poniedziałek, 28 grudnia 2020

Sztuka umierania i sztuka trwania. Recenzja książki ,,Kresy. Ars moriendi” od Wydawnictwa Literackiego.

 



Niektórzy twierdzą, że dużo dotkliwsze od fizycznej i symbolicznej eksterminacji Polski z jej wschodnich terenów jest zapominanie kresowego dziedzictwa. Jesteśmy nie tylko świadkami tego procesu, ale niekiedy także jego twórcami. Wielu czytelników omija szerokim łukiem temat Kresów – nie mają czasu na zgłębianie ich historii albo pokutuje w nich stereotyp rodem z PRL, że kresowość jest symbolem przaśności albo zacofania. Inni jeszcze uważają, że o Kresach wszystko już zostało powiedziane – identyfikują je tylko z kulturą dworków lub tematem rzezi wołyńskiej – jakby nie było niczego pośrodku, w międzyczasie, pomiędzy.

 

Czytając ,,Kresy. Ars moriendi” nie można pozbyć smutnego wrażenia, że przestrzeń, o której piszą Rybak i Smółka naznaczona jest niebywałą tragedią. Rozważając umieranie Kresów, tę przerażająca wręcz cykliczności ich apokalipsy, tułaczy los kilku pokoleń Polaków jesteśmy jako czytelnicy zmobilizowani do poszukania wspólnego mianownika tej bolesnej ,,sztuki umierania”. Czy chodzi tutaj o godność, z jaką mieszkańcy Kresów znosili swój los? Czy mowa raczej o przywiązaniu do miejsca tak silnym, że żywym nawet kilka pokoleń naprzód? A może tytułowa ,,ars moriendi”, poprzedzona przywiązaniem do ziem, tradycji, tożsamości ma być dla nas wskazówką w jaki sposób tworzyć swoją tożsamość teraz?

 

Agnieszka Rybak i Anna Smółka zdecydowały się poprowadzić swoich czytelników na Wołyń, Podole i Polesie ścieżkami nieco mniej wydeptanymi. Ich książka ,,Kresy. Ars moriendi” (Wydawnictwo Literackie) to opowieść nie tylko o trwaniu kresowego świata. To również rzecz o jego zmierzchu. Czy zatem wywodząca się ze średniowiecza ,,sztuka umierania” w jakikolwiek sposób dotyczy Kresów, a jeżeli tak – jakie wnioski płyną z owego znikania Polski z jej dawnych ziem?

 

,,Kresy. Ars moriendi” to reporterska opowieść o ludziach zamieszkujących tereny zlokalizowane na obszarze dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy, a kiedyś należące do Rzeczpospolitej. Poznajemy historie całych rodzin zmiecionych z powierzchni ziemi przez dziejowe zawieruchy; wzruszające losy odważnych i mądrych Polaków usiłujących zszywać pękające relacje międzyludzkie ( i międzypaństwowe); o jednych wiemy całkiem sporo; o innych dowiadujemy tylko dlatego, że zostało po nich ,,cokolwiek”, jak peliska (rodzaj płaszcza) rozpoznana przez żonę przy identyfikacji zwłok. Bohaterami opowieści zawartych w książce ,,Kresy. Ars moriendi” są ludzie aktywni, ważni dla swojego środowiska, wykształceni, posiadający marzenia; usilnie walczący o przetrwanie polskości na wschodzie. Rybak i Smołka zdecydowały się wykonać wręcz tytaniczna pracę, aby z mroków niewiedzy albo dezinformacji wyciągnąć na światło dzienne historie o tych, którzy zgodnie z założeniami zmieniających się, ale zawsze tak samo opresyjnych, organów władzy – mieli znikać z ludzkiej pamięci. Poszczególne rozdziały to epickie opowieści o jakimś wycinku Kresów i usilnym staraniu ich mieszkańców, żeby je ocalić. 

 

Historia obu Narutowiczów, Skirmuntów, Edwarda Woyniłłowicza i braci Orłowskich z Berdyczowa są świadectwem trwania i umierania polskości na wschodzie. W ich losach jak w soczewce odbija się proces zagłady Kresów – przestrzeni tyle pięknej, co niezwykle skomplikowanej. Autorki pokazują jak struktura etniczna, decyzje polityczne, rozbiory, II wojna światowa, ,,operacja polska NWD” wpływały na historię, rozwarstwianie i rozpad znanego kształtu kresowego świata. Odwieczne pytanie, czy apokalipsa Kresów była nieunikniona zyskuje dzięki książce nowe konteksty dalej pozostając bez odpowiedzi.

