wtorek, 22 stycznia 2019

Współczesna beletrystyka popularna i Kresy. Oczekiwania a rzeczywistość





Niezwykle frustrujące jest, gdy talent autora nie nadąża za rzeczywistością, którą opisuje. Nie ma chyba nic gorszego niż wspaniały pomysł na książkę i bardzo kiepska jego realizacja. Niestety, na polskim (i nie tylko) rynku wydawniczym można natknąć się na powieści, które cieszą się uwagą czytelników, podobno opowiadają o Kresach, a tak naprawdę mocno niedomagają zarówno pod względem merytorycznym, przez co w moim przekonaniu wyrządzają wiele krzywdy tym, dla których Kresy są ważne; jak i warsztatowym, co mnie szczególnie boli i uwiera. Do czego zatem twórcom takich powieści, które umownie nazywam beletrystyka popularną, potrzebne są Kresy oraz  czy naprawdę trzeba nam fundować narrację rodem z seriali -  bez refleksji, byle prędko, byle więcej i ciekawiej? Nie od dziś wiadomo, że gusty się zmieniają i, co wspaniałe, można je kształtować, zmieniać i naprawiać. Dlaczego niektórzy piszący nie korzystają z tego dobrodziejstwa i skupiają się tylko na zaspokajaniu potrzeby rozrywki. Brak talentu? Własna niedojrzałość? A w tym wszystkim niesamowita przestrzeń Wołynia, Podola, Galicji Wschodniej...Trzeba być bardzo ostrożnym w doborze lektury.

Tym razem przyjrzę się dla Państwa kilku współczesnym powieściom, których fabuła, albo znaczna jej część, została osadzona na Kresach. Dla twórcy jest to połączenie tyle kuszące, co raczej wymagające wrażliwości historycznej, wiedzy i rzetelności. Komu się udało? Która z powieści zasługuje na uwagę, a którą radzę Państwu omijać szerokim łukiem? Zapraszam do zestawienia.

,,Odchodzić” Agnieszka Moniak-Azzopardi, wyd. Novae Res, 2017


W tej książce brakuje emocji. Jak podkreśla sama autorka, ,,Odchodzić” jest oparta na autentycznych wydarzeniach
i opowiada historię konkretnych osób. Skoro tak, nie bardzo rozumiem dlaczego zostali w niej pominięci właśnie najważniejsi - bohaterowie. Narracja biegnie niejako obok człowieka, przez co właściwie bardzo trudno utożsamić się z jakąkolwiek postacią – ot, splot wydarzeń, faktów, ludzkich tragedii, które są tragediami bo tak właśnie mamy myśleć
(i oczywiście wiemy to sami. Dlatego też trudno o jakąkolwiek empatię wobec ludzi, o których pisze Moniak-Azzopardi -  wszystko jest tak bardzo powierzchowne, także sposób prowadzenia narracji, obrazy klatka po klatce, bez ciągłości przyczynowo-emocjonalnej. Nie ułatwia to zaangażowania.  Szkoda… wielka szkoda, że opowieść o ludziach, którzy doświadczyli wypędzenia z własnego domu a później poniewierki po nieznanym, obcym świecie, tak mocno nie nadąża w opisie doświadczeń i emocji człowieka. Gdzieś między poszczególnymi klatkami pojawiają się Kresy. Dowiadujemy się, że bohaterka za nimi tęskni, ale czy tęskni naprawdę? W ogóle nie można tego wywnioskować po lekturze. Czy warto było zaoszczędzić czytelnikowi smutku, niepewności
i strachu, którego  doświadczyli bohaterowie? Zdecydowanie nie. Po co?


