piątek, 23 kwietnia 2021

Doświadczyć granicy. Recenzja książki Tomasza Grzywaczewskiego ,,Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej"

 Tomasz Grzywaczewski bierze na swój warsztat opowieść o Kresach i ja się zastanawiam, co z tego wyniknie – zanotowałam w listopadzie, w dniu premiery reportażu, który w swym założeniu ma przeprowadzić czytelnika przez dawne granice II Rzeczpospolitej. Byłam świeżo po lekturze ,,Wędrownego zakładu fotograficznego” Agnieszki Pajączkowskiej (Wydawnictwo Czarne) i nie wyobrażałam sobie, że mogę przeczytać coś bardziej inspirującego niż jej opowieść o terenach przygranicznych. A jednak! Książka Grzywaczewskiego ma kilka niezwykle mocnych punktów, które sprawiają, że jej lektura, mimo że jest wymagająca nawet dla czytelnika obeznanego z poruszaną tematyką, to prawdziwy emocjonalny i merytoryczny rollercoster. I dlatego warto. Ale nie tylko!

,,Wymazana granica” jest opowieścią o terenach, które w okresie II RP znalazły się w strefie przygranicznej. To jednak oczywiste, że celem Grzywaczewskiego nie jest opowiedzieć TYLKO o stricte geograficznym lub politycznym wymiarze linii oddzielającej od siebie dwa państwa. W ,,Wymazanej granicy” reporter skupia swoją uwagę na ludziach, którzy ,,doświadczyli granicy” – jej ewolucji, przesuwania i powrotu; jej płynności i konsekwencji, które z tą nietrwałością się wiązały.Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej - Wydawnictwo Czarne

Pretekst

Opowiadanie o polskiej granicy, która w XX wieku była niezwykle często poddawana zmianom jest w reportażu Grzywaczewskiego pretekstem do rozmowy o doświadczeniach, jakie dotknęły Polaków na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że objeżdżając przygraniczne tereny i opowiadając ich historię, Tomasz Grzywaczewski opowiada losy swojego narodu tak w ogóle – wszystkich tych rozdzielonych, odciętych od ojczyzny, przesiedlonych w nieznane i nieprzyjazne miejsca, uwikłanych w konieczność porzucenia swej tożsamości etnicznej, opuszczonych i zapomnianych, którzy musieli wybierać, kim mają być albo nie mogli pamiętać, kim są. Nie jestem pewna, czy zbudowanie tak pełnego obrazu polskiego doświadczenia narodowego, było świadomym zamiarem autora. Wydaje się jednak, że nie sposób uciec od tej zależności zwłaszcza, gdy opisuje się tereny przygraniczne, a więc miejsca styku, iskrzenia, a także przepływu społeczności i kultury. Mieszkańcy tamtej przestrzeni jako pierwsi odczuwali skutki wszelkich ,,dziejowych” zmian polityczno-historycznych; to tam narodowość (polskość) była wystawiana na największe próby, a historia, właśnie tam, jak nigdzie w równym stopniu, lubiła się powtarzać (niestety!).

Obraz z jednostki ""

Ławeczka Piłsudskiego w Druskiennikach NAC

Reportaż Grzywaczewskiego warto traktować jako impuls do poszukiwań informacji o miejscach i wydarzeniach, które powinny mocniej zaistnieć w polskiej świadomości. Część terenów i wydarzeń kluczowych do zrozumienia czym była II RP – i czym jest III RP –  o których przeczytamy w ,,Wymazanej granicy” jest znana szerszemu gronu odbiorców – słynne Zaleszczyki, Druskienniki  albo Kosów nad Czeremoszem, w którym prężnie działał Zakład Wodolecznictwa doktora Apolinarego Tarnawskiego. Niestety, zdecydowana większość miejsc, do których dotarł autor ,,Wymazanej granicy” ginie w pamięci o burzliwych wydarzeniach XX wieku. Tymczasem historia tych przygranicznych miasteczek, wiosek i przysiółków niesie w sobie niemniejszy ładunek wiedzy o opisywanym przez Grzywaczewskiego świecie – i co za tym idzie, również o świcie, którego doświadczamy tu i teraz.  Jest przecież tak – co pięknie pokazuje autor reportażu, że za każdą wioską czy chatą kryje się jej własna, burzliwa historia – czy zaskoczeni będziemy jeśli okaże się, że w Polsce jest wiele miejsc podzielonych na symboliczne pół? Trochę jakby przez życie ludzi, o których opowiada reporter przebiegała jakaś granica, wyobrażona lub zdefiniowana, oddzielająca to ,,przed” od tego, co ,,potem”.

