piątek, 15 czerwca 2018

Witold Banach, Radziwiłłowie. Burzliwe losy słynnego rodu




Rzadko to mówię, ale tym razem muszę! Uwaga – to jest naprawdę dobra książka! Nie dość, że znakomita, to jeszcze smakowita! Obfitująca w różne anegdoty, smaczki i ciekawe historyjki wygrzebane z mroków historii. Połknęłam ją jednym tchem. I jeszcze mi mało! Żal, że już skończyłam…
Z początku nie było tak dobrze. A nawet byłam nieco zawiedziona… Co to ma być? Książka o Radziwiłłach, a gdzie Lizdejko, Barbara Radziwiłłówna, Radziwiłł Czarny, Radziwiłł Rudy (Rudy jest, ale inny i dużo później), Radziwiłł Sierotka i Radziwiłł Panie Kochanku? Nie ma! Czyli nie ma tych osób, które w polskiej świadomości kojarzymy z Radziwiłłami. Nie ma co najmniej połowy tych, o których pisał Stanisław Cat-Mackiewicz w swojej kapitalnej książce „Dom Radziwiłłów”. A na to chyba jakoś podświadomie liczyłam. Czyli na jakąś powtórkę z rozrywki, to jest z Mackiewicza. 
A tu nie ma nawet indeksu osobowego, więc trudno w ogóle sprawdzić, kto jest. Książka Witolda Banacha zaczyna się tak jakby od środka. Bez żadnego wstępu wkraczamy w historię dwunastego pokolenia Radziwiłłów (taka jestem mądra, bo sprawdziłam w Wikipedii, tam są te wszystkie pokolenia wyszczególnione, w haśle „Radziwiłłowie”). Początek jej narracji wyznacza ślub Antoniego Henryka Radziwiłła i Luizy Pruskiej (Hohenzollern), który odbył się pod koniec XVIII stulecia. Od tamtej pory Radziwiłłowie przestali być polskim rodem z kresów wschodnich i stali się polskim rodem z kresów zachodnich. Antoni Radziwiłł żeniąc się z księżniczką pruską podpisał intercyzę, w której przyrzekł, że nie będzie się szwędał nigdzie poza granicami państwa pruskiego, wobec tego postawił sobie pałac w Berlinie i nabył różne posiadłości na jego terenie. Posiadłości, o których wiedzą chyba tylko lokalni regionaliści, bo ogół Polaków kojarzy Radziwiłłów głównie z Nieświeżem i Ołyką. A Radziwiłłowie to także Wielkopolska i Dolny Śląsk, o czym zapominamy. 
No więc mamy najpierw opowieść o małżeństwie Antoniego Radziwiłła, potem leci niesamowity i mało znany w Polsce melodramat historyczny związany z miłością jego córki Elizy Radziwiłłówny i pruskiego następcy tronu, przyszłego cesarza niemieckiego Wilhelma I. Wielka miłość i piękna historia, ale niestety, wielbiciel Elizy nie kochał jej tak namiętnie jak król Zygmunt August Barbarę Radziwiłłównę. Eliza nie została niemiecką cesarzową, tylko zmarła w smutku i staropanieństwie na suchoty czy coś w tym rodzaju. Przez wojną Niemcy zrobili o tym film z Lidą Baarovą w roli Elizy, jest kawałeczek na YT, warto zerknąć: 
Potem czytamy o niezwykłej księżnej Dino (Dorota de Talleyrand-Perigord z księstwa żagańskiego i jej powiązaniach z Radziwiłłami. Dalej jest przedstawiona jej wnuczka Maria Dorota Radziwiłłowa z domu Castellane, żona Antoniego Wilhelma Radziwiłła, która w drugiej połowie XIX wieku zabrała się za remont i restaurację niszczejącego zamku Radziwiłłów w Nieświeżu. Była matką Stanisława Wilhelma Radziwiłła, adiutanta Józefa Piłsudskiego oraz Jerzego Fryderyka Radziwiłła, XV ordynata na Nieświeżu. 
Jeszcze bardziej niezwykłą kobietą z rodu Radziwiłłów była Katarzyna Radziwiłłowa, córka Adama Rzewuskiego, awanturnica, oszustka i skandalistka, do której autor ma wyraźną słabość. Jej losy nadawałyby się na film przygodowy albo szpiegowski. Wydana za mąż w wieku piętnastu lat, urodziła Radziwiłłowi kilkoro dzieci, a potem zaczęła fruwać po świecie. Była niezwykle płodną pisarką i dziennikarką, autorką czterdziestu książek, pisała m. in. reportaże z różnych stolic Europy, spłodziła fikcyjne listy Eweliny Hańskiej (Ewelina była jej ciotką!) do pisarza Honore de Balzac oraz fikcyjny wywiad z generalissimusem Józefem Stalinem. Zdaje się, że mogła mieć coś wspólnego z "Protokołami Mędrców Syjonu", a przynajmniej wiedziała dużo na ten temat. Nazywano ją „królową Rodezji”, bo pojechała, by uwodzić i oskubać z pieniędzy Cecila Rhodes’a, słynnego brytyjskiego polityka i przedsiębiorcę. Tak wyglądała:

