środa, 22 lutego 2017

Kristina Sabaliauskaitė 'Silva rerum' - saga wileńska




Książka ukazała się we wrześniu 2015 roku w wydawnictwie Znak w tłumaczeniu  Izabeli Korybut-Daszkiewicz. To pierwszy tom sagi, rozgrywającej się w XVII wieku na Litwie. Na polskie tłumaczenie oczekują następne tomy. 
Sporo o tej książce słyszałam. Wielu znajomych od książki chwaliło ją, więc z trudem zdobywałam tę książkę, żeby choć przeczytać. 

Autorka to Litwinka,  doktor historii, była dziennikarka i pisarka.


Kristina Sabaliauskaitė 2.JPG
Kristina Sabaliauskaitė, źródło zdjęcia: Wikipedia

Oto wyrywki z anglojęzycznej Wikipedii (bo po polsku autorka hasła nie ma):
In 2008 she debuted with a historical novel Silva rerum (published by Baltos lankos) about the life of a noble family in 1659-1667, the period after The Deluge. It became a bestseller with multiple editions and was pronounced "a literary event" in Lithuania, critically acclaimed and recognised by historians of culture, praised for the captivating storytelling and great attention to historical detail.

 In 2011 Silva rerum II, the sequel about the Great Plague of 1707-1710 and the Great Northern War was published by Baltos lankos and became a #1 bestseller nationally with multiple editions.
 In 2014 Baltos lankos published Silva rerum III - the third part of the novel, a number one bestseller, set in the mid-18th century and exploring the origins of the legend of the Righteous Proselyte of Vilna, Abraham ben Abraham.
 In November 2016 the final part of the tetralogy 'Silva Rerum IV' an account about the Enlightenment and the period of Polish-Lithuanian Commonwealth partitions has been published in Lithuania and went straight to number one on bestsellers' lists with a first print run selling-out in 3 days.
          ( https://en.wikipedia.org/wiki/Kristina_Sabaliauskait%C4%97)
Podsumowując powyższe: żeby przeczytać całość tetralogii należy znać litewski (musiałabym wskrzesić pradziadka Litwina). Następny wniosek, to taki iż jednak zaszłości historyczne chyba są, ze tyle lat mija, a my nie mamy tłumaczenia książki sąsiadów. Ale faktem jest, że literatura litewska w Polsce raczej nie jest wydawana. Mam taką książkę  Vytautasa Bubnysa 'Arberon' , 
wydaną na początku lat 90-tych na marnym papierze i bez zakończenia. Dostanie wersji pełnej jest niemożliwe. Inną przyczyną takiego opóźnienia w tłumaczeniu  może być ograniczona ilość tłumaczy z litewskiego, jak przypuszczam...
A chwaliłam się Wam, że moi dziadkowie mówili po łotewsku? A pradziadek z drugiej strony był najprawdziwszym Litwinem, który zakochał się w jędzowatej babce (co jest zagadką po dziś dzień, co taki dobry człowiek w niej zobaczył), poślubił ją około 1917, a potem zamknęli na całe dwudziestolecie granicę, więc on nigdy do domu nie pojechał. Tak więc mamy sporo do nadrobienia jeśli chodzi o literaturę litewską.
Książka wciągnęła mnie na kilka dni. Jeśli miałabym mówić o skojarzeniach literackich to najpierw byłby to Czesław Miłosz i jego 'Dolina Issy', a następnie książki Jacka Dehnela. Im bardziej zagłębiałam się w powieść, tym więcej tego nowoczesnego, postmodernistycznego podejścia Dehnela widziałam w tej książce. Ale nie chcę przez to powiedzieć, ze to styl naśladujący, bo taki nie jest, ale że jest to styl nowoczesny, będący w trendach nowoczesnego pisarstwa historycznego, często odsłaniający maski historyczne, prawdę o ludziach spod patyny historii, prawdę o ludzkich dramatach i namiętnościach, o jakich wcześniej się nie mówiło.