 

Pstryczek w nos

Obraz z jednostki "Kosów. Panorama miejscowości"

Kosów nad Czeremoszem, NAC

Swoją badawczą podróż Grzywaczewski rozpoczyna na Kaszubach i kontynuuje ją przez Śląsk, tereny przylegające do rzeki Olzy, Zaolzie, okolice Wołosatego, Galicję Wschodnią, Wołyń i tereny nad Zbruczem, Polesie i jego mokradła, Zasław i granicę pod Mińskiem, Wileńszczyznę i dawne Prusy Wschodnie. Dostajemy sporo merytorycznych treści i jeszcze więcej tematów, z którymi musimy się zmierzyć samodzielnie. Reporter bardzo często oddaje głos swoim rozmówcom i to im (a potem nam) pozostawia ocenę świata, którego doświadczyli, dbając jednocześnie o to, byśmy jedną historię poznali z różnych perspektyw. Ale to zawsze czytelnik podjąć musi decyzję, jak wartościować obrazy, które dostaje i fakty, o których się dowiaduje. „Wymazana granica” daje pstryczka w nos zarówno tym, którzy chcą budować nieco idealistyczny obraz II RP oraz tym, którzy za wszelką cenę dążą do dekonstrukcji jakiegokolwiek pozytywnego jej obrazu.

„Na pograniczach każdy nosi w sercu jakąś zadrę. Pod każdą strzechą, w każdej rodzinie, w każdym miejscu czai się własny Smętek” mówi Grzywaczewskiemu jedna z rozmówczyń i myślę sobie, że oto mamy zdefiniowaną kolejną perspektywę przyjętą przez reportera. Spotkania z ludźmi, którzy ,,doświadczyli granicy”, a więc jej istnienia i przesuwania to niejednokrotnie zderzanie się z całą paletą emocji i doznań bardzo trudnych do wyobrażenia. Podczas lektury czytelnik zostaje postawiony przed koniecznością ustosunkowania się do przeczytanych treści i na próżno mu szukać gotowych interpretacji historii, o której czyta. Autor jest rzetelny w swojej pracy i przytacza konteksty poszczególnych wydarzeń, ale jednocześnie nie stara się ich spłaszczać albo obdzierać z warstwy emocji, którymi obrosły przez lata. Rozszyfrować ich znaczenie i zderzyć się ze świadomością, że jedna historia znaczyć może wiele musimy już sami. Sami dźwigamy ciężar opowieści o wojnie palikowej i niesprawiedliwościach wobec Kaszubów; samodzielnie trzeba nam zaakceptować to, jak zostali potraktowani mieszkańcy miast kipiących niekiedy od polskości; zostajemy sam na sam ze świadomością, jaki los spotkał Ślązaków zmuszonych do walki o własną tożsamość i odpieranie zarzutów o zniemczeniu; musimy przetestować własną wrażliwość, czytając o nieutulonej tęsknocie przesiedlonych spod Tarnicy–

– Po naszej chyży nie został kamień na kamieniu. Wszystko się pozmieniało. Nowe domy, nowe drogi, nowe drzewa, zarośla, łąki i pastwiska. Ale ona nadal tam stała. Tarnica. Tak samo majestatyczna, tak samo moja. Stała i czekała na mój powrót. Nie pozwoliła się zabrać. Jest wieczna. Po siedemdziesięciu latach rozłąki wreszcie ją zobaczyłam. Odzyskałam moje dzieciństwo.

