piątek, 23 września 2016

Książka o Zofii Kossak - autorce "Pożogi"

Zofia Kossak Szczucka-Szatkowska 1889-1968


Gdy pojawiła się informacja o wydaniu tej książki byłam od razu bardzo zainteresowana i zaciekawiona. Ileż razy czytałam świetną "Pożogę"! Całkiem niedawno przeczytałam "Ku swoim". Poznałam dogłębnie życie pisarki z biografii Joanny Jurgały-Jureczki "Zofia Kossak. Opowieść biograficzna." Dane mi było także kilkakrotnie zawitać do pięknych Górek Wielkich, zobaczyć i zachwycić się niezwykłym miejscem jakim jest Dwór Kossaków.
Nic więc dziwnego, że napisaną przez Annę Fenby Taylor - wnuczkę pisarki oraz Bogumiłę Bittner-Burkot książkę po prostu mieć musiałam. 
Lubię książki kupione osobiście, z którymi często związany jest jakiś wyjazd, pewien cel. Takie książki mają szczególną wartość wśród wielu innych, równie cennych i ważnych, ale kupionych jedynie za pośrednictwem internetu. Kurier z paczką u drzwi to miły moment, ale zapach księgarni, możliwość pochodzenia między półkami, dotykania okładek, wertowania kartek, zapoznania z książką przed jej kupnem jest - co chyba przyzna mi większość miłośników książek - momentem ulubionym i niezwykle miłym. 
Po książkę "Zofia Kossak Szczucka-Szatkowska 1889-1968" wybrałam się do Krakowa. Ilość miejsc, gdzie można ją kupić jest zdecydowanie za mała. 

We wstępie czytamy, że "publikacja jest adresowana do szerokiego kręgu osób zainteresowanych życiem i twórczością Zofii Kossak". To dopełnienie wcześniejszych publikacji niezbyt obszerne, ale w bardzo przystępny sposób zbierające najważniejsze informacje o pisarce.
Wielką zaletą publikacji jest jej wydanie. To bardzo smakowicie wydana książka, podzielona na rozdziały z bardzo dużą ilością fotografii. Z niektórych spogląda na czytelnika sama Zofia Kossak, w różnych okresach swego życia. Na okładce wykorzystano fotografię Zofii na jej ulubionym koniu Kruczku w Skowródkach, koło Starokonstantynowa na Wołyniu. 
Autorka "Pożogi" była kobietą bardzo wysportowaną - jeździła konno, grała w tenisa, żeglowała, zimą jeździła na nartach. 
Uwagę zwracają także fotografie rodzinne, przepis na mazurek, własnoręczne rysunki pisarki, zdjęcia dworu w Górkach Wielkich, a także plany góreckiego dworu (parter i piętro). 
Jest także wykaz wydań dzieł pisarki, drzewo genealogiczne rodziny Kossaków, a także wybrane cytaty z twórczości Zofii Kossak.

                                                                       IV strona okładki

Książka może zadowolić zarówno kogoś, kto po raz pierwszy zetknie się z życiem Zofii Kossak, jak i tych, którzy twórczość pisarki i jej życie już poznali, ale dzięki tej publikacji mogą wiedzę nie tylko usystematyzować, ale też pogłębić. Mogą to zrobić w dwóch językach, ponieważ książka zawiera także tłumaczenia w języku angielskim.
Na IV stronie okładki znalazł się cytat, który można uznać za credo pisarki "Pisanie jest moim zawodem otwierającym drogę do serc czytelników; w czasie wojny formą walki z nieprzyjacielem, w pracy fizycznej wytchnieniem; zawsze poczuciem wykonywania służby społecznej. Tą służbę uważam za obowiązek."

Przy końcu książki jedną stronę zajmują refleksje dotyczące światopoglądu i postawy Zofii Kossak. Tu nie ze wszystkim się zgadzam i uważam tę próbę podsumowania światopoglądu pisarki "z dzisiejszej perspektywy" za najsłabszą część publikacji.

Podsumowując - całość uważam za bardzo udaną, do tego niezwykle starannie wydaną książkę, która na dobre zagości w mojej domowej biblioteczce. 