Dalej mamy słynne złote wesele Ferdynanda i Pelagii Radziwiłłów, które odbyło się latem 1914 roku w Ołyce i które zakończyło pewną epokę w historii tego rodu. Bo to była jeszcze cisza przed burzą. Zaraz potem wybuchła I wojna światowa, niektórzy goście nie zdążyli nawet dojechać do domu z tej uroczystości! Także w okresie międzywojennym Radziwiłłowie byli czynni: najbardziej dali o sobie znać dwa synowie tej pary, która obchodziła złote gody, to jest starszy i zły syn Michał Radziwiłł zwany Rudym, który został pozbawiony swoich praw pierworodnego (a naprawdę na to sobie zasłużył) i jego młodszy brat, szanowany polityk i dyplomata Janusz Radziwiłł, XIII i ostatni ordynat na Ołyce. Losy tych braci tak się ułożyły, że Michał uważał się za Niemca, zaś Janusz za szczerego Polaka. 
Po wojnie Radziwiłłowie nadal szokowali. W latach 1960. cały świat czytał w gazetach o księżnej Lee Radziwiłł, żonie Stanisława Radziwiłła. Ona była celebrytką, która korzystała z tego, że poprzez małżeństwo została arystokratką, zaś on wchodząc w ten związek został szwagrem amerykańskiego prezydenta Johna F. Kennedy’ego. Lee była bowiem siostrą Jackie Kennedy. 
Na koniec autor pisze o własnych, rodzinnych związkach z Radziwiłłami. Jakiś jego krewny był przed wojną szoferem w pałacu Radziwiłła Rudego w Ostrowie Wielkopolskim. Widać niesamowitą fascynację Witolda Banacha dziejami tego rodu i ta fascynacja autora udziela się czytelnikowi tej książki. Dzięki temu książkę czyta się szybko, łatwo i przyjemnie, niczym jakąś powieść historyczną. Dodatkową jej wartością jest to, że pobudza do internetowych poszukiwań historycznych. Można sobie jeszcze to i tam wyszukać i uzupełnić. Z tej racji, że mamy teraz dostęp do sieci, można wybaczyć autorowi brak indeksu osobowego i jakiegoś rozrysowania genealogii Radziwiłłów. Ale jakby dał w książce ich drzewo genealogiczne, to bym się nie obraziła. 
Jest to bardzo wartościowa książką, z pewnością będę do niej wracać! Dobrze by było, gdyby inne słynne polskie rody także doczekały się takich opracowań. No i żeby te przyszłe książki były podobnie napisane jak ta, to jest bez przynudzania i z biglem!       
Banach Witold, „Radziwiłłowie. Burzliwe losy słynnego rodu”, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2018

Źrodło ilustracji: Wikipedia, File:Princess Catherine Radziwiłł.jpg


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


sobota, 26 maja 2018

Ewa Dzieduszycka 'Podróżniczka' - kobieta, której losem były podróże, zmiany i pożegnania



 




