poniedziałek, 14 września 2020

Prawdziwa historia dziewczynki, która ocaliła żydowskie dziecko – recenzja książki ,,Zosia z Wołynia”

Czytając ,,Zosię z Wołynia” Mateusza Madejskiego, wydaje się niemożliwie, by wiedząc o TAKIEJ historii w swojej rodzinie, podjąć decyzję o konieczności poznania jej szczegółów dopiero po wielu latach. A jednak! Konia z rzędem temu, kto wnikliwie(j) przygląda się życiu swoich przodków – zwłaszcza tych żyjących, których nierzadko boimy się o zapytać o przeszłość, by nie wzbudzić w nich nadmiernego wzruszenia. Zupełnie tak, jakbyśmy zakładali, że nie są w stanie udźwignąć opowieści, którą noszą w sobie…



,,Zosia z Wołynia” to ujęta w formę reportażu opowieść o babci Mateusza Madejskiego, Zofii Hołub. Jej losy bardzo ściśle splatają się z najtragiczniejszą historią Polski. Tytułowa Zosia przebywa trudną drogę z Kresów na tereny zwane Ziemiami Odzyskanymi. Jako dziecko słyszy o ludobójstwach dokonywanych przez ukraińskie bandy UPA na Polakach zamieszkujących jej okolice, dom, w którym mieszka z rodziną zostaje dwukrotnie spalony przez grasujące po lasach grupy ukraińskich nacjonalistów; obserwuje, jak świat, który kochała rozpada się na drobne kawałki;  stara się przeżyć w wojennej rzeczywistości i wreszcie, układa sobie życie w powojennej Polsce.


Na szczególną uwagę zasługują fragmenty opowiadające o tym, jak życie głównej bohaterki krzyżuje się z losami małej żydowskiej dziewczynki. Ta historia jest tyleż wzruszająca, co przerażająca, bo dziewczynka, w chwili znalezienia jej przez Zosię Hołub, przypomina bardziej zwierzę aniżeli człowieka. Okazuje się, że dziecko przeleżało samotnie, w ciemnej komórce, bez dostępu do świeżego powietrza, dobrego jedzenia i uwagi drugiego człowieka… kilka miesięcy. Powody, dla których Inka – bo tak nazwano dziewczynkę – znalazła się w komórce i odpowiedź na pytanie, dlaczego jej ,,opiekunowie” dostarczali jej minimalnych zasobów pozwalających na egzystencję, wzbudzają niezrozumienie i oburzenie (mówiąc delikatnie). Mateusz Madejski poprosił o komentarz Stanisławę Roztropowicz, córkę kobiety, która ostatecznie przygarnęła odnalezioną dziewczynkę – pamiętajmy, że Zosia Hołub w chwili odnalezienia dziecka miała kilkanaście lat. Roztropowicz zapytana o zdanie na temat postępowania ,,opiekunów” Inki wyraźnie zaznacza, że jej matka nie miała litości w ocenie moralnej tych, którzy zamknęli dziecko na 5 miesięcy w odosobnieniu. Jednak pani Stanisława przyznaje, że jej osobiste poglądy znacznie różnią się od tych, wygłaszanych przez jej matkę. Jak to zrozumieć? Jak rozsądzić? Dlaczego myślimy, że mamy taki obowiązek…? Stanisława Roztropowicz twierdzi, że krótko po tym, jak Inka znalazła się w jej rodzinie, o tym fakcie dowiedziała się cala okoliczna społeczność – mimo wszystko nikt nie doniósł Niemcom – kwituje.

Z książki Mateusza Madejskiego jasno wynika, że oceniając społeczeństwo w kontekście pomocy Żydom powinniśmy rozpatrywać indywidualne przypadki, a nie skłaniać się ku wydawaniu pochopnych sądów i generalizacji zjawiska.

W ,,Zosi z Wołynia” ujawnia się niefrasobliwy stosunek władz żydowskiego sierocińca, do którego została oddana odnaleziona przez Zosię dziewczynka. Skutkiem niedostatecznej uwagi, opieszałości albo ignorancji rodzina Roztropowiczów (oraz główna bohaterka książki Madejskiego) na wiele lat straciła dostęp do jakichkolwiek informacji dotyczących życia ocalonego przez nich dziecka.  Jak skończyła (albo zaczęła się) ta historia? Zainteresowanych odsyłam do książki.

