środa, 24 sierpnia 2016

Michał Kryspin Pawlikowski, „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego. Powieść”





„Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego” Michała Kryspina Pawlikowskiego to arcyciekawe i barwne wspomnienia o kresach wschodnich. Jedne z najlepszych, jakie czytałam.


Autor pochodził z Mińszczyzny. Urodził się w 1893 roku w miejscowości Pućków położonej niedaleko Bobrujska na lewym brzegu Berezyny (jest to mniej więcej ta sama okolica, w której wyrośli dwaj inni polscy pisarze: Melchior Wańkowicz i Florian Czernyszewicz). W swej książce opisał swoje dzieciństwo i młodość spędzane na przemian w Mińsku, gdzie na co dzień pracował ojciec (adwokat i prezes Towarzystwa Kredytowego) i w ojcowskiej posiadłości, którą na potrzeby literatury nazwał Baćków. Zimą rodzina mieszkała w mieście, a latem ruszała do majątku, w którym na co dzień rezydowała babcia ze strony ojca.


Pawlikowski skończył w Mińsku gimnazjum, potem ruszył do Petersburga studiować prawo. Jego wspomnienia są doprowadzone do momentu wybuchu I wojny światowej, dalsze swe dzieje opisał w książce „Wojna i sezon”. Po 1920 roku rodzina Pawlikowskich musiała na zawsze opuścić swój dom, bo te tereny przypadły Związkowi Radzieckiemu. Później Pawlikowski mieszkał w Wilnie i pracował w tamtejszym urzędzie wojewódzkim, współpracując w tym czasie z gazetą „Słowo” wydawaną przez Stanisława Mackiewicza. Tuż przed wojną rozpoczął pracę w urzędzie wojewódzkim w Toruniu. W 1940 roku uciekł z Wilna do Szwecji, potem do Anglii, a po wojnie osiadł w USA, gdzie był lektorem języków słowiańskich na uniwersytecie w Berkeley. Swoje wspomnienia spisywał w wieku dojrzałym, na emigracji.


Jego książka wspominkowa miała pierwotnie nosić tytuł „Bajka”, bo była zamierzona jako utrzymana w baśniowym klimacie opowieść o bezpowrotnie minionym świecie. Jednak później autor zmienił tytuł na „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego”. Rzecz jest pisana w trzeciej osobie, siebie samego autor przedstawił jako fikcyjną postać Tadzia Irteńskiego, pozostałe postaci są realne.


Pawlikowski swym piórem ożywia dawny świat zamożnej szlachty polskiej mieszkającej na Białorusi wśród prawosławnego chłopstwa. Autor opisuje nie tylko życie własne oraz członków rodziny, ale także rozmaitych krewnych, znajomych, ich totumfackich i służących. Przywołuje najróżniejsze opowieści, anegdoty i ploteczki z epoki przed I wojną światową, jak również niezwykłych kresowych oryginałów (jak uściśla, chodzi mu o osoby ekscentryczne, ale nie wykazujące objawów choroby psychicznej), w których obfitowały tamte tereny. Czyta się to doskonale ze względu na niezwykle barwne obrazowanie i piękny, gawędowy język!


Przy okazji pragnę podziękować poznanemu na FB panu Dionizemu Sałaszowi z Mińska, który pomógł mi w ustaleniu lokalizacji Pućkowa Pawlikowskich. Nie byłam pewna, czy ta miejscowość w ogóle jeszcze istnieje. A jednak coś tam jest, jak na to wskazują zdjęcia Google.



Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko



niedziela, 21 sierpnia 2016

Tropem Ratoldów cz. 3 - trop sycylijski

Herb rodu Rátót
We wpisie Tropem Ratoldów cz. 1 - węgierski ślad opisałam historyczne uzasadnienie dla migracji ludzi z Węgier na tereny obecnej południowej Polski. Postanowiłam ponownie ruszyć węgierskim tropem w poszukiwaniu Ratoldów. 

