sobota, 3 grudnia 2016

Piotr Zychowicz, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”





„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotra Zychowicza to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników Kresów wschodnich, choć Autor nie lubi tej nazwy i konsekwentnie nie używa jej w swojej książce, zastępując ją nazwą „Polska”. Dla Zychowicza bowiem słowo „kresy” oznacza marginalizowanie całych terenów, na których kiedyś żyli Polacy. Powołuje się przy tym na cytat z pamiętników Michała K. Pawlikowskiego, który pisał tak:

„Wyraz „Kresy” oraz urzędowe „Ziemie Wschodnie” po prostu mnie mierżą. Do roku z grubsza 1914 mówiliśmy Polska albo Rzeczpospolita Obojga Narodów, albo Korona i Litwa. I oto nagle po roku 1918 ograniczyliśmy pojęcie Litwy do małego obszaru dawnej guberni kowieńskiej, a pojęcie litewski do jakiegoś miliona ludzi posługujących się wyłącznie językiem litewskim. Ten lęk przed nazwą „Litwa” i ukucie niezgrabnych eufemizmów „Ziemie Wschodnie” lub „Kresy” trącą zaściankiem i kompleksem niższości. Dla mnie istnieją: Korona i sfederowane z nią Wielkie Księstwo Litewskie. Nie możemy z dnia na dzień zmieniać terminologii, która wytrzymała pięćsetlenią próbę historii.” (Zychowicz, s. 31)

Tematem tej książki jest tajny (właściwie jakby utajniony przez oficjalną wersję historii po dziś dzień!) układ pomiędzy Józefem Piłsudskim a bolszewikami, na mocy którego Piłsudski dwa razy wstrzymał wojska polskie, które miały szansę ruszyć na pomoc konającej armii białej Rosji i ostatecznie dobić bolszewików. Taka możliwość pojawiła się po raz pierwszy w 1919 roku, kiedy to wojska bolszewickie zostały z trzech stron otoczone przez armie białych Rosjan i Polaków. Z południa znajdowała się armia generała Antona Denikina (przypomnijmy, był to pół-Polak, syn polskiej krawcowej z Włocławka i rosyjskiego wojskowego), ze wschodu armia Aleksandra Kołczaka, z północy armia generała Jewgienija Millera, z północnego wschodu armia generała Nikołaja Judenicza. I to wszystko razem parło na Moskwę. Gdyby tylko jeszcze dopomogło polskie wojsko idące w tym samym momencie z zachodu, można było dobić „czerwoną zarazę” (jak pisze autor) od razu. Wystarczyłoby tylko, by Polacy zajęli miasto Mozyrz na Polesiu i zadali ostateczny cios sowieckiej 12. Armii, a śmiertelny pierścień wokół wojsk Lenina-Trockiego zamknąłby się raz na zawsze. Między Polakami a Moskwą nie stała wtedy żadna poważna siła.

Piłsudski wstrzymał jednak pochód polskich wojsk na wschód, choć o pomoc błagał go wtedy generał Denikin. Piłsudski nie chciał jednak pomagać carskiemu generałowi, bo ten wypowiadał się za przywróceniem dawnego imperium rosyjskiego, a Polskę widział na jej etnicznym terytorium. I bez tej polskiej pomocy wojskowej, wiosną 1920 roku, w Noworosyjsku nad Morzem Czarnym armia Denikina została dobita. Ale wcześniej, w trakcie wstrzymania polskiego frontu (dokładnie w dniach 22 -30 lipca 1919 roku), w Białowieży odbyła się pierwsza runda rozmów polsko-bolszewickich. Ze strony radzieckiej brał w nich udział polski komunista Julian Marchlewski. Sowieci obiecywali, że w zamian za zaniechanie dalszego pochodu wojsk polskich, gotowi są zrzec się na naszą korzyść całej Litwy i Białorusi, czyli terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Druga runda tych rozmów odbyła się 19. października 1919 roku w Mikaszewiczach (powiat łuniniecki) na Białorusi, na zapleczu polskiego frontu. Tym razem Marchlewski przywiózł ze sobą żonę i córkę, a także kilku innych komunistów. Ze strony polskiej w rozmowach brali udział Michał Kossakowski oraz dwóch zaufanych oficerów Piłsudskiego: kapitan Ignacy Boerner i porucznik Mieczysław Birnbaum (jako oficer wywiadu polskiego był tam obecny Stanisław Baczyński, ojciec poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego). Piłsudski wolał układać się z bolszewikami niż z Denikinem, bo chciał, by dawna, carska Rosja została dobita. Zresztą, jako były socjalista, miał jakąś dziwną słabość do czerwonych, z których zresztą wielu znał osobiście. Siedział przecież jako więzień polityczny na zesłaniu za udział w spisku mającym na celu zabicie cara Aleksandra II (mordercą cara był brat Lenina, Aleksander, a jego towarzyszem był brat Piłsudskiego, Bronisław). Socjaliści znali się także z rozmaitych spotkań i zjazdów partyjnych. W pewnym więc sensie bolszewicy byli starymi znajomymi Piłsudskiego.