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłam w powieści jest brak nacjonalizmu. Autorka stworzyła postać mieszkańców tych terenów, takich jakimi byli. Główna rodzina Narwojszów to ród szlachecki, pewnie polski, ale czujący się mieszkańcami tamtych ziem, związany z Wilnem. I ja myślę, że w wielonarodowej Rzeczpospolitej Obojga Narodów tak to było, że nie zastanawiano się takimi kategoriami jak to w XX wieku zaczęto dzielić narody i mieszkańców.
 Akcja zaczyna się od skutków najazdu kozackiego w 1655 roku. Narrator mówi o trupach, rabunkach i gwałtach. W pamięć wbija się obraz zgwałconej i okaleczonej ksieni bernardynek wileńskich. Z tego najazdu do przedakcji wchodzi też obraz zamordowania rodziców i braciszka Jana Kirdeja Bironta, który  jest ważną postacią w książce. 'Silva rerum' jest więc sagą rodzinną rodziny Narwojszów. Można wywnioskować, choć nie jest to podkreślane, co powiedziałam powyżej, że była to rodzina o tradycjach polskich. Ale nie jest to taka  przynależność narodowa, jaką znamy z XX wieku, ale raczej przynależność do miejsca, do króla, do religii, do wspólnoty intelektualnej. Rozbieżności z miejscową ludnością, co widać w losach tego okolicznego chłopca, który bawił się z Urszulką i Kazimierzem. Myślę, że konflikty społeczne wówczas właśnie wynikały z ogromnego zróżnicowania majątkowego, z różnicy wykształcenia, z tego, że książka i edukacja były sprawą szlachecką.
Akcja książki rozwija się płynnie. Z dworku szlacheckiego przenosi się na większość książki do Wilna, który 11 lat po najeździe kozackim znów się odbudowuje. Autorce udało się pokazać, w czym tkwiła siła witalna takich miast kresowych: w uniwersytecie, w spragnionych wiedzy studentach, w cudzoziemcach przynoszących ciekawe zwyczaje i umiejętności, jak Francuz z książki. A ciekawość świata młodzież wynosiła z domków szlacheckich, których stać było na edukację. Drogi bliźniąt Urszuli i Kazimierza ułożyły się diametralnie różnie. Ale coś ich łączyło, coś co wpoił im ojciec, godzinami rozmawiając o przyrodzie, o ludzkim ciele: łączył ich scepytycyzm do zastanych prawd. Oboje sami chcieli dość do 'swoich prawd', chcieli zrozumieć siebie, nawet jeśli by to oznaczało konflikt z otoczeniem.
Wielką zaletą książki jest styl pisania. Jest to monolog wewnętrzny, bardzo stylem przypominający mi właśnie pisarstwo Jacka Dehnela, takie postmodernistyczne, podważające skostniałe formy, a mówiące o tym, co naprawdę czuli ludzie. Wahania Urszuli w klasztorze bardzo mi przypominały powieść Dehnela 'Matka Makryna', w której też autor obnaża obłudę religijną, fanatyzm jednych i cynizm innych i poświęcanie ludzi dla formy. 
A przy tym całym obnażaniu pozorów, historia Urszuli to wspaniała opowieść o miłości od pierwszego wejrzenia. Autorka niesamowicie opisuje stany emocjonalne bohaterów, ich rozterki i przeżycia.
Drugi wątek to dojrzewanie psychiczne Kazimierza, który swoją drogę życiową znajduje na uniwersytecie. Wątek osobisty jest tylko lekko zaznaczony. Pierwszy tom zaczyna i kończy opowieść o seniorach rodu: Elżbiecie i Janie Macieju. To z kolei jest opowieść w stylu sielsko-dworkowym, ale pełne śmierci, cierpienia, odejść i śmierci.
Podsumowując, książka jest wspaniałą sagą kresową, niesamowicie wciągającą powieścią z tłem historycznym, ale i nowoczesną powieścią postmodernistyczną, która sięga do wielu gatunków powieściowych, aby z tego wyciągnąć prawdę o bohaterach, obnażyć pozory i ukazać prawdziwych ludzi, z ich wątpliwościami, wadami i zaletami.
Daję książce 9 gwiazdek. 
I czekam na dalsze tomy!
Recenzja pochodzi z bloga Literackie zamieszanie
 

sobota, 18 lutego 2017

Helena Mniszkówna, „Powojenni”





„Powojenni” Heleny Mniszkówny to zapomniana już dzisiaj powieść o przedstawicielach polskiego ziemiaństwa, którzy po I wojnie światowej utracili swe olbrzymie majątki na Ukrainie i próbują ułożyć sobie życie na nowo w powojennej rzeczywistości.