 

Gdyby jednak autorki ograniczyły się do pokazania historii jednostek wybitnych – dostalibyśmy obraz niepełny. Agnieszka Rybak i Anna Smółka z niemal detektywistycznym zacięciem, wielką uwaga i wrażliwością prześledziły także tragiczne losy zwykłych ludzi, o których zapewne nie szukalibyśmy informacji w Wikipedii– a szkoda, bo bycie ,,zwykłym” nie oznacza, że nie mówimy o ludziach interesujących i z rożnych względów godnych naszej uwagi. Ich losy znalazły się w orbicie zainteresowań autorek nie przez przypadek, lecz w wyniku chęci pokazania całej skomplikowanej, pięknej i tragicznej struktury Kresów Aby tego dokonać i dać możliwie najpełniejszy losu Polaków zamieszkujących tamta przestrzeń autorki przedarły się przez setki listów, drzew genealogicznych, plotek i rodzinnych opowieści, wydarły nam z mroków historii kilkanaście nazwisk, za którymi zawsze kryją się wzruszające historie, które obrazują tragiczne losy II Rzeczpospolitej.

Książka ,,Kresy. Ars moriendi” to absolutnie genialne dzieło, prawdziwa kopalnia wiedzy o historii naszych dawnych wschodnich ziem. Dzieło tyleż wspaniale, co niezwykle wymagające. Zdecydowanie nie jest to lektura na niedzielne niespieszne popołudnie, lecz rzecz do studiowania, wgryzania się, weryfikowania swojej wiedzy, poszukiwania informacji, które wypełnią naszą niepamięć i pozwolą zrozumieć konteksty opowiadanych historii. Myślę, że wielu czytelników będzie przytłoczonych ,,Kresami…”. Autorki same niejednokrotnie przyznawały, że natłok faktów sprawiał, że niejednokrotnie gubiły się w zawiłych losach rodzin, o których pisały. Stąd ta narracja – gęsta i skondensowana tak bardzo, że czasami nawet pojedynczy akapit przynosi czytelnikowi ilość informacji, którą musi przetwarzać wielokrotnie, żeby powiązać ze sobą fakty i ludzi. To jedyny zarzut, jaki mam do tej absolutnie genialnej książki. W moim przekonaniu, gdyby autorki dokonały większego wyboru treści, o których mamy czytać, lektura ,,Kresów…” dostarczała by więcej przyjemności. Bo jeżeli chodzi o satysfakcję z obcowania z taką literaturą… no, proszę Państwa, to wyzwanie. A kto lubi wyzwania – będzie zachwycony.

wtorek, 10 listopada 2020

Opowieść o Tymoszówce - recenzja książki Zofii Szymanowskiej

 

Jaki zapach ma wasze dzieciństwo? Może świeżo wykrochmalonej pościeli albo drożdżowego placka z truskawkami, który babcia piekła tylko w czerwcu? A może pachnie jak policzek Dziadka - staromodną wodą kolońską, którą jeszcze czasami czuję na jesiennych ulicach Tarnowa… A jakie obrazy napływają do Was, gdy zamykacie oczy, leżąc na łące? Czy jeszcze Wam to się zdarza? Nie od dziś wiadomo, że tropienie dobrych wspomnień może być doskonałą rozrywką i wewnętrznym ukojeniem. Jak rozpocząć taką podróż?