 ,,Wspomnienia w kolorze sepii” Anna J. Szepielak, wyd. Nasza Księgarnia, 2014

Miałam z tą książką spory problem – jej lektura dostarcza wiele przyjemności ale jednocześnie przynosi niemałe rozczarowanie. Akcja podzielona jest na dwie części. Ta dominująca przedstawia historię Joanny, która wskutek zbiegu okoliczności podejmuje decyzję o stworzeniu drzewa genealogicznego  swojej rodziny. Okazuje się, że kluczem do rozwiązania wielu zagadek i poukładania rozsypanych elementów historii była jej nieżyjąca już babcia Danusia. Niestety, nikt nie potrafi wiele powiedzieć o jej życiu. Dziewczyna i znaczna część jej rodziny przez wiele lat żyli bez świadomości swego pochodzenia. Z  powieści Szepielak płynie do czytelnika gorzka refleksja o ludziach, którzy rezygnują ze swojej przeszłości i żyją tym, co tu i teraz. Zupełnie jakby mogli wzrastać bez korzeni. A przecież to niemożliwe...

W drugiej części książki poznajemy historię przodków Joanny. Opis burzliwych losów Polaków, którzy obserwują zagładę ukochanego Lwowa, w czasie bolszewickiej okupacji miasta zostają zmuszeni zgłosić się na wyjazd do Rzeszy a później wracają do zniszczonej ojczyzny, to zdecydowanie najlepiej napisane fragmenty powieści.  Widać, że autorka włożyła w nie wiele serca, sięgnęła do źródeł, oddała klimat przedwojennego Lwowa, atmosferę strachu i niepewności pierwszych dni zagłady, później zaś, na czym książka zdecydowanie zyskuje,  skupiła się przeżyciach swoich bohaterów. Dzięki temu jej powieść jest wciągająca, nie można przyczepić się do języka, nie ma w niej banalności i mocno rażących schematów narracyjno-fabularnych. Pytanie, skąd ten rozdźwięk między całkiem udaną lwowską częścią a zupełnie poprawną, chwilami nudna wręcz, opowieścią o współczesnych ludziach? Proszę przeczytać, chętnie zapoznam się z Państwa zdaniem.

,,Pora westchnień, pora burz” Magdalena Kawka, wyd. Zysk i S-k, 2016

Proszę Państwa to jest naprawdę dobra książka! Jest w niej wszystko, czego poszukuję w tego typu literaturze – dynamiczna akcja, umiejętnie prowadzona narracja, która zatrzymuje się w budujących przedstawiany świat momentach oraz sporo bohaterów, których można prawdziwie polubić. Pierwsza część ,,Pory westchnień…” opowiada o Lwowie w przededniu katastrofy II wojny światowej. Obraz miasta jest nieco schematyczny, ale jednocześnie autorka nie bała się pokazać różnorakich konfliktów, czy to na tle kulturowym, czy narodowościowym czy, najzwyczajniej, jak to w życiu, tych międzyludzkich, które targają Lwowem. Dzięki temu czytelnik  nieco pełniej zanurza się w klimacie miasta, razem z postaciami wędrować po kawiarniach, brukowanych ulicach, jest sielsko, ale nie anielsko. Autorka ,,Pory westchnień…” kreśli obraz świata przed burzą – doskonale wiemy, jaki będzie dalszy ciąg tej historii, przez to wzmaga się poczucie  kruchości przestrzeni, którą już zdążyliśmy pokochać. Druga część powieści opowiada o  nadciągającej katastrofie - gehennie miasta i jego mieszkańców. Według mnie najważniejszym obrazem jest tutaj ukazanie zderzenia cywilizacji z barbarzyństwem wojny. Szok i niedowierzanie bohaterów, że oto rozpada się nie tylko ich świat, lecz przede wszystkim system wartości moralnych, które powinny być stałe, niezmienne, niepodważalne stanowi fabularny i emocjonalny trzon tej części.
,,Pora westchnień, pora burz" została skonstruowana z dwóch obrazów - zachwycającego swą różnorodnością miasta i skomplikowanych postaci. Czasami można zapomnieć, czy to bohaterowie oprowadzają nam po swoim świecie, czy to my obserwujemy ich zmagania z tą ciszą, która nad nimi zawisła. Z ciszą przed burzą.
Z niecierpliwością czekam na drugi ton.