Helena Mniszek-Tchórznicka (po pierwszym mężu Chyżyńska, po drugim Rawicz-Radomyska) sama była Kresowianką. Urodziła się w Kurczycach na Wołyniu (powiat Nowogród Wołyński, okolice Żytomierza), tam spędziła dzieciństwo i wczesną młodość. Po ślubie, w wieku 19 lat, przeprowadziła się do majątku męża na Litwę. Później mieszkała w posiadłości rodziców Sabnie koło Sokołowa Podlaskiego, po drugim zamążpójściu - na Lubelszczyźnie, potem w okolicy Płocka (w majątku Kuchary, skąd została w 1939 roku wyrzucona przez Niemców) i znowu, już do końca życia, w Sabniach. Pisarka z racji swoich życiowych doświadczeń znała więc kresy wschodnie i czerpała z tej wiedzy pełną garścią, pisząc swoje powieści.

Obecnie ta autorka kojarzona jest właściwie tylko z jedną powieścią, czyli ze słynną „Trędowatą”, którą dawno już temu krytycy literaccy uznali za szczyt grafomaństwa i złego smaku. Chociaż np. podobała się Bolesławowi Prusowi, który wystawił pozytywną recenzję debiutanckiej powieści napisanej przez młodziutką autorkę. Ale co tam! Krytycy swoje, a lud czytający swoje. Przed wojną, jak i po wojnie… Pamiętam, jak za Gierka, w głębokim PRL-u, czytelnicy przepisywali RĘCZNIE dawa opasłe tomy „Trędowatej”, a potem sklejali misterne albumy z drukowanych w gazetach odcinkach tej powieści. Sama czytałam „Trędowatą” w takiej właśnie postaci, z odcinka na odcinek, ale nie w całości, trochę jakby na wyrywki, bo nie zawsze ojciec przyniósł z pracy gazetę (w biurze prenumerowali „Kurierka” i kto z pracowników dorwał gazetę pierwszy, ten zabierał do domu), potem miałam w rękach zeszyty z powklejanymi kawałkami powieści wycinanymi z bydgoskiego „IKP” („Ilustrowany Kurier Polski”, czyli inaczej „Kurierek”). Tym wszystkim krytykom Mniszkówny, zwłaszcza owym kwaśnogębym badaczom literatury od siedmiu boleści życzę choćby połowy takiego powodzenia wśród czytelników, jakie miała niszczona przez nich autorka! A potem była wspaniała ekranizacja „Trędowatej” w reżyserii Jerzego Hoffmanna i tłumy przed kasami kin w całej Polsce i ogólne łkanie w chusteczki w ciemnych salach kinowych. Ale w całości wydano „Trędowatą” dopiero po 1989 roku.

W tamtym właśnie okresie zaczął się festiwal dawnych, przedwojennych, poczytnych autorów polskich. Mniszkówna była wśród jedną z najbardziej znanych. Prócz „Trędowatej” wydano wówczas także inne jej powieści, jak „Ordynat Michorowski”, „Panicz”, „Gehenna” itd. No i właśnie wtedy, po raz pierwszy po II wojnie światowej ukazali się „Powojenni”, których premiera była w 1929 roku.

Głównym bohaterem tej powieści jest Edward Zebrzydowski, młody arystokrata, który wcześniej, przed I wojną, pędził wspaniałe życie zamożnego człowieka. Jego rodzina posiadała na Ukrainie dwie olbrzymie posiadłości, a po wojnie i ustaleniu granic między Polską a Związkiem Radzieckim, wszystko przepadło, zostało po niewłaściwej stronie granicy. Zebrzydowskiemu pozostał tylko jakiś nieduży mająteczek w centralnej Polsce, z którego jednak ma tak małe dochody, że nic, tylko w łeb sobie strzelić. Zebrzydowski i jego matka arystokratka to zrujnowani, przegrani ludzie, nie pasujący do nowej rzeczywistości.

W podobnej sytuacji są inni bohaterowie tej książki, którzy nie tylko potracili majątki podczas rewolucji bolszewickiej i minionej wojny, ale także ledwo wyszli z życiem. Na przykład panna Madgdalena (Dada) Dobrucka - straciła majątek ziemski, jej rodzice zostali zamordowani przez zbuntowanych chłopów ukraińskich, a brat zginął gdzieś na froncie. Albo taki Jerzy Strzełecki – wszystkie posiadłości stracone, on bez rodziny i bez grosza. No bo takiej Teresie Pobożynie, która wprawdzie bardzo zbiedniała z powodu strat na Ukrainie, to nic nie brakuje, bo został jej jeszcze dodatkowy zamek nad Dunajcem i posiadłość na Wołyniu po stronie polskiej.

