Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podole. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podole. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2019

Kazimiera z Jasieńskich Zawistowska: zapomniana polska poetka




Kazimiera z Jasieńskich Zawistowska. Źródło: Biblioteka Narodowa - Polona.pl



Post ukazał się pierwotnie na blogu Szczur w antykwariacie
 


Kazimiera Zawistowska była kresowianką. Urodziła się w 1870 roku w Rasztowcach na Podolu. W Przewodniku krajoznawczo-historycznym po Ukrainie Zachodniej: Podole znajduje się krótka wzmianka o tej wsi oraz informacja, że urodziła się tam młodopolska poetka ("pochowana w Supranówce koło Podwołoczysk"). Autor przewodnika podaje także, że w Rasztowcach znajdował się niegdyś monaster skalny, a obecnie stoi cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Św. z 1912 roku. Przyroda i życie codzienne rodzinnej wsi podolskiej stały się jednym z głównych motywów twórczości poetyckiej Kazimiery Zawistowskiej.



Źródło: Polona.pl




sobota, 29 kwietnia 2017

Kresowe pregrynacje z pięknym albumem wydawnictwa Arkady


Magda i Mirek Osip-Pokrywkowie zajęli się głównie tak zwaną polską Ukrainą. Jak napisał Seweryn Goszczyński w powieści poetyckiej pt. W zamku kaniowskim,

tą częścią ziemi, którą od wschodu Dniepr oblewa, Boh od zachodu, od północy Wołyń, a od południa chersońskie stepy otaczają.


Z Leksykonu zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich wyłania się skomplikowany wskutek zawieruch dziejowych i niezwykle barwny zarazem obraz przeszłości polskiej na ziemiach należących dziś w dużej mierze do Ukrainy.


Książka może być wspaniałą pomocą przy lekturze literatury pięknej i wspomnieniowej. Czytając ostatnio wspomnienia pisarza rodem z Wołynia, Feliksa Trusiewicza, pt. Ścieżki mojego życia, mogłam zajrzeć do leksykonu, aby sprawdzić, czy coś ocalało i jaki jest obecny stan miejscowości czy miast, które należały do krainy dzieciństwa i młodości autora. Leksykon pozwala ponadto przełożyć literacką wizję opisanych w klasycznych utworach poetyckich czy prozatorskich terenów kresowych na język geograficzny, a więc umiejscowić w konkretnych (przeszłych i obecnych) realiach historyczno-społecznych. Sprzyjają temu nie tylko liczne fotografie wykonane przez Magdę i Mirosława Osip-Pokrywków i znajdujące się obok nich szczegółowe opisy danego zabytku, lecz także zamieszczone na końcu mapy. Taki był zresztą ich zamiar, o czym wzmiankują we wstępie. Autorzy słusznie zauważają, że

W świadomości większości Polaków wiele ukazanych w tym tomie obiektów istnieje jako literacka wizja przedstawiona na kartach Trylogii Henryka Sienkiewicza lub w cyklu Cuda Polski Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego. Wiele osób czerpie wyobrażenie o Kresach z zachowanych w domowych archiwach zdjęć i pocztówek lub wspomnień przodków, którzy kiedyś mieszkali na tych terenach. Cennych informacji dostarcza 11-tomowe dzieło Romana Aftanazego […]. Jednak bogaty opis obiektów i ich historia najczęściej urywa się wraz  wybuchem II wojny światowej, a monografia z założenia dotyczy pałaców i dworów i pomija chociażby świątynie.


Może się wydawać, że autorzy leksykonu mocno wzięli sobie do serca słowa poety romantycznego Seweryna Goszczyńskiego, który ubolewał, iż zapomina się o dbaniu o historyczne dziedzictwo, o pamiątki przeszłości, które walają się w pyle naszych nóg, zarastają trawą i lasem:


Tu właśnie jest miejsce powiedzieć, jak potrzeba żałować, że nie mamy ani dobrej mapy starożytnej, ani szczegółowej geografii, ani zbiorów żadnych historycznego interesu, choćby historycznej ciekawości. Uczony metropolita kijowski Eugeni za pomocą należącego do siebie duchowieństwa i odezwy do obywateli krajowych zaczął zbierać te drogie zabytki przeszłości, lecz nie wiemy, jaki skutek wezmą jego starania, zależące od osób po większej części lub obojętnych, lub nieznających ceny tych walających się w pyle ich nóg pamiątek. Dziś jeszcze za każdym krokiem napotykają się nierozorane do szczętu mogiły pod trawą i lasem, ostatki zamczysk polowych, i słyszeć można ciekawe o miejscowych wypadkach podania. Ale my to puszczamy mimo oka i ucha: tymczasem wiek mija, pług równa dzieło czasów minionych, pokolenie po pokoleniu wymiera; a my tracimy skarby, których nawet nie znamy wartości.


Leksykon z pewnością przyczyni się do tego, że nasze skarby nabiorą nowej wartości i wrócą do świadomości Polaków. Publikacja składa się z części przedstawiających zabytki czterech krain historyczno-geograficznych: Podola, Pokucia, Wołynia oraz ziemi lwowskiej. Łącznie autorzy dotarli do 160 miejscowości, nie tylko tych dobrze znanych, ale i usytuowanych na trasach rzadko odwiedzanych. Podróże po Kresach i „zbieranie zabytków przeszłości” rozpoczęli w 2010 roku, a wszystkie fotografie zamieszczone w albumie zrobili dwa lata później. Ich olbrzymia praca zasługuje na uznanie. Udokumentowali najcenniejsze zabytki na dawnych ziemiach I i II Rzeczypospolitej, obecnie znajdujących się w granicach Ukrainy.

Kolorowe zdjęcia pokazują całą architektoniczną tkankę Kresów południowo-wschodnich, a więc kościoły, klasztory, synagogi, cerkwie, pałace i dwory, miasta, domy, mosty, bramy, cmentarze. Dzięki temu możemy zobaczyć mozaikę wielonarodowości i wielokulturowości naszej utraconej Atlantydy. Można się domyślać, że w tych peregrynacjach wszystko tam było dla autorów nowe, zaskakujące, czasami smutne, gdy patrzyli na miejsca zdewastowane, niszczejące, ale w jakiś sposób też znajome, bliskie, nasze. W tym sensie album nasycony jest melancholią i sentymentalizmem.

Jedynie, czego zabrakło w tej publikacji, to indeksu wszystkich wzmiankowanych nazwisk, a nie tylko architektów, rzemieślników i artystów. Nie rozumiem, czemu nie ujęto nazwisk pisarzy i poetów, którzy byli związani z omówionymi terenami, a o których sami autorzy wspominają w rysach historyczno-architektonicznych. Zapewne chodziło o zebranie nazwisk tych, którzy znacząco wpłynęli na kształt architektoniczny omówionych zabytków. Mimo wszystko szkoda, że przykładowo nie ma w indeksie nawet Ignacego Jana Paderewskiego i Fryderyka Chopina, o których są także wzmianki, ale w innym sensie. Zabrakło mi także, choćby we wstępie, osobistego spojrzenia na swoje wyprawy, to znaczy opisu ewentualnych barier, które autorzy albumu napotykali w trakcie swojej podróży, tego, jak reagowali na nich mieszkający na zwiedzanych przez nich terenach ludzie, gdzie nocowali, co i gdzie jedli, czy obiekty były otwarte, czy mogli do nich wejść itd. Takie detale czytelników również interesują i szkoda, że nie przedstawili skrótowo technicznych aspektów swoich peregrynacji.

