Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraszewski Józef Ignacy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kraszewski Józef Ignacy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lutego 2019

Porozmawiajmy o przeszłości: Włodzimierz Mędrzecki 'Kresowy kalejdoskop. Wędrówki przez Ziemie Wschodnie Drugiej Rzeczypospolitej 1918-1939' i nieco starsza książka, ale w kontekście tej pierwszej Józef Ignacy Kraszewski 'Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy"


Bardzo dobra książka popularyzująca historię, ale przede wszystkim książka, która opisuje bardzo ważne zagadnienie tzw. Kresów z punktu widzenia źródeł i prawdy historycznej. A co istotne dla czytelnika, pisana ciekawym i przystępnym językiem. Przede wszystkim autor oddziela pojęcie Kresów, będące pojęciem sentymentalnym, od nazewnictwa z epoki. 
Książkę wydało Wydawnictwo Literackie w zeszłym roku, ale ja zajęta 'recenzowaniem' na takie cudo wydawnicze nie miałam czasu. Teraz to nadrabiam i rekomenduję.
Zasadniczo dzieli książkę na 3 części według regionów: Galicję ze Lwowem, Wilno i Podlasie i tereny okoliczne. Czyli od dołu do góry i na środku kończy. Opisuje historię tych miejsc, pokazuje piękne karty historii, skupia się w osobnych rozdziałach na opowieściach o miastach danych regionów, ale i wychodzi z miasta na wieś. 
Książka jest bardzo dobra, gdyż tak jak powiedziałam wcześniej, autor zajmuje się tematyką tych terenów z kontekstu epoki. Odwołuje się i powołuje się na źródła, takie tak gazety, przemówienia, wyznania, itd. Zresztą, widać, że autor ma ogromną wiedzę historyczną.
Autor nie skupia się tylko na jednym zagadnieniu, polsko-patriotycznym, choć i o tym tutaj jest, i to podane z szacunkiem, ale opowiada o wszystkich problemach, wszystkich mieszkańcach i sprawach z przeszłości. Udokumentowuje to w przypisach doniesieniami z gazet z epoki, więc nie można zarzucić autorowi przesady. A było o czym pisać i włosy mi stawały dęba! Lubię tematykę kresową, wspomnienia typu 'Szczenięce lata' Wańkowicza, ale i nie zamykam oczu na to, że ziemie na wschód od Bugu to nie tylko polska szlachta i Tyszkiewicze oraz Radziwiłłowie, ale i ludzie tacy jak moi przodkowie, czyli biedota, to mniejszości narodowe, to cały misz-masz kulturowy, któremu w pewnym momencie kazano się opowiadać jako ten, albo tamten. A przecież nawet Kraszewski we 'Wspomnieniach Wołynia, Polasia i Litwy' nie klasyfikuje według schematów, ale opisuje barwnie mieszkańców, których spotyka. I wydaje się, że to raczej kryteria zamożności odróżniały jednych od drugich. W każdym razie, wracając do 'Kalejdoskopu kresowego' to autor wyraźnie mówi, że w dawnym zaborze austriackim pokolenie pamiętające wielonarodowe Austro-Węgry to inne pokolenie niż nacjonalizmy, jakie rodziły się w latach 30. Mówi też o roli kryzysu gospodarczego z roku 1929, który bardzo odczuli wszyscy, który przyczynił się do wzrostu skrajnych reakcji, a o którym to kryzysie autor mówi, że w historii nie jest on aż tak zauważany, jak powinien był być.
Z wielką uwagą czytałam te dane z roczników statystycznych o dochodach wsi i miast, o tym ile było bezrobotnych, ile wynosiła dniówka, jak wyglądały sprawy codzienne, na przykład chodniki, kanalizacja, jaki przemysł panował, z czego ludzie żyli. To wszystko w tej arcyciekawej książce zostało opisane w sposób nadzwyczaj ciekawy. Do tego te wszystkie sprawy polityczne, tych wszystkich izmów, ale i tak bardzo ciekawe jak na przykład szkolnictwo. Kto, jak, ile. Bardzo, bardzo ciekawe i dużo wnoszące do obrazu tych terenów.
Te opisy bójek, przemocy, gett i zwykłej ludzkiej niedoli, gdy za pracę nie można było utrzymać rodziny, te opisy wyprowadzek na Wały albo do ziemianki we Lwowie z powodu bezrobocia, sprawiały, że naprawdę przeniosłam się myślami w czasie. Naprawdę można w tej książce zobaczyć prawdę i tylko prawdę o epoce i problemach, iście gordyjskich, przed jakimi zostało postawione państwo polskie. Piękny był rozdział o Lwowie we wspomnieniach powojennych, o tym, co jest w tych wspomnieniach najpiękniejsze, a co przywołuje współczesna liczna przecież literatura popularna.
Książka ta jest tą pozycją, jakiej długo oczekiwałam w naszej literaturze popularnohistorycznej. Powinna też być głosem na temat pojęcia Kresów, ale i głosem do dyskusji nad pojęciem narodu, jak należy go traktować. Czy to, jak ten temat ujmowano w 'mainstreemie' w miedzywojniu na pewno był słuszny i na pewno należy z niego czerpać? 
Autor mówi o tym, że całe obszary mówiły o sobie jako 'tutejsi'. I tak było, bo tak to wspominam od moich przodków. Była społeczność, której nagle ktoś kazał pod groźbą karabinu recytować Ojcze Nasz po temu albo takiemu. Albo społeczności żydowskie w miasteczkach i mieścinach lub całe ulice, obywatele II RP. To też jest w tej książce, statystyki, wspomnienia. Opowieści o miastach i szetlach. Czy naprawdę tak powinno było być, żeby ludzi klasyfikować jak kurczęta w pudełkach na sprzedaż? Koguciki, kurki, białe, czarne, puchate i mięsne? Przecież
jest jedna ziemia i jedno słońce dla wszystkich, jak śpiewa Don Wasyl. 