Ta opasła książka to prawdziwa gratka dla miłośników Kresów, historii Polski oraz lubiących biografie. Są to wspomnienia Ewy Dzieduszyckiej, Polki, której dane było urodzić się w Cesarstwie Austro-Węgierskim, przeżyć 2 wojny światowe, trzykrotnie tracić dom, doświadczyć cierpienia dzieci, ale i przeżyć bardzo dobrze życie, zobaczyć świat i czerpać z niego garściami.... Wydawnictwo Literackie wydało książkę bardzo starannie. Pełno jest w niej kartek pocztowych z epoki, są też zachowane zdjęcia. Wszystko to znakomicie uzupełnia tekst autorki, już sam w sobie plastyczny i ciekawy.
Zdjęcie z książki. Ewa Dzieduszycka podczas wycieczki w Jerozolimie. Początek XX wieku....
Książkę czyta się z przyjemnością, można by powiedzieć, że jednym tchem gdyby nie jej obszerność! Bo jednak prawie 600 stron trzeba sobie rozłożyć na 3 dni. Zresztą, z przyjemnością, bo tej książki az nie chce się opuszczać. Tak jak powiedziałam na początku, są to wspomnienia Ewy Dzieduszyckiej, Kresowianki, Polki z dawnych Kresów, znad Dniestru. Sprawdziło się na niej przysłowie-przekleństwo: Oby Ci nie było dane żyć w ciekawych czasach. Przeżyła dwie wojny, cierpienia własnych dzieci, trzykrotną stratę domu. Ale w żaden sposób nie jest to opowieść łzawa ani smutna. To pełna radości z poznawania świata opowieść kobiety, która z życia czerpała garściami. Pod koniec życia, gdy już przeżyła i dobre chwile, i te złe, na stronie 415 tak stwierdza:
Dziś, gdy zamykam oczy, przesuwają mi się w pamięci niezapomniane pejzaże, perły sztuki - architektury, malarstwa i rzeźby. Wszystko mi odebrano, ale cieszę się, że tego jednego odebrać mi nie mogą: niezapomnianych wspomnień, wyjątkowych chwil, przeżytych wśród cudów przyrody, które jedne jedyne nigdy nie zawiodą'.
Na początku książki miałam wrażenie, że autorka była dzieckiem szczęścia: z bogatego domu, mająca mądrą babkę, która wiedziała jak wychowywać swoje podopieczne, co im wpajać, mająca stabilną rodzinę, zwiedzająca świat itd. itp. Potem od opisów zwiedzania miejsc, które były do zwiedzenia w jej czasach, po opisach wspaniałych ziemiańskich rozrywek jej klasy, przechodzi do opowieści o wojnach, stratach, stratach cierpieniu. 
W całej tej opowieści  widać talent narracyjny autorki, która umiała bardzo plastycznie przedstawić miejsca, ludzi, zdarzenia... Nie epatuje cierpieniem, ale pokazuje, że w trudnych hwilach trzeba sobie dać radę. Jednocześnie nie ukrywa prawdy.Książka jest, nawet można powiedzieć, epopeją kresowego ziemiaństwa, którego kres zaczął się po pierwszej wojnie światowej, a agonii dokonała Armia Czerwona i Stalin.To smutna i piękna książka. Gorąco ją polecam.
10 gwiazdek
Recenzja pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

sobota, 21 kwietnia 2018

Zofia Krauzowa, Rzeki mojego życia






Co za historia! Co za historia! Nie spodziewałam się, że ta niewielka książeczka w szarej obwolucie z portretem starszej pani na okładce kryje w sobie takie skarby przeszłości! Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Zaczynam rok 2018 opisem wspaniałej lektury!

Kiedy niedawno pisałam swoją książkę o duchach na kresach wschodnich i kompletowałam sobie bibliografię, gdzieś tam w katalogu mojej biblioteki natrafiałam na kresowe wspomnienia Zofii Krauzowej. Poprosiłam, by mi je przyniesiono z piwnicznego magazynu, gdzie zalegały nieczytane przez nikogo od wielu lat. Wzięłam do domu, ale nie czytałam wtedy, tylko przejrzałam pobieżnie i oddałam, bo żadnych motywów paranormalnych tam nie znalazłam. Chyba nawet nie zaczęłam dobrze czytać? Jakoś tak mnie ta okładka chyba wtedy zraziła. A jest przysłowie „nie sądź książki po okładce”!

Ostatnio będąc w bibliotece pedagogicznej, na półce z książkami „do wzięcia” natrafiłam znowu na tę książkę. – Ach, wezmę sobie, może teraz przeczytam porządnie? – pomyślałam sobie. No i teraz, siedząc z konieczności w domu (lub leżąc czasami na otomanie), bo mam skręcone kolano i nie mogę wychodzić na dwór, zabrałam się z nudów za czytanie tych wspomnień.