Z rozpoznanych polskich śladów w ruinach budynków sakralnych, pałaców i zamków, w cmentarnych nagrobkach, być może także w mowie ludzi, którzy przetrwali czas zagłady wywołanej przez Bestię dwóch totalitaryzmów i doczekali jej sczeźnięcia, uwiecznionych na pięknych zdjęciach, autorzy ułożyli „katalog pamiątek” na miarę takiego dzieła, o jakie apelował przywołany przeze mnie Seweryn Goszczyński. 

Mapki znajdujące się w leksykonie





Jedno ze zdjęć albumowych



Na koniec recenzji, jako że jestem wielbicielką tropienia literackich tropów, zamieszczam moje zestawienie ocalałych (ale nielicznie odnowionych, niestety) zabytków, z którymi byli związani polscy poeci i pisarze i ich dzieła, jak również inni zasłużeni Polacy. Wszystkie dane podaję za Leksykonem zabytków
Oto, co przetrwało między innymi na Podolu:
1.      Klasztor Karmelitów w Barze, w którym zawiązano konfederację barską. Organizatora powstania, kaznodzieję i przeora karmelitów, księdza Marka Jandołowicza, uwiecznił Juliusz Słowacki w poemacie Ksiądz Marek.
2.      Budynek gimnazjum (obecnie Ratusz) w Brzeżanach, do którego uczęszczał późniejszy marszałek Polski (od 1936 roku) Edward Rydz-Śmigły.
3.      Ruiny zamku w Buczaczu, z którego obroną wiąże się piękna historia dzielnej Polki przytoczona przez autorów albumu: gdy Mehmed IV w 1672 roku stanął pod Buczaczem, Teresa Potocka, wojewodzina bracławska, posłała do sułtana posłów z listem, w którym powiadamiała, że męża nie ma na zamku, więc nie sądzi, by zdobycie twierdzy bez walki byłoby dla władcy godne chwały. Do pisma dołączyła kosztowności […]. Władca nie zadowolił się podarunkiem, a za odstąpienie od szturmu zażądał od Potockiej wydania jej dzieci (7-letniego syna i 5-letniej córki). Nie sądził, aby kobieta na te warunki przystała. Tymczasem Potocka wysłała do niego potomstwo z kolejnym listem, w którym oświadczała, że Polacy wolność cenią najwyżej, więc niech odstąpi od oblężenia, ona zaś nie ustanie w trudzie, dopóki potomstwa nie wykupi z jasyru. Jak głosi legenda, sułtan miał na to odesłać dzieci wraz z kosztownościami i odstąpić od szturmu, ale miasto zajął (s. 23).
4.      Źródło Sobieskiego w Buczaczu, gdzie powracający spod Wiednia Jan III Sobieski zatrzymał się, aby napoić konie.
5.      Gimnazjum w Buczaczu, słynne przed I wojną, którego absolwentem był między innymi późniejszy noblista w dziedzinie literatury Szmuel Josef Agnon (Szmuel Josef Czaczkes). Pisarz żydowski, tworzący w języku hebrajskim; powieści i opowiadania pisane archaizowanym językiem, opisujące środowisko chasydzkie XVII–XIX wieku.
6.      Kościół pw. Ścięcia Głowy św. Jana Chrzciciela w Chmielniku, w którym został ochrzczony Ignacy Jan Paderewski 26 listopada 1860 roku. Artysta urodził się w szlacheckim dworku (nie zachował się) w pobliskiej Kuryłówce nad Bohem Płd.
7.      Zespół parkowy „Zofiówka” w Humaniu, opiewany przez Stanisława Trembeckiego i Juliusza Słowackiego, zbudowany przez wojewodę ruskiego Stanisława Szczęsnego Potockiego dla swojej trzeciej żony. W Niemirowie (Podole) zachował się też ufundowany w 1803 roku  przez niego kościół katolicki pw. św. Józefa.
8.      Pałac w Jazłowcu, w którym znajdowała się słynna marmurowa figura Madonny, wykonana w latach 80. XIX wieku. Jej opiece przypisywano zwycięstwo 14 Pułku Ułanów w bitwie, które rozegrała się na tym terenie w lipcu 1919 roku w wojnie polsko-ukraińskiej. Stąd późniejsza nazwa 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich.
9.      Oczywiście najważniejsza i najsławniejsza twierdza I RP, czyli Kamieniec Podolski (na okładce albumu widzimy ruiny kościoła ormiańskiego pw. Św. Mikołaja właśnie z Kamieńca Podolskiego).
10.  Pałac w Kolędzianach - według lokalnej tradycji nazwa wsi pierwotnie brzmiała Rajgród, a miejscowość miała należeć do rodziny Wołodyjowskich, którzy podarowali ją dominikanom, zmieniając przy tym jej nazwę.
11.  Kościół i klasztor Dominikanów w Latyczowie - cudowny obraz Latyczowskiej Madonny pozostawał tam z przerwami do 1917 roku, do rewolucji bolszewickiej. Obecnie znajduje się w kaplicy sióstr służek NMP w Lublinie.
12.  Kościół pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Liczkowcach - przy kościele znajduje się grób urodzonego w tej miejscowości poety doby romantyzmu, przedstawiciela tzw. szkoły ukraińskiej, Tymona Zaborowskiego.
13.  Zamek w Międzybożu, w którym kwaterował z wojskiem na przełomie 1790 i 1791 roku Tadeusza Kościuszko.
14.  Synagoga w Międzybożu, gdzie żył i nauczał twórca chasydyzmu Israel Ben Eliezer.
15.  W Podhajcach, gdzie w połowie XIX wieku mieszkała księżna Marcelina Czartoryska, przyjaciółka Chopina, i gdzie urodził się Ignacy Potocki, współtwórca Konstytucji 3 maja, zachował się jedynie kościół parafialny pw. Trójcy Świętej.
16.  Kościół pw. św. Mikołaja Biskupa w Rohatyniu, w którym w XVI wieku proboszczem był Piotr Skarga. Jak podają autorzy leksykonu, według tradycji w Rohatyniu miała urodzić się Barbara Liskowacka (lub Glińska), córka lokalnego popa, porwana przez Tatarów w jasyr, później znana jako Roksolana, ulubiona sułtańska nałożnica, poślubiona przez Sulejmana II Wspaniałego, kobieta o ogromnych wpływach w ówczesnym imperium osmańskim.
17.  Ruiny zamku w Trembowli - z  tą twierdzą, która wytrzymała jedno z najpotężniejszych XVII wieku, wiąże się inna piękna historia dzielnej Polski. Otóż gdy 1675 roku Turcy stanęli pod zamkiem (po raz kolejny), liczyli, że dowódca twierdzy Jan Samuel Chrzanowski odda się bez walki, tak jak jego poprzednik. Chrzanowski poddać się nie chciał, ale gdy Turcy odcięli dostęp wody do zamku, spanikował. Kompromitacji zapobiegła jego żona, Anna Dorota, i odwiodła dowódcę od zamiaru poddania się i doprowadziła do zwycięskiego odparcia Turków, choć nie bez pomocy Jana III Sobieskiego, który wkrótce przybył z odsieczą. Odważnej obrończyni wzniesiono pomnik w stulecie bitwy, ale nie ocalał. W 2012 roku ustawiono nowa figurę.
18.  Pałac w Tulczynie, który sławił Julian Ursyn Niemcewicz, jest pieczołowicie odnawiany.
19.  Powstały w pierwszej połowie XX wieku most murowany z czterema podporami nad Dniestrem - gwoli ścisłości, trzeba podkreślać, że tą nie tą trasą polski rząd wyjechał do Rumunii 17 września 1939 roku, tylko przez przejście graniczne w Kutach nad Czeremeszem. Niestety słynne plaże zarosły krzakami.
20.  Zamek w Zbarażu - obecnie Muzeum Etnograficzno-Przyrodnicze. Bohaterskie w okresie wojen kozackich, które opisał Henryk Sienkiewicz w Ogniem i mieczem, miasto wraz z twierdzą zachowało swój historyczny układ i dlatego zostało uznane w latach 90. XX wieku za państwowy rezerwat.

