Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Urbańczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandra Urbańczyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 czerwca 2019

„Silva Rerum” Kristiny Sabaliauskaitė, czyli szlachecki ród i jego curriculum vitae [1]





„Gdy przyszła zima i zbliżały się święta Bożego Narodzenia, Urszula coraz częściej myślała o tym, co napisane i zapisane (…), o tym, że ostatecznie wszystko mieści się między dwiema liczbami, że wszystkie święta Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy obchodzone w dzieciństwie, wszystkie podróże, łzy, pocałunki i grzechy, każda śmierć i każde narodziny, wszystkie wojny i wesela stają się w końcu tym krótkim myślnikiem pomiędzy dwiema datami; i u niej ta druga data już się przybliżała, ale jej maleństwa, urodzone podczas moru, w śmiertelnym zamęcie, były jeszcze wolne, nieprzywiązane żadnym dokumentem do bezlitosnej machiny czasu.”


Kristina Sabaliauskaitė -współczesna litewska pisarka, historyk sztuki, laureatka prestiżowych nagród literackich i finalistka Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2016 – jest autorką bestsellerowej sagi historycznej przedstawiającej losy szlacheckiego rodu związanego z Wilnem. W Polsce ukazały się dotychczas dwie części tej uznanej już w świecie tetralogii: Silva Rerum (nakładem Znaku) i Silva Rerum II (nakładem Wydawnictwa Literackiego); obie w znakomitym tłumaczeniu Izabeli Korybut-Daszkiewicz.

Bohaterowie

Dwie pierwsze części powieści przedstawiają burzliwe dzieje trzech pokoleń szlacheckiej rodziny Narwojszów. Poznajemy Elżbietę i Jana Macieja, którzy uciekając przed piekłem wojny i osobistymi tragediami stworzyli na odludziu Arkadię, własną oazę spokoju. Jednak ich dzieci – Urszula i Kazimierz łakną świata i chcą z życia czerpać pełnymi garściami, zrobią więc wszystko, by się z tego raju uwolnić. Pierwszy tom ukazuje ich dzieciństwo i wczesną młodość. Silva Rerum II – to kontynuacja, która obejmuje również historię następnego pokolenia. Wnikając w nią powoli zaczynamy rozumieć jak ważna jest dla Urszuli rodzina i dlaczego właśnie ona musiała przejąć odpowiedzialność za rotmistrza Jana Izydora (swojego bratanka) i jego niezbyt fortunne małżeństwo…

To oczywiście nie wszystkie literackie postacie, ponieważ autorka nie skupiła się wyłącznie na członkach rodu Narwojszów. Raczej podeszła do kreowania świata swoich bohaterów z prawdziwym rozmachem. Poznamy zatem również ich przyjaciół i wrogów, małżonków i kochanków; ludzi, którzy wpłynęli na ich los, albo stali się ślepym narzędziem losu w ich rękach. Trzeba dodać, że postacie pierwszo i drugoplanowe są wykreowane z jednakową dbałością, nigdy nie są płaskie i banalne, każda ma swoją biografię czy mikrohistorię. W tym korowodzie barwnych kreacji literackich każdy znajdzie własnych faworytów. Jestem jednak pewna, że nikt nie zdoła oprzeć się urokowi Urszuli i Jana Kirdeja Bironta - ekscentrycznej, samolubnej, nieprzewidywalnej i dumnej szlachcianki; piekielnicy z ognistym temperamentem, która z życia wyciska to, czego chce i jej wybranka: magnata, banity, mężczyzny o zgubnym uroku. Urszula i Jan Kirdej tworzą parę, która ma szansę wstąpić (o ile już nie dostąpiła tego zaszczytu) w szeregi wielkich literackich romantycznych kochanków.

Portret epoki i szeroka panorama społeczna

Mocną stroną powieści są nie tylko charyzmatyczni bohaterowie, ale również atrakcyjne tło, na którym rozgrywają się ich awanturnicze przygody. Autorka stworzyła misterną fabułę i mocno zakotwiczyła ją w XVII i XVIII wiecznej historii naszego zakątka Europy. Znaczna część akcji rozgrywa się w Wilnie, które staje się jednym z pierwszoplanowych bohaterów. Poznajemy zatem klimat i dzieje tego niezwykłego miasta oglądając je w kolejnych odsłonach: to cieszące się złotą wolnością, to dźwigające się z ruin po kolejnych tragediach i klęskach. Sabaliauskaitė stosuje polifoniczną narrację ze zmienną perspektywą. Poznajemy w ten sposób historię z punktu widzenia różnych bohaterów (przy okazji obserwując w jaki sposób czas zatacza idealne kręgi). Dodatkowo jeszcze udało się autorce uchwycić wielokulturowość Wilna przez ukazanie sytuacji jego mieszkańców – zamożnych i biednych, rodzimych, ale również cudzoziemców (zasymilowanych bądź prześladowanych), którym przecież miasto wiele zawdzięcza...