***
Muszę przyznać, że sporządzenie dla Państwa tego rankingu zajęło mi sporo czasu. Co prawda zapoznałam się z wieloma książkami z działu ,,literatura popularna", które opowiadają o Kresach, ale tutaj o nich nie przeczytacie. Dlaczego? Ponieważ nie zawsze były warte poświęconego im czasu. Niektóre tylko przekartkowałam, inne pokazały mi, co znaczy dobry marketing - po prostu, dałam się nabrać na szumne zapowiedzi i niezłe recenzje. 
Po doświadczeniu, jakim było zderzenie z literaturą popularną, mam dla Państwa jedną radę - ufajcie swojej intuicji. Porzućcie lekturę tych książek, które was nużą , uwierają waszą wrażliwość czy poczucie estetyki. Zapewniam, że są takie utwory, dla których warto zarwać noc! O takich napiszę już wkrótce...



Agnieszka Winiarska

sobota, 8 grudnia 2018

Henryk Rzewuski, „Pamiątki Soplicy”, czyli kwintesencja kresowego sarmatyzmu





„Pamiątki Soplicy” Henryka Rzewuskiego to tekst dzisiaj już zapomniany, a przecież bez niego – a raczej bez opowieści pana hrabiego Rzewuskiego snutych na Krymie i w Rzymie – nie byłoby „Pana Tadeusza”, najważniejszego chyba tekstu w naszej literaturze. Bo tych opowieści właśnie słuchał bezpośrednio od niego nie byle kto, a sam Adam Mickiewicz. One to właśnie zainspirowały poetę do stworzenia barwnego, niezapomnianego świata szlacheckiego, jaki jest w najpiękniejszym polskim poemacie. 

Wieść niesie, że opowieści hrabiego Henryka najpierw zaistniały w postaci ustnej. Podobno Mickiewicz siedział, słuchał w milczeniu tego, co opowiadał mu Rzewuski i w końcu powiedział: „słuchaj, spisz to wszystko”.
– Ale jak to spisać? – odparł Rzewuski.
– Zwyczajnie, tak jak mówisz – odpowiedział wieszcz. 
Tako rzecze historia literatury. Podobno ta właśnie rzymska rozmowa Rzewuskiego z Mickiewiczem legła u początków nowego gatunku literackiego, czyli gawędy szlacheckiej, występującej tylko w literaturze polskiej.

Bo kultura szlachecka była gadana, a nie pisana. Szlachcic polski mało pisał i właściwie w ogóle nie czytał. Za to pilnie słuchał, co opowiadają inni. Sam też często i z dużą wprawą zabierał głos. Był zresztą do tego przygotowany, bo właśnie ustnych wystąpień publicznych uczono go w szkołach. 

I tak też napisana została ta książka. Jej narracja jest typowa dla gawędy. I przez to właśnie jest dość trudna w odbiorze. Co tu dużo gadać! To się po prostu ciężko czyta! Podchodziłam do tej książki kilkadziesiąt lat, kupiłam ją sobie jakoś tak zaraz po maturze i nie zmogłam. Potem próbowałam to czytać na studiach, bo była na liście lektur z romantyzmu i też nie dałam rady. Korzystałam z niej parę lat temu podczas pisania mojej książki o duchach na kresach (opisując m. in. kresowego warchoła i hulakę, pana Wołodkowicza, którego duch do tej pory jakoby straszy w Mińsku, a także słynnego kaznodzieję z okresu konfederacji barskiej i cudotwórcę kresowego, księdza Marka Jandołowskiego), ale też wtedy jakoś nie udało mi się przeczytać całości, przestudiowałam tylko potrzebne mi fragmenty.