Poprzestaję na Podolu, będę uzupełniać wykaz.


Recenzja ukazała się na blogu Szczur w antykwariacie

środa, 26 kwietnia 2017

Magdalena Jastrzębska 'Panie kresowych siedzib'

Gdy myślimy o arystokratkach z polskich pałaców kresowych to wydaje się nam, że tylko pięknie wyglądały, że były czymś w rodzaju pięknej ozdoby domu, a równocześnie, że wiodły sielski żywot. 
Autorka przekopawszy masę dokumentów i tekstów pokazuje w tej książce, że nie zawsze było różowo, że ich życie było bogate, ale i czasami smutne, że doświadczały takich samych cierpień jak wszystkie kobiety wszystkich czasów: śmierć dzieci albo męża, mariaż popełniony z nakazu rodziny, szalona miłość, patriotyczne ofiary itd..
Równocześnie książka pokazuje bogactwo i różnorodność życia kresowego, które zakończyły lata 1919, a potem druga wojna światowa. Poprzez pryzmat kobiet pokazano czym to życie kresowe tak naprawdę było, że tworzyli je arystokraci i polskie ziemiaństwo. Że były to ostoje patriotyzmu i polskości, skarbnice polskiej kultury i miejsca, gdzie był czas i ochota na poznawanie współczesnej kultury. Miejsca te były też ostoją nowoczesnej i wydajnej gospodarki na tych przeogromnych połaciach czarnoziemów. W majątkach były młyny, gorzelnie, oranżerie, stajnie itd. Autorka popracowała nad wyszukaniem danych o tych sprawach, a przy okazji i na marginesie wspomina o tym, co zostało z pałaców, budynków itd. 
Książkę jak najbardziej polecam, bo jest niezmiernie ciekawa oraz przejrzyście napisana.


Fragmenty książki...
Daję książce 8 gwiazdek
Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie 

 

piątek, 17 lutego 2017

Marcin K. Schirmer, Arystokracja - polskie rody



Od możnowładztwa do arystokracji

     Marcin Konrad Schirmer zaproponował sympatykom literatury historycznej wędrówkę przez wieki dziejów arystokracji od samego zarania, w czasach I Rzeczypospolitej, aż po czasy współczesne. Przynależność do magnaterii wymagała spełnienia warunków dotyczących pochodzenia rodziny ze stanu szlacheckiego, odpowiednio dużego majątku oraz pełnienia ważnych funkcji w państwie. Mniej klarowna była kwestia nadawania arystokratycznych tytułów, które w Rzeczypospolitej były różnie nadawane, stosowane i postrzegane. Aczkolwiek nie tytułami stała polska arystokracja. Magnaci będący już w posiadaniu olbrzymich latyfundiów, za zasługi dla króla czy kraju otrzymywali tzw. królewszczyzny oraz kolejne, bardzo znaczące urzędy publiczne. Skutkiem tego ich wpływy systematycznie rosły, natomiast osłabieniu ulegała władza królewska. Światlejsze ugrupowania (Familia Czartoryskich i Poniatowskich) dążyły do zreformowania państwa, lecz wsteczna opozycja (Potockich, Branickich i Rzewuskich) blokując te dążenia szukała poparcia u państw ościennych. To musiało się skończyć katastrofą. Nastał okres zaborów Rzeczypospolitej. Arystokracja w Polsce pod zaborami spełniała funkcje mecenasa kultury i sztuki oraz kuratora dziedzictwa narodowego, a także wspierała powstania narodowe i dotkniętych ich skutkami emigrantów. Celem utrzymania całości ziem w polskich rękach tworzono ordynacje, ale i to nie pomogło na dłużej. Większość magnackich latyfundiów znajdowała się na wschodzie Rzeczypospolitej. Tzw. Ziemie Zabrane, zagarnięte przez Imperium Rosyjskie miały powierzchnię 462 tys. km2  (dzisiejsza pow. Polski to 312 tys. km2 !). Granice Rzeczypospolitej po II rozbiorze usankcjonował Traktat Ryski z 1921 roku.

Kres arystokratycznego świata

     Wrzesień 1939 roku zapoczątkował „Kres arystokratycznego świata” rozciągnięty w czasie do kuriozalnego Dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z 6 września 1944 roku. Tzw. reforma rolna objęła prawie dziesięć tysięcy majątków o powierzchni ponad 50 ha (na zachodzie Polski 100 ha). Zbrodni wypędzenia ziemian dopełnił Józef Stalin nakazując „zagadnienie usunięcia z widowni całej klasy, złamanie obszarników – że wtedy to już nie jest reforma a rewolucja agrarna, a tego rodzaju rewolucji nie przeprowadza się w majestacie prawa i cackaniem się przygotowaniami. Rewolucje takie muszą być przeprowadzane metodami rewolucyjnymi”. I były!
Tzw. obszarników usuwano z ich własnych majątków i dworów, nie pozwalając zabrać niczego poza rzeczami osobistymi oraz zabraniając osiedlania się na terenie miejscowego powiatu. Skutkiem owej reformy rolnej obywateli ziemskich pozbawiono dachu nad głową, źródeł utrzymania oraz gromadzonych przez wieki dóbr kultury, pamiątek rodzinnych i wszystkiego, co stanowiło dla nich wartość. Szczególnie narażeni na szykany i represje byli arystokraci, których aresztowano, więziono, wywożono do ZSRR. W tej sytuacji wielu przedstawicieli rodów arystokratycznych zdecydowało się na emigrację (nie pierwszą i nie ostatnią w historii naszej Ojczyzny). Czarny okres komunistycznego PRL-u pogłębił jeszcze procesy likwidacji możnych elit kraju. Po „upadku” komunizmu w 1989 roku podejmowane były próby zadośćuczynienia krzywd, jakie dokonały się skutkiem nacjonalizacji arystokratycznych dóbr. Ale do systemowych rozwiązań jest jeszcze daleko. Prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego, Marcin Konrad Schirmer, postuluje, w imieniu środowiska, prawne rozwiązanie kwestii majątków ziemiańskich, jakie na mocy wspomnianego Dekretu PKWN z 1944 roku, zostały bezzasadnie rozparcelowane. Cieszy natomiast fakt powrotów do Macierzy potomków arystokratycznych rodów rozsianych po całym świecie.
Polska na Was czeka! Wracajcie!

Od patriotów do zdrajców

     Aby zrozumieć nikczemność autorów Dekretu i ich mocodawcy, Józefa Stalina, należy poznać dzieje i zasługi polskich elit I i II Rzeczypospolitej. Z pewnością doskonale spełnia funkcję popularyzatorską piękna książka autorstwa Marcina Konrada Schirmera zatytułowana „Arystokracja – polskie rody”. Pan Prezes PTZ potrafił „w niezwykle przemyślany i uporządkowany sposób przedstawić całokształt zagadnień dotyczących polskich dworów” w publikacji pt. „Dwory i dworki w II Rzeczpospolitej”. Podobną opinie mogę wystawić tomowi o polskich rodach arystokratycznych. Logiczna, czytelna struktura książki pozwoliła czytelnikom przyswoić ogólne wiadomości na temat arystokracji, jako klasy społecznej, wywodzącej się z magnaterii, a jeszcze wcześniej z możnowładztwa. Następnie Marcin Konrad Schirmer opowiedział miłośnikom historii Polski o kilkunastu polskich rodach arystokratycznych, wybierając te najbardziej znane, zasłużone lub atrakcyjne dla prowadzenia opowieści. Zaprezentowane spektrum ludzkich typów, postaw, osobowości, indywidualności jest imponujące. Poczynając od wielkich patriotów poświęcających dla dobra Ojczyzny majątki, urzędy, tytuły aż do ofiary życia, a kończąc na zdrajcach, targowiczanach. W rozdziałach opiewających poszczególne rody autor przedstawił ich genezy oraz etymologię rodowych nazwisk. Na tle dziejów rodu ukazał postaci, jakie zapisały się w pamięci rodziny i potomnych.