Ja czytałam jedną po drugiej reportaż Kraszewskiego z roku 1840 i 'Kalejdoskop kresowy'. Miałam więc taki odbiór o spuściźnie wielokulturowej Rzeczypospolitej i Polski międzywojennej. Z tego mi wynika ból głowy, bo naprawdę było wiele smutnych spraw, ale i wiele radosnych, piękne wspomnienia. Ale nad tym wszystkim nie do ogarnięcia sytuacja międzynarodowa, jakiś węzeł gordyjski, i tak krótki czas dany krajowi, żeby poprawić zwykłe życie ludzi. Autor wymienia wielki wysiłek kraju w budowie szkół, dróg, wodociągów, pomocy doraźnej ludności, aż wreszcie pożyczki międzynarodowe, jakie miasta zaciągały na inwestycje. Ale przede wszystkim mało czasu, za mało. 
A na koniec, jak czytałam o inwestycjach w Wilnie, i tym, że tak trudno było zbudować wodociąg albo zrobić chodniki, to mi się Zamość przypomina, ten z czasów mojego liceum (1994-1998) i po wejściu do UE, gdy naprawdę tyle się zmieniło na lepsze. Chodniki, całe stare miasto, ścieżki rowerowe, wodociągi, kanalizacja, a nawet naszą wiejską szosę wreszcie po tylu latach pokryto niedawno nowym asfaltem. Gdy czytałam o tym jak wielki to wysiłek, gdy się nie ma funduszy pomocowych, jak to było w międzywojniu, to widzimy ile trzeba docenić. 
Pewnie książka nie rozwiązała trudnych zagadnień historycznych i problemu Ukrainy oraz Litwy, ale na pewno pokazała je przede wszystkim z punktu widzenia WSZYSTKICH mieszkańców tych terenów. Bezcenne były zdjęcia, miast, ludzi, wiosek. To bardzo dobra książka, którą serdecznie polecam.
10 gwiazdek

I na tym mogłabym skończyć ten post, ale chciałam wprowadzić kontekst do tych rozważań. Tuż przed 'Kalejdoskopem' czytałam upragnione 'Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy' Kraszewskiego. Tematyka pasuje, wprowadza tło historyczne, a przy tym to bardzo dobrze napisany reportaż. Reportaż na sto lat przed Wańkowiczem!