Ta decyzja układania się z czerwonymi przyniosła taki efekt, że zdążyli okrzepnąć po walce z białymi i latem 1920 roku ruszyli na Polskę, niszcząc wszystko po drodze i niosąc na zachód światową rewolucję. W sierpniu 1920 roku Polacy zwyciężyli bolszewików pod Warszawą i popędzili ich z powrotem na wschód. A potem sytuacja się powtórzyła. Front polski na wschodzie w pewnym momencie stanął, mimo, że o pomoc błagał teraz Polaków generał Piotr Wrangel, dowódca Sił Zbrojnych Południa Rosji, zwany Czarnym Baronem. Warto zaznaczyć, że Wrangel obiecywał Polakom więcej niż Denikin, jeśli chodzi o nasze ziemie wschodnie. Ale i tym razem Piłsudski był nieugięty wobec carskiego wojskowego. Nie ufał bowiem rosyjskim generałom. Zdecydowanie wolał bowiem bolszewików. I tak, 12 października 1920 roku zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy między Polską a bolszewikami. Dzięki temu mogli oni, nie obawiając się ciosu z zachodu, spokojnie zająć się unicestwieniem armii generała Wrangla. 12 listopada czerwoni wdarli się na Krym, który był ostatnim bastionem carskiej Rosji.

„Walka o wolną Rosję była przegrana. Obóz białych – który można porównać z naszymi żołnierzami wyklętymi lub francuską Wandeą – poniósł ostateczną klęskę. Rosja przestała istnieć na zawsze” (Zychowicz, s. 195)

Autor tej książki uważa, że gdyby w październiku 1920 roku Piłsudski ponownie nie wstrzymał pochodu polskich wojsk, Polacy wraz z Wranglem weszliby do Moskwy i ostatecznie zwyciężyli bolszewików. Ale tak się nie stało. Zamiast triumfalnego zwycięstwa (to hipotetyczne wzięcie Moskwy przez Polaków zostało opisane na początku książki w konwencji political fiction) był traktat w Rydze, traktat, w którym strona wygrana (Polacy) robiła ustępstwa na rzecz strony przegranej (bolszewików). Traktat ten nazywa Zychowicz czwartym rozbiorem Polski, bo Polska zrzekła się wówczas sporej części swojego terytorium, oddając zamieszkałych tam Polaków na pastwę czerwonego terroru. Traktat ryski był też swojego rodzaju rozbiorem Litwy, Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a Sowdepię.

No i te błędne decyzje Piłsudskiego krwawo się potem zemściły. Ale nie na nim, bo zdążył już umrzeć. Zemściły się na Bogu ducha winnych Polakach. Czyżby była to jakaś karma, jaką musimy odcierpieć za to, że spowodowaliśmy cierpienia innych (zarówno Polaków, jak i Rosjan, Rusinów, Białorusinów i Litwinów)?

Konsekwencje traktatu ryskiego były straszliwe. W jego efekcie bolszewicy wyniszczyli w latach 1930. Polaków z tzw. dalszych kresów wschodnich, weszli do Polski we wrześniu 1939 roku, no dalej nie ma co pisać, bo wszyscy to wiedzą. Skutkiem traktatu ryskiego były wywózki na Syberię, do Kazachstanu, zamordowanie Polaków w Katyniu, w końcu całkowite odebranie nam Kresów wschodnich po II wojnie światowej i to wszystko, co działo się dalej.

