czwartek, 16 sierpnia 2018

Rozkwitanie i usychanie. O książce ,,Czereśnie będą dziczeć” Marioli Kruszewskiej




Opowieści takich, jak ta, zdecydowanie szkoda na przysłowiowy ,,jeden wieczór”. Warto podejść do nich z ciekawością i dać czas, żeby niespiesznie popłynęły do serca i wsączyły się w umysł. Dobrze jest wsłuchać się w rytm i ton prowadzonej narracji, pozwolić, by uwodziły nas obrazy i historie. Co najtrudniejsze jednak, ale najważniejsze, zdecydowanie trzeba otworzyć się na ból, który niosą. Ten ból jest prawdą. A o prawdę przecież tutaj chodzi.

Mariola Kruszewska w swojej najnowszej książce - zbiorze opowiadań ,,Czereśnie będą dziczeć”, pochyla się nad nieco mniej znanym obliczem Kresów – mówi o ludziach, którzy przeżyli traumę i próbują żyć w nowej trudnej dla siebie rzeczywistości. Emocje, strachy i wspomnienia, w których ,,uwięzieni” są bohaterowie determinują ich wybory, sprawiają ból, ale z drugiej strony pozwalają przetrwać – nie słabnie w nich nadzieja, że kiedyś znów wrócą, doglądną sadów…

Tłem dylematów i wewnętrznych konfliktów postaci jest natura – piękna, niezmienna w swym rytmie, ale obca, nieoswojona… Mamy więc u Kruszewskiej dwa światy – przestrzeń skomplikowanych ludzkich emocji oraz przyrodę, która jakby na przekór tragedii Kresów, kwitnie i odradza się. Niezachwiany puls życia trwa wbrew temu, co czuje człowiek –jego prawdziwe szczęście jest tam, gdzie kwitną czereśnie.

Sprzeczność i rozdarcie to dominanta narracyjna opowiadań – w taki sposób skonstruowany jest świat, takie emocje targają bohaterami. To także klamra kompozycyjna, która towarzyszy niemal każdemu przytoczonemu w książce obrazowi – losy ludzkie zazębiają się w taki sposób, że gdy dla jednych życie rozpada się na kawałki, inni odnajdują swój utracony rytm. Ale o tym przekonuje się czytelnik w trakcie lektury – Kruszewska bardzo powoli odsłania kolejne tragiczne losy swoich postaci. Zupełnie tak, jakby chciała pokazać, że teraźniejszość nie istnieje bez przeszłości, życie bez śmierci a początek ma już swój określony koniec.





Bohaterowie opowiadań swoje życie ,,tu i teraz” traktują jako tymczasowe. Z tego względu nie zapuszczają korzeni, nie przywiązują się do przedmiotów i miejsc, wciąż żyją nadzieją na powrót do siebie. Owo rozdarcie na prawdziwe ,,tam” i chwilowe ,,tu” wpływa na idealizowanie przez nich przestrzeni, którą musieli opuścić. Kruszewska ustrzegła się jednak zgubnego odrealnienia obrazu Kresów. Byłoby niezgodne z prawdą, gdyby pokazała świat wolny od dylematów, sąsiedzkich konfliktów, trudnych relacji międzyludzkich, które od wieków wynikają z różnorakich zależności – także narodowościowych.

Bardzo wymownym obrazem opowiadań są tytułowe czereśnie. Ich kwitnienie to symbol życia i trwania. Doglądane przez ogrodnika dają owoc pełny i smaczny. Tak samo jest z ludźmi – wrośnięci w konkretną przestrzeń, dobrą i znajomą, są szczęśliwi. Przesadzanie starych drzew skutkuje ich usychaniem, z kolei te zaniedbane, nieprzycięte sprawną ręką gospodarza przestają owocować…

Opowiadania pokazują, że tak, jak drzewa bez ludzi dziczeją, tak ludzie brutalnie wysadzeni ze swojego świata, ciągle tęsknią za sadem, który zostawili. Nie umieją żyć bez siebie. Stad ich usychanie, stąd ciągła tęsknota, stąd pogoń za szczęściem, które zostało ,,tam”.
 

Czy ocaleniem może być powrót?