Bardzo Wam tę książkę polecam. To jedna z pierwszych książek tego tytana pracy pisarskiej, z 1840 roku, jak sam napisał we wstępie wynikła z nudy na wsi. Sprawdziłam w biografii, tak było. Kraszewski musiał przez 10 lat siedzieć na Wołyniu i Polesiu. Jak widać z tej książki, nudno mu było, a myśli rwały się do czegoś więcej niż karczmy, polowania i przeciętność, bród, smród i ubóstwo. Postanawia więc napisać reportaż w nowoczesnym stylu o tym co widzi dookoła. Jak to Kraszewski, jest dokładny. Już pierwszy rozdział, opisujący targ daje obraz tego, co będzie w tej książce: celne spojrzenie, nutka satyryczna, krytyczne oko i szczerość wobec tego, co widzi w tym 1840 roku. Pewnie nie wiedział, że po stu latach miejsca te odejdą w przeszłość.
Nudne były dla mnie tylko fragmenty podające treść nagrobków oraz cały rozdział o historii Łucka i Jagiełły. Ale to sobie przewinęłam. Poza tym była to pasjonująca lektura. Te krytyczne opisy karczm, skołtunionych chłopów, upadłej szlachty, pustej szlachty, która stawia książki, ale ich nie czyta, żeni się dla majątku, a ze wsi drze ile może, a także przepięknego ukraińskiego i poleskiego folkloru, to wszystko to nie tylko prawda o przeszłości, ale także znakomite wprawki do pióra serii historycznej. W tych obrazach zapyziałych karczm widziałam późniejsze opisy Drezna z 'Hrabiny Cosel' i wiele, wiele innych.
Kraszewski nie słodzi w tej książce. 'Równo jedzie' po wszystkich, ale dla reportażu to dobrze, bo przez tę szczerość jest tym bardziej szczery, ale i barwny, ciekawy do czytania. Jak widać, przy talencie pisarskim nawet książka o tym co się widzi dookoła może być znakomitą wprawką pisarską. Już od pewnego czasu planowałam przeczytać tę książkę, serię historyczną autora, ale i inne wspomnienia kresowe pisarzy. Pierwszy krok już uczyniłam.
Przeczytałam gdzieś, że ;Kraszewski mitologizuje Kresy' - a gdzież tam! A co najważniejsze, zna historię tego regionu, co czyje było, kiedy w czyjeś ręce przeszło, jak ktoś gospodarował, co zmarnotrawił.
Na koniec jeden szczegół z książki. Kraszewski jeżdżąc po Wołyniu i Polesiu mówi o śladach wojen, a przede wszystkim pamiętnym powstaniu Chmielnickiego, od którego minęło wtedy 200 lat. Kopce wciąż stały. Mówi o tym, że dopiero początek XIX wieku sprawił, że ludność na wsi znów zaczęła przybywać, na przykład w wiosce Felińskeigo z 8 mężczyzn po kilkunastu latach pokoju na początku XIX wieku było ich około 100.
A pogromy Żydów, a wysiedlenia i choroby? O tym wszystkim wspomina Kraszewski. Ale i mówi o niesamowitej sile odradzania się tych terenów i o potrzebie reformy rolnictwa, zadbania o ludność wiejską. Zdaje się, że on taką rolę widział w okolicznej magnaterii.
W każdym razie po stu latach od czasów, gdy Kraszewski pisał tę książkę i wspominał kopce po Chmielnickim, stała się rzeź wołyńska, trauma dla Polaków, którzy ostatecznie opuścili te tereny. Innym problemem jest ta sprawa w oczach Ukraińców, ale o tym już ta książka nie opowiada. Na pewno pokazuje Wołyń i Polesie jako tereny wielokulturowe. I to znikło.
8 gwiazdek

Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

niedziela, 5 czerwca 2016

Józef Ignacy Kraszewski, Chata za wsią




Józef Ignacy Kraszewski - człowiek-instytucja w historii polskiej literatury. Autor ponad 600 tomów. I teraz wstydliwe wyznanie - "Chata za wsią" to moje pierwsze, sukcesem zakończone spotkanie z JIK. Moje poprzednie podejścia (do "Starej baśni") kończyły się w okolicach setnej strony i poddawałam się. Zdopingowana pozytywnymi opiniami blogowiczów na temat jego twórczości, jak również nieznośnie nęcona wszechobecnością jego powieści - podjęłam wyzwanie. I nie bolało - jak to zwykle w moim przypadku bywa - uprzedzenia zostały odegnane. 