Wnętrze Tymoszówki

,,Opowieści o naszym domu” Zofii Szymanowskiej, siostry wielkiego kompozytora Karola, nie musimy odczytywać jedynie jako zapisu wspomnień z sielskiego życia w Tymoszówce, ich rodzinnym majątku.  Gdybyśmy jednak potraktowali tę książkę tylko jako opis kresowego świata – nadal będzie to literacka uczta. Zofia Szymanowska posiadała niezwykłą lekkość w budowaniu obrazów, charakterystyczną elegancję językową i niewymuszoną wrażliwość na słowo. W swoich wspomnieniach zawarła swoisty mikrokosmos kresowej przestrzeni – rodzinne spotkania i sposoby na spędzanie wolnego czasu; rytuały i pielęgnowane od pokoleń tradycje; spokojny rytm dnia oraz konieczność opuszczenia domu w obliczu jego zagłady; zmartwienia i dylematy lokalnej społeczności. Książka zbudowana jest z literackich drobiazgów – opisów poszczególnych komponentów świata Szymanowskich. One wszystkie – te wspomnienia – zawierają w sobie dwa najważniejsze i wpływające na narrację pierwiastki: tęsknotę za krainą dzieciństwa oraz ból związany z bezpowrotną utratą Tymoszówki. Niektórych czytelników może razić idealizowanie przedstawionego świata. Z drugiej strony nawet my sami, przywołując w pamięci dzieciństwo (zwłaszcza to szczęśliwe), posługujemy się kategoriami myślenia magicznego. W moim przekonaniu można wybaczyć Zofii Szymanowskiej, że w swojej opowieści położyła akcenty na te sielsko-anielskie elementy świata, który przecież kochała. Tym bardziej, że opuszczenie rodzinnej miejscowości, exodus z krainy szczęśliwości, nie dokonał się z wyboru, lecz przymusu. Mówimy też o przełomie wieków, a co za tym idzie, powinniśmy mieć świadomość, ze zmiany kulturowo-społeczne, jakich doświadczyła autorka, były niezwykle dynamiczne. Zapewne inaczej pamięta się dzieciństwo spędzone we dworku, gdy opowiada się o nim z kamienicy w zatłoczonym mieście i to przy dźwiękach tramwajów…

,,Opowieść o naszym domu” możemy potraktować jako pretekst do odnalezienia w sobie na nowo najpiękniejszych momentów własnego dzieciństwa. Jakie były jego dźwięki, jakie zapachy? Które zabawy wzbudzały najlepsze emocje? Co inspirowało, co dodawało energii? Czy biegaliśmy umorusani po podwórku i rozbite kolana leczyliśmy bobkowymi liśćmi?  To, co opisała w swojej książce Szymanowska, to nie jest jakiś abstrakcyjny świat, który  „zdarzył się”, ale przestrzeń, mająca (w jakimś stopniu) kontynuację w naszej codzienności (chociaż oczywiście trzeba mieć na uwadze obiektywne różnice między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz). Na przykład opisane przez Szymanowską wieczorne rodzinne śpiewanie w ogrodzie – ta tradycja pozornie wypadła już z kanonu sposobów na spędzanie czasu razem.  Czy aby na pewno? Przecież gromadzimy się nadal przy ognisku, by będąc blisko zanucić jakieś tęskne ballady, których słuchaliśmy mając naście lat 😊

Szymanowscy z przyjaciółmi.

Wzrusza mnie ta książka. Wszystko niej pachnie i dźwięczy. Emanuje z niej ogromny apetyt na życie – pełne czasu i przestrzeni na wspólnotę. I ta wspólnota jest dzisiaj ,,towarem” deficytowym. Po lekturze książki Zofii Szymanowskiej możemy dostrzec jak wiele tracimy, traktując swoje życie zadaniowo i pozbywając się wspaniałego rytuału – celebracji codzienności.

 .

Agnieszka Winiarska

______________

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa mg.

Pierwotnie recenzja była opublikowana na portalu www.kulturanacodzien.pl


piątek, 16 października 2020

Joanna Wtulich, Ogień i lód. Trylogia lwowska #1

 



Lwów nazywany jest często małym Paryżem. Mówią, że miasto zbudowano z miłości do spokoju oraz w prawdziwie europejskim stylu i z zachowaniem delikatnego piękna. We Lwowie zawsze dominuje szczególny nastrój, jak i styl, które mają wpływ praktycznie na wszystko, co tylko znajduje się w mieście, tj. na nazwy małych sklepików i kawiarni, wyrafinowaną elewację budynków, piękne i oryginalnie zaprojektowane witryny, czy też wnętrza zabytkowych kamienic wybudowanych w centralnej części miasta. Przez cały czas swojego istnienia Lwów był bardzo dobrze znany w Europie. 