Warto poszukać u Kruszewskiej odpowiedzi na te pytania…
 

***
Mariola Kruszewska ,,Czereśnie będą dziczeć", Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2017



Agnieszka Winiarska


sobota, 4 sierpnia 2018

Andrzej Kuśniewicz, Mieszaniny obyczajowe (kryptopamiętnik kresowy)





„Mieszaniny obyczajowe” Andrzeja Kuśniewicza nawiązują do „Mieszanin obyczajowych” Henryka Rzewuskiego, tekstu wydanego w pierwszej połowie XIX wieku, nieco skandalizującego i w pewien sposób tajemniczego, bowiem w ogóle nie istniejącego w świadomości polskich czytelników. Nie ma do niego dostępu, nawet w bibliotekach cyfrowych.

Tak więc porównanie tekstu Kuśniewicza do tekstu Rzewuskiego to jest trochę porównanie typu „ignotum per ignotum”. Chociaż studiowałam polonistykę, nigdy nie miałam do czynienia z tym tekstem Rzewuskiego. Mam nawet wrażenie, że był on jakby na cenzurowanym w czasach PRL, a i dzisiaj jakoś nie przebił się do powszechnej świadomości. Na studiach czytaliśmy tylko „Pamiątki Soplicy” Rzewuskiego, a później, kiedy pracowałam naukowo, czytałam także „Nie-bajki” tegoż autora, uroczy zbiorek lekko gotycyzujących opowiastek grozy.

Z tego, co czytam o „Mieszaninach…” Rzewuskiego, wynika, że jest tam coś o Polsce, coś o sarmatyzmie, coś o Kresach i tak dalej.

No i to samo u Kuśniewicza: coś o Polsce, coś o Kresach, coś o sarmatyzmie, coś o Galicji, bo autor z Galicji się wywodzi. Swą opowieść zaczyna Kuśniewicz od osobistych wspominków rodzinnych; ktoś tam zmarł, ktoś tam coś powiedział, ktoś tam coś tam przeczytał w „Tygodniku Powszechnym” (jest początek lat 1980. i polski inteligent czyta właśnie tę gazetę). Z początku nie wiadomo za bardzo o co chodzi w tych rozważaniach autora, dopiero gdzieś tak około pięćdziesiątej strony czytelnik zostaje cudownie przeniesiony w czasie i przestrzeni na dawne Kresy, gdzieś w okolice Hłuboczka Wielkiego (obecnie rejon tarnpolski Obwodu Tarnopolskiego na Ukrainie). Migają takie nazwy jak Demidówka (rodzinny majątek Kazia, porte parole autora), Czachorówka (majątek kuzyna Leonsa), Zahajce, błyska graniczna rzeka Zbrucz, a za nią majączą jeszcze Płoskirów, Czarny Ostrów, Winnica, Eliaszówka, Kapuściany, Tymoszówka (tam, gdzie w efekcie rewolucji październikowej utopiono w stawie fortepian kompozytora Karola Szymanowskiego), Humań, Tulczyn, Żmerynka, Fastów i Hołozubińce. Widać stepy ukraińskie, a nawet z daleka ukazuje się Odessa. Bliżej jest oczywiście Lwów, gdzie się pomieszkuje, a czasami bywa. Wspomniany jest również Tarnopol, a także Podole.

Czytamy o sarmackich przodkach Kazia (samego Kuśniewicza? To nie jest jasno powiedziane, ale tak by wypadało z tej opowieści), a zwłaszcza o dziadku Onufrym, co to łeb miał podgolony, tańczył trepaka, kielichy szklane o głowę rozbijał, a na stare lata ożenił się z Rosjanką z Białej Cerkwi, panną respektową Aleksandry Branickiej, o której wieść niesie, że była nieślubną córką carycy Katarzyny. Czytamy o kuzynach arystokratach jak kuzyn Leons (paradna postać!), o żydowskich handlarzach bydła, co to wzbogaciwszy się kupowali sobie majątki ziemskie i hrabiowskie tytuły w Wiedniu. Czytamy o tym, jak starszy brat Kazia, Stefan, zwany Funiem, ożenił się ze Stefanią zwaną Fuchą i razem osiedli w rodzinnej Demidówce, a matka Kazia i Funia zamieszkała we Lwowie z damą do towarzystwa i mieszkała tam sobie spokojnie nawet za pierwszych Sowietów (to znaczy o Sowietach autor nie pisze, gdzie tam, przecież to lata 1980.), ale gdzieś znikła po wejściu Niemców. A może było odwrotnie, tylko autor wszystkiego nie dopowiada z uwagi na cenzurę w PRL?