"Chata za wsią" to historia małżeństwa Cygana Tumrego i córki chłopa - Motruny. Historia niezwykle tragiczna, gdyż związek został obłożony klątwą ojca. I to klątwą wyjątkowo skuteczną, gdyż losy ich były wyjątkowo smutne i fatalne. W fabułę (tradycyjnie już) wgłębiać się nie zamierzam - znaczna część historii została streszczona w okładkowym opisie. Postaram się jednak dodatkowo zachęcić do zbliżenia z klasyką.


Dlaczego po "Chatę za wsią" sięgnąć warto? Chociażby dla barwnej plejady bohaterów. Pomijając główną parę - Tumrego i Motruny ciekawym przypadkiem jest postać ojca chłopki - Lepiuka. Mimo tego, że sam był pochodzenia romskiego nie zgadzał się na zamążpójście córki. Zacietrzewienie doprowadziło go do śmierci, a groźba/prośba (w zależności od punktu siedzenia) wyrażona przed zejściem z tego świata spełniła się co do joty. Barwną postacią - femme fatale tej powieści - jest Aza - Cyganka pochodząca z tego samego taboru co Tumry. Postać tragiczna z wielu względów i jakby stworzona do wypracowań szkolnych (nie rozumiem dlaczego "Chata za wsią" nie jest w kanonie dla liceów...). Wodziła ona za nos okolicznego dziedzica - Adama, mężczyznę słabego zdrowia i niewiele mocniejszej woli. Kusiła również przywódcę swojego taboru - Aprasza. Do zguby doprowadziła i samego Tumrego. Postać wielowymiarowa, ciekawa.


"Chata za wsią" to nie tylko bohaterowie, ale również opis wsi podolskiej. Biednej wsi. Zapomnijcie o podkoloryzowanym, obrazkowym wizerunku chłopstwa. J.I. Kraszewski opisał biedę materialną - obraz chatki Tumrego za wsią i nędzy spoglądającej z każdego kąta. Powieściopisarz doskonale scharakteryzował również biedę mentalną - Lepiuk, mimo swojego romskiego pochodzenia, zabrania córce małżeństwa z Cyganem. Kiedy ona jednak decyduje się na ten krok, dosięga ją przekleństwo ojca i mimo "błogosławieństwa" dziedzica, cała wieś - łącznie z jej braćmi odwraca się od niej. Zawziętość tak wielka, że można pokusić się o nazwanie tego zjawiska terminem "wykluczenia społecznego". Autor jest tak konsekwentny w naturalistycznym opisie, że dopiero kolejne pokolenie - córka Tumrego i Motruny, Marysia może liczyć na poprawę losu.

 
Ciekawie opisuje Kraszewski stosunki pomiędzy Romami a chłopstwem. Mimo upływu niemal dwustu lat niewiele się w tej kwestii zmieniło. Temat w literaturze trudny, ale wart zbadania. Autor zgrabnie wplata słownictwo romskie w tekst, co nadaje kolorytu i wprowadza w klimat powieści. Początkowo trudno jest się przebić przez gwarę chłopstwa z Podola z połowy XIX wieku, co utrudniają dodatkowe opisy przyrody i okolicy. Jednak przy odrobinie dobrej woli bardzo łatwo jest wbić się w powieść, gdyż historia sama w sobie jest niezwykle ciekawa. A i daje do myślenia...


Polecam przede wszystkim ze względu na uniwersalność. Minęło sporo lat, wydarzenia opisane były być może inspirowane autentyczną historią, ale nic nie straciły na aktualności. Zarówno jeśli weźmiemy pod lupę Romów, jak i jakąkolwiek inną mniejszość etniczną. Nadal staramy się być jak najbardziej hermetyczni w swoich grupach społecznych i niechętnie akceptujemy inność pod swoim dachem. Kraszewski zgrabnie wplata prawdy życiowe w tekst, co dodatkowo nadaje wartości powieści. Dorzućcie do tego barwne postaci, żywy język i powstaje wyjątkowa powieść, która przełamała mój stereotyp Kraszewskiego jako nudziarza. Historia może i bajką trąca, bo zakończenie jak na bajkę przystało być musi dobre, ale niesie w sobie przekaz o tym jak niszczycielska może być siła uczucia, jak zatwardziali mogą być ludzie w gniewie.