Pałac Tyszkiewiczów w Połądze
Pałac Tyszkiewiczów w Połądze
Stajnie pałacowe Sanguszków w Sławucie
Stajnie pałacowe Sanguszków w Sławucie


 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miasta, wsie, rezydencje

     Aby czytelnik potrafił sobie uzmysłowić ogrom magnackich majątków historyk przytoczył sugestywne dane liczbowe. Popatrzmy – dobra książąt Ostrogskich liczyły 24 miasta i 600 wsi i utrzymywały 300 zbrojnych; w stadninie Romana Sanguszki w Sławucie stało 2500 arabów; rezydencja Radziwiłłów w Nieświeżu liczyła 170 komnat, itp., itd. Można znaleźć i inne fakty: Zbiory Dzikowskie Tarnowskich zawierały m.in. płótna Rembrandta, Rubensa, Tycjana, van Dyck’a, a ponadto cenne rękopisy: „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza, „Kronika polska” Galla Anonima, „Bogurodzica”, „Kronika polska” Wincentego Kadłubka czy komplet polskich wydań „Biblii”.

To już jest koniec, nie ma już nic

     W omawianej publikacji o charakterze popularyzatorskim roi się od intrygujących anegdot i barwnych dykteryjek, sprawiających, że lekturę czyta się wyjątkowo dobrze, a po przewróceniu ostatniej karty pozostaje niedosyt i żal, że „to już jest koniec, nie ma już nic”. Wybrane przez autora wątki świadczą o dystansie i jednocześnie poczuciu własnej wartości arystokratów. Ksawery Branicki na uwagę o swym niedbałym stroju odpowiedział: „nie ma znaczenia, jak ubieram się na wsi, ponieważ tam wszyscy wiedzą, kim jestem, i nie jest ważne, jak ubieram się w Londynie, bo tam nikt nie wie, kim jestem”. Stanisław Trembecki zdolności lingwistyczne Jan Potockiego skwitował stwierdzeniem, że „znał tyle języków, że mógłby służyć jako tłumacz murarzom na wieży Babel”. Konstanty Radziwiłł na pytanie, czy panna młoda (z Habsburgów) wniosła posag odparował: „A cóż ty myślisz? Będzie Radziwiłł robił mezalians bez pieniędzy?”. A z czasów nowszych, powojennych – Stanisław Lubomirski-Lanckoroński, który po studiach pracował w kombinacie metalurgicznym, polecił na wizytówce umieścić tekst: „Stanisław książę Lubomirski Pierwszy Ślusarz sieci cieplnych Huty im. Lenina”.

To nie jest prywata

     Moją ulubioną rodziną magnacką są Radziwiłłowie herbu Trąby, których obecnie żyje siedemnaste pokolenie, np. Konstanty Radziwiłł (minister zdrowia), kultywujący rodzinne tradycje i przysparzający potomków – ma czterech synów i cztery córki! Ród Radziwiłłów może się pochwalić wyjątkowo dużą ilością nieprzeciętnych osobowości i niepospolitych przydomków, np. Sierotka, Rybeńka, Panie Kochanku. A poza tym, pierwszym pałacem, w którym pomieszkiwałam był radziwiłłowski Pałacyk Myśliwski w Antoninie, a ostatnio rezydowałam w Pałacu Radziwiłłów w Nieborowie. W apartamencie prezydenckim, jaki zajmowałam, z ram portretów spoglądali na mnie Helena z Przeździeckich Radziwiłłowa i Karol Stanisław Radziwiłł.

Pałacyk Myśliwski Radziwiłłów w Antoninie
Pałacyk Myśliwski Radziwiłłów w Antoninie
Pałac Radziwiłłów w Nieborowie
Pałac Radziwiłłów w Nieborowie













Szata graficzna

     Wydawnictwo Naukowe PWN bardzo zadbało o wygląd i jakość publikacji, a przede wszystkim o zilustrowanie tekstu Marcina Konrada Schirmera. W książce znalazło się około czterystu barwnych i czarno-białych fotografii prezentujących arystokratów, ich rezydencje, fundowane przez nich obiekty np. kościoły, wnętrza z kolekcjami sztuki, obrazy i zdjęcia z rodzinnych uroczystości. Wszystkie te ilustracje opatrzono wyczerpującymi opisami, nierzadko nawiązującymi do treści rozdziału.
We wstępie i wprowadzeniu Marcin K. Schirmer poinformował, jakie były jego zamierzenia, co do treści książki. Taki komunikat pozwolił czytelnikom po skończonej lekturze ocenić stopień realizacji założeń autora. W przypadku „Arystokracji…” ocena ta wypadła bardzo pomyślnie. Moje zastrzeżenia dotyczą jedynie poziomu wyczerpania tematu. Chętnie czytałabym gawędę o polskiej arystokracji chociaż w ciągu kilkunastu jesiennych wieczorów.

A jednak "błękitna krew"!

     Podsumowując pracę Marcina Konrada Schirmera o polskich rodach arystokratycznych stwierdzam, iż zadanie, którego się podjął, a było nim „uporządkowanie wiedzy na temat arystokracji i przybliżenie czytelnikom losów najwybitniejszych polskich rodzin arystokratycznych. Pokazanie ich dokonań, wpływu, jaki wywarli na dzieje naszego kraju”, wykonał z dużym powodzeniem. Autorowi udało się również zrewidować fałszywe poglądy funkcjonujące w świadomości społecznej i obalić krzywdzące stereotypy na temat życia arystokratów, którzy posiadali wszystko i gdyby chcieli, ocaliliby wszystko dla siebie i swojego rodu. Stało się jednak inaczej – stracili wszystko i jako warstwa społeczna przestali istnieć. Priorytety odziedziczone razem z błękitną krwią nakazywały w chwili próby „zachować się, jak trzeba”. Należy więc, przyznać rację Szymonowi Konarskiemu, który w biografii Platerów napisał:
Patriotyzm nie wzbogaca patriotów”.

Stanisław August Poniatowski
Stanisław August Poniatowski



















Tekst ukazał się na blogu CzytamPoPolsku

sobota, 28 stycznia 2017

„Peczara” – Janina Zofia Potocka, Zofia Barbara Potocka (wspomnienia matki i córki z Podola) i co ma do tego „Sława i chwała” Jarosława Iwaszkiewicza





Ta książka zawiera w sobie dwa teksty. Są tu wspomnienia matki i córki z rodziny Potockich z Peczary (potomkowie Szczęsnego Potockiego z Tulczyna). Peczara to nazwa majątku Potockich na Podolu. Pałac położony był nad Bohem, w byłym województwie bracławskim, na samym pograniczu Dzikich Pól. W XVII wieku, kiedy teren ten był we władaniu Turków, założył tam swoją rezydencję zarządzający tym obszarem Dukas-Bej, jego dziełem są też spadające do rzeki tarasowe ogrody. W końcu XVIII wieku właścicielem Peczary był wojewoda bracławski Jan Świeykowski, który też wybudował pałac peczarski. Po bezdzietnych Świeykowskich majątek przypadł siostrzeńcowi żony Świeykowskiego (Oktawia, córka Szczęsnego Potockiego), Konstantemu Potockiemu, synu Jarosława Potockiego. Po nich Peczarę objął syn Konstantego, także Konstanty i to był już mąż Janiny Zofii z Potockich, autorki zamieszczonego w tej książce dziennika.