Lektura ,,Zosi z Wołynia” jest ważna z jeszcze jednego względu – dostajemy tam historie kilku kobiet – bardzo różnych – których losy są ze sobą powiązane i połączone tragicznymi wydarzeniami XX wieku. Każda z nich w jakimś stopniu przechodzi szlak cierpienia, do przejścia którego zostało zmuszone tamto pokolenie Polaków.wpodworku.pl/wp-content/uploads/2017/07/Czere%C...Książka Nad Zbruczem - Ceny i opinie - Ceneo.pl

Po lekturze książki Madejskiego utwierdziłam się w przekonaniu, że zastosowana przez niego forma opowiadania o Kresach wyczerpała się. Czytając wspomnienia i analizując relacje ludzi, którzy żyli na Kresach i doświadczyli ich historii, musimy mieć na uwadze powtarzalność doświadczeń. Ale! Powtarzalność doświadczeń nie musiałaby iść w parze z wtórnością obrazów. Marzę zatem nieśmiało o książkach, które w swojej formie dorównają ,,Nad Zbruczem” Wiesława Helaka i ,,Czereśnie będą dziczeć” Marioli Kruszewskiej. Przecież cały świat literaturą opowiada o miłości i raczej małe szanse, byśmy kiedykolwiek wyczerpali ten temat, mimo że miłość, gdyby chcieć ją sprowadzić do kwestii empirycznych, to mieszanka emocji i chemii. Dlaczego zatem w polskiej literaturze wciąż tak dużo powieści o Kresach, które właściwie niewiele przydają naszej wrażliwości – no, chyba że mocno szokują, ale i na szok czytelnik się uodparnia. Czy w ,,Zosi z Wołynia” znajdziemy opowieść o Kresach? To zależy, ile o nich wiemy i czego od tej opowieści oczekujemy. Ale pani Zosia to zdecydowanie skradła moje serce!

5/10

Agnieszka Winiarska

__________

czwartek, 6 sierpnia 2020

Tryumf powściągliwości. Recenzja powieści Tomasza Wandzela ,,Chłopiec z Kresów”

To moje kolejne spotkanie z literaturą opowiadającą o Kresach II Rzeczpospolitej. W ostatnich latach w polskiej beletrystyce jest to temat mocno eksploatowany. Najczęściej powodem tej eksploatacji jest sentyment, jakim część Polaków darzy kresową przestrzeń. Sentyment jednak nie jest równoznaczny z wiedzą na ów temat. Fascynacja Kresami musi być podparta znajomością tego świata i jego obyczajów. Współczesna literatura porzuca  także obraz bohatera kresowego – człowieka posiadającego szczególne cechy charakteru, patrioty, Polaka, na rzecz uniwersalizacji postaci. Czy słusznie?  Najważniejsze pytanie brzmi jednak – jak na tle literackiej tradycji prezentuje się najnowsza książka Tomasza Wandzela ,,Chłopiec z Kresów” ?chłopiec z kresow nowa 500

Z tego, co zdarzyłam się zorientować, Wandzel nie pierwszy raz inspiruje się prawdziwymi wydarzeniami. W ,,Chłopcu z Kresów” idzie o krok dalej i we wstępie wyraźnie zaznacza, że historię tę niejako ,,ofiarował mu” brat głównego bohatera – tytułowego Chłopca. Pisarz przyjmuje więc rolę ,,pokornego” opowiadającego o wydarzeniach, które zdarzyły się naprawdę. I robi to całkiem nieźle – jego narracja jest wyważona, pisarz nie szarżuje emocjami, nie sili się na patetyczność czy tkliwość. Z pewna dozą powściągliwości snuje historię małego Henryka, który zgubił się swoim rodzicom na…kilkadziesiąt lat!

W jednym z wywiadów Tomasz Wandzel powiedział, że ważniejsza od miejsca akcji jest dla niego fabuła książki. I tak też realizuje swój pomysł na tę opowieść. Siedemdziesiąt lat tułaczki małego dziecka to bez mała materiał na całą serię wydawniczą, której trochę brakuje w polskiej literaturze.  Tymczasem w powieści Wandzela niemal błyskawicznie przemieszczamy się z bohaterem zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Życzyłabym sobie więcej przystanków w tej szalonej i ciekawej podróży. Uleganie trendom narracyjnym, w których to dominantą są krótkie zdania, a obrazy z życia bohatera ujęte zostają w formę literackiej ,,stop-klatki”, czy wreszcie zbyt drastyczne przeskoki w czasie akcji, powodują tylko, że czytelnik nie ma szansy na identyfikację z postacią.