Lwów to także miasto o wielowiekowej historii, w którym splotła się kultura różnych narodów. Ciężkie i niezwykle ciekawe dzieje tego obecnie ukraińskiego miasta liczą siedem i pół wieku. Historycy ustalili bowiem, że ludzie osiedlili się na terenie współczesnego Lwowa już w V wieku. Pierwotnie ziemie te należały do Księstwa Wielkomorawskiego, a następnie do Polski. W 981 roku tereny te zostały przyłączone do Rusi Kijowskiej przez wielkiego księcia kijowskiego Włodzimierza I Wielkiego (?-1015). Z kolei w 1256 roku książę Rusi Halickiej Daniel I Romanowicz (1201-1264) założył miasto galicyjsko-wołyńskie i nazwał je imieniem swego syna Lwa. Centrum Lwowa stanowił wówczas Rynek. Miasto było bardzo dobrze chronione przez fortyfikacje zbudowane z uwzględnieniem warunków naturalnych, takich jak pagórki wzgórza Wysokiego Zamku i rzekę Pełtewę. 

Po śmierci Daniela Romanowicza, jego syn książę Lew I Halicki (ok. 1228 – ok. 1301) przeniósł do Lwowa stolicę państwa galicyjsko-wołyńskiego. Miasto pozostało stolicą przez wszystkie kolejne panowania różnych władców. W 1303 roku książę Jerzy I Lwowic (pomiędzy 1247 a 1254 – 1308) zażądał od patriarchy Konstantynopola odrębnego i niezależnego od Kijowa galicyjskiego obszaru metropolitarnego, którego centrum mieściłoby się właśnie we Lwowie. Należy pamiętać, że w książęcym Lwowie, oprócz osad ukraińskich i polskich, znajdowały się także osady niemieckie, tatarskie i ormiańskie. Wokół domów mieszczanie uprawiali ogrody, natomiast pola uprawne znajdowały się na zachodnim brzegu Pełtewy w rejonie obecnej Alei Czornowola. W 1340 roku, po otruciu przez bojarów księcia Jerzego II Trojdenowicza (ok. 1310-1340), polski król Kazimierz III Wielki (1310-1370) najechał na Lwów, splądrował miasto (zwłaszcza Wysoki Zamek) i wywiózł do Polski koronę galicyjską. Wtedy też bojarowie galicyjscy pod wodzą Dymitra Detki (?-1349) wypędzili króla Kazimierza i utworzyli republikę bojarów galicyjskich, która przetrwała dziesięć lat, a na jej czele stał wspomniany Dymitr Detko, któremu nadano tytuł „władcy Rusi”. 

 

Lwów. Plac Mariacki (obecnie Plac Mickiewicza)
Pocztówka pochodzi z około 1910 roku.

 

W roku 1349 Kazimierz III Wielki ponownie zaatakował Galicję i zdobył Lwów. Nadał miastu status stolicy Królestwa Rusi, wchodzącego w skład ówczesnej Polski z pełnymi prawami autonomicznymi. Kazimierz Wielki wraz z oblężeniem Starej Rusi podbił nowe tereny miejskie, które stały się fundamentem obecnego Lwowa. W 1370 roku, po śmierci Kazimierza Wielkiego, jego siostrzeniec, król Polski Ludwik I Węgierski (1326-1382) mianował księcia Władysława Opolczyka (pomiędzy 1326 a 1332 – 1401) zastępczym władcą Królestwa Rusi, który na siedem lat przyłączył Galicję do Węgier. Panowanie węgierskie trwało dziewięć lat, po czym w 1387 roku polskie wojska pod wodzą królowej Jadwigi Andegaweńskiej (ok. 1374-1399) ponownie podbiły Lwów. Od tej chwili miasto stało się ośrodkiem administracyjnym prowincji ruskiej. We Lwowie znajdowały się rezydencje biskupów prawosławnych, ormiańskich, rzymskokatolickich oraz unickich, a także było tam trzy gminy żydowskie (miejska, przedmiejska i karaicka). Na początku XV wieku miasto liczyło około dziesięciu tysięcy mieszkańców, a w pierwszej połowie XVIII wieku było ich już około trzydziestu tysięcy. Podstawą rozwoju gospodarczego Lwowa były handel i rzemiosło. 