Tekst oryginalny na blogu: O biografiach i innych drobiazgach

poniedziałek, 19 września 2016

Adrian Grzegorzewski – „Czas tęsknoty”




Wydawnictwo: 
ZNAK/MIĘDZY SŁOWAMI
Kraków 2014

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) została powołana do życia w 1929 roku w Wiedniu. Zbrojnym ramieniem organizacji była Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), która odpowiedzialna jest za zbrodnie dokonane na Polakach zamieszkujących tereny Wołynia i Galicji Wschodniej w latach 1943-1945. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów powołana została podczas I Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów, w którym uczestniczyli przedstawiciele Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), a także środowisk emigracyjnych oraz młodzieżowych organizacji ukraińskich. OUN miała na celu podjęcie walki o własne państwo, które swoim zasięgiem obejmowałoby wszystkie ziemie uważne przez nacjonalistów za ukraińskie. Dekalog ukraińskiego nacjonalisty, czyli innymi słowy Dziesięcioro przykazań ukraińskiego nacjonalisty, mówił między innymi, że: Nie zawahasz się spełnić największej zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy. Ponadto zacytowana broszura opracowana w 1929 roku przez Stepana Łenkawskiego (1904-1977) obiecywała, iż wobec wrogów ukraińskiego narodu trzeba kierować się nienawiścią i zwalczać ich w sposób bezwzględny.

W skład Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów wchodziły struktury Ukraińskiej Organizacji Wojskowej, która na początku lat 20. XX wieku przeprowadzała w Polsce akcje dywersyjne i sabotażowe. Poza tym dokonała nieudanych zamachów na prezydenta II Rzeczypospolitej Stanisława Wojciechowskiego (1869-1953) oraz marszałka Józefa Piłsudskiego (1867-1935). Na czele OUN stanął pułkownik armii Ukraińskiej Republiki Ludowej – Jewhen Konowalec (1891-1938), który był również współzałożycielem i komendantem Ukraińskiej Organizacji Wojskowej i byłym oficerem Ukraińskiej Halickiej Armii walczącej z Wojskiem Polskim w 1919 roku. Na samym początku istnienia OUN dominującą rolę odgrywali w niej działacze UWO, lecz już wkrótce doszli w niej do głosu młodzi członkowie organizacji. Natomiast w 1933 roku szefem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w Polsce został dwudziestoczteroletni Stepan Bandera (1909-1959).

Jewhen Konowalec
Zdjęcie pochodzi sprzed 1936 roku.
autor nieznany
W 1930 roku OUN wraz z UWO dokonały akcji sabotażowych, które polegały między innymi na podpalaniu zboża oraz zabudowań należących do zamieszkałych w nich Polaków. Z kolei w latach 1931-1932 członkowie OUN napadali na banki oraz urzędy i ambulanse pocztowe. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów stosowała również terror, czego przykładem było zamordowanie w 1931 roku piłsudczyka i publicysty Tadeusza Hołówki (1889-1931), który uchodził za zwolennika dialogu polsko-ukraińskiego. Z kolei w 1934 roku OUN zamordowała dyrektora gimnazjum ukraińskiego we Lwowie – Iwana Babija (1893-1934), a także wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych II Rzeczpospolitej – Bronisława Pierackiego (1895-1934). Ukraińscy nacjonaliści planowali również zamach na życie wojewody wołyńskiego Henryka Józewskiego (1892-1981) opowiadającego się za porozumieniem z Ukraińcami. Organizacją zamachów terrorystycznych zajmował się Roman Szuchewycz (1907-1950), który później został głównym dowódcą Ukraińskiej Powstańczej Armii. 



 
Śmierć ministra Bronisława Pierackiego – jednego z czołowych piłsudczyków – stała się bodźcem do założenia w 1934 roku obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Trafiło tam wielu członków OUN, wśród których byli między innymi wspomniany już Roman Szuchewycz, jak również Jarosław Staruch (1910-1947) czy ukraiński adwokat i działacz polityczny Wołodymyr Horbowy (1899-1984). Z kolei Stepan Bandera podczas procesu w sprawie zabójstwa Bronisława Pierackiego został skazany na karę śmierci, którą potem zamieniono na dożywocie. W 1935 roku Stepana Banderę sądzono również w procesie czołowych działaczy OUN, gdzie także otrzymał wyrok dożywotniego więzienia.

Rezultatem współpracy OUN z faszystowskimi Niemcami było stworzenie w pierwszej połowie 1941 roku złożonych z Ukraińców batalionów Roland i Nachtigall, które przez krótki czas uczestniczyły w walkach z Armią Czerwoną, i w tym samym roku zostały rozwiązane. Część żołnierzy zasiliła szeregi batalionu policyjnego, który przez Niemców wykorzystywany był do walki z sowiecka partyzantką. Trzeba pamiętać, że w latach 30. XX wieku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów ściśle współpracowała z Trzecią Rzeszą. Na terenie Niemiec oraz w Wolnym Mieście Gdańsku prowadzone były obozy szkoleniowe tejże organizacji. Szkolenia dotyczyły wywiadu, dywersji i sabotażu. Partnerem ukraińskich nacjonalistów była nazistowska Abwehra.