Pałac w Peczarze stał pomiędzy dwoma ogrodami na wysokim brzegu Bohu. Był tam park, lipowe aleje, baseny i wodotryski, a także klomby ozdobnych kwiatów. Wieś Peczara łączyła się ze wsią Mazurówka. Nazwa Peczara pochodziła od niedostępnej jaskini w wysokim brzegu rzeki Boh, do której chronili się okoliczni mieszkańcy w czasie najazdów tatarskich. Cały majątek składał się z pięciu tysięcy dziesięcin ziemi (nie pytajcie, ile to hektarów, bo nie wiem); było pięć folwarków i półtora tysiąca dziesięcin lasu. Pod koniec XIX wieku Konstanty Potocki rozwinął odziedziczony majątek, pobudował gorzelnię, wielki młyn turbinowy na Bohu, pobudował nowe murowane budynki we wszystkich folwarkach, pozakładał stawy rybne, stadniny koni, owczarnię, sady i ogrody, wybrukował drogi, poprawił istniejące już mosty i przeprawy na rzece Boh, wybudował domy dla oficjalistów dworskich i założył prężnie działającą ochotniczą straż pożarną. Po śmierci Konstantego majątek odziedziczył najstarszy syn jego i Janiny Zofii – Franciszek Potocki. I to był już ostatni pan Peczary.

Matka, Janina Zofia z Potockich, Potocka pisze dziennik, który rozpoczyna się latem 1914 roku, w przededniu I wojny światowej. Jako pierwsze wydarzenie przedstawiła wizytę u Radziwiłłów w Ołyce. Odbywał się tam właśnie jubileusz pięćdziesięciolecia pożycia małżeńskiego Ferdynanda i Pelagii Radziwiłłów. Wśród gości była sama śmietanka polskiej arystokracji, nie tylko z Kresów. Byli tam Radziwiłłowie, Potoccy, Czartoryscy, Braniccy, Zamoyscy, Lubmirscy, Skórzewscy, Hutten-Czapscy, Sapiehowie - wszyscy jakoś połączeni więzami bliższego i dalszego pokrewieństwa. Uroczystość była wspaniała, bardzo wystawna, z mszą jubileuszową i przyjęciem w ogrodzie. W książce znajduje się zbiorowe zdjęcie wszystkich gości, pamiątka dawnego, przedwojennego świata. Ale nad tym sielskim, letnim przyjęciem już wisiał miecz Damoklesowy. Już się było dokonało zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, już o tym rozmawiano, już oczekiwano nadchodzącej wojny. Ale nikt z gości nie myślał, że ta wojna zmiecie i na zawsze zniszczy ich magnackie fortuny.

Autorka prawie całą I wojnę przeżyła jeszcze w swoim domu w Peczarze, gdzie mieszkała po śmierci męża. Gospodarował tam wówczas jej najstarszy syn Franciszek Potocki. Wielką tragedią była dla niej śmierć najmłodszego syna Tomasza Potockiego, który walczył jako ochotnik w wojsku rosyjskim i podczas bitwy pod Warszawą z wojskami niemieckimi wystawił głowę z okopu, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Poległ 16 października 1914 roku. Zrozpaczona matka pojechała do Warszawy pochować ukochanego syna, a potem znowu wróciła do siebie na Podole. Dalszy jej dziennik to opisany dokładnie, miesiąc po miesiącu, przebieg I wojny światowej. Czytamy, jaki miała ona wpływ na najbliższą rodzinę Potockich, ich sąsiadów, krewnych i całą Polskę, która w tym czasie powoli powstawała na nowo pod względem politycznym i wojskowym.

Janina Zofia Potocka przebywała w tym czasie nie tylko na Podolu, ale także w Warszawie, Kijowie, Odessie i innych miejscach. Dość dokładnie dokumentowała, co w tym czasie działo się na kresach, opisywała m. in. ruchy wojsk wszystkich walczących stron, a także straszliwą w skutkach działalność bolszewików, m. in. pogromy polskich dworów na Podolu dokonywane przez pijanych, bezpańskich, pozbawionych przywództwa żołnierzy i podburzonych przez bolszewików rusińskich chłopów, którzy palili i rabowali majątki polskiego ziemiaństwa. Pierwszy pogrom w Peczarze odbył się w grudniu 1917 roku, w okresie Bożego Narodzenia. Do pałacu weszło czterdziestu pijanych żołnierzy, którzy domagali się kluczy do piwnicy, gdzie były schowane beczki z alkoholem. Za nimi weszli chłopi i pokradli wiele rzeczy. Podpalili zorganizowany przez Potockich lazaret dla rannych w oficynie. Majątek uratowało wojsko, które nadeszło z Tulczyna z pulemiotami. Autorka w tym czasie przebywała w Kijowie, wieści na temat rodzinnego majątku otrzymywała od służby. W lutym 1918 roku dowiedziała się, że w Peczarze bolszewicy otworzyli gimnazjum. Ucieszyła się, że może to zabezpieczy same mury od ostatecznego zniszczenia. W tym czasie wiele działo się na Ukrainie. Wszyscy walczyli ze wszystkimi, wojsko rosyjskie było w rozsypce, samoistnie tworzyły się oddziały wojska polskiego, głowę podnosili także Rusini, którzy wtedy właśnie zaczęli przeistaczać się w Ukraińców (z pomocą Austrii). A potem na Ukrainę weszli Niemcy… Potocka z rodziną wyjechała z Kijowa do Warszawy 3 czerwca 1918 roku. I to był już koniec jej życia na Kresach. W swym dzienniku opisała jeszcze koniec panowania Niemców w Warszawie i narodziny państwa polskiego po I wojnie światowej, z uwzględnieniem różnych niuansów politycznych.

Druga część książki to wspomnienia Zofii Barbary Potockiej, napisane w klasycznym stylu pamiętnikarskim, być może nieco lepsze literacko niż pisane na gorąco zapiski jej matki. Autorka tego memuaru przeżyła dramatyczne chwile w czasie I wojny światowej i wejścia bolszewików na Kresy. Opowiada o historii swojej rodziny, dzieciństwie spędzonym w Peczarze, panowaniu bolszewików na Ukrainie, pogromach polskich dworów przez rozjuszone rusińskie chłopstwo i swej pracy pielęgniarki w wojennych lazaretach. Z tych wspomnień wyłania się obraz bardzo odważnej kobiety, która nie licząc się z niebezpieczeństwem potrafiła jeździć do rodzinnego domu już po pogromach i ratować stamtąd, co jeszcze się dało.