Tekst ukazał się na blogu Bazgradełko 

czwartek, 9 lipca 2015

Jarmark w Janówce według Kraszewskiego

Zapraszam na opis jarmarku w Janówce, na Polesiu, pióra Józefa Ignacego Kraszewskiego. Tekst [źródło tekstu] pochodzi z książki "Nowele, Obrazki i Fantazye"[źródło okładki], a także został zamieszczony w książce "Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy", Kraszewski Józef Ignacy, Wyd. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1985r, s. 25-32

Jarmark w Janówce.

 Zacznijmy od jarmarku, téj gminnej uroczystości tak wesołéj, tak charakterystycznej u nas. Na co mamy cyrklować tę książkę wspomnień? idźmy gdzie nas oczy poniosą.

 Oto jesteśmy w małéj mieścinie Polesia wołyńskiego Janówce. Mało kto zapewne zna ją, prócz sąsiadów, bo bardzo maleńka, zasuniona w lasy i ustronie, siedzi na piasku cały rok spokojna, a ożywia się dopiéro na wielki jarmark w dzień św. Szymona i Judy w październiku. Należała ona niegdyś podobno do możnéj a dziś upadłéj prawie rodziny Sapiehów. Sławny jéj jarmark przynajmniéj promieniem sześciu mil dokoła ściąga żydów, wieśniaków, ekonomów i drobnych właścicieli z wołami, końmi, lub po woły, konie i t. d. Woły jednakże zowiące się tu wszędzie towarem per excellentiam, wistocie najważniejszą część targu stanowią.

Typowa wieś poleska (fot. J. Szymańczyk, ok międzywojenny,ze zb. J. Szymańczyka)

Nie zachwyca wcale położenie zupełnie poleskie Janówki; trudno aby w niém najbardziéj uprzedzone oko znalazło piękność jaką (jakkolwiek piękność w stosunku do smaku jest względną). To pewna, że trzebaby się urodzić w Janowce, żeby się piękną wydała. Kilkanaście chat na piaszczystém polu rozłożonych, jedna karczma pusta, pusty także a dość obszerny kościół z klasztorom Bernardynów, rynek szeroki, który rok cały trawą zarasta, nim go w październiku wydepczą, kramiki drewniane raz w rok tylko zajęte, młynek mały nareszcie, — wszystko to nie jest malowniczém na równinie i piasku wśród bajrakowatych i pokrzywionych sosen; lecz dzień jarmarku, dzień wielki i uroczysty dla arendarza, nadaje téj pustyni poleskiéj pozór ożywiony i charakterystyczny.

Targ łódek nad Piną


 Po wszystkich drogach wiodących do miasteczka, ciągną się furmanki liczne, wozy, bryczki kryte i niekryte, jeźdźcy, pieszaki, budy płócienne nadziewane żydami i rodziny poleszuków, w których twarzy próżno szukasz śladów pomięszanych plemion, jakie dawniéj zajmowały Polesie.

 Rynek cały napełnia się aż pod kościół i wylewa aż za płoty. Liczne wozy ściskają się jedne koło drugich, a te, jak łatwo się domyślić, stają się ogniskiem jarmarku, mianowicie przy karczmie, gdzie pożądany spija się mohorycz. Mohorycz jest-to gdzieindziéj zwany borysz, dodatek do ceny towaru, poczastka, bez któréj wieśniak nie przeda nigdy, a gdy go kupujący odmówi, targ nawet zrywa
.


Polesie. Przy wieczerzy, 1937 r.
Ku południowi coraz zgiełk się powiększa, ze wszystkich stron słychać żywe rozmowy i najrozmaitsze odgłosy. Tam wół ryczy, tu koń rży i wierzga w bok przechodzącym, piszczą wieprze poprzywiązywane na wozach rzucając się, a wielka liczba kóz, które się tu dobrze płacą, łączy swój głos z tysiącem innych, w których jednak głos pana świata — człowieka, zawsze prawie górę trzyma. Trudno jest odmalować rozmaitość postaci, głosów, rozmów, charakterów, fizyonomij, ubiorów, jaka się tu ściska i kręci. Żydzi z bezmianami na plecach, jak z bronią swoją, włóczą się za lnem, grzybami i woskiem; poleszucy w białych sukmanach z pasami czerwonemi lub z czarnéj skóry, z kalitką, krzesiwem, papużą tytuniu i nieodstępną fajką w zębach, kopcącą co chwila i piliponi w wysokich kapeluszach i ogromnych butach, wzrostem i strojem w tłumie widoczni, żydówki brudne, odarte i chciwe, kobiety poleskie w chustkach z uśmiechem na ustach a kurami na ręku, holenderki w dziwacznych płaszczykach z paskowatych kolorowych spodnic; holendrzy ze swoją rodzimą fizyonomią, cyganie z czarnemi rozczochranemi włosami i t. d. Nareszcie nieocenione figury panów ekonomów w czapkach uszatych, w surdutach szarych, z kijami w ręku, z pogardliwą miną. A wszystko to w niepojętym ruchu i ożywieniu wszystkich części ciała; zacząwszy od pierników i obwarzanków, aż do wołów i koni wszystko się porusza i żyje. Wszędzie brzęczą pieniądze, na twarzach pali się chęć zysku, nadzieja, lub zaspokojona radość.