Zobacz obraz źródłowy

Granice II RP

„Wymazana granica” jest więc bardzo przejmującą opowieścią o tęsknocie. Najczęściej o tęsknocie za tym, co było. Zastanawia mnie i frapuje to zjawisko, bo chyba KAŻDY, kto doświadczył granicy, a o którym pisze Grzywaczewski, dzieli swoje życie na pół i zmaga się z tęsknotą za przeszłością. Jedni uważają, że najlepiej się żyło za cesarza Franciszka Józefa, dla innych pewną epokę szczęścia kończy współczesność i nowe europejskie prawo oddzielające ich od tradycji zamieszkałych ziem, inni z sentymentem wspominają czasy socjalizmu. Słowem, niezależnie od obszaru, na którym swoje badania prowadził reporter, niemal zawsze tęsknota dominuje we wspomnieniach jego rozmówców. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzi na to pytanie znajdziemy w książce, są one raczej proste i uderzają nas swoją oczywistością.

Nie wiem też, czy Tomasz Grzywaczewski jest romantykiem z natury, ale wiem, że jego książka zawiera w sobie spory ładunek sentymentalizmu. Cieszą mnie zdania i użyte w niej frazy, bo według mnie świadczą o sporej wrażliwości autora wobec ludzi, których spotkał i historii, które nam przywiózł. Chyba nie da się odkleić od siebie tych dwóch zjawisk. To ,,uroczysko zapomnienia”, które opisuje Grzywaczewski może stać się jednocześnie uroczyskiem pamiętania, pod warunkiem, że to pamiętanie będzie pełne – nieskażone polityczną poprawnością, albo narracją, jaką życzyliby sobie emisariusze różnych interpretacji historii naszego kraju.

Oby udało się zapamiętać te i inne treści zawarte w książce. Egzemplarz autorki recenzji.

Jesteś gotowy na doświadczenie granicy?

Podczas lektury reportażu – czułego dla podmiotu i rzetelnego w swej treści – zastanawiałam się nad nasilonym w ostatnich latach zjawiskiem odrzucania historii własnego kraju. Czy tego chcemy, czy nie – wszystko, co jest dzisiaj, wyrasta z tego, co było kiedyś. Przyjęcie wszystkich blasków i cieni przeszłości nie jest przecież równoznaczne z uwięzieniem w tożsamościowej martyrologii. Śmiesznym jest twierdzić, że pamiętanie oznacza uwikłanie i niemożność pójścia dalej. Wyzbycie się tego PAMIĘTANIA przypomina budowanie misternej konstrukcji więźby dachowej bez uwzględnienia solidnych fundamentów inwestycji. Warto przeczytać tę książkę i dowiedzieć się, czy to, co nosimy w sobie bliższe jest piaskom, które zmywa byle deszcz, czy raczej przypomina żyzną glebę, która karmi rzucone na nią ziarna.

9/10

Agnieszka Winiarska

__________________

Tomasz Grzywaczewski ,,Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej”
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020

www.czarne.com.pl

Recenzja pierwotnie ukazała się na łamach portalu kulturanacodzien.pl


__________________

Post scriptum

Dopełnieniem książki jest strona internetowa zawierająca liczne (i niezwykle wzruszające) zdjęcia z każdego niemal regionu, który w czasie swej reporterskiej podróży odwiedził Tomasz Grzywaczewski i jego małżonka Kaja Grzywaczewski. Oboje są autorami projektu ,,Granice2RP” dostępnego pod adresem  www.granice2rp.pl , który zawiera bardzo bogaty materiał fotograficzny stanowiący zarówno komentarz do książki i jednocześnie są oddzielną opowieścią.


 

Huculszczyzna | Obelisk na górze Stóg wyznaczający kiedyś trójstyk granic Polski, Czechosłowacji i Rumunii


 

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Sztuka umierania i sztuka trwania. Recenzja książki ,,Kresy. Ars moriendi” od Wydawnictwa Literackiego.