To nie jest popularna czy też kanoniczna wersja historii. Wiele z powyżej przedstawionych faktów jest celowo przemilczanych lub inaczej interpretowanych przez historyków głównego nurtu. Paktowanie Piłsudskiego z wysłannikami Lenina i Trockiego było przemilczane już w okresie międzywojennym. Zychowicz napisał tę książkę pod prąd oficjalnej wersji, opierając się na dokumentach z epoki, wspomnieniach i pamiętnikach, których lista jest bardzo długa. Najważniejsza z nich jest książka Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, która w konwencji literackiej opowiada o paktowaniu marszałka z Sowietami na zgubę Polski.

Znałam wcześniej ten utwór Mackiewicza, czytałam także niektóre z cytowanych przez Autora memuarów z epoki. Ale wszystko zebrane razem w postaci jasno zrozumiałego wykładu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałam tę emocjonalnie napisaną książkę jednym tchem, wspólnie z Autorem rozpaczając dzisiejszej nocy nad tragicznymi konsekwencjami błędnych decyzji marszałka Piłsudskiego, który lekką ręką oddał na zmarnowanie ogromne terytorium należące niegdyś do Polski wraz z mieszkającymi tam ludźmi, a także zaprzepaścił niezwykłą szansę na odrodzenie imperium polskiego w granicach przedrozbiorowych.

Zychowicz pisze o sobie, że jest polskim patriotą imperialnym i należy temu przyklasnąć. Dlaczego nie wykorzystać szansy, by zostać państwem wielkim i niezwyciężonym? Piłsudski tę szansę zaprzepaścił! Powstaje pytanie: czy ten człowiek naprawdę zasługuje na to, by stawiać mu pomniki i nazywać jego imieniem ulice i inne rzeczy? To jest temat pod rozwagę.

A Zychowiczowi za tę książkę należy się miejsce nie tylko w kresowym panteonie ale również w kresowym raju, jaki zapewne istnieje na tamtym świecie. Brawo ten pan!

Zychowicz Piotr, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”, wyd. Rebis, Poznań 2016


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

środa, 30 listopada 2016

Tadeusz Olszański, Stanisławów jednak żyje






Stanisławów Andrzeja Potockiego
 
Tadeusz Olszański zaskoczony szeroką reakcją czytelników na swą wspomnieniową książkę „Kresy Kresów. Stanisławów” wydał następną pod tytułem „Stanisławów jednak żyje”. Znalazły się w niej reminiscencje byłych stanisławowian oraz dzieje polskiego niegdyś Stanisławowa, założonego przez Andrzeja Potockiego herbu Pilawa w 1662 roku. Trzysta lat później szczątki założyciela miasta sprofanowali komuniści niszcząc rodowe krypty Potockich w ufundowanej przez nich kolegiacie!


Ateny Pokucia za Krakowem i Lwowem
 
Stanisławów, jaki pozostał w sercu i pamięci Tadeusza Olszańskiego był trzecim co do wielkości, po Krakowie i Lwowie, miastem Galicji. Tętniło w nim życie tolerujących się nawzajem narodowości: polskiej, żydowskiej, rusińskiej, niemieckiej, ormiańskiej i innych. Przedsiębiorczy obywatele stolicy Pokucia wybudowali nowoczesne fabryki, sklepy, szkoły, szpitale, elektrownie. Wspomnienia Tadeusza Olszańskiego dotyczyły również spraw bliskich młodemu pokoleniu. Obszernie opisane zostały dzieje stanisławowskiej edukacji od założenia w XVII wieku Kolonii Akademickiej, która zyskała określenie „Ateny Pokucia”. Sport w Stanisławowie zasłynął przede wszystkim dwoma klubami i drużynami piłkarskimi: Górką i Rewerą, o których autor publikacji opowiedział z dziennikarską pasją.

„Tragiczna konspiracja”
 
Stanisławów, jak wspomina Tadeusz Olszański, był miastem szczególnie mocno przywiązanym do Ojczyzny, więc zareagował bardzo emocjonalnie na brunatną i czerwoną okupację. Stanisławowscy Polacy konspirowali i w szeregach Armii Krajowej i poza Nią. Pozostawała to jednak „tragiczna konspiracja” z powodu wielu denuncjacji, jakich dopuszczali się ukraińscy i żydowscy współobywatele. Mimo tego, autor napisał wiele dobrego o Żydach, stanowili oni przecież znaczną część społeczności Stanisławowa; okresowo mieszkało ich tylu, co Polaków. Mieli też bohaterskie karty w dziejach Pokucia. Oddział żydowskiej partyzantki Panteleria zlikwidował m.in. lokalnego szefa gestapo hauptsturmführera Tauscha. Niestety, dowódca jednostki Anda Luft zginęła razem ze swym maleńkim dzieckiem.
Wacław Chowaniec - syn
Wacław Chowaniec - syn
Tadeusz Chowaniec - syn
Tadeusz Chowaniec - syn
Stanisław Chowaniec - ojciec
Stanisław Chowaniec - ojciec
  