Zofia Barbara Potocka przytacza w swym pamiętniku spis kresowych rezydencji na Podolu, które zostały bezpowrotnie utracone dla Polski:
Jarmolińce – Orłowskich
Babin – Mańkowskich
Kapuściany – Szczeniowskiego
Pieńkówka, Sumówka, Obodówka – Sobańskich
Pietniczany i Strzyżawka – Grocholskich
Buszynka – Steckich
Peczara, Teplik, Sitkowce, Sobolówka – Franciszka Potockiego
Smotrycz, Janów, Tomaszpol, Uładówka – różnych Potockich
Popieluchy, Sokołówka, Charytonówka – różnych Brzozowskich
Kuna, Dzwonnicha, Jaroszynka, Gniewań – różnych Jaroszyńskich
Berszada – Jurewicza
Krasnosiółka, Honorówka – Lipkowskich
Czarnomin – Czarnomorskiego
Strzelczyńce, Kanawa – Chatkiewiczów (Chodkiewiczów)
Tokarówka – Świeykowskich
Połowinczyk – Ułaszynów
Rosochowata – Nikorowiczów
Jakuszyńce i Hryców – Artura i Aleksandra Russanowskich
Szapijówka, Zielona, Satanów – Tyszkiewiczów
Pisarzówka – Czosnowskich
Kuźmince – Bonieckich
Stanisławczyk, Daszów, Raszków, Maków - ?
Hajworon – Rzewuskich
Piatyhory – Czartoryskich
W okolicy mieszkały też rodziny Sokołowskich, Dawidowskich, Turskich, Iwańskich, Głębockich, Orlikowskich, Szaszkiewiczów, Bnińskich i Wołoszynowskich.

Mam poważne podejrzenia, że to właśnie Janina Zofia z Potockich Potocka była prototypem pani Royskiej ze „Sławy i chwały” Jarosława Iwaszkiewicza. Wskazuje na to wyraźnie fakt, że Zofia Barbara Potocka pisze, iż Iwaszkiewicz opisał jej matkę oraz jej pannę służącą w jednej ze swych powieści. A Iwaszkiewicz nie napisał przecież innej powieści o kresach wschodnich, tylko „Sławę i chwałę”, której pół pierwszego tomu dzieje się przecież na Ukrainie. Zbieżne są także inne rzeczy, takie jak dom w Odessie i spędzanie tam letnich wakacji, czy okoliczności śmierci Tomasza Potockiego i Józia Royskiego, który także poszedł na ochotnika do wojska (tyle że polskiego) i wystawił głowę z okopu, przez co otrzymał śmiertelny strzał. Zbieżności faktograficzne zauważa się także z pamiętnikiem Iwaszkiewicza, który w „Książce moich wspomnień” opisał, jak jeździł odzyskiwać różne rzeczy ze splądrowanych majątków, podobnie jak Zofia Barbara Potocka. Nie prowadziłam dokładnych badań „Sławy i chwały” na tę okoliczność, piszę tylko o tym, co mi się od początku rzuciło w oczy. Być może Iwaszkiewicz, jeżdżąc po dworach polskich jako korepetytor, był także na wakacjach w Peczarze lub jej pobliżu? Jak kogoś to interesuje, to niech sobie tropi dalej…

Zdjęcia Peczary dawne i całkiem współczesne można sobie obejrzeć na wspaniałym blogu historyczno-turystycznym, którego autorem jest pan Serge Kotelko z Odessy, który ma polskie korzenie (babcie, prababcie – Polki). Blog nazywa się po rosyjsku „Putjeszestwuja istoriej”, co jest trudno przetłumaczalne na język polski. Znaczy to mniej więcej tyle, co „podróżując poprzez historię”.

Bloga Serge’a odkryłam już dawno, szukając wiadomości o Nowosielicy na Wołyniu, którą opisała Zofia Kossak-Szczucka w „Pożodze”. Serge jeździ po Ukrainie, opisuje i fotografuje dawne polskie zabytki, dwory, pałace, zespoły pałacowo-parkowe, prowadzi także różne śledztwa historyczne. Na blogu przedstawia historię poszczególnych obiektów w języku rosyjskim, ukraińskim, częściowo francuskim i polskim. Prosi o pomoc w przetłumaczeniu tekstów na język angielski i polski (choć zauważyłam, że kilka postów jest już po polsku).

Chciałabym zainteresować tym blogiem polskich miłośników kresów wschodnich.
A tutaj jest link do wpisu o Peczarze (wpis jest po rosyjsku, ale zdjęcia możecie sobie obejrzeć, nawet jak nie znacie tego języka):

 Печора. | Путешествуя Историей

Печора. Часть вторая. | Путешествуя Историей




„Peczara”, Potocka Janina Zofia z Potockich, „Dziennik 1914-1919”, Potocka Zofia Barbara, „Moje własne wspomnienia”, wyd. LTW, Łomianki 2014

Alicja Łukawska
 
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

niedziela, 3 lipca 2016

Helena Kutyłowska, Wspomnienia z Podola 1898-1919




  „Kumanowce leżały w powiecie Lityńskim, w guberni podolskiej, między Chmielnikiem, oddalonym o dziewięć wiorst, a Latyczowem, o trzydzieści. Ziemia, jak na całym Podolu, bardzo urodzajna, tak zwany czarnoziem. Klimat wspaniały, kontynentalny. Pory roku były pod względem opadów i temperatury zróżnicowane: zimy – śnieżne i mroźne, deszczowe jesienie, ciepłe wiosny, a lata – upalne.
Wokół domu roztaczał się piękny duży park. Liczący dwadzieścia dziesięcin, założony przez ojca pod kierownictwem słynnego wówczas pomologa z Warszawy Hosera, który kilkakrotnie przyjeżdżał do Kumanowiec. Park zdobiły dwie stare aleje, kasztanowa otaczała całość półkolem, a lipowa szła środkiem, do dworu, dochodząc do rzeczki Domachy, która wpadała do Ikawki.” (s. 19)

Książki wspomnieniowe zwykle powstają z potrzeby serca, aby te okruchy pamięci przetrwały w pamięci potomnych. O książce Heleny Kutyłowskiej, wywodzącej się z rodziny Kumanowskich, właścicieli dworu w Kumanowicach tak pięknie opisanego w powyższym cytacie, można jeszcze powiedzieć, że powstała ona z ogromnej, niezaspokojonej tęsknoty za czasem dzieciństwa i młodości spędzonym we dworze na dalekim Podolu. Autorka wspomina czasy sprzed kataklizmu I wojny światowej i rewolucji bolszewickiej, która świat jej dzieciństwa obróciła w perzynę. Choć jest to raczej książeczka niż książka, to czytelnik może uzyskać całkiem sporą wiedzę o tym, jak wyglądało codzienne życie w kresowych dworach.

Helena Kutyłowska opisuje nam dom rodzinny, przybliża losy swojej najbliższej rodziny, czyli rodziców i dwóch braci, opisuje swoje zajęcia we dworze oraz edukację domową oraz tę, która zapewniła jej jedna z warszawskich pensji. Poznajemy także zwyczaje świąteczne. A było, co wspominać! Teraz już takich produktów i zwyczajów nie uświadczy się nigdzie, możemy tylko o nich poczytać.