 



Niektórzy twierdzą, że dużo dotkliwsze od fizycznej i symbolicznej eksterminacji Polski z jej wschodnich terenów jest zapominanie kresowego dziedzictwa. Jesteśmy nie tylko świadkami tego procesu, ale niekiedy także jego twórcami. Wielu czytelników omija szerokim łukiem temat Kresów – nie mają czasu na zgłębianie ich historii albo pokutuje w nich stereotyp rodem z PRL, że kresowość jest symbolem przaśności albo zacofania. Inni jeszcze uważają, że o Kresach wszystko już zostało powiedziane – identyfikują je tylko z kulturą dworków lub tematem rzezi wołyńskiej – jakby nie było niczego pośrodku, w międzyczasie, pomiędzy.

 

Czytając ,,Kresy. Ars moriendi” nie można pozbyć smutnego wrażenia, że przestrzeń, o której piszą Rybak i Smółka naznaczona jest niebywałą tragedią. Rozważając umieranie Kresów, tę przerażająca wręcz cykliczności ich apokalipsy, tułaczy los kilku pokoleń Polaków jesteśmy jako czytelnicy zmobilizowani do poszukania wspólnego mianownika tej bolesnej ,,sztuki umierania”. Czy chodzi tutaj o godność, z jaką mieszkańcy Kresów znosili swój los? Czy mowa raczej o przywiązaniu do miejsca tak silnym, że żywym nawet kilka pokoleń naprzód? A może tytułowa ,,ars moriendi”, poprzedzona przywiązaniem do ziem, tradycji, tożsamości ma być dla nas wskazówką w jaki sposób tworzyć swoją tożsamość teraz?

 

Agnieszka Rybak i Anna Smółka zdecydowały się poprowadzić swoich czytelników na Wołyń, Podole i Polesie ścieżkami nieco mniej wydeptanymi. Ich książka ,,Kresy. Ars moriendi” (Wydawnictwo Literackie) to opowieść nie tylko o trwaniu kresowego świata. To również rzecz o jego zmierzchu. Czy zatem wywodząca się ze średniowiecza ,,sztuka umierania” w jakikolwiek sposób dotyczy Kresów, a jeżeli tak – jakie wnioski płyną z owego znikania Polski z jej dawnych ziem?

 

,,Kresy. Ars moriendi” to reporterska opowieść o ludziach zamieszkujących tereny zlokalizowane na obszarze dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy, a kiedyś należące do Rzeczpospolitej. Poznajemy historie całych rodzin zmiecionych z powierzchni ziemi przez dziejowe zawieruchy; wzruszające losy odważnych i mądrych Polaków usiłujących zszywać pękające relacje międzyludzkie ( i międzypaństwowe); o jednych wiemy całkiem sporo; o innych dowiadujemy tylko dlatego, że zostało po nich ,,cokolwiek”, jak peliska (rodzaj płaszcza) rozpoznana przez żonę przy identyfikacji zwłok. Bohaterami opowieści zawartych w książce ,,Kresy. Ars moriendi” są ludzie aktywni, ważni dla swojego środowiska, wykształceni, posiadający marzenia; usilnie walczący o przetrwanie polskości na wschodzie. Rybak i Smołka zdecydowały się wykonać wręcz tytaniczna pracę, aby z mroków niewiedzy albo dezinformacji wyciągnąć na światło dzienne historie o tych, którzy zgodnie z założeniami zmieniających się, ale zawsze tak samo opresyjnych, organów władzy – mieli znikać z ludzkiej pamięci. Poszczególne rozdziały to epickie opowieści o jakimś wycinku Kresów i usilnym staraniu ich mieszkańców, żeby je ocalić. 