I teraz główny temat tej powieści. Co mają robić tacy zrujnowani arystokraci po wojnie? Jak żyć? A przede wszystkim - z czego żyć? No, jest parę rozwiązań. A więc – można biedować, przejadając pozostałe resztki fortuny, jeśli, oczywiście, coś tam jeszcze się posiada. Można też zabrać się do pracy i zarabiać na własne utrzymanie. To jest jednak strasznie wstydliwe, bo przecież dżentelmen o pieniądzach nie rozmawia, on je po prostu ma! Przed wojną nie do pomyślenia było, by polski ziemianin z Kresów zhańbił się pracą na etacie u kogoś! A teraz musi iść na służbę! O, mój Boże! Kto zna się na rolnictwie, zatrudnia się więc jako administrator lub rządca u innych ziemian. Kto zna się na leśnictwie, jak wspomniana wyżej Dada, pracuje w lesie (jako pomoc gajowego, a co!). Kto zna się na kuchni i gotowaniu, zakłada pensjonacik i wydaje obiady „domowe” dla znajomych. I tak dalej.

A co ma robić Edward Zebrzydowski, zwany pieszczotliwie War? Edward nie tylko nie umie nic robić, ale też nie ma na to najmniejszej ochoty. Nie umie też oszczędzać, bo jest przyzwyczajony do innego stylu życia. Musi mieć samochód z szoferem, konie pod wierzch, służbę, pałac, oranżerię, własny park, wyjazdy za granicę co roku… To zresztą jest program minimum.

Pozostaje więc trzecie i ostatnie rozwiązanie: ożenić się bogato. A kto ma pieniądze zaraz po I wojnie światowej? Tylko Żydzi! Wzbogaceni Żydzi! Tak więc piękny War Zebrzydowski zaręcza się z Różą Goldfarb, która od dawna już polowała na polskiego męża z wyższych sfer. Takie małżeństwo mogło bowiem dać korzyści obu stronom: on będzie miał pieniądze (tatuś jej kupi w posagu jakiś zamek albo pałac), ona zaś wejdzie do polskiego, ziemiańskiego towarzystwa. Może z początku będą na nią patrzeć krzywo, ale potem przyzwyczają się.

Pomysł Wara budzi jednak zdziwienie jego rodziny:

„Hrabia August zaśmiał się rechoczącym głosem.
- W dodatku dasz matce synową Rojzę.
- Ona ma na imię Róża.
- Po żydowsku Rojza… i wnuka, jakiegoś Abrahama albo Izaaka, bo ci milionerzy lubią historyczne imiona. Jakaż ona jest ta Róża, słyszałem, że piękna jak Salome.
- Czy to prawda, że oni nie są jeszcze ochrzczeni? – spytała matka.
- Wiem na pewno, że nie – odrzekł hrabia.
- To okropne! To potworne!
(…)
- War, tyś oszalał!
- Nie, ja tylko zbankrutowałem.
- Nie jesteś przecież zrujnowany doszczętnie.
- O, o, tak! Spadłem z wyżyn hłowatyńsko-derbyszczowskich, połamałem nogi, ręce, żebra, potłukłem łeb.
- Fi! War! Jesteś wulgarny.
- Naturalnie, bo jestem goły, ale żyję, tylko, że mi takie życie nie smakuje. Szukam innego.
- Może ten twój Krongold przez swoje stosunki, miliony i wpływy postara się dla ciebie odzyskać Hłowatyn i Derbyszcze – jęknęła pani Zebrzydowska.
Edward i hrabia parsknęli śmiechem.” (s. 157-158)