I dopiero teraz, jakoś tak mnie naszła ochota na tekst Rzewuskiego. Podeszłam do niego jednak zupełnie inaczej. Wzięłam się na sposób. Po prostu czytałam sobie to na głos. I chwyciło! W tej postaci gawęda szlachecka zyskała pewien rytm i styl, niezwykle potoczysty i barwny. Dość długo to trwało takie czytanie po cichu, a raczej mruczenie, ale było warto. Jakiż to piękny tekst! Seweryn Soplica (nie mylić z Jackiem Soplicą!) snuje swoje opowieści jedna za drugą, przypominając dawny, miniony świat naszych szlacheckich przodków. 

Piszę naszych, bowiem jednym z bohaterów przypomnianych przez Soplicę jest rotmistrz zakroczymski Walenty Łukawski, konfederat barski (w powstaniu miał tytuł pułkownika), który dla ratowania Ojczyzny poświęcił się i wraz z dwoma towarzyszami zadeklarował, że porwie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który był w tamtym czasie na pasku carycy Katarzyny II. Plan brawurowego porwania władcy z Warszawy zaakceptował przywódca konfederacji barskiej Kazimierz Pułaski. Konfederaci nie chcieli jednak króla zabijać, tak jak rewolucjoniści francuscy nieco później. Zamierzali tylko zdjąć go z tronu i zastąpić władcą, który – jako polski patriota – będzie służył Ojczyźnie, a nie Rosji. Król Staś był dla nich bowiem nie pomazańcem bożym, ale rosyjską marionetką. 

Tak wyglądało to porwanie króla Stasia:




Niestety, marnie wyszła konfederatom ta akcja, bo jeden z nich (Jan Kuźma) zdradził swoich kolegów i przeszedł na stronę króla, a może od początku był królewskim zausznikiem w szeregach konfederatów? Strawińskiemu udało się uciec, zaś Łukawski został złapany w Warszawie i skazany na karę śmierci. Ścięto go publicznie, a ciało poćwiartowano. Jego żona Marianna, którą zmuszono od oglądania egzekucji męża, zmarła z przestrachu nieco później. 

Odkąd poznałam tę smutną historię, to czuję wielką sympatię do dzielnych konfederatów barskich i ogromną niechęć do ostatniego króla Polski, który na tronie znalazł się tylko dlatego, że kiedyś tam posunął Katarzynę II. Sprzedawczyk i tyle! 

Strasznie smutna jest ta historia z tym rotmistrzem Łukawskim, ale może to jakiś mój przodek? Wszakże po ojcu nazywam się Łukawska! Zakroczym, skąd pochodził Walenty, to przecież Mazowsze, a moi przodkowie ze strony ojca ze szlachty mazowieckiej pochodzą. Tyle wiem. Takiej szlachty biedniejszej, jak Rzędzian z „Ogniem i mieczem”, co to zawsze podkreślał: „jam szlachcic, choć ubogi”. Muszę zająć się prześledzeniem linii moich przodków ze strony ojca. Może natrafię na Walentego? Podobno miał jakiegoś syna, więc wszystko jest możliwe. Chętnie zaadoptuję takiego dzielnego rotmistrza na swego pradziadka!

W każdym razie, czytając u Rzewuskiego o tych wszystkich sarmackich warchołach i rębajłach miałam wrażenie, że czytam o swoich własnych przodkach, że w ich żyłach i w moich płynie ta sama krew. Łączy mnie z nimi nie tylko to samo nazwisko, ale także charakter i temperament. 

Oprócz historii konfederatów barskich mamy w tej książce cudowne opowieści o księciu Karolu Radziwille „Panie Kochanku”:




Moja ulubiona historia jest o tym, jak w klasztorze bernardyńskim w Nowogródku zjechali się na sejmik ludzie księcia, zajmując celę gwardiana. W jednej celi spali wówczas pokotem na podłodze wysłanej słomą: książę Karol, Michał Rejten (krewny „tego Rejtana”), szatny Burgielski, Seweryn Soplica, egzorcysta zakonny, ojciec Idzioraz suka Nepta, ulubiona wyżlica księcia Karola. Reszta szlachty spała na dziedzińcu klasztornym.