Andrij Melnyk w mundurze
Ukraińskich Strzelców Siczowych
w 1914 roku
autor nieznany
Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów nie zdołała jednak rozwinąć swojej działalności na terenie Związku Sowieckiego, lecz nie przeszkodziło to Pawłowi Sudopłatowowi (1907-1996) – sowieckiemu agentowi – zamordować w Holandii w 1938 roku szefa OUN – Jewhena Konowalca. Następcą zamordowanego przywódcy OUN został Andrij Melnyk (1890-1964). Z kolei we wrześniu 1939 roku, kiedy Trzecia Rzesza wypowiedziała wojnę Polsce, członkowie OUN ostrzeliwali polskie oddziały i rozbrajali polskich żołnierzy. Były też przypadki mordów dokonywanych na mieszkańcach polskich wsi w województwach południowo-wschodnich. W 1940 roku doszło do rozłamu w szeregach OUN. Wtedy też Stepan Bandera sprzeciwił się przywództwu Andrija Melnyka, w związku z czym powstała OUN-B, czyli frakcja banderowska przy jednoczesnym istnieniu OUN-M będącej grupą zwolenników Andrija Melnyka.






 
Natychmiast po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej (30 czerwca 1941 roku) z inicjatywy OUN-B proklamowano akt odrodzenia państwa ukraińskiego. Wtedy też powstał rząd Jarosława Stećki (1912-1986), który zadeklarował współpracę z Trzecią Rzeszą. Były to jednak działania, które nie zostały zaakceptowane przez Niemców. W tej sytuacji Jarosław Stećko i Stepan Bandera zostali osadzeni w nazistowskim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Umieszczono ich w bloku przeznaczonym dla specjalnych (ważnych) więźniów. Kres istnieniu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w Polsce, jak i działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii przyniosła dopiero akcja Wisła przeprowadzona w latach 1947-1950. Tak więc w 1947 roku zginął przywódca OUN w Polsce – Jarosław Staruch, natomiast rok później dokonano aresztowania dowódcy UPA na ziemiach polskich – Myrosława Onyszkiewicza (1911-1950).

Wojna niemiecko-sowiecka oraz odrzucenie przez Trzecią Rzeszę współdziałania z ukraińskimi nacjonalistami sprawiły, że OUN-B odeszła od idei współpracy z Niemcami, podczas gdy OUN-M nadal tę współpracę utrzymywała. Jeszcze wiosną 1943 roku działacze tej organizacji poparli utworzenie złożonej z Ukraińców dywizji SS Galizien. W tym samym czasie powstał też zbrojny odłam OUN-B, czyli Ukraińska Powstańcza Armia, która przystąpiła do tak zwanej akcji antypolskiej, będącej tak naprawdę czystką etniczną mającą charakter ludobójstwa. Akcję tę przeprowadzono w latach 1943-1945 na terenie Wołynia i Galicji Wschodniej. W jej wyniku bestialsko zamordowanych zostało około stu tysięcy Polaków.

Stepan Bandera
Zdjęcie pochodzi z 1934 roku.
autor nieznany
Ukraińska Powstańcza Armia walczyła z sowiecką partyzantką i Armią Czerwoną, zaś ostatnia na ziemiach sowieckiej Ukrainy grupa partyzantów OUN/UPA została zlikwidowana w 1960 roku. Stepan Bandera został zwolniony z obozu koncentracyjnego w 1944 roku, natomiast po zakończeniu wojny pozostał w Niemczech, zaś OUN-B uległ podziałowi. Emigracyjna banderowska OUN usiłowała jeszcze prowadzić swoją działalność na ziemiach sowieckiej Ukrainy poprzez przerzucanie tam swoich członków. Do tego celu wykorzystywała brytyjski wywiad. Sam Stepan Bandera został zamordowany w Monachium przez oficera KGB i zawodowego zabójcę – Bohdana Staszynskiego.

To, o czym napisałam powyżej nadal nie przestaje budzić emocji. W ostatnim czasie temat, jak gdyby jeszcze bardziej ożył i nie tylko politycy, ale także dziennikarze czy pisarze sięgają po tragedię, jaka rozegrała się w czasie drugiej wojny światowej na terenach kresowych. Chyba dla żadnej ze stron nie jest to łatwy kawałek historii, ale czasu nikt nie cofnie i trzeba nauczyć się z nią żyć. Na pewno nie można popełniać tych samych błędów, które były udziałem poprzednich pokoleń. Nie wolno znów kierować się nienawiścią, ponieważ ona nie doprowadzi do niczego dobrego. Nie oznacza to jednak, że tamte tragiczne wydarzenia należy wymazać z pamięci i z kart historii. Trzeba o nich pamiętać, chociażby poprzez tworzenie mądrej literatury, nie tylko faktu, ale też beletrystyki historycznej. Jedną z takich właśnie książek jest debiutancka powieść Adriana Grzegorzewskiego. Na początku nakreśliłam genezę Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, która w momencie, gdy rozpoczyna się akcja powieści coraz bardziej przybiera na sile i tylko czeka odpowiedniego mementu, aby uderzyć na znienawidzonych Lachów.