Taka rozmowa mogła się wówczas toczyć w niejednym polskim domu, gdzie był „na wydaniu” zrujnowany polski arystokrata. Przypomnijmy, że mariaż z bogatą Żydówką był lekarstwem na biedę nie tylko dla fikcyjnego Zebrzydowskiego. Ot, taki baron kurlandzki, pisarz Józef Weyssenhoff, ożenił się z córką żydowskiego bankiera i „króla kolei żelaznych” Jana Gotliba Blocha. Małżeństwo z bogatą Żydówką, córką Stanisława Lilpopa, uratowało finansowo Jarosława Iwaszkiewicza, który goły i wesoły uciekł z ogarniętej rewolucją Ukrainy (Lilpopówna w ogóle miała branie, bo wcześniej chciał się z nią żenić książę Krzysztof Radziwiłł). Ziemianin Jerzy Skarbek, ojciec słynnej agentki wywiadu Krystyny Skarbek, ożenił się ze Stefanią Goldfeder, córką żydowskiego bankiera. I tak dalej, i tak dalej… War Zebrzydowski nie był na tym tle żadnym wyjątkiem. Każdemu kasa była potrzebna i każdy szedł do tego, kto miał tę kasę. No, chyba, że chciał się zhańbić uczciwą pracą, to wtedy szedł do pracy. Tak to przedstawia autorka. Przypomnijmy, że w tamtych czasach Żydzi nie byli przyjmowani w polskim, ziemiańskim towarzystwie. Tak było do 1939 roku (pamiętam, że jeszcze Jan Zumbach, słynny polski lotnik, w swoim pamiętniku opisywał epizod ze szkoły lotniczej w Dęblinie, gdzie prowadził jakieś interesy z miejscowym Żydem i bardzo się pilnował, by nie wdawać się w nim w jakieś towarzyskie pogawędki, bo to nie uchodziło).

Oto jaka jest reakcja innych bohaterów na planowany mariaż Wara Zebrzydowskiego:

„Zebrzydowski ojciec nigdy Żydów nie uznawał, nikt Żyda nie widział nigdy w jego dobrach, antysemita w całym tego słowa znaczeniu. Kochałem go za to. Masz ci oto odwet! Awantura! Zgroza!
- Czy i pan jest antysemitą? – spytał Strzełecki.
- Ja? Naturalnie, a cóż pan sobie myśli?
- Myślę, że widocznie często teoria z praktyką nie lubi iść w zgodnej parze. O ile bowiem pamiętam, w Żubrówce Żydków nie brakowało.
Czymielski ryknął wielkim śmiechem.
- Teoryjka, braciszku, ho, ho, teoryjka!
Kołomyjski skoczył od razu na Czymielskiego.
- A u pana, panie Anastazy, ani posiał Żyda?
- Ja się nie zapieram, antysemitą nie jestem. Wolę jak mnie oszuka Żyd, niż jak to samo zrobi katolik, bo wtedy mnie to mniej boli.
- Moskali nie cierpisz, a Żydów tolerujesz? Gdzież tu logika? A Moskali diabli wzięli przez kogo, co? Czy nie przez Żydów?
- Dalibóg, konia z rzędem temu, kto odnajdzie logikę w słowach Kołomyi – wrzeszczał Czymielski rozkładając ręce. – Też właśnie winieniem wdzięczność Żydom za Moskali!
- Byle się do nas nie wzięli w ten sam sposób – wtrącił pan Paweł Pobóg.
- A, sąsiedzie, to już całkiem od nas zależy. Nie dajmy się!
- Więc dlaczego pan Czymielski razem z Kołomyjskim kłócą się o Żydów, a w rezultacie obaj ich popierają?
- No, cóż, serdeńku, dobrodzieju, zapomniałeś o naturze polskiej? Trzeba się czasem i pokłócić o nic! Zresztą jakżeż popieramy? Toż obaj z Czymielskim stajemy na głowie z powodu zaręczyn Zebrzydowskiego z Krongoldówną. Co innego z Żydkiem „pobałakać” sobie przy kupnie konia albo na jarmarku, czy w spichrzu, a co innego zupełnie widzieć syna, najpierwszego u nas obywatela z Żydówką przy ołtarzu. Co?” (s. 213-214)


Tak więc, z Żydem się prowadziło interesy, od Żyda pożyczało się pieniądze, Żyda przyjmowało się ukradkiem, w kantorku. Ale w salonie? A w życiu! Jedyna droga Żyda na polskie salony wiodła wtedy przez mariaż.

Czy War Zebrzydowski ożeni się z bogatą Rojzą? Jak potoczą się dalsze losy bohaterów? Jakie będą ich uczuciowe wybory? Prócz problemów małżeńskich Wara i naprawdę nieoczekiwanych konfiguracji miłosnych poczytamy tu bowiem także o losach innych młodych Polaków. Jeden z kresowców dostał się nawet do bolszewickiej niewoli, potem trafił aż do Gruzji, gdzie poznał piękną gruzińską księżniczkę Olgę i tak dalej…

Ale nie jest to z pewnością powieść z gatunku „romans”. Albo nie tylko jest to romans. Jest to raczej opowieść gorzka i demaskatorska, podszyta balzakowskim spojrzeniem na miłość i pieniądze. W tej książce, pisanej przez dojrzałą autorkę, nie ma już nic z romantycznego, melodramatycznego widzenia świata, które urzekało czytelników „Trędowatej”. Nie ma też nadmiaru niepotrzebnych przymiotników i dziwacznych określeń w stylu „zmysły wypełzły mu na usta” (Waldemarowi Michorowskiemu wypełzały, pamiętacie?). Jest jednak błyskotliwie poprowadzona akcja, która rozgrywa się częściowo w Polsce (w Warszawie i na Kresach), a częściowo w Gruzji. Jest masa ciekawych obserwacji obyczajowych z życia międzywojennego ziemiaństwa. No i najważniejsze – jest napięcie!