Drukarz, prezydent, dyrektor banku
 
Wierny syn Stanisławowa przywołał na kartach książki pamięć kilku jego krajan. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziły trzy nazwiska: Chowaniec, Łukoski, Gutt Mostowy.
Stanisław Chowaniec był prężnie działającym właścicielem drukarni, a najstarszy z jego synów Wacław nawet prezydentem miasta. Stanisławów zawdzięcza mu rozwój infrastruktury miasta i obiektów użyteczności publicznej. Wacław Chowaniec pełnił w późniejszym czasie funkcję dyrektora banku we Lwowie. Uciekająca ze Lwowa do Generalnej Guberni rodzina Wacława znalazła oryginalny schowek na brylanty mające im uratować życie - jubiler powklejał je w pazurki futerka z lisa. Polak potrafi!
Wacław drukarnię przekazał bratu Tadeuszowi, który doprowadził ją do rozkwitu. Tadeusz Chowaniec został aresztowany przez NKWD i zamordowany w Charkowie w 1940 roku.


Legiony Polskie, Wojsko Polskie, Batalion "Zośka" Armii Krajowej 
 
Niezwykłym bohaterstwem wykazała się rodzina Łukoskich. Kazimierz Orlik-Łukoski służył w Legionach Polskich, był generałem Wojska Polskiego, walczył w kampanii wrześniowej i brał udział w obronie Lwowa. Aresztowany przez NKWD został zamordowany w Charkowie po pobycie w obozie w Starobielsku w 1940 roku. Jego synowie, Andrzej ps. „Blondyn” i Jerzy ps. „Żereń”, żołnierze Batalionu „Zośka” walczyli w Powstaniu Warszawskim. Andrzej zginął 18 sierpnia 1944 roku.
Andrzej Łukoski - syn
Andrzej Łukoski - syn
Jerzy Łukoski - syn
Jerzy Łukoski - syn
Kazimierz Orlik Łukoski - ojciec
Kazimierz Orlik Łukoski - ojciec


Mord w Czarnym Lesie i gestapowskie psy 


Równie tragicznie zakończone życie doktora Jana Gutta Mostowego pochodzącego z Poronina mogło by stanowić kanwę dla scenariusza filmu akcji. Półwiecze dzielnego Polaka obfitowało w nieoczekiwane wydarzenia i zwroty akcji: była nauka w Krakowie, służba w austriackim wojsku, praca w Niemczech, pobyty we Francji i Belgii, studia medyczne w Szwajcarii, europejska kariera zapaśnicza, zaciąg do Armii Hallera, praktyka lekarska w Stanisławowie. W sierpniu 1941 roku zamordowany został w siedzibie Gestapo (prawdopodobnie przez psy Hansa Krügera) . Kilka dni wcześniej gestapo pod dowództwem Hansa Krügera zamordowało ponad dwustu pięćdziesięciu przedstawicieli inteligencji Stanisławowa. Ich masowe groby – doły śmierci w Czarnym Lesie odkryto dopiero w 1988 roku! Podobnie we Lwowie na Wzgórzach Wuleckich uśmiercono kilkudziesięciu profesorów w lipcu 1941 roku.

Stanisławów, Opole, Iwano-Frankiwsk 

Polski Stanisławów skonał 27 lipca 1944 roku wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej. Kolejne wywózki i wysiedlenia ludności polskiej w ramach tzw. repatriacji, a w rzeczywistości depatriacji miały charakter czystki etnicznej; prowadzone były systemowo i na masową skalę. Stanisławowianie osiedleni zostali na Ziemiach Odzyskanych, głównie w Opolu, ale również niektórzy z nich rozjechali się po całym świecie. W miarę możliwości spotykają się raz do roku w swym „kraju lat dziecinnych” i wspominają...


Stanisławowa już nie ma! Po trzystu latach istnienia jego miejsce na mapach zajął Iwano-Frankiwsk.