Mamy zatem rok 1939. Do niewielkiej fikcyjnej wsi Bedryczany położonej niedaleko Drohobycza przyjeżdża młody Piotr Ochocki. Chłopak pochodzi z Warszawy, gdzie studiuje architekturę. Do Bedryczan udaje się jedynie na krótkie wakacje. Chce odwiedzić przyjaciółkę swojej nieżyjącej już matki – panią Marię Kosiecką – która po śmierci męża mieszka we wsi wraz z nastoletnią córką Martą. Niestety, napiętą atmosferę czuje się praktycznie na każdym kroku. Widać, że Ukraińcy do czegoś się przygotowują, choć mało kto mówi o tym głośno. Można śmiało rzec, że Bedryczany to swego rodzaju polsko-ukraińska wieś, gdzie sąsiad sąsiadowi wilkiem, pomimo że zdarzają się tutaj mieszane małżeństwa. Piotr Ochocki nie jest jednak niczego świadomy. Jest młody i cieszy się życiem. Nawet wisząca w powietrzu wojna z Trzecią Rzeszą nie spędza mu snu z powiek, ponieważ wierzy, że Polacy poradzą sobie z Niemcami i co najwyżej po kilku dniach walki nasze wojska pokonają Adolfa Hitlera (1889-1945).

Ratusz w Drohobyczu
Pocztówka pochodzi z 1939 roku.
autor nieznany
Piotr czuje się w Bedryczanach bardzo dobrze. Pani Maria dba o niego niczym o własnego syna, zaś Marta coraz częściej spogląda na przystojnego chłopaka z nadzieją, że ten zwróci na nią uwagę i nie będzie jej traktował jedynie jak zwykłą koleżankę. Dziewczyna wcale nie ukrywa, że przybysz z Warszawy bardzo jej się podoba i chętnie stałaby się dla niego kimś naprawdę ważnym. Jednakże Piotrowi nie w głowie romanse. On przyjechał do Bedryczan, aby wypocząć i poznać ludzi, wśród których wychowała się jego ukochana matka. Ponieważ wokół pełno jest Ukraińców, kwestią czasu staje się dla Piotra spotkanie ich na swojej drodze. Pewnego dnia do uszu chłopaka dociera piękny śpiew w języku ukraińskim, który słychać z miejscowej cerkwi. Okazuje się, że ten przepiękny głos należy do równie prześlicznej dziewczyny o imieniu Swieta. Niestety, dziewczyna jest Ukrainką, więc jedyne, co Piotr powinien w tej sytuacji zrobić, to natychmiast o niej zapomnieć. W dodatku ojciec Swiety stoi na czele miejscowych OUN-owców. Lecz to nie wszystko. Dziewczyna została już obiecana niejakiemu Jegorowi, który jest prawą ręką jej ojca i najchętniej już teraz wybiłby wszystkich Lachów, aby tylko Ukraina znów mogła być wolnym i niezależnym krajem. Z drugiej strony jest też Marta, która dowiedziawszy się o zauroczeniu Piotra Swietą, bardzo cierpi z tego powodu, bo zdążyła już oddać chłopakowi swoje nastoletnie serce.

W miarę upływu czasu i na skutek splotu różnych wydarzeń Piotr i Swieta wreszcie się spotykają. Okazuje się, że chłopak również nie jest obojętny Ukraince. Chociaż dziewczyna wie, co czeka ją i Piotra, kiedy stary Danyło dowie się prawdy o jej uczuciu do Polaka, to jednak nie potrafi nad nim zapanować. Swieta doskonale zdaje sobie też sprawę z tego, jak zareaguje Jegor na wieść, że ta zakochała się w Lachu. Miłość jest jednak silniejsza niż rozsądek i w końcu dziewczyna poddaje się uczuciu, nie bacząc na konsekwencje. Niestety, wybucha wojna, a Piotr musi wracać do Warszawy, gdzie zostawił ojca. Przed wyjazdem obiecuje ukochanej Ukraince, że nigdy o niej nie zapomni i któregoś dnia do niej wróci, pomimo że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Przecież z jednej strony naraził się brutalnemu Ukraińcowi, „hańbiąc” jego narzeczoną, zaś z drugiej jest Polakiem, a to wystarczy, aby tamten przebił go bagnetem. Czy zatem Piotr Ochocki odważy się przyjechać jeszcze kiedyś do Bedryczan? Czy los okaże się łaskawy i będzie mu dane związać się ze Swietą na stałe? A może akurat w tym wypadku wybuch wojny będzie dla niego wybawieniem od śmierci z rąk Ukraińców? Co stanie się z Martą i jej matką, kiedy OUN-owcy poczują się na tyle pewnie, że sięgną po broń i ruszą na znienawidzonych Lachów?