Przez wiele lat Lwów był miastem, które pozostawało twierdzą i wielokrotnie musiało odpierać ataki najazdów głównie ze strony Tatarów i Turków. Przetrwało też oblężenie wojsk Bohdana Chmielnickiego (1595-1657), natomiast spłacone w 1672 roku przez Turków będących wówczas sojusznikami kozackiego hetmana Piotra Dobroszenki (1627-1698), tylko jeden raz zostało zdobyte przez wojska szwedzkie. Z kolei w 1707 roku car Piotr I Wielki (1672-1725) przybył do Lwowa celem przygotowania wyprawy przeciwko królowi Szwecji Karolowi XII Wittelsbachowi (1682-1718). W tym samym czasie Lwów odegrał ważną rolę w rozwoju kultury. Uniwersytet Lwowski, który został założony w 1661 roku był jednym z najstarszych uniwersytetów w Europie Środkowej i pierwszą wyższą uczelnią na ziemiach ukraińskich. 

W 1772 roku Lwów stał się natomiast częścią monarchii habsburskiej oraz stolicą najpiękniejszej części królestwa galicyjsko-wołyńskiego. Początkowo rząd austriacki był dość tolerancyjny dla rodzimej ludności ukraińsko-polskiej, ale potem, tj. na początku XIX wieku, władze centralne zaczęły przekształcać Lwów w miasto niemieckie. Na przykład na Uniwersytecie Lwowskim wyjątkowo został wprowadzony język niemiecki, co stało się powodem buntu antyaustriackiego w 1848 roku. Aby go powstrzymać, carskie wojsko musiało skoncentrować ostrzał na Lwowie. W czasie zamieszek najbardziej ucierpiał gmach Uniwersytetu Lwowskiego przy ulicy Teatralnej. W rezultacie cesarz austriacki zwrócił Lwowowi dawne przywileje, a zwłaszcza ten dotyczący samorządu i języka. 

 

Lwów. Stary Uniwersytet i kościół pod wezwaniem świętego Mikołaja (1851)


 W 1870 roku w wolnych wyborach została wybrana Rada Miejska. Należeli do niej wszyscy etniczni mieszkańcy Lwowa. W tym samym czasie w mieście powstały również nowe partie polityczne. Mocarstwo austriackie zburzyło mury obronne, powiększyło terytorium miasta i stworzyło warunki dla jego rozwoju. Wtedy też zbudowano nowy ratusz, operę, katedrę dominikańską, dworzec główny oraz wzniesiono wiele innych wspaniałych dla miasta budowli. Uruchomiono także tramwaj elektryczny. I tak oto wraz z historycznymi rozważaniami na temat Lwowa dochodzimy do początku XX wieku, kiedy to rozgrywa się akcja pierwszego tomu trylogii Joanny Wtulich. Główną bohaterką powieści jest młodziutka hrabianka Anna Lipińska. Wraz z ojcem i dwoma braćmi mieszka we Lwowie. Matka Anny od dawna nie żyje. Pomimo że Lipińscy posiadają też majątek w Niesłuchowie, to jednak większość czasu spędzają właśnie we Lwowie. Dzieje się tak dlatego, iż nadszedł już najwyższy czas, aby Annę wydać za mąż, a i młodzi mężczyźni też powinni pomyśleć o dobrym ożenku. W związku z tym hrabianka zaczyna prowadzić dość intensywne życie towarzyskie. Bywa na balach, chodzi do teatru, gdzie ma okazję spotkać młodych mężczyzn odpowiadających jej statusem społecznym. Pewnego dnia na jej drodze staje pułkownik Michał Dukajski. Choć praktycznie od pierwszej chwili coś ich do siebie przyciąga, to jednak Anna robi wszystko, aby tylko pozbyć się natręta. Nie jest to takie proste, ponieważ oficer jest uparty i doskonale wie, czego chce. Pomimo że przez jego życie i łóżko przewinęło się sporo kobiet, to jednak niepokorna hrabianka zaczyna spędzać mu sen z powiek. Michał wie, że ona i tylko ona musi zostać jego żoną. Czy za tym pragnieniem kryją się jedynie głębokie uczucie i pożądanie, czy może jest w tym wszystkim jakieś drugie dno, o którym Anna nie ma na razie najmniejszego pojęcia? 