Autor książki, Tomasz Wandzel. Źródło: Niebywałe Suwałki

Autor zdecydował się poświęcić najwięcej czasu na opowieść o dzieciństwie Henryka i był to trafny wybór, bo ta część jest najciekawsza – wiedząc o korzeniach bohatera, świecie, z którego wyrastał, możemy snuć przypuszczenia na temat jego wyborów. Przyznam szczerze, że do lektury powieści zasiadłam z pewnym założeniem, co do postaci Chłopca, ale przeżyłam ogromne rozczarowanie – spodziewałam się, że Henryk będzie wykazywał pewne cechy zdeterminowane przez wychowanie na Kresach. Tymczasem chwilami miałam wrażenie, że chłopiec swoim zachowaniem zaprzecza wszystkiemu, czego doświadczył w domu i co zostało mu wpojone przez matkę. Mało tego – w chwili, gdy miał możliwość powrotu do rodziny, nie skorzystał z niej. Zastanawiające jest to, że małe dziecko decyduje się (z obawy przed domniemaną karą, jaka czeka na niego od rodziców), pozostać przy obcych ludziach – niemieckich żołnierzach. Naprawdę strach jest mocniejszy niż tęsknota? Trudno mi sobie to wyobrazić. Być może patrzę na tę kwestię przez pryzmat swojego dorosłego serca, które chyba łatwiej komunikuje się z rozumem, niż miało to miejsce w dzieciństwie. Bo czy można obwiniać dziecko o źle podjęte decyzje, które – jak się okazuje – zmieniły jego życie na zawsze? A może literatura utrwaliła już jakiś mit dziecka, które absolutnie zawsze pochłonięte jest tęsknotą za rodzicami, a tymczasem rzeczywistość kolejny raz wyprzedziła fikcję?  Ostatecznie bohater postanawia odnaleźć swoich rodziców nie tyle z potrzeby serca – ale w wyniku ciekawości, sentymentu – dopiero, gdy jest dojrzałym człowiekiem, który niewiele pamięta z dzieciństwa.

W książce czytelnik znajdzie mnóstwo pretekstów do refleksji – nierzadko wzbudzają skrajne emocje. Z drugiej strony stajemy przed dylematem – gdyby opisane wydarzenia były jedynie wytworem wyobraźni autora moglibyśmy – ja bym mogła – zakwestionować ich emocjonalną autentyczność (takie rzeczy się nie zdarzają!). Wiedząc jedna

k, że opisywana historia zdarzyła się naprawdę, wielu czytelników będzie poruszonych. Autorka tej recenzji jest pełna determinacji, by dowiedzieć się, gdzie leży prawda o małym Henryczku. To chyba jest najważniejszy dylemat podczas lektury ,,Chłopca z Kresów ” – określenie momentu, gdy fikcja zamienia się w prawdę i odwrotnie – uchwycenie chwili, gdy prawda przechodzi w fikcję.

Zastanawia mnie nieco powierzchowność narracji Tomasza Wandzela. Nie wiem jeszcze, czy jest to styl autora, niedoskonałości warsztatowe, nieznajomość realiów kresowych, czy po prostu – tak miało być. Zabrakło mi wgryzania się w świat, o którym jest mowa. W moim przekonaniu nie do końca chodzi o to, by powiedzieć dużo i szybko. Trzeba zerwać z takim modelem budowania fabuły! Życzyłabym sobie, żeby autor na dłużej zatrzymał mnie w tej niesamowitej historii, o której nie sposób zapomnieć. Takie życzenie może być jednocześnie wyrazem tego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i czytelnicy domagają się od Tomasza Wandzela więcej – bo warto się domagać, czuję to!

Agnieszka Winiarska

6/10


Recenzja ukazała się na łamach portalu https://kulturanacodzien.pl/

wtorek, 7 lipca 2020

By wszystko się zgadzało... Wywiad z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm



Serdecznie zapraszamy do lektury wywiadu z Aleksandrą Ziółkowską-Boehm na stronie Granice.pl! TUTAJ


Aleksandra Ziółkowska-Boehm – doktor nauk humanistycznych UW, stypendystka m.in. Fundacji Kościuszkowskiej i Fundacji Fulbrighta, właścicielka archiwum Melchiora Wańkowicza, który zadedykował jej ostatnią książkę Karafka La Fontaine’a. Ma w dorobku kilka publikacji na temat jego życia i twórczości (w 2019 roku w PIW ukazało się Wokół Wańkowicza). Autorka ponad dwudziestu poczytnych książek, m.in. poświęconych postaciom z najnowszej historii Polski, w tym: Dwór w Kraśnicy i Hubalowy DemonKaja od Radosława, czyli historia Hubalowego krzyża (nagroda londyńskiego Związku Pisarzy na Obczyźnie), Lepszy dzień nie przyszedł już (wątki kresowe), Polakom żyjącym na obczyźnie: Kanada, Kanada..., Senator Haidasz, Amerykanie z wyboru, Korzenie są polskie, autobiograficznych: Nie minęło nic, prócz lat (z Szymonem Kobylińskim) i Ulica Żółwiego Strumienia, a także książek poświęconych: Indianom (Otwarta rana Ameryki), Ingrid Bergman (Ingrid Bergman prywatnie) oraz... kotom (Podróże z moją kotką). Ponad dziesięć jej książek ukazało się w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych. W 2001 roku otrzymała Złoty Exlibris Książnicy Pomorskiej, w 2006 roku ‒ amerykańską doroczną nagrodę stanu Delaware w dziedzinie literatury faktu (creative non-fiction), w 2019 roku ‒ nagrodę Instytutu Pamięci Narodowej „Świadek Historii”. Mieszka na stałe w Wilmington, w stanie Delaware. Tegoroczna laureatka konkursu "Wybitny Polak w USA" w kategorii "kultura".


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...