Przyznam szczerze, że podziwiam Autora za odwagę, jaką pokazał przy podjęciu tematu, który od wielu lat do łatwych nie należy. W dobie poprawności politycznej naprawdę trudno jest pisać powieści historyczne, szczególnie jeśli ma się do czynienia z przedziałem historii, który wciąż wraca niczym bumerang. Trzeba więc wykazać się ogromnym poczuciem taktu, aby nikt nie poczuł się urażony. Adrian Grzegorzewski tak właśnie zrobił, pisząc Czas tęsknoty. W swojej książce nikogo nie oskarża, ani też nie opowiada się po żadnej ze stron, pomimo że w powieści nie brak emocji, brutalności i wzruszających scen, które na długo zapadają w pamięci czytelnika. Wyraźnie widać, że ocenę konfliktu ukraińsko-polskiego pozostawia czytelnikowi. W moim odczuciu niezwykle obiektywnie pokazuje każdą ze stron, nie pomijając tych Ukraińców, którzy ratowali Polaków od rzezi. Chociaż postacie występujące w książce w większości są fikcyjne, to jednak stanowią one przykład ludzi, którzy żyli wiele lat temu i musieli stawić czoło tamtym dramatycznym chwilom.


Cerkiew świętego Jura w Drohobyczu (1939)
Zabytek pochodzi z XV wieku. Zapewne w podobnej cerkwi śpiewała Swieta,
kiedy Piotr Ochocki usłyszał po raz pierwszy jej piękny głos.
autor nieznany


W Czasie tęsknoty Adrian Grzegorzewski nie skupia się jedynie na romansie Swiety i Piotra, lecz pokazuje relacje międzyludzkie, które zmieniają się w zależności od tego, w jakich okolicznościach przychodzi żyć poszczególnym bohaterom. Mamy zatem do czynienia ze zdradą, przeogromnym strachem, odrzuceniem z powodu narodowości, jak również pomocą w tragicznych momentach, z których wydawałoby się, że jedyną ucieczką jest śmierć. Akcja powieści rozgrywa się nie tylko na Kresach, ale też w Anglii i w Warszawie. Oczywiście wszystko to ma miejsce w czasie drugiej wojny światowej. Sięgając po powieść nie rozumiałam, dlaczego na okładce napisane jest, iż książka przeznaczona jest „dla wielbicieli serialu Czas honoru.” Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy wraz z Piotrem Ochockim dotarłam do Anglii, a potem wróciłam do okupowanej Warszawy.

Moim zdaniem Czas tęsknoty to piękna wojenna opowieść o ludziach, którzy pomimo tragicznych wydarzeń nadal pragnęli normalnie żyć. Choć z dnia na dzień musieli diametralnie zmienić swoje życie i podejmować działania, o jakich nigdy nawet im się nie śniło, to jednak do końca zachowali swoją godność. Dotyka ich nie tylko dramat wojny, lecz także tragedie osobiste, które – być może – są znacznie trudniejsze do zaakceptowania, aniżeli te, które codziennie funduje im wróg i okupant, dlatego też tak bardzo ważne są prawdziwa przyjaźń i zaufanie do drugiego człowieka, a także świadomość, że któregoś dnia los może się odmienić i znów wszystko wróci do normy. Chcę również zwrócić uwagę, że każdy z bohaterów pojawiających się na kartach powieści jest niezwykle wyrazisty. Wszyscy oni mają szczególną rolę do odegrania w tej trudnej i krwawej sztuce.