Józef Chełmoński "Jarmark. Sprzedaż konia", 1888, olej na płótnie,

Pod namiotem nad powózkami zaimprowizowanym wśród rynku, ruski kupiec z Łucka rozwiesza swoje kolorowe towary, zdaleka mile jaśniejące oczom poleszanek. Tu ciśnie się ciekawie i chciwie pożerając oczyma chustki i perkale, żeńska połowa jarmarku, rozwiązuje starannie węzełki dla kupienia niedrogiego stroju ceną kilku kur, lub staréj faworyty kozy, którą już żydek przemyślny zarznął wśród rynku.

 Obok przemyślne żydki w kramikach siedząc nie odurzeni natłokiem osób, wrzawą i krzykiem, wszystkich wołają, nęcą, proszą, ciągną do siebie, kłócą się, targują, biją nawet i razem zdają jeszcze resztę, uważając, żeby jak najgładsze oddawać złotówki — z zadziwiającą przytomnością wszechstronną i talentem nieocenionym. Między wielomównym żydem a cichym kupcem ruskim, waha się żeńska połowa; bo żyd ma swoje przyciągnienia sposoby, zna serce ludzkie tradycyonalnie, uczył się go razem z talmudem od ojca, wié szerokie drogi i kręte ścieżki, któremi do niego wejść można, ma tysiąc środków na pokonanie ludzi tak bezbronnych, gdy im chodzi o zrobienie przyjemności sobie. Przyciągając do kupna, łechce próżność, wabi oczy, pociąga serce i durzy głowę nieboraka. Nie jeden sam nie wié dlaczego i na co kupuje, a nie umié się oprzéć urokowi żydowskich zachęceń.

Tadeusz Rybkowski "Jarmark w Przemyślu", Lwowska Galeria Sztuki, Lwów


 — Nu! czy to ty zginiesz, jak kupisz! aj wéj! tak mała rzecz! Tu wasza ekonomowa kupowała ten sam cyc i drożéj zapłaciła, a ja wam taniéj oddam po znajomości. Bodajbym zginął, kiedy nie na stratę. Ale to reszta. Albo to ty nie możesz tego miéć co ekonomowa? a wéj! a ty siebie nie poznasz, jak się ubierzesz? Nu! nu, bierz, już ja odmierzył, na, masz!

 — Kiedy nie ma pieniędzy.

 — Jak to nie ma? to może ty co masz na przedaż, czy to ty nic nie przedał? i t. d. A podusznego przysięgli poczekają, ty jeszcze zbierzesz, a wéj!

 Nieco daléj kupa sukman, świtek, burek, płaszczów, przy wielkiéj skrzyni leżąca otoczona jest gromadą kupujących, którzy się dziwią sobie ubrawszy się, i uśmiéchają na zwodnicze pochwały przedającego.

 — A! a! ty inszy człowiek! to ty dom kupujesz nie suknią, a jaka ciepłość, a jaka to moc, a wéj! Nu, co ty targujesz, ja tylko dla ciebie za tę cenę przedaję. Ty stary znajomy! nu, nu, bierz a plać!

 Trochę daléj znowu, stoi wóz z kożuchami, gdzie podobna powtarza się scena. Za nim drugi, nad którym wytknięto wysoką tyczkę z parą butów; ten jest sklepem naprędce urządzonym rozmaitego obuwia, gdzie bogatsi poleszucy długie czarne, za kolana zachodzące buty kupują.