Węgierska Wikipedia poinformowała mnie, że:


Rátót (Rathold lub Rátold) - nazwa rodu (po łacinie "klanu"; nemzetség w języku węgierskim) w Królestwie Węgier. Według Szymon z Keza i innych kronikarzy, przodkowie klanu byli Włochami z Caserta, (Neapol ), o imionach Rathold i Oliver, którzy osiedlili się na Węgrzech około 1097 roku za panowania Kolomana, króla Węgier. Dotarli na Węgry wraz z Felicją z Sycylii .[link]



Felicia z Sycylii, Felicja de Hauteville (1078 - 1102), była najstarszą córką hrabiego Rogera I. Koloman, król Węgier ożenił się z nią w 1098 roku.
Wraz z Felicją, jako jej eskorta, przybyli na Węgry niektórzy sycylijscy dworzanie, np członkowie rodu Rátót (Oliver i Ratold).[link]

Król Koloman I Uczony w młodości schronił się w Polsce, gdzie znalazł wsparcie księcia Władysława I Hermana (stryj Kolomana życzył sobie, aby Koloman został biskupem, a królem jego młodszy brat). Podczas wypraw krzyżowych Koloman zmuszony był stawić czoła problemowi krzyżowców przechodzących przez królestwo węgierskie w drodze do Ziemi Świętej (sic! :)). W 1107 roku Koloman I Uczony zawarł przymierze z księciem Polski Bolesławem III Krzywoustym.[link
Herb nawiązuje do liścia lipy.

Wiemy już, w jaki sposób członkowie włoskiego rodu Rátót znaleźli się na Węgrzech i jakie powiązania z Polską miał król Węgiel Koloman I Uczony!

Ród Rátót otrzymał od węgierskiego króla posiadłości w miastach Veszprém [link],  Vác [link] oraz wieś  Rátót, istniejące do dziś.

Gyulafirátót (w języku niemieckim Rathold) jest samorządną częścią miasta Veszprém.  Do 1984 roku był samodzielną gminą.
Dokładna data powstania wsi nie jest znana, ale wiemy, że w 1239 roku była własnością rodu Rátót. Rodzina z Rátót włoskiego pochodzenia weszła w koligację z rodziną Gyulaffy, a później stała się właścicielem osady. W Gyulafirátót założony został przez członka rodu, arcybiskupa Matthiasa Esztergoma w XIII wieku klasztor norbertanek. Gotycka budowla została zniszczona w czasie okupacji tureckiej, pozostały z niej tylko ruiny. Na północ od wsi stał kiedyś zamek lub forteca Rátoldok; nadal można zobaczyć resztki położone za wzgórzem Kalwarii. [to jest moje bardzo niedoskonałe i być może niepoprawne tłumaczenie z węgierskiej strony TUTAJ]

Ród, w miarę upływu czasu, podzielił się na kilka gałęzi. Należało do niego wielu znanych i wybitnych ludzi. 
Link do węgierskiej Wikipedii jest TUTAJ.  

Drzewo genealogiczne rodu Rátót jest TUTAJ (wersja angielska jeśli chodzi o odnośniki).  Niestety, nie znalazłam w nim nikogo, kto mógłby być protoplastą polskiej linii Ratoldów. 
Natomiast ... UWAGA, UWAGA, znalazłam informacje o włoskich przodkach węgierskich Rátótów!  
W następnym wpisie cofniemy się w czasie do początku drugiego tysiąclecia :)

Wpis pochodzi z bloga Zadarnowo i okolice

środa, 17 sierpnia 2016

Kristina Sabaliauskaite, Silva rerum






Silva rerum, cóż to za tytuł? Co oznacza to sformułowanie? Śmiem przypuszczać, że jeszcze 20-30 lat temu ten tytuł nie brzmiałby tak obco z uwagi na znacznie lepszą znajomość łaciny wśród humanistów. Jako osoba ucząca się łaciny i w liceum, i na studiach to wyrażenie nie było dla mnie obce. A cóż to właściwie jest? Silva rerum to domowa księga w rodzinach szlacheckich, popularna od XVI do połowy XVIII w., w której zapisywano ważne wydarzenia rodzinne dla kolejnych pokoleń. Wpisy często przeplatano wierszami, ciekawostkami czy rozmaitymi spostrzeżeniami. Takie zapiski prowadzi Maciej Jan Narwojsz, właściciel majątku Milikonty na Żmudzi, mąż Elżbiety i ojciec bliźniaków - Kazimierza i Urszuli.