Ponieważ nie wszystkie wątki zostały doprowadzone do końca, mam nadzieję, że pewnego dnia na rynku wydawniczym pojawi się druga część Czasu tęsknoty. Na chwilę obecną polecam powieść, która na mnie wywarła niesamowite wrażenie. W dodatku Autor zaskoczył mnie zakończeniem. Nie spodziewałam się, że cała ta historia skończy się w taki sposób, w jaki się zakończyła, dlatego liczę na to, że kiedyś pojawi się ciąg dalszy. Czas tęsknoty w każdym calu obala mit, że debiuty to książki rzekomo źle napisane i niedopracowane, ponieważ ich autorzy nie mają jeszcze doświadczenia w pisaniu. Jest to nieprawda, gdyż akurat ta powieść jest doskonała pod każdym względem, a jej bohaterowie tak bardzo realni, iż można odnieść wrażenie, że czas się cofnął, a oni żyją gdzieś obok nas.



Tekst pochodzi z bloga W Krainie Czytania & Historii [klik]

środa, 14 września 2016

Hieronim Tukalski-Nielubowicz, Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944,





Im bardziej poznaję twórczość Marii Rodziewiczówny, tym mniej jestem skłonna wierzyć krytykom literatury z czasów PLR-u, którzy uznali jej twórczość za literaturę brukową, mało ważną na tle epoki i wymieniali ją gdzieś w podręcznikach w przypisach jednym tchem z Heleną Mniszkówną. Im więcej czytam książek Rodziewiczówny, tym bardziej jestem skłonna uznać ją za pisarkę ważną dla historii literatury polskiej.

Jeśli wartość i aktualność twórczości pisarza mierzyć jego poczytnością to nie jest źle. A nawet jest bardzo dobrze. Rodziewiczówna jest wydawana w ogromnych nakładach (vide seria wydawnictwa Edipresse) i nadal czytana. Siedemdziesiąt parę lat po śmierci pisarki jej powieści nadal znajdują czytelników, a poprzez owe masowe nakłady książek, które można dzisiaj kupić w kioskach z gazetami, można ją wręcz uznać za pisarkę współczesną, ważną dla odbiorcy Anno Domini 2016. A któż z jej współczesnych dostąpił jeszcze takiego zaszczytu? Na pewno Henryk Sienkiewicz. Na pewno, tak, tak, nie krzywcie się, Helena Mniszkówna. Ale dalej jest już gorzej. Reymont? Może. Żeromski? Dla wytrwałych. Zapolska? Eee, bez przesady. Wyspiański? Rostworowski? Proszę mnie nie rozśmieszać! Nie mówiąc już o pisarzach wyłącznie dla koneserów, jak np. Tadeusz Miciński, słynny swego czasu autor „Nietoty”. Słyszał ktoś o nim? Nie widzę, nie słyszę… A Rodziewiczównę ludzie czytają. No i dobrze.

Właśnie przeczytałam ostatnią książkę z serii wydawanej przez Edipresse. Jest to opublikowana po raz pierwszy biografia Marii Rodziewiczówny, której autorem jest chrześniak pisarki, spokrewniony z nią Hieronim Tukalski-Nielubowicz. Jego praca powstała w oparciu o osobiste wspomnienia, opowieści krewnych i znajomych, prasę z epoki i obszerną korespondencję Rodziewiczówny. Tukalski-Nielubowicz tuż po II wojnie zainicjował zbieranie wszelkich materiałów dotyczących pisarki i w ten sposób powstało prywatne archiwum związanych z nią pisemnych relacji, listów i wycinków prasowych. Biografię autorki „Dewajtisa” zaczął pisać w 1956 roku, a skończył w roku następnym. Rękopis został przejrzany i poprawiony w 1971 roku i do tej pory leżał w szufladzie, w posiadaniu rodziny autora, który zmarł w roku 1972.

Jaka Rodziewiczówna wyłania się z tej książki? Autor opisuje jej dramatyczne życie w porządku chronologicznym, za ramy czasowe przyjmując dwa polskie powstania: styczniowe w 1863 roku i warszawskie w roku 1944. Maria urodziła się w 1864 roku w rodzinnym majątku Pieniuha pod Grodnem jako najmłodsze dziecko Amelii z Kurzenieckich i Henryka Rodziewicza herbu Łuk. Tuż po urodzeniu została rozdzielona z rodzicami, którzy za pomoc powstańcom w przechowywaniu broni zostali zesłani na Sybir. Zabrali ze sobą starsze dzieci, a najmłodszą Marysię pozostawili pod opieką dziadków ze strony matki. Dziadkowie wkrótce zmarli i dzieckiem zaopiekowała się jakaś ciotka. Rodzice wrócili z zesłania, kiedy Marysia miała 7 lat. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie, bo ich majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Było biednie, głodno i chłodno, ojciec pracował jako zarządca jednej z kamienic warszawskich, nie było pieniędzy na codzienne życie. Los Rodziewiczów poprawił się nieoczekiwanie, kiedy dostali w spadku majątek Hruszowa na Polesiu. Stać wtedy już ich było na porządną edukację dzieci i tym to sposobem Marysia znalazła się na pensji sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Dość krótki pobyt na pensji to była cała regularna edukacja przyszłej pisarki (nie licząc późniejszych licznych lektur). Po trzech latach musiała wracać do domu, by pomóc matce zarządzać majątkiem po śmierci ojca.