 Tuż druga tyczka nad wozem wywieszona wysoko z roztrzepaną papużą tytuniu wabi wieśniaków do ulubionego im przysmaku.

 Wielki sklep czapek rozmaitych, rozwieszony na ścianie karczmy, zachwyca chłopów, otwierających przed nim gęby. Stoją przed nim w swoich obdartych białych czapeczkach sukiennych lub wyszarzanych barankowych, pretendenci do nowych próbują, patrzą, zaglądają; uśmiechają się, naradzają, a kupiwszy wreszcie odchodzą, ciesząc się, poprawując i oglądając się, czy cały jarmark patrzy na ich nową czapkę. To tak samo jak w Warszawie.

 Daléj jeszcze w szynku dymią się ogniska, koło których jesienném zimnem skosniałe ręce grzeją poleszuki i fajeczki swoje zapalają i garnki przystawują, śpiewając wesoło. Poleszuk bowiem gdziekolwiek stanie, cokolwiek robi, tak lubi ogień i dym, że w lipcu nawet zapala ognisko przez nałóg, a razem dla ulubionéj swojéj fajki, która mu ciągle gaśnie. Pod ściśnionemi w rynku wozami, leżą długie trąby drewniane osikowe, których przeznaczenia trudno obcemu na piérwszy rzut oka odgadnąć. Są to dymniki czyli kominy chat poleskich, które pijani śmiejąc się armatami nazywają. W wozach same gospodynie na workach siedząc, czekają kupców, a gospodarze najczęściéj w karczmie siedzą lub za pokupką się włóczą. Nie małym towarem są tu koła obodne, łyka na postoły, łapcie czyli kurpie, które pękami powiązane wiszą na wozach.

 U płotów stoi większa część wołów przeznaczonych na przedaż, żując chciwie zarzuconą im garść słomy; koło nich kręcą się żydki i panowie wolarze. Droga idąca od młynka do klasztoru zowie się uliczką końską, przez nią nieustannie chłopi ze swojemi chmyzami, ekonomowie z odpasionemi kalekami, żydzi z wypracowanemi szkapami przejeżdżają się klaskając z bicza. Kiedy niekiedy targ ich zatrzymuje, znawca opatruje, maca gruczołków pod gardłem, ogląda nogi, zęby, uśmiecha się i targuje.

 A w targu jest sztuka i wielka sztuka. Kto nie umié kupować, ten i przepłaciwszy nie kupi, trzeba miéć doświadczenie i zimną krew kupca z profesyi, żeby dobrze kupić, a nadewszystko potrzeba cierpliwości. Nawet strój właściwy przykłada się do dobrego kupna, bo kupiec powinien być dosyć obszarpany, w baraniéj czapce, z kijem w ręku i minę mieć zbiednioną. Zwyczajny targ od trzeciéj części ceny się zaczyna i zarywa na kłótnią, która powoli potém się uśmierza, aż do ugody przyjdzie!

 Ku południu zwiększa się liczba ichmościów, którzy z fajkami w ustach, z laskami w ręku, najpoważniejszą część jarmarku stanowią, pań także i panienek kapeluszowo-szlafrokowych, które się niespokojnie oglądają, czy kto młody przystojny na nie nie patrzy. Niektóre fizyonomie dobrze dokonana przedaż ożywia, inne dobre kupno, inne jeszcze dobry trunek, smutnie tylko ziewają ci, którym na wyjezdném z domu stara baba z próżném wiadrem przeszła drogę, i którzy dlatego nic zrobić na jarmarku nie mogli.


Powrót z jarmarku - A. Wierusz



 Na końskiej uliczce koło wołów, ku wieczorowi dopiéro brzęczą pieniądze, bo każdy kupujący w nadziei, że przedający spuści z ceny, czeka z kupnem do wieczora. Wieczorem obraz jarmarku całkiem się odmienia.

 Jak wszystko, co się kończy, jak bal, gdy świéce gasną, jak gra, gdy stolik odstawują, jak wszelki szał, gdy po nim tylko usta spalone zostaną, tak i jarmark smutny jest przy końcu. Niestety! wszystko się kończyć musi.