Bo widać jasno i wyraźnie, jak bardzo ta anegdotyczna sarmacka gawęda została poddana autocenzurze. Kuśniewicz pisze tylko co, co można pisać w latach 1980., żadnych tam nieprawomyślnych historyjek nie ma. Przez to właśnie cały ten tekst jest może miejscami mało zrozumiały dla czytelnika. Cały czas mowa ezopowa! Pamiętam, że czytałam to już raz, właśnie w latach 1980., zaraz po ukazaniu się tej książki, która wówczas była swego rodzaju bestsellerem (a i Kuśniewicz był wówczas znanym pisarzem, nie to co dzisiaj, kiedy jest już zupełnie zapomniany). Czytałam to wtedy i podobało mi się ze względu na tę sarmacką, gawędową formę. Ale co ja z tego rozumiałam? Chyba niewiele! Zdawało mi się, że to fikcja, takie sobie tylko bajanie. Nazwy dawnych polskich rezydencji na kresach wschodnich niewiele mi wówczas mówiły. Wtedy, na długo przed lekturą „Pożogi” Zofii Kossak-Szczuckiej czy „Burzy od wschodu” Marii Dunin-Kozickiej – cóż ja wiedziałam o końcu polskiego panowania na kresach wschodnich? Przecież to wszystko było zakryte przez cenzurę! Nic o tym nie wiedziałam.

I dopiero teraz, kiedy przeczytałam kilkadziesiąt może tomów najróżniejszych wspomnień i pamiętników kresowych mogę spokojnie sięgnąć po Kuśniewicza i mieć nadzieję, że prawidłowo zrozumiem tę książkę, że rozwikłam te różne ezopowe zagadki i dygresje. A sięgnęłam po nią przypadkiem, bo znalazłam ją właśnie niedawno w koszu z makulaturą w mojej bibliotece. Rzuciłam się na nią i porwałam do domu. Egzemplarz był nowy, nigdy chyba nie czytany. Tak właśnie wyglądają książki z księgozbiorów dziadków, którzy kupowali je dla wnuków, a teraz wnuki sprzedają czy też remontują mieszkania po dziadkach i pozbywają się tych książek, nie przeczytawszy ich w ogóle. No wiec – książka nówka! Ale klejona! Czytam, a ona się rozpada, klej się kruszy i wylatuje, a książka ulega dekonstrukcji! Zanim ją przeczytałam – cała się rozpadła.

Mam wrażenie, że przydałoby się ją wznowić, bo to naprawdę wartościowy tekst, godny przypomnienia. Może jakieś wydawnictwo odważy się wydać Kuśniewicza? Wiem, opinię ma straszną, bo to niby sługus PRL, niby szpieg jakiś na usługach UB czy SB… Ale czy to jest w ogóle ważne? Mnie na studiach polonistycznych uczyli, że tekst jest tekst, a autor jest autor. Dwie różne rzeczy to są. Osobno ocenia się tekst, osobno mówi o autorze. Autor może i był świnia, co na kolegów donosił z kim spali (zresztą, nie wiem, jego teczek w IPN nie czytałam, ale tak o nim piszą, że donosił, m. in. na Iwaszkiewicza i jego kochanków), ale tekst jest naprawdę smakowity i przeczytałam go z prawdziwą przyjemnością!


Kuśniewicz Andrzej, „Mieszaniny obyczajowe”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


sobota, 28 lipca 2018

Alicja Łukawska 'Duchy Kresów Wschodnich' - dawnych Kresów czar....


To wspaniała książka, którą przeczytałam już w zeszłym tygodniu, ale nie mogę się zabrać za tę oto recenzję, przez kilka dni przekładałam jej napisanie, ociągałam się. Piszę wreszcie, ale mam nadzieję, że jak już zacznę pisać, to jakoś to pójdzie. 

Książkę czyta się lekko i bardzo mile. To zasługa stylu autorki, znanej chyba wszystkim z bloga Archiwum Mary Orzeszko, znanej w blogosferze jako Maria Orzeszkowa. Ci, którzy na Jej blog zaglądają, wiedzą, że jest ona fanką Kresów Wschodnich, miłośniczką literatury wspomnieniowej o Kresach i znawczynią dobrej literatury rosyjskiej, bo zna i porozumiewa się po rosyjsku. Pisze ciekawe recenzje, z którymi można się zgadzać, albo nie, ale nie można im odmówić pasji dziennikarskiej, stylu i tego, że czyta się je z ciekawością. Tak więc, gdy pani Orzeszkowa obwieściła światu, że pisze książkę o duchach  na Kresach, to byłam nią zaciekawiona (również z innego powodu, ale o tym za chwilę). Ucieszyłam się więc, gdy mogłam mieć możliwość recenzowania tej książki. 