No i w tej celi pod wieczór, zaraz po pacierzach książę Radziwiłł mówi:
- Ojcze Idzi, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
- Na wieki wieków! Co książę pan rozkaże?
- Czy nie słyszy wasze, jak moja Nepta warczy? Zapewne nieboszczyk Wołodkowicz mnie nawiedza. 
I dalej snuje się dygresja o tym, jak to pan Wołodkowicz w młodości był wielkim przyjacielem księcia pana i jak Wołodkowicza w Mińsku w trybunale niesłusznie na śmierć skazali. 

Wspaniałe są też opowieści o trybunale lubelskim i dzielnym małym rycerzu z Litwy, który tak wspaniale umiał szablą robić, że wszystkich koroniarzy zwyciężał (Henryk Sienkiewicz musiał się chyba zainspirować tym opowiadaniem, stwarzając postać swego małego rycerza, czyli Michała Wołodyjowskiego), o wędrówce paru szlachciców do Siczy Zaporoskiej (znowu widać tu, czym się zachwycił Henryk Sienkiewicz i co wykorzystał w „Ogniem i mieczem”), o wielkim polskim patriocie Tadeuszu Rejtanie, który najpierw próbował powstrzymać sejm rozbiorowy w Grodnie, a kiedy to się nie udało, oszalał po Ojczyzny stracie, w końcu zadając sobie śmierć za pomocą szkła potłuczonego. 




Ach, gdzie ten świat! Gdzie taka szlachta! 

Zostaliśmy tylko my, jej potomkowie. W XVIII wiecznej Polsce było jej bardzo dużo, przecież około 10-15 procent ludności stanowiła wówczas szlachta, i to herbowa. Dla porównania – w tym samym czasie na zachodzie Europy w takich krajach jak Francja, Anglia czy Niemcy szlachta stanowiła zaledwie około 2 procent ludności. To bardzo mało. A u nas – voila! Przynajmniej co dziesiąty Polak był szlachcicem! Dlatego tak bardzo mogła rozwinąć się złota wolność szlachecka i wszelkie przywileje. Co się stało z tymi ludźmi? Gdzie są ich potomkowie? Część na pewno poginęła w powstaniach w XIX wieku, część wymordowali w XX wieku Sowieci i Niemcy… Ale może część została? 

Jeśli czujesz w sobie szlacheckiego ducha, jeśli Twoje nazwisko kończy się na „ski” lub „cki”, jeśli w Twojej rodzinie krążą jakieś herbowe legendy lub przekazy o dawnej świetności – poczytaj sobie Rzewuskiego! 

Najlepiej na głos! 

Znajdziesz tam obraz Twoich przodków. Ale jeśli nawet Twoi przodkowie byli tylko chłopami czy mieszczanami, to i tak każdy prawdziwy Polak-katolik, Polak-patriota przyjmuje tamtą sarmacką tradycję za swoją własną i tylko do niej się odwołuje. 

Innej tradycji przecież nie mamy! 

Dlatego trzeba pokochać tych naszych pradziadów warchołów i rębajłów. 

Innego wyjścia nie mamy!

Bo przecież... 

My z nich wszyscy!

Alicja Łukawska

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko



sobota, 17 listopada 2018

Elżbieta z Zaleskich Dorożyńska, Na ostatniej placówce. Dziennik z życia wsi podolskiej w latach 1917-1921