„Przyrządzanie bab wielkanocnych było czymś zupełnie innym niż pieczenie ciast obecnie.
Baby piekło się w piecach do chleba, które miały palenisko z półkolistym sklepieniem. Rozpalało się drewnem i paliło ognisko z przodu. Gdy sklepienie było wystarczająco rozgrzane, wstawiało się formy z ciastem i zamykało otwór odpowiednią zastawą. Formy do bab wykonane były z blachy, miały kształt walców wysokich na czterdzieści do pięćdziesięciu centymetrów. Do wyrabiania ciasta służyły specjalne drewniane niecki zrobione z jednego kawałka grubego pnia, wewnątrz ślicznie wyżłobionego i wygładzonego , a z zewnątrz wystruganego. Były lekkie, wygodne do mycia i przenoszenia. Dwie dziewczyny stawały naprzeciw siebie, wbijały do niecki kopę żółtek, białka odrzucały do garnka czy miski. Przez pół godziny bez przerwy dłońmi ubijały tę kopę jaj. Gdy żółtka zaczynały trochę gęstnieć i bielały, klucznica dodawała cukier, a dziewczyny znowu ubijały pół godziny żółtka z cukrem. Dopiero do tej ubitej masy wsypywano mąkę. Mam wrażenie, że na kopę żółtek brano mniej więcej dwa funty mąki. Znowu całą godzinę mieszano. W końcu dodawano drożdże, roztopione masło, zapachy i znów pół godziny mieszano ciasto.
Następnie całą zawartość niecek okrywano bardzo starannie w ciepłym miejscu i mniej więcej po godzinie rośnięcia wlewano do dobrze wysmarowanej masłem formy do jednej trzeciej wysokości. W formach ciasto rosło dalej. Gdy już dobrze podrosło, wstawiano je do gorącego pieca. Z kopy żółtek wychodziły dwie baby, pety netowa tylko jedna.
Największą sztuką było wydobycie upieczonych bab z formy! Układano je na przykryte prześcieradłami poduszki, a potem lekko i bardzo ostrożnie turlano aż do ostygnięcia. Tę ostatnią czynność wykonywano po to, by uniknąć zakalca, ciasto bowiem było tak delikatne, że po wyjęciu z pieca bardzo łatwo mogło opaść. Robienie bab było pracą naprawdę nie lada. Dwie pary dziewcząt często zmieniały się Baby były świetne, a znakomity ich smak mogą znać jedynie ludzie, którzy kiedykolwiek jedli coś podobnego. Dzisiejszych bab nikt by podówczas nie tknął.”


Helena Kutyłowska uwielbiała pomagać ojcu w pracy gospodarskiej, jej żywiołem były również polowania tak więc tym aktywnościom również poświęca sporo miejsca. Nie podzielam akurat upodobania autorki do polowania, ale z dużym podziwem czytałam o jej przygodach i osiągnięciach w tym zakresie.

Tamten kresowy świat uległ zagładzie. Najpierw dochodziły do mieszkańców dworu tylko pomruki dziejowych burz, potem pojawiali się jej wysłańcy: wojska carskie, Austriacy, Węgrzy, Kozacy, Ukraińcy aż w końcu doszło do ogólnego bezrządu, podczas którego w największym niebezpieczeństwie znaleźli się właściciele dworów, a jeśli byli narodowości polskiej, to nie było innego wyjścia, jak tylko ucieczka z nadzieją na uratowanie życia i powrót do nieznanej w sumie, odradzającej się w nowych granicach Polski.
Autorka zdaje nam relację ze swojej dramatycznej wędrówki przez Bukareszt i Wiedeń, podczas której spotyka na swojej drodze późniejszego męża, z którym osiądzie w Warszawie. Kto wie, może to dzięki nim ulice na warszawskim Grochowie, gdzie mieszkali, noszą do dziś kresowe nazwy (Stryjska i Podolska), na pamiątkę tej słonecznej krainy, która była dla Autorki krajem lat dziecinnych i chyba do końca życia wspominała ją ze wzruszeniem. Przypomina mi w tym przywiązaniu do Podola matkę prof. Anny Pawełczyńskiej, która opisała losy swojej kresowej rodziny w książce trafnie zatytułowanej „Koniec kresowego świata”.

Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye


niedziela, 5 czerwca 2016

Józef Ignacy Kraszewski, Chata za wsią




Józef Ignacy Kraszewski - człowiek-instytucja w historii polskiej literatury. Autor ponad 600 tomów. I teraz wstydliwe wyznanie - "Chata za wsią" to moje pierwsze, sukcesem zakończone spotkanie z JIK. Moje poprzednie podejścia (do "Starej baśni") kończyły się w okolicach setnej strony i poddawałam się. Zdopingowana pozytywnymi opiniami blogowiczów na temat jego twórczości, jak również nieznośnie nęcona wszechobecnością jego powieści - podjęłam wyzwanie. I nie bolało - jak to zwykle w moim przypadku bywa - uprzedzenia zostały odegnane. 


"Chata za wsią" to historia małżeństwa Cygana Tumrego i córki chłopa - Motruny. Historia niezwykle tragiczna, gdyż związek został obłożony klątwą ojca. I to klątwą wyjątkowo skuteczną, gdyż losy ich były wyjątkowo smutne i fatalne. W fabułę (tradycyjnie już) wgłębiać się nie zamierzam - znaczna część historii została streszczona w okładkowym opisie. Postaram się jednak dodatkowo zachęcić do zbliżenia z klasyką.


Dlaczego po "Chatę za wsią" sięgnąć warto? Chociażby dla barwnej plejady bohaterów. Pomijając główną parę - Tumrego i Motruny ciekawym przypadkiem jest postać ojca chłopki - Lepiuka. Mimo tego, że sam był pochodzenia romskiego nie zgadzał się na zamążpójście córki. Zacietrzewienie doprowadziło go do śmierci, a groźba/prośba (w zależności od punktu siedzenia) wyrażona przed zejściem z tego świata spełniła się co do joty. Barwną postacią - femme fatale tej powieści - jest Aza - Cyganka pochodząca z tego samego taboru co Tumry. Postać tragiczna z wielu względów i jakby stworzona do wypracowań szkolnych (nie rozumiem dlaczego "Chata za wsią" nie jest w kanonie dla liceów...). Wodziła ona za nos okolicznego dziedzica - Adama, mężczyznę słabego zdrowia i niewiele mocniejszej woli. Kusiła również przywódcę swojego taboru - Aprasza. Do zguby doprowadziła i samego Tumrego. Postać wielowymiarowa, ciekawa.


"Chata za wsią" to nie tylko bohaterowie, ale również opis wsi podolskiej. Biednej wsi. Zapomnijcie o podkoloryzowanym, obrazkowym wizerunku chłopstwa. J.I. Kraszewski opisał biedę materialną - obraz chatki Tumrego za wsią i nędzy spoglądającej z każdego kąta. Powieściopisarz doskonale scharakteryzował również biedę mentalną - Lepiuk, mimo swojego romskiego pochodzenia, zabrania córce małżeństwa z Cyganem. Kiedy ona jednak decyduje się na ten krok, dosięga ją przekleństwo ojca i mimo "błogosławieństwa" dziedzica, cała wieś - łącznie z jej braćmi odwraca się od niej. Zawziętość tak wielka, że można pokusić się o nazwanie tego zjawiska terminem "wykluczenia społecznego". Autor jest tak konsekwentny w naturalistycznym opisie, że dopiero kolejne pokolenie - córka Tumrego i Motruny, Marysia może liczyć na poprawę losu.

 
Ciekawie opisuje Kraszewski stosunki pomiędzy Romami a chłopstwem. Mimo upływu niemal dwustu lat niewiele się w tej kwestii zmieniło. Temat w literaturze trudny, ale wart zbadania. Autor zgrabnie wplata słownictwo romskie w tekst, co nadaje kolorytu i wprowadza w klimat powieści. Początkowo trudno jest się przebić przez gwarę chłopstwa z Podola z połowy XIX wieku, co utrudniają dodatkowe opisy przyrody i okolicy. Jednak przy odrobinie dobrej woli bardzo łatwo jest wbić się w powieść, gdyż historia sama w sobie jest niezwykle ciekawa. A i daje do myślenia...


Polecam przede wszystkim ze względu na uniwersalność. Minęło sporo lat, wydarzenia opisane były być może inspirowane autentyczną historią, ale nic nie straciły na aktualności. Zarówno jeśli weźmiemy pod lupę Romów, jak i jakąkolwiek inną mniejszość etniczną. Nadal staramy się być jak najbardziej hermetyczni w swoich grupach społecznych i niechętnie akceptujemy inność pod swoim dachem. Kraszewski zgrabnie wplata prawdy życiowe w tekst, co dodatkowo nadaje wartości powieści. Dorzućcie do tego barwne postaci, żywy język i powstaje wyjątkowa powieść, która przełamała mój stereotyp Kraszewskiego jako nudziarza. Historia może i bajką trąca, bo zakończenie jak na bajkę przystało być musi dobre, ale niesie w sobie przekaz o tym jak niszczycielska może być siła uczucia, jak zatwardziali mogą być ludzie w gniewie.