 

Historia obu Narutowiczów, Skirmuntów, Edwarda Woyniłłowicza i braci Orłowskich z Berdyczowa są świadectwem trwania i umierania polskości na wschodzie. W ich losach jak w soczewce odbija się proces zagłady Kresów – przestrzeni tyle pięknej, co niezwykle skomplikowanej. Autorki pokazują jak struktura etniczna, decyzje polityczne, rozbiory, II wojna światowa, ,,operacja polska NWD” wpływały na historię, rozwarstwianie i rozpad znanego kształtu kresowego świata. Odwieczne pytanie, czy apokalipsa Kresów była nieunikniona zyskuje dzięki książce nowe konteksty dalej pozostając bez odpowiedzi.

 

Gdyby jednak autorki ograniczyły się do pokazania historii jednostek wybitnych – dostalibyśmy obraz niepełny. Agnieszka Rybak i Anna Smółka z niemal detektywistycznym zacięciem, wielką uwaga i wrażliwością prześledziły także tragiczne losy zwykłych ludzi, o których zapewne nie szukalibyśmy informacji w Wikipedii– a szkoda, bo bycie ,,zwykłym” nie oznacza, że nie mówimy o ludziach interesujących i z rożnych względów godnych naszej uwagi. Ich losy znalazły się w orbicie zainteresowań autorek nie przez przypadek, lecz w wyniku chęci pokazania całej skomplikowanej, pięknej i tragicznej struktury Kresów Aby tego dokonać i dać możliwie najpełniejszy losu Polaków zamieszkujących tamta przestrzeń autorki przedarły się przez setki listów, drzew genealogicznych, plotek i rodzinnych opowieści, wydarły nam z mroków historii kilkanaście nazwisk, za którymi zawsze kryją się wzruszające historie, które obrazują tragiczne losy II Rzeczpospolitej.

Książka ,,Kresy. Ars moriendi” to absolutnie genialne dzieło, prawdziwa kopalnia wiedzy o historii naszych dawnych wschodnich ziem. Dzieło tyleż wspaniale, co niezwykle wymagające. Zdecydowanie nie jest to lektura na niedzielne niespieszne popołudnie, lecz rzecz do studiowania, wgryzania się, weryfikowania swojej wiedzy, poszukiwania informacji, które wypełnią naszą niepamięć i pozwolą zrozumieć konteksty opowiadanych historii. Myślę, że wielu czytelników będzie przytłoczonych ,,Kresami…”. Autorki same niejednokrotnie przyznawały, że natłok faktów sprawiał, że niejednokrotnie gubiły się w zawiłych losach rodzin, o których pisały. Stąd ta narracja – gęsta i skondensowana tak bardzo, że czasami nawet pojedynczy akapit przynosi czytelnikowi ilość informacji, którą musi przetwarzać wielokrotnie, żeby powiązać ze sobą fakty i ludzi. To jedyny zarzut, jaki mam do tej absolutnie genialnej książki. W moim przekonaniu, gdyby autorki dokonały większego wyboru treści, o których mamy czytać, lektura ,,Kresów…” dostarczała by więcej przyjemności. Bo jeżeli chodzi o satysfakcję z obcowania z taką literaturą… no, proszę Państwa, to wyzwanie. A kto lubi wyzwania – będzie zachwycony.

wtorek, 10 listopada 2020

Opowieść o Tymoszówce - recenzja książki Zofii Szymanowskiej

 

Jaki zapach ma wasze dzieciństwo? Może świeżo wykrochmalonej pościeli albo drożdżowego placka z truskawkami, który babcia piekła tylko w czerwcu? A może pachnie jak policzek Dziadka - staromodną wodą kolońską, którą jeszcze czasami czuję na jesiennych ulicach Tarnowa… A jakie obrazy napływają do Was, gdy zamykacie oczy, leżąc na łące? Czy jeszcze Wam to się zdarza? Nie od dziś wiadomo, że tropienie dobrych wspomnień może być doskonałą rozrywką i wewnętrznym ukojeniem. Jak rozpocząć taką podróż?