I od razu wpadłam w rytm wspaniałej, panoramicznej i bardzo ciepłej opowieści autobiograficznej o życiu i rodzinie osnutej na tle historii Polski i kresów wschodnich. Autorka Zofia Krauzowa (z domu Głuska) urodziła się pod koniec XIX wieku w Kijowie w polskiej rodzinie od pokoleń zamieszkałej na tzw. „dalekich” kresach. Rodzina jej matki miała majątek ziemski gdzieś na Polesiu, w okolicy Mozyrza (dzisiaj Białoruś, obwód homelski). Matka kształciła się muzycznie w Kijowie, bo to było najbliższe wielkie miasto, do którego ciągnęli Polacy z okolicy, potem wyszła za mąż za introligatora z Kijowa, także Polaka o szlacheckim pochodzeniu.

Zofia była najstarsza z rodzeństwa, miała dwie młodsze siostry, jej ojciec zmarł młodo na gruźlicę, matka wyszła potem za mąż i ponownie owdowiała. Zofia również wyszła młodo za mąż, za znanego jeszcze z dzieciństwa spowinowaconego z nią młodego lekarza Leopolda Krauze, którego rodzina pochodziła z Wołynia. Ślub brali już w czasie I wojny światowej. Potem była rewolucja październikowa, wielokrotne zmiany władzy w Kijowie, później - kiedy Kijów znalazł się w Związku Radzieckim – nastąpiła repatriacja „do Polski”, a konkretnie do Warszawy. Jej mąż znalazł sobie pracę z mieszkaniem na kresach, to jest w Krzemieńcu, więc się tam przeprowadzili. Potem ich domem było Grodno i Kościan w Wielkopolsce. Po wybuchu II wojny światowej przenieśli się pod Warszawę, a tuż przed powstaniem warszawskim zamieszkali w samej stolicy.

Autorka osnuła te wspomnienia w oparciu o motyw rzeki. Pisze, że wszędzie, gdziekolwiek mieszkała, najpierw szukała rzeki. Pisze więc o Dnieprze w Kijowie, Prypeci na Polesiu, Wiśle w Warszawie, Niemnie w Grodnie, Ikwie w Krzemieńcu i Świdrze pod Warszawą; wspomina także rzeki widziane w czasie podróży po Rosji, to jest Newę, Wołgę, Amu Darię i Kurę. Wraz z autorką poznajemy nie tylko te rzeki, ale też miasta, w których mieszkała, jak również jej szeroko rozgałęzioną rodzinę i licznych znajomych. Odwiedzamy wraz z nią stare ziemiańskie siedziby na Polesiu, obserwujemy, jak spędzała dzieciństwo w Kijowie i wakacje w leśniczówce wujka gdzieś w lasach pod Chersoniem.

W pewnym sensie można zaliczyć wspomnienia Zofii Krauze do nurtu kobiecej memuarystyki kresowej, jaka licznie obrodziła w okresie międzywojennych. Można je postawić na jednej półce z takimi książkami jak „Pożoga” Zofii Kossak-Szczuckiej, „Burza od wschodu” Marii Dunin-Kozickiej, „Między Bohem a Słuczą” Anny Pruszyńskiej czy „Na ostatniej placówce” Elżbiety Dorożyńskiej. Krauzowa pochodziła przecież z podobnych okolic i podobnego środowiska, jak wyżej wymienione autorki. Elżbieta Dorożyńska, zwana przez nią „Lila”, była zresztą jedną z jej bliskich znajomych z Krzemieńca i bywała w jej domu, by wspólnie muzykować.

Jest jednak pewna różnica pomiędzy tamtymi wspomnieniami, a pamiętnikiem Krauzowej. Wszystkie wyżej wymienione panie pisały w okresie międzywojennym. Mogły więc otwartym tekstem opowiadać o swoich strasznych przeżyciach w okresie rewolucji październikowej w Rosji. Natomiast Zofia Krauze zabrała się za snucie swych opowieści dopiero u kresu życia, w czasach PRL-u. Pisała je w latach 1970., były najpierw drukowane w „Przekroju” i w „Tygodniku Powszechnym”, później dopiero wyszły w postaci książkowej. Oczywistą oczywistością jest to, że w tym okresie, kiedy działała cenzura, nie można było o pewnych sprawach pisać jawnie. Można było więc nie pisać wcale, albo pisać, ale językiem ezopowym, licząc na to, że cenzura to puści. Znając tamtą epokę, powiem tak: cenzura puściła tu bardzo dużo, a przynajmniej tyle, że czytelnik obyty w temacie domyśli się tragicznej reszty. Autorka przebywała przecież w Kijowie w tym samym czasie, kiedy dzieje się akcja „Białej gwardii” Michaiła Bułhakowa, a wiemy, jak bardzo dramatyczne były to wydarzenia. A potem było jeszcze gorzej, a ona nadal tam mieszkała.