Wydawcą jest Wydawnictwo von Borowiecky, znane z wydania znakomitej i niedoścignionej, monumentalnej książki o ludobójstwie Polaków na Wołyniu:

'Duchy Kresów Wschodnich' ukazały się 11 maja 2018 roku, czyli jakieś 2 miesiące temu. Nie śledzę recenzji książki w czasopismach, ale autorka pisze o recenzjach w pismach branżowych, czyli kresowych i egzoterycznych. Brawo. Dodam jeszcze, że pani Orzeszko zapowiada następną książkę, tym razem wspomnienia swojej mamy. 

Wróćmy do duchów. Tak się składa, że moja rodzina pochodzi z Kresów, z Wołynia. Mój pradziadek z kolei był prawdziwym Litwinem, ale reszta była Polakami. Chociaż z tego, co opowiadano u nas, to przed II wojną światową chyba nie było pojęcia narodowościowego, że były to Kresy wielonarodowe, różne nacje żyły obok siebie i jakoś sobie 'dawały radę' - cytuję swoją babcię. Duchy i istnienie 'świata nadprzyrodzonego' było chyba tym, co łączyło cały ten ogromny region, raczej chyba zamieszkały przez większość włościańską (do których i moi przodkowie się zaliczali) niż tych nielicznych 'bogatych', którzy z kulturą ludową, kulturą magii nie mieli wiele wspólnego. Czy rzeczywiście? Książka pokazuje, że niekoniecznie. W każdym razie kilka opowieści o duchach krążyło w mojej rodzinie, a pewnie i inne takie historie z dreszczykiem były powszechne. 

Wydawać się  mogłoby, że to już 'dawne mity'. Ale byłam w błędzie. Wyobraźcie sobie bowiem, że gdy czytałam tę książkę nawiedziła mnie znajoma pani. Zaintrygował ją tytuł. Poczytała spis treści i znalazła rozdział o znachorach. Zajrzała, znalazła to co ją interesowało, czyli fragmenty o owczarzach. Chciała mi kartki wyrywać, prawie pożarła mi książkę oczami i wreszcie stuknęła palcem w słowo owczarz i stwierdziła autorytarnie 'TO PRAWDA, BO MI OJCIEC OPOWIADAŁ'. Za tym poszła cała opowieść o uzdrawiaczu owczarzu, bo pani ta potrafi ciekawie opowiadać.Tak więc przekonałam się, że wiara w duchy i zjawiska nadprzyrodzone na Kresach była powszechna. 

Takich 'ludowych' opowieści troszkę mi w książce zabrakło, ale były inne, bardziej uniwersalne. Książka podzielona została na rozdziały odpowiadające terenom dawnych Kresów, a więc na rozdziały o: Lwowie, Wilnie, Wołyniu, Podolu, Ukrainie, Litwy, Białorusi, Inflant, a następnie na typy miejsc magicznych oraz konkretnych magicznych typów postaci. Jest tu wiele opowieści znanych z literatury i pamiętników. Autorka wymienia wiele kresowych miejsc, miejscowości, postaci. Są ryciny i portrety:



Przy okazji tych opowieści ukazuje się krwawa historia tego regionu, ale i piękna, bo pełna nie tylko wojen i oblężeń, ale i magicznych miejsc, owianych tajemnicą, pełnymi Białych Dam, straszących zjaw i tak dalej. Nie jestem pewna, ale zdaje się, że jest to jedna z pierwszych takich zbiorczych książek o tym ciekawym zjawisku kresowym, jakim była wiara w duchy. Tak jak powiedziałam, brakowało mi lokalnych opowieści, ale i tak całość mnie urzekła, bo została napisana ciekawie, pięknym językiem, porywająco i tak, że czytało się to jednym tchem.  Dodam na koniec, że na wyrywanie kartek tej książce nie pozwolę, ale cieszę się, że zaciekawiła ona nawet kogoś, kto książek w ogóle nie lubi. To świetny nabytek na moją półkę kresowo-historyczną. 

Daję książce 7 gwiazdek.
Recenzja pochodzi z bloga Literackie zamieszanie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...