Tekst ukazał się na blogu Czytam Po Polsku


niedziela, 27 listopada 2016

Mamert Stankiewicz, Z floty carskiej do polskiej




Autor tych wspomnień, kapitan Mamert Stankiewicz, jest znany szerokim kręgom polskich czytelników jako tytułowy bohater kultowej książki Karola Olgierda Borchhardta „Znaczy kapitan”. Jego niezwykłe i barwne koleje losu możemy poznać z autobiograficznej pozycji „Z floty carskiej do polskiej”.

Mamert Stankiewicz był człowiekiem Kresów. Jego rodzina wywodzi się z dawnego województwa wileńskiego (ze strony ojca z powiatu brasławskiego, ze strony matki z dziśnieńskiego). Urodził się w Mitawie (dzisiaj Jełgawa) w 1889 roku jako syn carskiego oficera (ojciec skończył szkołę wojskową w Rydze i służył w mitawskim pułku piechoty). Dość liczna rodzina Stankiewiczów mieszkała więc na stałe w Mitawie, a na lato wyjeżdżała do majątku dziadków (rodzice matki) położonego nad rzeką Dziśnieńką, gdzie jechało się pociągiem z Mitawy do Rygi, potem do Dyneburga, a stamtąd do stacji Borkowicze, gdzie czekały już konie i powóz wysłane przez dziadka.

Mamert i jego bracia skończyli rosyjską szkołę początkową w Mitawie. Czytać, pisać i modlić się po polsku nauczyła ich matka. Potem była szkoła realna w Mitawie, w końcu Korpus Kadetów Morskich w Petersburgu, słynna szkoła wojskowa z tradycjami, no i służba w carskiej flocie na Bałtyku. Mamert ożenił się z siostrą swojego kolegi szkolnego, Heleną Jankowską, swoją pierwszą miłością, w której kochał się od 12. roku życia.

Najciekawszy okres opisany w tych wspomnieniach to czas rewolucji październikowej i tego, co nastąpiło później, a zwłaszcza podróż autora dookoła świata, z Rosji do Polski (inaczej w tamtym czasie się nie dało, bo drogę zagradzał niemiecki front). W 1918 roku Mamert w przebraniu uciekł z ogarniętej rewolucją Rosji (przepustkę na wyjazd dawał mu towarzysz Załkind, który w czasie spotkania w Pałacu Zimowym strzelał sobie z pistoletu w ścianę, ot, tak, dla rozrywki) i przez Finlandię i Szwecję udał się statkiem do Ameryki. Miał zamiar w taki czy inny sposób dostać się do Polski. W Rosji pozostawił żonę z dzieckiem. W Stanach Zjednoczonych najpierw nie mógł znaleźć zatrudnienia, potem pracował jako sekretarz w rosyjskim konsulacie w Pittsburghu. Potem udało mu się sprowadzić zza oceanu żonę z córeczką. W 1919 roku został zwolniony z konsulatu i dostał polecenie dołączenia do rządu admirała Aleksandra Kołczaka na Syberii. Stankiewiczowie wraz z córką ruszyli więc pociągiem na zachód Ameryki, stamtąd popłynęli statkiem do Japonii, potem zaś znowu pociągiem do Omska, gdzie w tym czasie rezydował rząd białych Rosjan admirała Kołczaka. Ich odyseja przypominała nieco przygody opisane w powieści „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a. Zdążyli zagospodarować się w Omsku, kiedy przyszedł rozkaz ewakuacji na wschód, bo z zachodu zbliżał się front bolszewicki. Trzeba było szybko uciekać. Ale jak?