Krauzowa przeżyła na przykład podobną sytuację jak Zofia Kossak-Szczucka w Starokonstantynowie. Chodzi o okres, kiedy do Kijowa weszli bolszewicy. Jej mąż Leopold wyjechał wtedy do polskich legionów, które się wówczas tworzyły, a ona wraz z dzieckiem zatrzymała się w mieszkaniu matki i młodszych sióstr. Za komuny nie mogła wspomnieć w swej książce o bolszewickim terrorze, ale napisała o strasznej biedzie tamtych lat, o braku pieniędzy, opału i żywności, a także o tym, jak zarabiała na życie śpiewaniem arii operowych ludowi ukraińskiemu. Była bowiem wykształconą śpiewaczką i władze bolszewickie zmusiły ją do wędrownych występów na ciężarówkach, gdzieś na mrozie i chłodzie. Pisze też o tym, jak później wraz z wojskiem polskim, które wkroczyło do Kijowa wiosną 1920 roku przekradała się do męża stacjonującego ze szpitalem wojskowym w Baranowiczach. Pisze o utracie rodzinnych fotografii i obrazów, które pozostawiła w mieszkaniu kijowskim, sądząc, że wkrótce tam powróci. A nie wróciła po nie już nigdy. Nie było takiej okazji. To samo zrobiła jej matka, która sądziła, że wyjeżdża do Warszawy tylko na trochę i zostawiła cały dobytek w Kijowie.

Myślę, że autorka tej książki napisała tyle, ile mogła napisać w tamtych czasach. Resztę można sobie dośpiewać! Ciekawostką jest, że opisała dwa przemówienia bolszewickie, Lenina i Trockiego, których jakoby słuchała na żywo w Kijowie. A w przypisach czytamy, że nie mogła ich wysłuchać, bo ani Lenin, ani Trocki w tym czasie w Kijowie nie byli. Cóż, może to taka gra ze strony autorki? Tego już pewnie nie rozszyfrujemy…

W każdym razie, całość jest niezwykle barwna i czyta się ją niczym powieść. Z opowieści przebija niezwykła osobowość autorki, osoby ciepłej, rodzinnej i pozytywnie nastawionej do życia, mimo licznych przeciwności losu.

Córką Zofii i Leopolda Krauzów była pisarka Halina Micińska-Kenerowa, wieloletnia dyrektorka Liceum Sztuk Plastycznych w Zakopanem. A jej córki, czyli wnuczki Zofii Krauzowej, to krytyk literacki Anna Micińska i scenograf Urszula Kenar. Taka to interesująca rodzina.

Naprawdę, nie sądźcie książki po okładce!     



Jeszcze chciałam dodać, że znalazłam opis tej książki na „lubimy czytać”. Oto co napisał o niej profesor Władysław Serczyk, specjalista od historii Ukrainy:
„Porwała mnie zwyczajna opowieść o dziejach polskiej rodziny, rzucanej przez historię po wszystkich niemal zakątkach Rzeczypospolitej;o matkach starających się uchronić swe dzieci przed czyhającymi na nie niebezpieczeństwami i o cieple ogniska domowego, które, jak znicz olimpijski, przenosi się z miejsca na miejsce i osłania, by nie zagasło. Sprawy wielkie przeplatają się; ludzie rodzą się,dojrzewają, żenią,dają początek nowemu pokoleniu, starzeją się i umierają; czas wolno przepływa, a wspomnienia beztroskiego dzieciństwa, mimo przeżytych wojennych i rewolucyjnych wstrząsów, są najsilniejsze, najbarwniejsze i najbardziej radosne. Wraca więc do nich Autorka z wielkim rozrzewnieniem i ciepłem serdecznym. Czytamy wspomnienia Krauzowej i być może zazdrościmy przeżytej przez nią pełni życia. Nawet największe przeciwności losu i najniebezpieczniejsze przejścia nie pozbawiły Autorki pogody ducha, dzięki czemu wspomnienia mają wydźwięk bardzo optymistyczny.
Władysław A. Serczyk”

Czyż nie jest to wspaniała rekomendacja?

Krauzowa Zofia, „Rzeki mojego życia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...