Kiedy została w Hruszowej jako główna gospodyni, w jej życiu stało się coś, co spowodowało porzucenie tradycyjnego damskiego stroju i przebranie się w odzież męską, którą nosiła do końca życia. Ta decyzja jest różnie interpretowana. Jedni badacze życia pisarki (także autor tej książki) łagodzą problem, starając się nie widzieć w tym żadnej sensacji. „Męski strój był wygodniejszy do pracy w charakterze zarządzającej majątkiem rolnym, wygodniej było w nim jeździć konno po polach” – taka wersję przedstawia Tukalski-Nielubowicz. Współczesne badaczki z kręgów feministycznych dopatrują się w tym jakiś aktów lesbijskiej deklaracji (tym bardziej, że Rodziewiczówna całe życie była panną, nigdy nie wyszła za mąż i miała bardzo bliskie, wręcz serdeczne związki z przyjaciółkami).

Ktoś tam pisze, że to był podobny akt rozpaczy przeciwko męskiemu patriarchalizmowi jak w przypadku szalonej poetki Marii Komornickiej, która w drugiej połowie życia chodziła w męskich ciuchach i uważała się za Piotra Własta Odmieńca. Trudno jest dziś to osądzić. Mnie ten akt wyboru męskiej powierzchowności przez Marię kojarzy się z dawną Albanią. Był tam taki zwyczaj, że kiedy nie było męskiego następcy do objęcia schedy po rodzicach, jego rolę przyjmowała jedna z córek, która poświęcała się dla rodziny, nie wychodziła za mąż, ubierała się po męsku i była przez całą społeczność traktowana jak mężczyzna. Takie damy typu hic mulier przebrane za mężczyzn spotykano w Albanii jeszcze w XX wieku. Czyż nie mogło tak być z Rodziewiczówną? Niezależnie od jej preferencji seksualnych, które zresztą nie są zupełnie istotne, jeśli chodzi o odbiór jej powieści. Moim zdaniem, pisała bowiem tak, jakby całe życie chodziła w koronkach i falbankach, a nie w garniturze z samodziału. I na tym na razie zakończmy tę sprawę!

A więc młoda Maria zarządza Hruszową. Potrzebuje pieniędzy nie tylko na sprawy bieżące, ale także na spłatę rodzeństwa. Postanawia zarabiać dodatkowo. Zaczyna pisać i drukować. Dostaje pierwsze honoraria. Bierze udział w konkursie literackim zorganizowanym przez pismo dla kobiet „Świt” redagowane przez Marię Konopnicką i wygrywa go. W 1886 roku jej „Straszny dziadunio” jest drukowany w odcinkach w tym periodyku. A potem rozkręca się na całego. Pisze dużo i szybko, od razu na czysto, nie poprawiając i nie zmieniając niczego. Nie cyzeluje treści, nie wygładza zdań. Czasem chyba nawet nie czyta całości przed oddaniem do druku. Ale jest pisarką bestsellerową. Jej powieści są rozrywane przez czytelników, a wydawcy kupują je od niej „na pniu”. Recenzje są entuzjastyczne. Stefan Żeromski pisze w dziennikach, że jest gotów całować ręce Rodziewiczówny za „Dewajtis”. Czasem zaczynają już drukować początek, choć reszta jeszcze nie została napisana. Powstaje tych powieści kilkadziesiąt. I są to te właśnie tytuły, które literacka publiczność czyta do tej pory.

Co z życiem? Umiera matka Rodziewiczówny, a ona dalej dzieli swoje życie na część gospodarczą i literacką. Z tym, że literatura ma zarobić na majątek w Hruszowej. W końcu wszystkie długi zostają spłacone, Rodziewiczówna żyje oszczędnie, w sensie ekonomicznym mogłaby w końcu wyjść na prostą. Ale nadchodzi I wojna światowa i wielka wędrówka ludów na wschód. Przychodzą Niemcy. W Rosji zaczyna się rewolucja. Potem jest wojna polsko-bolszewicka. Nie można mieszkać w Hruszowej, trzeba uciekać. Rodziewiczówna wraz z przyjaciółką Jadwigą Skirmunttówną jadą do Warszawy. Po przejściu bolszewickiej nawały wracają na Kresy. W międzyczasie Rodziewiczówna działa w rozmaitych komitetach społeczno-politycznych, pomaga w szpitalach, organizuje pomoc dla Lwowa walczącego z Ukraińcami. A w Hruszowej po raz kolejny trzeba wszystko odbudowywać. Nie sprzyja temu panujący w Polsce klimat. Rodziewiczówna nie jest zadowolona z nowej, wymarzonej, polskiej wolności. Drażnią ją głupie przepisy prawne, męczą liczne podatki, nie może dogadać się z urzędnikami nie rozumiejącymi kresowej specyfiki. Ale jest czynna, walczy. Buduje kolejny kościół w sąsiedztwie, załatwia od władz kościelnych relikwie świętego Andrzeja Boboli dla ołtarza w nowej świątyni (później skradnie je jakiś bolszewik w czasie rewizji, myśląc że to jakieś klejnoty).