W końcu udało mi się przeczytać trzecią ze słynnych kresowych książek wspominkowych z okresu rewolucji październikowej. Po „Pożodze” Zofii Kossak-Szczuckiej i „Burzy od wschodu” Marii Dunin-Kozickiej przyszła pora na dziennik Elżbiety z Zaleskich Dorożyńskiej. To kolejna wspaniała publikacja wydana przez LTW. 
Ależ to mocna książka! Musiałam czytać ją partiami, po małym kawałeczku, bo nie mogłam przyswajać na raz zbyt wiele tych wszystkich smutków, nieszczęść i rozterek dnia codziennego w straszliwej epoce rewolucji bolszewickiej i wojen na Ukrainie. 
 „Na ostatniej placówce” to dziennik panny Elżbiety Zaleskiej z okresu 1917-1921. Zaczęła go pisać w niespokojnym czasie, kiedy przez Ukrainę przewalała się fala bolszewickich pogromów, dwory i pałace były palone i rabowane, a polscy ziemianie w obawie o własne życie masowo porzucali swoje domy na wsiach i uciekali do miast. A ona jednak została w swoim domu w Halżbijówce (inaczej Halżbejówka, obecnie Galżbijewka -Гальжби́евка, wieś na Podolu, Rejon Jampolski, Obwód Winnicki na Ukrainie), nie bacząc na to, że właśnie niedawno został spustoszony dwór jej rodziców w pobliskiej Gruszce i że każdego dnia grozi jej okrutna śmierć. 
Zaczęła zapisywać różne codzienne wydarzenia, by nie zwariować w obliczu tego, co się wokół działo na Ukrainie i nie popaść w niepamięć z powodu własnego szaleństwa. Za wszelką cenę chciała uchronić te zapiski. Część z nich udało się jej wywieźć do Polski w 1919 roku, kiedy była z wizytą w Warszawie, resztę uchroniła przed konfiskatą przez bolszewików, chowając ją gdzie się dało, nawet do dziupli drzewa w sadzie koło domu. Z narażeniem życia przywiozła swoje notaki do Polski w 1921 roku. Jej książka została wydana po raz pierwszy w okresie międzywojennym. W PRL-u była zakazana, bowiem cenzura nie pozwała wtedy drukować takich książek. Została przypomniana dopiero po 1989 roku. 
Panna Lila Zaleska została w swym dworze w Halżbijówce zupełnie sama. Matka zmarła już dawno, stary ojciec, którym się opiekowała, był już chory i niedołężny. Brat uciekł za granicę do polskiego wojska. Z początku był z nią polski zarządca, który mógłby stanowić jakieś wsparcie w ciężkich czasach, ale ten na samym początku popełnił samobójstwo z rozpaczy. Przez jakiś czas mieszkała z nią kilkunastoletnia Hanka, siostrzenica czy też może bratanica, jednak później wyjechała do rodziców do Polski. Mimo to, panna Zaleska jakoś sobie radziła. Przez cały ten czas, kiedy przez Ukrainę przetaczały się najróżniejsze wojska (Rosjanie Czerwoni i Rosjanie Biali, Ukraińcy od Petlury, bolszewicy, a także różne wędrowne bandy spod znaku Nestora Machno i Bóg wie, kto jeszcze) ta dzielna kobieta trwała w swoim dworze i starała się żyć w miarę normalnie. Jej dom był dosłownie ostatnią polską placówką w całej okolicy. Nie spalono go, nie obrabowano, jej nie zabito, ba, nawet Czerezwyczajka ją oszczędzała. Jakim cudem wręcz przetrwała? 
 