Kochani, to się czyta. To się naprawdę CZYTA! Połknęłam całość w dwie noce.

Acha, na tylnej okładce piszą, że ta powieść nie ustępuje „Bez dogmatu” Henryka Sienkiewicza. Nie wiem, nie czytałam „Bez dogmatu”. Ale jak tak piszą, to pewnie wiedzą, co piszą…

Tekst ukazał aię na blogu Archiwum Mery Orzeszko

 

piątek, 17 lutego 2017

Marcin K. Schirmer, Arystokracja - polskie rody



Od możnowładztwa do arystokracji

     Marcin Konrad Schirmer zaproponował sympatykom literatury historycznej wędrówkę przez wieki dziejów arystokracji od samego zarania, w czasach I Rzeczypospolitej, aż po czasy współczesne. Przynależność do magnaterii wymagała spełnienia warunków dotyczących pochodzenia rodziny ze stanu szlacheckiego, odpowiednio dużego majątku oraz pełnienia ważnych funkcji w państwie. Mniej klarowna była kwestia nadawania arystokratycznych tytułów, które w Rzeczypospolitej były różnie nadawane, stosowane i postrzegane. Aczkolwiek nie tytułami stała polska arystokracja. Magnaci będący już w posiadaniu olbrzymich latyfundiów, za zasługi dla króla czy kraju otrzymywali tzw. królewszczyzny oraz kolejne, bardzo znaczące urzędy publiczne. Skutkiem tego ich wpływy systematycznie rosły, natomiast osłabieniu ulegała władza królewska. Światlejsze ugrupowania (Familia Czartoryskich i Poniatowskich) dążyły do zreformowania państwa, lecz wsteczna opozycja (Potockich, Branickich i Rzewuskich) blokując te dążenia szukała poparcia u państw ościennych. To musiało się skończyć katastrofą. Nastał okres zaborów Rzeczypospolitej. Arystokracja w Polsce pod zaborami spełniała funkcje mecenasa kultury i sztuki oraz kuratora dziedzictwa narodowego, a także wspierała powstania narodowe i dotkniętych ich skutkami emigrantów. Celem utrzymania całości ziem w polskich rękach tworzono ordynacje, ale i to nie pomogło na dłużej. Większość magnackich latyfundiów znajdowała się na wschodzie Rzeczypospolitej. Tzw. Ziemie Zabrane, zagarnięte przez Imperium Rosyjskie miały powierzchnię 462 tys. km2  (dzisiejsza pow. Polski to 312 tys. km2 !). Granice Rzeczypospolitej po II rozbiorze usankcjonował Traktat Ryski z 1921 roku.

Kres arystokratycznego świata

     Wrzesień 1939 roku zapoczątkował „Kres arystokratycznego świata” rozciągnięty w czasie do kuriozalnego Dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 6 września 1944 roku. Tzw. reforma rolna objęła prawie dziesięć tysięcy majątków o powierzchni ponad 50 ha (na zachodzie Polski 100 ha). Zbrodni wypędzenia ziemian dopełnił Józef Stalin nakazując „zagadnienie usunięcia z widowni całej klasy, złamanie obszarników – że wtedy to już nie jest reforma a rewolucja agrarna, a tego rodzaju rewolucji nie przeprowadza się w majestacie prawa i cackaniem się przygotowaniami. Rewolucje takie muszą być przeprowadzane metodami rewolucyjnymi”. I były!
Tzw. obszarników usuwano z ich własnych majątków i dworów, nie pozwalając zabrać niczego poza rzeczami osobistymi oraz zabraniając osiedlania się na terenie miejscowego powiatu. Skutkiem owej reformy rolnej obywateli ziemskich pozbawiono dachu nad głową, źródeł utrzymania oraz gromadzonych przez wieki dóbr kultury, pamiątek rodzinnych i wszystkiego, co stanowiło dla nich wartość. Szczególnie narażeni na szykany i represje byli arystokraci, których aresztowano, więziono, wywożono do ZSRR. W tej sytuacji wielu przedstawicieli rodów arystokratycznych zdecydowało się na emigrację (nie pierwszą i nie ostatnią w historii naszej Ojczyzny). Czarny okres komunistycznego PRL-u pogłębił jeszcze procesy likwidacji możnych elit kraju. Po „upadku” komunizmu w 1989 roku podejmowane były próby zadośćuczynienia krzywd, jakie dokonały się skutkiem nacjonalizacji arystokratycznych dóbr. Ale do systemowych rozwiązań jest jeszcze daleko. Prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, Marcin Konrad Schirmer, postuluje, w imieniu środowiska, prawne rozwiązanie kwestii majątków ziemiańskich, jakie na mocy wspomnianego Dekretu PKWN z 1944 roku, zostały bezzasadnie rozparcelowane. Cieszy natomiast fakt powrotów do Macierzy potomków arystokratycznych rodów rozsianych po całym świecie.
Polska na Was czeka! Wracajcie!