Jesienią 1939 roku, po wejściu bolszewików, znów ze Skirmunttówną opuszczają Hruszową, tym razem na zawsze. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami stare kobiety przekradają się przez zieloną granicę radziecko-niemiecką na Bugu i dostają się do Warszawy, gdzie przebywają do końca wojny. Kiedy wybucha powstanie warszawskie Rodziewiczówna ma już 80 lat i jest bardzo chora. Udaje się jej przeżyć powstanie, umiera już po wyjściu z Warszawy w listopadzie 1944 roku.
W opowieść o Rodziewiczównie autor wplótł masę dygresji i ciekawostek związanych z życiem na Kresach, a także z historią II wojny światowej. Pisał o tym częściowo z autopsji. Mam wrażenie, że prawie połowa książki to opowieść o pisarce przeplatana wspomnieniami własnymi autora. Taka biografia pomieszana trochę z autobiografią. Tukalski-Nielubowicz jest skromny, nie wysuwa się na pierwszy plan, ale często wspomina o „chrześniaku” (czyli o sobie), relacjonując własne kontakty z Rodziewiczówną i ludźmi ją otaczającymi. Ponieważ był z wykształcenia agronomem (prowadził wzorcowy majątek rolny na Polesiu), więc często służył jako doradca pisarki, zwłaszcza w sprawach hodowli zwierząt, w której się specjalizował.

Do książki dołączony jest tekst testamentu pisarki, która zapisuje w nim Hruszową krewnemu ze strony ojca, a prawa do swojej spuścizny literackiej swej przyjaciółce Skirmunttównie. Jednak już po spisaniu ostatniej woli Rodziewiczówna miała ochotę zmienić testament i przeznaczyć Hruszową na siedzibę szkoły dla polskiej szlachty zagrodowej na kresach. Wiele o tym myślała, wahała się, co robić, bo trwała przecież wojna. A ona, wieczna optymistka, miała już plany na „po wojnie”. Sprawa rozwiązała się sama. Pałac w Hruszowej został spalony przez okolicznych chłopów jeszcze w czasie niemieckiej okupacji Polesia. Został tylko dąb zwany Dewajtis i budynki gospodarcze. Węgierski wartownik zastrzelił starego pracownika Rodziewiczówny, który do końca nie opuścił majątku i do końca go pilnował, choć Niemcy uznali Hruszową za niemieckie dobro państwowe. Tak oto pisarka dwa razy straciła dom i dziedzictwo: raz jako niemowlę i drugi raz, stojąc już nad grobem.

Książka Tukalskiego-Nielubowicza napisana jest błyskotliwie i brawurowo. Czyta się ją bardzo dobrze, a jej lekki styl jest taki, jakby napisała ją sama Rodziewiczówna. Ta biografia zachwyciła mnie i trzymała w napięciu od pierwszej strony do ostatniej.

Uważam jednak, że to nie powinno być ostatnie słowo, jeśli chodzi o życie i twórczość Marii Rodziewiczówny. Może ktoś powinien porządnie i naukowo opracować jej biografię, bo na razie mamy do wyboru trzy: Jana Głuszeni, Jadwigi Skirmunttówny i omawianą tutaj pozycję (i opracowanie Anny Martuszewskiej o twórczości pisarki). Ale one jeszcze nie wyczerpują całości materiału. Rodziewiczówna jest wciąż wielką enigmą, jeśli chodzi o jej życie osobiste, które było niezwykle barwne i fascynujące. Na kanwie jej biografii mogą powstać kolejne książki, a może nawet film z epoki?

Tak wyglądała Maria Rodziewiczówna u schyłku życia, w czasie powstania warszawskiego:
Maria Rodziewiczówna podczas Powstania Warszawskiego - YouTube

Tukalski-Nielubowicz Hieronim, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”, wyd. Edipresse, Warszawa 2014


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...