Ano dlatego, że panna Zaleska już kilkanaście lat wcześniej ukończyła w Krakowie kursy sanitarno-medyczne, dzięki czemu jeszcze przed I wojną światową była znana w całej okolicy jako siostra miłosierdzia, a może raczej lekarka dla biednych, których leczyła zupełnie za darmo. W burzliwym czasie wojen i rewolucji nadal zajmowała się działalnością medyczną, praktykowała jako pielęgniarka, z czasem zaczęto ją nawet tytułować „doktorsza”. Zorganizowała szpital dla potrzebujących, a potem – jako działaczka Polskiej Macierzy Szkolnej – założyła w swym pałacu polską szkołę dla dzieci okolicznych chłopów. Organizowała też inne szkoły w okolicy. Znana była ze swej dobroci i wyrozumiałości dla Ukraińców, dzięki czemu oni  w tym najgorszym czasie też ją chronili i zostawiali w spokoju.
Zapiski panny Zaleskiej są porażające. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu ta dzielna kobieta boryka się z takimi przeciwnościami losu, że włos się na głowie jeży podczas czytania. Nieustanne pochody wojska, rekwizycje, rewizje, a do tego głód, chłód, nędza, choroby (przeżyła tyfus) i koszmarne braki w zaopatrzeniu. Brakował tam wszystkiego: jedzenia, odzieży, lekarstw, a nawet zwykłego mydła. Poza tym, żadnych wiadomości ze świata. Ona tam siedziała w tym swoim majątku na Podolu i nic nie wiedziała, co się dzieje w Polsce, która wtedy była za kordonem. Nie działała poczta, nie było żadnych gazet, krążyły tylko mniej lub bardziej fantastyczne plotki.
W tej sytuacji, kiedy nie miała pojęcia, co się dzieje na świecie, ogromnym zaskoczeniem dla niej było to, jak w lutym 1918 roku na progu jej domu pojawił się jakiś mężczyzna w mundurze, brudny i zarośnięty.
– Dzień dobry, jestem Malinowski, pani mnie nie poznaje? – powiedział zaskoczonej kobiecie.
- No, tak Malinowski – przypomniała sobie - jej tancerz sprzed paru lat z balu w Krakowie!
Malinowski nie był sam. Razem z nim zjawił się w Halżbijówce oddział polskiego wojska z generałem Józefem Hallerem na czele. Była to II Brygada Legionów! Żołnierze właśnie uciekli od Austriaków, którym wypowiedzieli posłuszeństwo i przeszli front w okolicy Rarańczy, dążąc do połączenia się z polskimi siłami wojskowymi w Rosji. Po drugiej stronie frontu znaleźli nocleg we wsi Gruszka w ukraińskich chatach. A tam na ścianach jako ozdoby wisiały zrabowane ze dworu Zaleskich pocztówki adresowane do panny Lili Zaleskiej. Malinowski zobaczył je i pomyślał sobie, że to chyba jego znajoma z Krakowa, więc pojechał ją odszukać. Po prostu filmowa scena!
Takich przygód miała panna Zaleska jeszcze więcej, trudno je wszystkie przytaczać, trzeba to po prostu przeczytać. 
O samej autorce znalazłam niewiele wiadomości. W Wikipedii nie ma nawet hasła jej poświęconego. W samej książce nie ma żadnych ilustracji, nie wiemy więc, jak wygladała ona sama i jej dwór w Halżbijówce. Z notki z tyłu książki dowiedzieć się można, że była córką Zygmunta i Marii z Czajkowskich herbu Jastrzębiec. W 1921 roku we Lwowie poślubiła swego kuzyna Franciszka Dorożyńskiego i osiadła w Krzemieńcu. W czasie II wojny należała do ZWZ AK, za co została aresztowana przez Niemców w drugiej połowie 1942 roku i stracona w styczniu 1943 roku w masowej egzekucji na górze Biała koło Równego, gdzie spoczywa w masowej mogile. 
Rodzina jej męża, czyli Dorożyńscy, byli właścicielami przepięknego pałacu w Eliaszówce pod Starokonstantynowem zbudowanego w pierwszej połowie XIX wieku przez Seweryna Bukara. Eliaszówka została opisana przez Antoniego Urbańskiego w książce „Podzwonne na zgliszczach Litwy i Rusi” (część 2 „Memento kresowe”) oraz przez Romana Aftanazego w „Dziejach rezydencji na dawnych kresach Rzeczpospolitej” (tom 9). Tak wyglądała Eliaszówka (Wikipedia, File:Eliaszowka.jpg) w dobrych latach:
 
 
Niestety, także ten pałac przepadł dla Polski, jak wiele innych polskich rezydencji na Kresach. Po I wojnie światowej został po niewłaściwej stronie granicy polsko-radzieckiej. Budowla istnieje do tej pory, ale obecnie cieszą się nią Ukraińcy.



Dorożyńska z Zaleskich Elżbieta, „Na ostatniej placówce. Dziennik z życia wsi podolskiej w latach 1917-1921”, Wyd. LTW, Łomianki 2018

Alicja Łukawska


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...