Od patriotów do zdrajców

     Aby zrozumieć nikczemność autorów Dekretu i ich mocodawcy, Józefa Stalina, należy poznać dzieje i zasługi polskich elit I i II Rzeczypospolitej. Z pewnością doskonale spełnia funkcję popularyzatorską piękna książka autorstwa Marcina Konrada Schirmera zatytułowana „Arystokracja – polskie rody”. Pan Prezes PTZ potrafił „w niezwykle przemyślany i uporządkowany sposób przedstawić całokształt zagadnień dotyczących polskich dworów” w publikacji pt. „Dwory i dworki w II Rzeczpospolitej”. Podobną opinie mogę wystawić tomowi o polskich rodach arystokratycznych. Logiczna, czytelna struktura książki pozwoliła czytelnikom przyswoić ogólne wiadomości na temat arystokracji, jako klasy społecznej, wywodzącej się z magnaterii, a jeszcze wcześniej z możnowładztwa. Następnie Marcin Konrad Schirmer opowiedział miłośnikom historii Polski o kilkunastu polskich rodach arystokratycznych, wybierając te najbardziej znane, zasłużone lub atrakcyjne dla prowadzenia opowieści. Zaprezentowane spektrum ludzkich typów, postaw, osobowości, indywidualności jest imponujące. Poczynając od wielkich patriotów poświęcających dla dobra Ojczyzny majątki, urzędy, tytuły aż do ofiary życia, a kończąc na zdrajcach, targowiczanach. W rozdziałach opiewających poszczególne rody autor przedstawił ich genezy oraz etymologię rodowych nazwisk. Na tle dziejów rodu ukazał postaci, jakie zapisały się w pamięci rodziny i potomnych.

Pałac Tyszkiewiczów w Połądze
Pałac Tyszkiewiczów w Połądze
Stajnie pałacowe Sanguszków w Sławucie
Stajnie pałacowe Sanguszków w Sławucie


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miasta, wsie, rezydencje

     Aby czytelnik potrafił sobie uzmysłowić ogrom magnackich majątków historyk przytoczył sugestywne dane liczbowe. Popatrzmy – dobra książąt Ostrogskich liczyły 24 miasta i 600 wsi i utrzymywały 300 zbrojnych; w stadninie Romana Sanguszki w Sławucie stało 2500 arabów; rezydencja Radziwiłłów w Nieświeżu liczyła 170 komnat, itp., itd. Można znaleźć i inne fakty: Zbiory Dzikowskie Tarnowskich zawierały m.in. płótna Rembrandta, Rubensa, Tycjana, van Dyck’a, a ponadto cenne rękopisy: „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza, „Kronika polska” Galla Anonima, „Bogurodzica”, „Kronika polska” Wincentego Kadłubka czy komplet polskich wydań „Biblii”.

