia się w pojałtańskiej Polsce i nieuznawanie żadnych kompromisów z komunistami. Literat pierwszej wody, z wrodzonym poczuciem humoru, komentował rzeczywistość pomimo tego, że miał świadomość, że „z powojennej Polski nie ma gdzie uciec. Ani przed pogodą, ani przed biedą”. Postawę zdobywcy Państwowej Nagrody Literackiej za utwór „Pieśń o Ojczyźnie”, trafnie ocenił poeta Jan Lechoń: „[KM] niczego nie zrobił pod sowieckim batogiem, co by przeszło granice koniecznej samoobrony”.

 
Zakopane, pomnik Kornela Makuszyńskiego - https://commons.wikimedia.org/
Zakopane, pomnik Kornela Makuszyńskiego
i Koziołka Matołka

 Gniazdo słońca

     Honorowy Obywatelwsi na drodze od Trzaski do Karpowicza”, jak nikt inny potrafił opisać walory stolicy Tatr: „po lewej stronie Giewont, po prawej Gubałówka, a w środku deszcz”. W jego dorobku literackim pozostały ślady głębokiej miłości do Zakopanego: „Gniazdo słońca i inne felietony” oraz „Listy zakopiańskie”. Bezgrzeszne lata Kornela Makuszyńskiego w Zakopanem skończyły się, gdy objęto cenzurą prawie całą jego twórczość, pozbawiono środków do życia, a nawet do jego własnego mieszkania dokwaterowano obcą rodzinę (obecnie mieści się w nim Muzeum Kornela Makuszyńskiego). Wieczny odpoczynek znalazł pisarz na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem, gdzie leży spoczywają najpierwsi Jan Krzeptowski Sabała, Tytus Chałubiński, Stanisław Witkiewicz.
„Byli chłopcy, byli, ale się mineli,
I my się miniemé po malućkiej kwili”
                                                            