Szybko okazuje się, że pułkownik Michał Dukajski nie jest jedynym mężczyzną, który upatrzył sobie młodziutką hrabiankę. Fakt, że Anna ma adoratorów wcale nie dziwi, ponieważ dziewczyna jest nad wyraz piękna i przyciąga spojrzenia mężczyzn wszędzie tam, gdzie się tylko pojawi. I tak oto pewnego dnia Anna staje się obiektem westchnień niejakiego Adama Małaszewicza. To przemysłowiec, o którym dziś powiedzielibyśmy biznesmen. Mężczyzna niedawno wrócił z Paryża i wydaje się, że jego jedynym celem jest znalezienie sobie żony. Czy zatem uda mu się zdobyć serce hrabianki? A może będzie musiał stoczyć nierówną walkę z Dukajskim, który przecież tak łatwo nie odpuści? A co na to sama zainteresowana? Którego z nich wybierze Anna Lipińska? I co najważniejsze: którego z mężczyzn zaakceptuje jej ojciec? 

 

Teatr Miejski we Lwowie na pocztówce z 1905 roku

 

Ogień i lód to nie tylko romantyczna historia z udziałem dwóch zakochanych mężczyzn i jednej kapryśnej hrabianki. Ta historia ma również drugie dno. Jest ona niezwykle istotna przede wszystkim z punktu widzenia kobiet. Jak wiadomo początek XX wieku to narodziny ruchów feministycznych, których zasadniczym celem stała się walka o prawa kobiet, szczególnie w kontekście politycznym. Kobiety dążyły do przyznania im praw wyborczych. Najbardziej znane w tej kwestii są działania sufrażystek w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Wydaje się więc, że Anna Lipińska coś na ten temat wie, gdyż podczas spotkań towarzyskich wielokrotnie wypowiada swoje zdanie w obronie kobiet, czym wprawia w zakłopotanie nie tylko swego ojca, ale też inne osoby reprezentujące starsze pokolenie, które zostało zupełnie inaczej wychowane i nie potrafi zrozumieć, że czasy się zmieniają i kobieta nie jest stworzona jedynie do zajmowania się domem, mężem i dziećmi. Anna dość jednoznacznie podkreśla, że ceni sobie niezależność i nie ma najmniejszego zamiaru podporządkować się mężczyźnie, który zdecyduje się z nią ożenić. Z drugiej strony jednak gdy w grę wchodzą uczucia, jej niezależność jakby topniała. Jest to niebezpieczna mieszanka, która może doprowadzić hrabiankę do zguby. 

Oprócz powyższego, czytelnik ma też okazję przyjrzeć się postaciom reprezentującym różne środowiska ówczesnego lwowskiego społeczeństwa, co oznacza, że może poznać różnorakie charaktery. Każdy z bohaterów jest inny i każdy ma coś innego do ukrycia. Cała opowieść posiada niepowtarzalny klimat. Joanna Wtulich przenosi czytelnika w czasy szczególne, jeśli chodzi o historię. To Polska z okresu zaborów. Pomimo że autorka bardziej skupia się na losach poszczególnych bohaterów i ich emocjach, to jednak nie zapomina o tle historycznym, a co za tym idzie, o ważnym wydarzeniu mającym miejsce 12 kwietnia 1908 roku, które ściśle związane było z Uniwersytetem Lwowskim. Wydarzenie to było owocem konfliktu pomiędzy Polakami a Ukraińcami. 

 

Panorama Lwowa przed 1924 rokiem


 Moim zdaniem Ogień i lód to doskonały wstęp do dalszej części opowieści o hrabiance Annie Lipińskiej i towarzyszących jej osobach. Jestem przekonana, że – podobnie jak w pierwszym tomie – w kolejnych częściach również nie zabraknie emocji i życiowych komplikacji. Ta powieść to moje pierwsze spotkanie z prozą Joanny Wtulich i nie ukrywam, że bardzo udane. Bohaterowie są wiarygodni i doskonale wpisani w realia, jakie panowały w ówczesnym Lwowie. Ponieważ jest to literatura typowo kobieca, polecam ją przede wszystkim kobietom. Książka jest bowiem gwarancją mile spędzonego czasu i oderwania się od trudnej obecnie rzeczywistości. To opowieść, która choć na chwilę pozwoli zapomnieć o problemach i sprawi, że przeniesiemy się na lwowskie salony, gdzie panowała swoista atmosfera tak odmienna od tej, jakiej doświadczamy dzisiaj. 

 

Agnieszka Różycka

tłumaczka, autorka, dziennikarka, eseistka



Tekst oryginalny ukazał się na blogu W krainie czytania i historii



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...