Tekst ukazał się na blogu Bazgradełko 

piątek, 29 kwietnia 2016

Wspominki nikłe, Maria z Grocholskich Sobańska

Na książkę Marii Sobańskiej "Wspominki nikłe" już od dawna "polowałam". Książka wydana została w 2002 roku i jeśli pojawiała się w antykwariatach lub na aukcjach szybko znikała. Wreszcie udało się. Mam.
Wcześniejsze podczytywanie w czytelniach to jednak nie to samo. Książka na własność, moja, choć już czytana, stwarza pewną więź. Miłośnicy książek na pewno wiedzą o czym piszę...



Kim była Maria z Grocholskich Sobańska? Arystokratką, Kresowianką, autorką wspomnień, dzielną kobietą. Jej życie targane rewolucjami i wojnami to przykład radzenia sobie w skrajnych warunkach, kiedy niejeden raz trzeba było zacząć wszystko od początku. 
Jednak zanim została wygnanką z Kresów żyła na Podolu. Najpierw w domu rodzinnym, w zasobnym pałacu Grocholskich w Pietniczanach, później po ślubie z Hieronimem Sobańskim w Sumówce. Maluje podolskie życie z miłością, szczegółami, które po latach wspomina na kartach swego pamiętnika. Jej ojcem był Stanisław Grocholski, matką Wanda z Zamoyskich. W pierwszych rozdziałach wędruje po domu, przypomina sobie pokoje, malowidła, domowników, nauczycielki, swoje ukochane lalki. Jak na stare domostwo przystało była też fosa, a w niej dwie niedźwiedzice. 

Maria urodzona w 1880 dożyła sędziwego wieku, zmarła bowiem w 1973 roku. Wspomnienia swe pisała już w innej rzeczywistości społecznej i obyczajowej. Dlatego jakże ciekawie brzmią dziś na kartach starego pamiętnika słowa dziewiętnastowiecznej damy:

"Dla zaznaczenia starych zwyczajów, dawno niestety zaginionych, wspomnieć należy, że nikomu z panów do głowy nie przychodziło palić w obecności dam w salonie (...) Jakże to dalekie i inne, odrębne od dzisiejszych zachowań nacechowanych brakiem opanowania..." (s. 43).

Rodzina Grocholskich stała na straży obyczaju, dobrych manier i prawości. Uczciwość, brak egoizmu były wpajane dzieciom od początku. Wychowanie nie było "miękkie", nie przymykano oczu na psoty, nie rozpieszczano, wręcz przeciwnie. Nie było mowy o jedzeniu cukierków przed obiadem, skażeniu się na upał, wszelkim wygodnictwie. 

Gdy podrosła w czasie konnych przejażdżek z ojcem rozmawiali o sprawie jej przyszłego zamążpójścia. Postanowiła, że zostaje na Podolu, kandydat na męża musi być więc z tych stron. 
"Wszelkie rozważania zawsze kończyły się na Hieronimie Sobańskim z Sumówki" pisała po latach. Decyzja zapadła. Wyprawę ślubną rodzice obstalowali (dziś powiedzielibyśmy - zamówili) w Paryżu. Maria wspomina najpiękniejszą część swej ślubnej wyprawy - pelerynę wykonaną przez firmę Mme Frederique, z wyprawionych główek dzikich kaczorów! 

Jej ojciec polował na nie od dwóch lat z myślą o przeznaczeniu ich na wyprawę córki. Ponoć peleryna była zjawiskowa, świeciła się zielononiebieskimi metalicznymi kolorami. Przez pewien czas była wystawiona na wystawie paryskiej firmy i przyciągała oczy licznych klientek, które chciały zamówić podobną. Gdy pewnego dnia Maria założyła ją na spacer wzbudziła wielkie zainteresowanie, do tego stopnia, że przechodnie stawali, a nawet dotykali unikalną pelerynę z podolskich główek dzikich kaczorów. 


Maria osiadła wraz z mężem w Sumówce, był to piękny majątek, położony 18 wiorst od Berszady. Po lewej stronie pałacu były obory, chlewy, mleczarnia, piekarnia (chleb pieczono dwa razy na tydzień), pokoje służby, w tym klucznicy i stróżów. W Sumówce pracował też mechanik i kowal, był furman, kucharz, kozacy domowi, zastęp bon, nauczycielek...

Maria Sobańska opisuje sąsiedztwa Sumówki, uroczystości rodzinne, mniej ważne i istotne wydarzenia z życia rodziny i pałacu. Wszystko to składa się na ciekawą opowieść o życiu codziennym w podolskim majątku arystokratycznym tuż przed rewolucją. 
Jeszcze w 1917 roku nie przypuszczali, że kończy się pewna epoka, pewien model życia... Sumówkę "odwiedzały" mniejsze lub większe bandy, nie jeden raz dochodziło do strzelaniny, mąż i syn "na posterunkach" na piętrze pałacu strzelali do napastników broniąc swego domu. W gazetach coraz więcej było doniesień o rabunkach dworów na Podolu i Wołyniu. Potem nastąpiła tragedia sławucka, która wstrząsnęła wszystkimi. Zamordowano starego księcia, spalono jeden z najsłynniejszych kresowych pałaców. 

Tymczasem Sobańscy wciąż trwali w Sumówce. Maria wspomina, że wieczorem kładła się spać w ubraniu, gotowa na wszystko, co mogła przynieść kolejna noc. Rankiem budziła się pierwsza, a ponieważ większość służby wyjechała, sama szła doić krowy w jednej kieszeni mając różaniec, w drugiej rewolwer, który otrzymała od brata. Pod koniec 1918 roku wiedziała, że pomoc dla polskich dworów nie nadejdzie.

Przeżyła pogrom własnego domu. Słyszała jak banda rozbija meble, jak bębnią po fortepianie, jak wyciągają wszystko z szaf i szuflad, jak zabierają jej rzeczy, bezczelnie, w poczuciu, że to im się należy...


Przeżyła utratę domu, zamordowanie męża i syna. Zmieniła nazwisko, występowała jako Teresa Kwiatkowska, zamieszkała w folwarku Kitajgrodzie. Chciała ratować siebie i trójkę ocalonych dzieci. Wreszcie połączyła się z resztą rodziny, któregoś dnia jej brat zjawił się samochodem i krótko oznajmił "Zbierajcie się prędko, zabieram was do Winnicy i jedziemy do Polski".

Była już wiosna 1919 roku... Jechali pociągiem. Wreszcie granica Galicji, polscy żołnierze.
Ocalona kończy swe wspomnienia "I tak rozpoczęło się nasze wygnanie..."

***

Maria Sobańska dojechała do Warszawy, tu zamieszkała wraz z trójką dzieci. Zaangażowała się w działalność społeczną i charytatywną na rzecz uchodźców z Podola, Wołynia i Kijowszczyzny. W powstaniu warszawskim znów straciła wszystko...

Ostatnie lata spędziła w Milanówku, zmarła w 1973 roku.



"Wspominki nikłe" wydane zostały w miękkiej oprawie, opatrzone czarno-białymi fotografiami z kolekcji Janusza Przewłockiego, Barbary z Sobańskich Moes, córki autorki oraz zbiorów Muzeum Literatury.


Tekst oryginalny na blogu: O biografiach i innych drobiazgach


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...