Sabała
Tekst ukazał się na blogu Czytam po polsku


sobota, 18 listopada 2017

Jadwiga Skirmunttówna, Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie



„Pani na Hruszowej” to opowieść o życiu Marii Rodziewiczówny, którą napisała tuż po jej śmierci jej wierna przyjaciółka Jadwiga Skirmunttówna, która była z nią aż do końca. Ta książka powstała w 1946 roku, a Rodziewiczówna zmarła w listopadzie 1944 roku, zaraz po powstaniu warszawskim. Można więc rzec, że była pisana na gorąco i całym sercem.  
Pochodząca z poleskiego majątku Mołodowo Skirmunttówna była młodsza od Rodziewiczówny o jedenaście lat. Poznała ją w dzieciństwie, kiedy sama miała lat osiem, a pisarka dziewiętnaście. Później zaprzyjaźniły się, w końcu zamieszkały razem. Mam jednak wrażenie, że Skirmunttówna do końca  życia spoglądała na swą przyjaciółkę oczyma dziecka, które chętnie i posłusznie wypełnia jej polecenia. A kiedy jej mentorka umiera, rozgląda się i zauważa, że straciło swoją życiową busolę.  
Jaki obraz Rodziewiczówny wyłania się z tej opowieści? 
Niestety, jeśli chodzi o postać autorki „Dewajtisa”, to jest to klasyczna laurka. I to grubo polana lukrem. Taka czytanka dla najbardziej zagorzałych zwolenników. I tylko tyle.
Autorka przypomina najważniejsze fakty z życia pisarki, a także przekazuje jej obraz jako żeńskiego odpowiednika „Pana Podstolego” z powieści Ignacego Krasickiego. Jest to postać do bólu bogobojna, pracowita, gospodarna, pomocna ludziom, dobra i hojna. Zgrzytałam zębami, kiedy to czytałam i robiło mi się mdło od tego nadmiaru lukru. 
Ale!
Najważniejsze jest to, co można wyczytać z tej opowieści między wierszami (a może nawet za plecami autorki, wbrew jej intencjom?).
Prócz rzewnej i lukrowanej biografii pisarki mamy tam również realistyczną opowieść o polskim dworze na kresach wschodnich. Dowiadujemy się, jak funkcjonował należący do Rodziewiczówny majątek w Hruszowej na Polesiu, jak był urządzony jej dwór z przyległościami, poznajemy służących tam pracowaników i tamtejsze zwierzęta domowe (w tym parę uroczych jamników i ich potomstwo). Poznajemy też Rodziewiczównę jako zarządzającą tym majątkiem w chwilach pokoju i w okresie wojen, a tych przetaczało się nad Hruszową kilka (I wojna światowa, wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku i II wojna światowa). Dwór w Hruszowej był jednym z nielicznych w okolicy, które nie ewakuowały się w 1915 roku, kiedy front rosyjski cofał się przed Niemcami. Zdarzenia z I wojny opisała Rodziewiczówna w powieści „Florian z Wielkiej Hłuszy”. 
Podczas lektury tej książki próbowałam zdrapywać ten cały lukier polany przez autorkę i zaglądać pod spód. Urzekły mnie widoczne pod nim biznesowe i organizacyjne zdolności Rodziewiczówny, które były chyba równie wielkie jak literackie. Nie dość, że zarządzała Hruszową (a było tam i gospodarstwo rolne, i zwierzęta gospodarskie, i gorzelnia, i pewnie coś tam jeszcze), to jeszcze pracowała jako intendentka szpitala prowadzonego w Warszawie w czasie I wojny przez stowarzyszenie ziemianek. Wyjaśniam, że intendentka to osoba dokonująca zakupów i załatwiająca tysiące spraw związanych z funkcjonowaniem szpitala. W warunkach wojennego niedoboru! Chylę głowę! Ja bym się nie podjęła…  A nie jestem przecież zupełnym ciapciakiem!
Jednocześnie z lekturą tej książki sięgnęłam po tekst samej Rodziewiczówny opowiadający o dramatycznych wydarzeniach 1915 roku. Była ich naocznym świadkiem, kiedy Rosjanie się cofali, Niemcy następowali, a carscy Kozacy gnali na wschód całe wysiedlane polskie wioski, które potem palili, żeby zostawić wrogowi tylko pustą ziemię. Jechała wtedy z Warszawy pociągiem do Brześcia, a stamtąd dalej konnym wozem do swojej Hruszowej. Leciała, by ją ratować, bo nie chciała by jej majątek, jej ludzie i zwierzęta zostali ewakuowani w głąb Rosji. By poszli na poniewierkę... Opisała swoją podróż, opisała tysiące bieżeńców, których widziała po drodze i potem w Hruszowej, kreśląc wręcz apokaliptyczny obraz wojennego końca świata, a potem ciszę i nadejście Niemców. 
I co? Okazuje się, że Rodziewiczówna to nie tylko słodka, bogobojna pisarka, ale przede wszystkim bystra obserwatorka, kreśląca niezapomniane opisy wojennego świata. Ostre, gorzkie, ironiczne i do bólu naturalistyczne. Jak ona opisała napaść Kozaków i ludu wiejskiego na swoją gorzelnię w Hruszowej! Słuchajcie, to trzeba przeczytać! 
Ten tekst znalazłam w pierwszym tomie „Antologii polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła, którą sobię właśnie wypożyczyłam z biblioteki. I jak na razie, a doszłam już do połowy tej grubej książki, jest to najlepszy reportaż, jaki tam przeczytałam. A obok Rodziewiczówny są tam przecież teksty tuzów reportażu.
I tak się zamyśliłam: a co by było, gdyby Rodziewiczówna nie musiała pisać dużo, szybko i przed wszystkim - dla kasy? A co by było, gdyby nie musiała produkować tych wszystkich powieści jedna za drugą, jedna za drugą? Co by napisała, gdyby miała taki komfort pisania jak na przykład hrabia Zygmunt Krasiński, który nie przepracował jednego dnia w swoim życiu i pisał co tylko mu do głowy przyszło? Rodziewiczówna nigdy nie mogła pozwolić sobie na taki luksus. Ona zarabiała pisaniem. A że miała łatwość pisania i dar narracyjny, więc tworzyła seryjnie te wszystkie swoje opowieści, które, i owszem, mają swoją wartość, dają się czytać także i dziś, ale nie jest to przecież WIELKA literatura. 
Mam poważne podejrzenia, co tam, jestem zupełnie pewna, że Rodziewiczówna z lepszym zapleczem finansowym stworzyłaby literaturę naprawdę wielką. Do tego ostrą i drapieżną. I nikt by jej nie zarzucał, że jest pisarką bogoojczyźnianą, że używała czarno-białych klisz, że to tylko dla kobiet i tak dalej. A to się słyszy tu i ówdzie od tych, którzy nie przegryźli się przez całą jej twórczość i niewiele wiedzą o Rodziewiczównie. Biję się w piersi, ja sama kiedyś tak o niej myślałam. Póki nie poznałam.   
Swój pazur i drapieżność pokazała Rodziewiczówna także w zbiorku opowiadań „Niedobitowski z granicznego bastionu”, w którym opisała trudną międzywojenną rzeczywistość, z jaką borykali się Polacy na kresach wschodnich w okresie międzywojennym. Nie było tam różowo, oj, nie! 
Odkładam książeczkę Skirmunttówny z poczuciem mocnego niedosytu i myślę sobie, że nie ma Rodziewiczówna szczęścia do biografów. Ukazały się bowiem trzy jej biografie, czyli ta, o której mówię, a poza tym Jana Głuszeni i Hieronima Tukalskiego-Nielubowicza. Żadna z nich nie jest biografią idealną, pełną i prawdziwą. 
Autorka „Czaharów” wciąż czeka na swojego biografa. Pisanie zaś o niej nie jest sprawą prostą, zaś tego, który się za to zabierze, spotkać może wiele krytycznych cięgów z różnych stron. Ale może warto pokazać prawdę?  
Acha, jeszcze coś na plus. Wydawnictwo MG wydało tę książkę tak, że udało mi się ją przeczytać w całości. Druk jest w porządku, interlinie także. Oko poradziło sobie z czytaniem. A więc można? 
No i okładka jest piękna, bardzo mi się podoba. 

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...