Sytuacja rodzinna była dramatyczna, bowiem dokładnie w tym czasie Helena Stankiewiczowa była wysoko w ciąży. Miała rodzić, dosłownie już, lada dzień! Nie było wiadomo, co robić w tej sytuacji: czekać w Omsku na poród, narażając się na późniejsze, ewentualne bolszewickie represje, czy też uciekać pociągiem wraz z białymi Rosjanami. Stankiewiczowie wybrali w końcu to drugie rozwiązanie, żona z córką pojechały wcześniejszym pociągiem, mąż późniejszym, potem się spotkali. W końcu jednak, na skutek zdrady czeskich żołnierzy prowadzących straż na linii kolejowej, i tak wszyscy razem z Kołczakiem wpadli w ręce czerwonych. Ostatecznie, Mamert znalazł się w więzieniu w Irkucku, gdzie uwięziono również admirała Kołczaka, który wkrótce został zgładzony przez bolszewików. Naszemu kapitanowi również groziła śmierć, jednak zamiast tego trafił do obozu koncentracyjnego na Syberii, później został wypuszczony na wolność. W międzyczasie, w trakcie tych dramatycznych wydarzeń, jego żona urodziła drugą córkę. Dopiero w 1921 roku, po zawarciu traktatu w Rydze, Stankiewiczom udało się cudem, przez Moskwę, przedostać do Polski. I tak zakończyła się trwająca trzy lata dramatyczna podróż dookoła świata. Stracili wszystko, co posiadali wcześniej i byli całkowicie zrujnowani finansowo i obdarci. W wolnej Polsce musieli dorabiać się od zera.

Na początku lat 1920. Mamert zaczął pracować w powstającej właśnie szkole morskiej w Tczewie i wychowywać nowych marynarzy. I ta jego właśnie działalność została opisana piórem kapitana Borchardta. Rodzina osiadła ostatecznie w Tczewie, gdzie wynajęła pięciopokojowe mieszkanie (Helena Stankiewiczowa wraz z córkami została usunięta z Tczewa przez Niemców jesienią 1939 roku, kiedy hitlerowcy wysłali całą ludność napływową z Pomorza do Generalnego Gubernatorstwa).

W okresie międzywojennym kapitan Stankiewicz pływał na m/s „Piłsudski”. Wtedy też, w wieku niespełna 50 lat, spisał swoje wspomnienia, które zakończył w 1937 roku. W przededniu wybuchu II wojny światowej, 24 sierpnia 1939 roku, dostał rozkaz, by wyprowadzić z Gdyni do Wielkiej Brytanii statek „Kościuszko”, który w tym czasie był kompletnie pozbawiony wszelkiego wyposażenia i już przygotowany do sprzedaży na złom. Kapitan musiał uczynić go sprawnym do żeglugi, szybko zebrać załogę i zdążyć wydostać się z Bałtyku, zanim wybuchnie wojna. „Kościuszko” wypłynął z Gdyni dosłownie w ostatniej chwili, 28 sierpnia wieczorem. Przepłynął Morze Północne i 2 września dotarł do Anglii.

W listopadzie 1939 roku Stankiewicz objął dowództwo na transportowcu wojskowym m/s „Piłsudski”. Miał dołączyć z tym statkiem do konwoju. Jednak 26 listopada okręt został storpedowany przez Niemców. Kapitan został na pokładzie do końca, ewakuował się wraz z ostatnimi marynarzami na małej tratwie. Kiedy po paru godzinach rozbitków uratował brytyjski niszczyciel, kapitan był już w takim stanie wychłodzenia, że nie udało się go uratować. Jego pogrzeb odbył się 29 listopada w Hartlepool.

Wspomnienia Mamerta Stankiewicza w postaci maszynopisu ofiarowały Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni jego córki, Anna Tomaszewska i Irena Małecka. Po raz pierwszy zostały wydane w latach 1990. Ja czytałam drugie wydanie. Podobno w oryginale tekst był o wiele dłuższy, ale przez wydawcę został znacznie skrócony i zredagowany. Jednak wiele to nie pomogło w odbiorze całości. Kapitan Stankiewicz miał widocznie naturę pedanta, gdyż pisał tak, aby wszystko było dokładnie i szczegółowo. Nie dbał wcale o to, by było ciekawie czy interesująco. Jak ognia unikał wszelkiej sensacji. Nawet swoje niezwykłe przygody w Ameryce i na Syberii przedstawił w konwencji prawie urzędniczego sprawozdania. Opowieści Stankiewicza daleko na przykład do sensacyjnej fabuły przygodowej opowiedzianej przez Ferdynanda Ossendowskiego, który mniej więcej w tym samym czasie kręcił się po Syberii i Mongolii (był w otoczeniu szalonego barona, czyli generała Romana Ungern von Sternberg) i napisał potem książkę „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”.