Autorka przenosi nas na siedemnastowieczną Wileńszczyznę. Rodzina Narwojszów cudem uszła z życiem z opanowanego przez Kozaków Wilna, gdzie doszło masakry mieszkańców (1659), a obrazy rzezi stale będą ich prześladować. Później, osiadłszy w Milikontach, doświadczyli również śmierci dwojga dzieci. Pozostałe przy życiu bliźnięta - Kazimierz i Urszula - również mierzą się z problemem śmierci, czy to siostrzyczki zmarłej w niemowlęctwie, czy to stykając się z truchłem kota, co będzie miało później konsekwencje dla ich życiowych wyborów.

Aby pocieszyć żonę po śmierci dzieci, Maciej Jan tworzy dla niej przepiękny ogród i zachęca ją do urządzenia domu według swojego gustu bez oglądania się na koszty. Pozwala to Elżbiecie oderwać się od trosk i prześladujących ją koszmarów. Ale czy stworzenie raju na ziemi jest możliwe? Nad Narwojszami wisi jakieś nieszczęście, od którego nie ma ucieczki. To przeświadczenie wzmaga się z każdą przeczytaną stroną, choć niby nic strasznego się nie dzieje.

Gdy dzieci dorosną cała rodzina uda się do odradzającego się Wilna, aby tam spotkać swoje przeznaczenie w osobie Jana Kirdeja Bironta, którego życie w okrutny sposób naznaczył również najazd kozacki na stolicę Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ten zdolny cynik potrafiący manipulować ludźmi, ma w sobie niewysłowiony urok, co pozwala mu przyciągać do siebie ludzi i komenderować nimi bez najmniejszych skrupułów do momentu aż dopadnie go miłość... W przeciwieństwie do autora notki na okładce książki, który streszcza ok. 2/3 tomu, nie napiszę nic więcej na temat treści książki. :)

Tym, co przede wszystkim zwraca uwagę czytelnika to sposób prowadzenia opowieści. W tej książce nie ma dialogów. Jest tu narracja w trzeciej osobie zawierająca opis sytuacji, pełen efektownych – barokowych chciałoby się rzec – porównań i streszczenia bądź cytaty z wypowiedzi bohaterów. Akcja toczy się dość niespiesznie, ale zdecydowanie nabiera przyspieszenia w Wilnie, mieście stołecznym, odzyskującym swój blask po najeździe Kozaków sprzed 10 lat. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: umartwienie, rozkosz, niebezpieczeństwo i wiele innych emocji. Bohaterowie ulegają pokusom, popadają w niebezpieczeństwo i często jest to spowodowane naiwnością przemieszaną z pychą dwojga młodych Narwojszów. Warto też zwrócić uwagę, że wielokrotnie motywacje i sposób rozumowania bohaterów są całkowicie współczesne, co zbliża ich do czytelnika mimo historycznej stylizacji.

Uwagę zwraca opis Wilna, niewątpliwie oparty na źródłach historycznych, co nie dziwi, gdyż Autorka jest doktorem historii sztuki i - jak podkreśla w wywiadach - uważa się przede wszystkim za naukowca. Wielkim plusem powieści jest fakt, że autorka nie ukrywa polskich elementów w historii miasta, co zresztą sprowadziło na nią słowa krytyki ze strony litewskich recenzentów. Jednym z zarzutów wobec niej był język powieści, pełen archaizmów, polonizmów, co sprowokowało niezadowolenie Inspekcji Języka Litewskiego (to chyba tylko pokazuje dość chyba niezdrową atmosferę w kraju naszego sąsiada). Słowa wielkiego uznania należą się również tłumaczce - Izabeli Korybut-Daszkiewicz - za ten przekład wiernie oddający specyficzny styl pisarski.

Powieść kończy się z jednej strony śmiercią, a z drugiej wyzwoleniem, ale zostawiła niedosyt i chęć przeczytania kolejnego tomu. „Silva rerum” to książka warta uwagi i lektury nie tylko ze względu na treść. To książka ciekawa stylistycznie, początkowo niełatwa w odbiorze, wymagająca skupienia i uwagi, ale pokazująca tę wspólną historię nieco inaczej niż zrobiłby to autor polski. Jeśli chcecie zanurzyć się w pełen przeciwieństw, pokus i skrajności wiek XVII w Wilnie w interpretacji litewskiej autorki, to zachęcam. Ja z chęcią przeczytam kolejny tom tej opowieści.


A na zachętę proponuję:

Wywiad z Autorką


Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...