To już jest koniec, nie ma już nic

     W omawianej publikacji o charakterze popularyzatorskim roi się od intrygujących anegdot i barwnych dykteryjek, sprawiających, że lekturę czyta się wyjątkowo dobrze, a po przewróceniu ostatniej karty pozostaje niedosyt i żal, że „to już jest koniec, nie ma już nic”. Wybrane przez autora wątki świadczą o dystansie i jednocześnie poczuciu własnej wartości arystokratów. Ksawery Branicki na uwagę o swym niedbałym stroju odpowiedział: „nie ma znaczenia, jak ubieram się na wsi, ponieważ tam wszyscy wiedzą, kim jestem, i nie jest ważne, jak ubieram się w Londynie, bo tam nikt nie wie, kim jestem”. Stanisław Trembecki zdolności lingwistyczne Jan Potockiego skwitował stwierdzeniem, że „znał tyle języków, że mógłby służyć jako tłumacz murarzom na wieży Babel”. Konstanty Radziwiłł na pytanie, czy panna młoda (z Habsburgów) wniosła posag odparował: „A cóż ty myślisz? Będzie Radziwiłł robił mezalians bez pieniędzy?”. A z czasów nowszych, powojennych – Stanisław Lubomirski-Lanckoroński, który po studiach pracował w kombinacie metalurgicznym, polecił na wizytówce umieścić tekst: „Stanisław książę Lubomirski Pierwszy Ślusarz sieci cieplnych Huty im. Lenina”.

To nie jest prywata

     Moją ulubioną rodziną magnacką są Radziwiłłowie herbu Trąby, których obecnie żyje siedemnaste pokolenie, np. Konstanty Radziwiłł (minister zdrowia), kultywujący rodzinne tradycje i przysparzający potomków – ma czterech synów i cztery córki! Ród Radziwiłłów może się pochwalić wyjątkowo dużą ilością nieprzeciętnych osobowości i niepospolitych przydomków, np. Sierotka, Rybeńka, Panie Kochanku. A poza tym, pierwszym pałacem, w którym pomieszkiwałam był radziwiłłowski Pałacyk Myśliwski w Antoninie, a ostatnio rezydowałam w Pałacu Radziwiłłów w Nieborowie. W apartamencie prezydenckim, jaki zajmowałam, z ram portretów spoglądali na mnie Helena z Przeździeckich Radziwiłłowa i Karol Stanisław Radziwiłł.

Pałacyk Myśliwski Radziwiłłów w Antoninie
Pałacyk Myśliwski Radziwiłłów w Antoninie
Pałac Radziwiłłów w Nieborowie
Pałac Radziwiłłów w Nieborowie













Szata graficzna

     Wydawnictwo Naukowe PWN bardzo zadbało o wygląd i jakość publikacji, a przede wszystkim o zilustrowanie tekstu Marcina Konrada Schirmera. W książce znalazło się około czterystu barwnych i czarno-białych fotografii prezentujących arystokratów, ich rezydencje, fundowane przez nich obiekty np. kościoły, wnętrza z kolekcjami sztuki, obrazy i zdjęcia z rodzinnych uroczystości. Wszystkie te ilustracje opatrzono wyczerpującymi opisami, nierzadko nawiązującymi do treści rozdziału.
We wstępie i wprowadzeniu Marcin K. Schirmer poinformował, jakie były jego zamierzenia, co do treści książki. Taki komunikat pozwolił czytelnikom po skończonej lekturze ocenić stopień realizacji założeń autora. W przypadku „Arystokracji…” ocena ta wypadła bardzo pomyślnie. Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie poziomu wyczerpania tematu. Chętnie czytałabym gawędę o polskiej arystokracji chociaż w ciągu kilkunastu jesiennych wieczorów.

A jednak "błękitna krew"!

     Podsumowując pracę Marcina Konrada Schirmera o polskich rodach arystokratycznych stwierdzam, iż zadanie, którego się podjął, a było nim „uporządkowanie wiedzy na temat arystokracji i przybliżenie czytelnikom losów najwybitniejszych polskich rodzin arystokratycznych. Pokazanie ich dokonań, wpływu, jaki wywarli na dzieje naszego kraju”, wykonał z dużym powodzeniem. Autorowi udało się również zrewidować fałszywe poglądy funkcjonujące w świadomości społecznej i obalić krzywdzące stereotypy na temat życia arystokratów, którzy posiadali wszystko i gdyby chcieli, ocaliliby wszystko dla siebie i swojego rodu. Stało się jednak inaczej – stracili wszystko i jako warstwa społeczna przestali istnieć. Priorytety odziedziczone razem z błękitną krwią nakazywały w chwili próby „zachować się, jak trzeba”. Należy więc, przyznać rację Szymonowi Konarskiemu, który w biografii Platerów napisał:
Patriotyzm nie wzbogaca patriotów”.

Stanisław August Poniatowski
Stanisław August Poniatowski



















Tekst ukazał się na blogu CzytamPoPolsku

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...