 Tam pijani pokrwawieni trochę, lub tylko pobłoceni taczają się z babami, za ręce trzymając i śpiewając chrypliwie, powoli i cicho. Żydzi śpiesznie pakują resztę towarów, zmiérzch pada. W karczmie rozbite kieliszki i szklanki, pobluzgane stoły; błota pełno, pijacy śpią pod ławami. Na rynku drzemią przygasłe ogniska, walają się szczątki jadła, stare łapcie i szmaty, tam i owdzie krew zabitych baranów psy liżą spokojnie. Koło płotów znać po śladach woły, których już nie ma, kołki z nich powyrywane, gdzieniegdzie wytratowana ziemia, tam coś rozsypanego, tam rozlanego. Po drodze wozy różnie sprzężone końmi, wołami, wracają. Wszyscy weseli, bo wszyscy prawie pijani prócz żydów. Cygan z żoną i synową, czarny, zasmolony, odarty, któremu koszula przez kożuch z boku wygląda, gada jeszcze w kącie z chłopem, tajemnie i pocichu. Ten czapkę nową nasunąwszy na uszy, z fajką zagasłą w zębach, z krzesiwem w ręku, które z kalitki dobył, krzesze ogień po palcach i skrzesać nie może. Dwie cyganki z czarnemi włosami, a białemi zębami otaczają go ze dwóch stron i gładząc pod brodę starają się przekonać.

Józef Chełmoński
"Jarmark na Kresach", olej na płótnie,



 Wszystko się pakuje, wyjeżdża i śpieszy do domu, przed chatami mieszczan żegnają się z niemi ich krewni, powinowaci, kumy, swaty i znajomi, ze wsi sąsiednich, całują się i rozchodzą. Ta scena jest najczystsza i najczulsza ze wszystkich obrazów jarmarkowych.

 — Dziękujem za wszystko — wołają odchodząc.

 — Wybaczajcie — odpowiadają gospodarze.

 — Dobrze wybaczyć najadłszy się! — Jest-to dosłowna forma dowcipnéj odpowiedzi, którą sto razy śmiechem naiwnym i prostym przyjmują i zawsze jak gdyby nową. Poczém gospodarze ukłony jeszcze z daleka przesyłając, wracają do chaty. A może ciekawi jesteście jak siedziba poleszuka zamożnego wygląda?

 Podwórko otoczone jest chléwkami różnego kształtu i wielkości, błotniste, ścieżką wydeptaną przedzielone, prowadzącą do sieni, w których duży wieprz karmny poufale chodzi i mruczy, znając, że jest faworytem domu. Kilka kur sadowi się na belce do snu i trzepiocze układając skrzydła.

 Przez wysoki próg wchodzi się do białéj izby, izby paradnéj, gdzie jest piec, na którego przodzie palą się skałki smolne, koło pieca ława, w głębi poczęte krosna, kołyska dziecka i stół także otoczony ławami. Ściany dokoła opasują ławy. Ku drzwiom stoi ceber, rażka, garnki na półkach i kwarta stara. W głębi, w kątku pod obrazem dzieża chlebna szanowna, poważne zajmuje miejsce pod opieką błyszczącej N. Panny roztaczającéj nad nią swój płaszcz gwiaździsty.

 Nade drzwiami i oknami krzyże i symboliczne słowiańskie charaktery wejścia wszelkiemu złemu bronią, wycięte pobożną ręką dziaka, który dla wiecznéj pamiatki dodał na średniéj belce rok 1790.

 Próżnoby tu kto szukał śladu podłogi, nie ma jéj, tylko ubita ziemia. Okna maleńkie, w części z okrągłych szybek złożone, a przemyślny gospodarz ściany swoje czysto wybielone, glinką żółtą do połowy od spodu, żeby mu nowej świty nie bieliły, pociągnął.

 Na ławie pod piecem siedzi stara kobieta z fajeczką w zębach, z oczyma wlepionemi w garnki, koło drzwi szczepie drewka wysoki parobek z fajką także, młoda kobieta kołysze dziecko, drzémie i śpiéwa.

 Takie jest wnętrze chaty Janowskiéj.

 Tymczasem na drodze wiodącej ku młynkowi, rozmijają się bryczki, wózki, konni i wszystko opuszcza miejsce jarmarku, na cały rok puste znowu jak przedtém, aż do św. Szymona i Judy.



 1839.



Recenzja pierwotnie ukazała się na blogu Zadarnowo i okolice.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...