Autobiografię Stankiewicza czyta się tak sobie... Jakby nie chodziło o wspomnienia Kresowiaka i epizod amerykańsko-syberyjski, pewnie dałabym sobie w ogóle spokój z tą lekturą. Wiele miejsca poświęcił Stankiewicz opisom statków, rejsów i innych kwestii około marynarskich, do tego napisał o tym w sposób tak nudny, że całe fragmenty tej książki zaledwie przekartkowałam. Być może mogą one być interesujące dla historyków polskiej floty wojennej czy handlowej, ale zwykłemu czytelnikowi trudno jest przedzierać się przez te rozważania.

Aaaa, właśnie, rozważania! Rozważania filozoficzne kapitana Stankiewicza! Tego w tej książce nie brakuje! Autor jawi się w niej jako szlachetny człowiek honoru, naśladowca Conrada, a jego wspomnienia mają nieść naukę młodym pokoleniom polskich marynarzy. Obala przy tym związane z zawodem żeglarza mity, zwłaszcza mit wiecznej przygody i niezwykłego powodzenia u kobiet (zdaniem Stankiewicza, nieprawdą jest, że marynarz ma żonę w każdym porcie, a kwestie lupanarów po prostu go mierżą).

Warto tu przypomnieć, że bardzo interesujące wspomnienia o Stankiewiczu pozostawił jego wychowanek ze szkoły morskiej w Tczewie, Karol Olgierd Borchadt, autor książek „Znaczy kapitan”, „Krążownik spod Samosierry”, „Szaman morski” i innych. Opisał w nich Mamerta jako ekscentrycznego nauczyciela morskiego fachu, który w każde prawie zdanie wtrącał słowo „znaczy”.


Tu kawałeczek Borchardta na zachętę:

„Uroczysta zbiórka wyznaczona była na godzinę jedenastą. Po pobudce i podniesieniu wielkiej gali poszliśmy na śniadanie. Jeszcze tylko ostateczne porządki w miedzypokładzie. Po podniesieniu stołów międzypokład zamienia się w bawialnię. Przebieramy się w wyjściowe, granatowe mundury i stajemy na zbiórce.
Na przemian prószy drobniutki suchy śnieg i wygląda słońce. Od pierwszego maja obowiązują białe pokrowce na czapkach. Nakrochmalone i wyprasowane jeszcze w domu rękami matek i sióstr - wyglądają naprawdę bardzo uroczyście.
Z pokładu rufowego zstępuje kapitan w asyście wszystkich oficerów.
- Baczność! Na prawo patrz!
- Czołem, uczniowie! - wita nas kapitan, stojąc przed nami na baczność i salutując.
- Czołem, panie kapitanie! - skandujemy.
Kapitan przechodzi teraz na prawą burtę i wita się z załogą stałą statku. Po chwili znów wraca na lewą burtę. Że zacznie przemówienie od słowa „znaczy” - nikt nie ma wątpliwości, że tych „znaczy” będzie więcej niż innych słów - też wiadomo. Ale co powie? Z jakiego podręcznika przygotował przemówienie? Kartki nie widzimy, nauczył się pewnie na pamięć.
Przyglądamy się kapitanowi z wielką uwagą. Widać, że jest niezadowolony z roli, jaka mu dzisiaj przypadła w udziale. Kapitan czerwienieje. Jego wydatna szczęka wysuwa się w ten sposób, jak gdyby miał nam udzielić surowej nagany za wielkie przewinienia. Szczęka coraz groźniej przesuwa się do przodu. Nagana będzie silna i płomienna.
Kapitan zaciska zęby i mówi:
- Znaczy, rozumiecie! Znaczy, praojcowie nasi konstytucję ułożyli! Znaczy, dzisiaj obchodzimy takie święto narodowe. Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie podwójne święto. Papież, znaczy Ojciec Święty, Matkę Boską królową Korony Polskiej zrobił! Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie trzecie, małe święto! Znaczy, wyście dołożyli swojej małej inteligencji i statek przygotowaliście do podróży... Znaczy, dzisiaj jest takie POTRÓJNE święto: Znaczy, praojcowie - konstytucje, papież - Matkę Boską, a wy - statek! Znaczy, Rzeczpospolita Polska niech żyje!
- Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!”


A tu jest fragment dziecięcych wspomnień kapitana Stankiewicza, w którym opowiada o wakacjach u dziadków w dziśnieńskim powiecie:
Dzieciństwo i nauka - Cyfroteka.pl


Stankiewicz Mamert, „Z floty carskiej do polskiej”, wyd. Iskry, Warszawa 1997

Tekst pochodzi z bloga Archiwum Mery Orzeszko


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...