Wnętrze Tymoszówki

,,Opowieści o naszym domu” Zofii Szymanowskiej, siostry wielkiego kompozytora Karola, nie musimy odczytywać jedynie jako zapisu wspomnień z sielskiego życia w Tymoszówce, ich rodzinnym majątku.  Gdybyśmy jednak potraktowali tę książkę tylko jako opis kresowego świata – nadal będzie to literacka uczta. Zofia Szymanowska posiadała niezwykłą lekkość w budowaniu obrazów, charakterystyczną elegancję językową i niewymuszoną wrażliwość na słowo. W swoich wspomnieniach zawarła swoisty mikrokosmos kresowej przestrzeni – rodzinne spotkania i sposoby na spędzanie wolnego czasu; rytuały i pielęgnowane od pokoleń tradycje; spokojny rytm dnia oraz konieczność opuszczenia domu w obliczu jego zagłady; zmartwienia i dylematy lokalnej społeczności. Książka zbudowana jest z literackich drobiazgów – opisów poszczególnych komponentów świata Szymanowskich. One wszystkie – te wspomnienia – zawierają w sobie dwa najważniejsze i wpływające na narrację pierwiastki: tęsknotę za krainą dzieciństwa oraz ból związany z bezpowrotną utratą Tymoszówki. Niektórych czytelników może razić idealizowanie przedstawionego świata. Z drugiej strony nawet my sami, przywołując w pamięci dzieciństwo (zwłaszcza to szczęśliwe), posługujemy się kategoriami myślenia magicznego. W moim przekonaniu można wybaczyć Zofii Szymanowskiej, że w swojej opowieści położyła akcenty na te sielsko-anielskie elementy świata, który przecież kochała. Tym bardziej, że opuszczenie rodzinnej miejscowości, exodus z krainy szczęśliwości, nie dokonał się z wyboru, lecz przymusu. Mówimy też o przełomie wieków, a co za tym idzie, powinniśmy mieć świadomość, ze zmiany kulturowo-społeczne, jakich doświadczyła autorka, były niezwykle dynamiczne. Zapewne inaczej pamięta się dzieciństwo spędzone we dworku, gdy opowiada się o nim z kamienicy w zatłoczonym mieście i to przy dźwiękach tramwajów…

,,Opowieść o naszym domu” możemy potraktować jako pretekst do odnalezienia w sobie na nowo najpiękniejszych momentów własnego dzieciństwa. Jakie były jego dźwięki, jakie zapachy? Które zabawy wzbudzały najlepsze emocje? Co inspirowało, co dodawało energii? Czy biegaliśmy umorusani po podwórku i rozbite kolana leczyliśmy bobkowymi liśćmi?  To, co opisała w swojej książce Szymanowska, to nie jest jakiś abstrakcyjny świat, który  „zdarzył się”, ale przestrzeń, mająca (w jakimś stopniu) kontynuację w naszej codzienności (chociaż oczywiście trzeba mieć na uwadze obiektywne różnice między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz). Na przykład opisane przez Szymanowską wieczorne rodzinne śpiewanie w ogrodzie – ta tradycja pozornie wypadła już z kanonu sposobów na spędzanie czasu razem.  Czy aby na pewno? Przecież gromadzimy się nadal przy ognisku, by będąc blisko zanucić jakieś tęskne ballady, których słuchaliśmy mając naście lat 😊

Szymanowscy z przyjaciółmi.

Wzrusza mnie ta książka. Wszystko niej pachnie i dźwięczy. Emanuje z niej ogromny apetyt na życie – pełne czasu i przestrzeni na wspólnotę. I ta wspólnota jest dzisiaj ,,towarem” deficytowym. Po lekturze książki Zofii Szymanowskiej możemy dostrzec jak wiele tracimy, traktując swoje życie zadaniowo i pozbywając się wspaniałego rytuału – celebracji codzienności.

 .

Agnieszka Winiarska

______________

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa mg.

Pierwotnie recenzja była opublikowana na portalu www.kulturanacodzien.pl


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...