Język, styl i literackie echa

Kristina Sabaliauskaitė posługuje się pięknym literackim językiem. Jej zdania (długie, rytmiczne, eleganckie, złożone i niezwykle kunsztowne) ciągną się często przez pół strony, a zarazem z powodu swej lekkości nie wywołują znużenia. W całej powieści nie uświadczymy tradycyjnego zapisu dialogów, co nie znaczy, że ich nie ma. Wypowiedzi bowiem zostały włączone w tok narracji lub w strumień myśli. A dokonano tego tak zręcznie, że brak konwencjonalnego zapisu początkowo może umknąć uwagi. Czytając Silva Rerum – czytelnik obcuje z książką jedyną w swoim rodzaju, a zarazem mocno zakorzenioną w światowej literaturze. Odniesienia są bardziej lub mniej bezpośrednie. Polski czytelnik powinien docenić przemyconą w tekście wiedzę dotyczącą perełek naszej rodzimej literatury. Nie unikniemy wielu skojarzeń. Olga Tokarczuk trafnie określiła Silva Rerum powieścią marquezowską (przez sposób opowiadania i obecność pewnych wątków: np. proroctwa dotyczącego przyszłości rodu czy powtarzające się imiona poszczególnych członków rodziny), co nie znaczy, że książkę można tak jednoznacznie zaszufladkować. Silva Rerum to również powieść sienkiewiczowska - ze względu na klimat i przedstawioną epokę. Oczywiście obie książki powstały w zupełnie innym celu i ich twórcy przyjęli zgoła odmienną optykę. Sienkiewicz wierzył, że w obliczu wyzwania człowiek szlachetnieje, a Sabaliauskaitė widzi tę sprawę inaczej. Według niej człowiek przez całe życie miotany jest namiętnościami, a jeśli coś go zmusza do działania, to nie szlachetność, ale instynkt przetrwania. Sienkiewicz tworzył ikony (może poza Kmicicem i Bohunem), a bohaterowie litewskiej pisarki przegrywają walkę z własnymi wadami; to są ludzie przedstawieni z całym ich cudownym, czasem tragicznym skomplikowaniem… Oczywiście są i inne skojarzenia. Przyznaję, że podczas lektury ani na moment nie opuszcza mnie wrażenie, że wciąż powracam do czegoś znajomego. Bo czyż nie jesteśmy obyci z nazwiskiem Radziwiłłów? Czyż wątek miłości Jana (Delamarsa) i Cecylii mimochodem nie przypomina Nad Niemnem Orzeszkowej? Czyż wreszcie tematyka Kresów nie pozostaje nam wciąż szczególnie bliska?

Non omnis moriar [2]

„Silva rerum” czyli „sylwa”, to pamiątka rodzinna modna swego czasu w szlacheckich kręgach, stanowiąca rodzaj kroniki, biblii domowej czy poetycko-filozoficznej księgi, w której odnotowywano ważne wydarzenia: narodziny, zgony i uroczystości, ale także wysokość posagów, anegdoty, utwory literackie, sentencje, a nawet przepisy kulinarne. Ponieważ w powieści brakuje tradycyjnego zapisu dialogów, a wypowiedzi bohaterów przytacza narrator – udało się autorce upodobnić swoją książkę do szlacheckiej rodowej sylwy. Narwojszowie przywiązują wielką wagę do swojej rodowej księgi. Wierzą w moc zapisanych słów; nota w księdze jest rodzajem świadectwa istnienia. Tylko dlaczego w takim razie zabrakło w niej miejsca dla Jana Kirdeja Bironta – najważniejszej osoby w życiu Urszuli i Kazimierza?

Silva rerum to nie tylko saga rodzinna, ale również pełna epickiego rozmachu opowieść o fenomenie ludzkiego życia. Opowieść o jego naturze: namiętnościach, o walce ze słabościami i o samotności. Ale również o kapryśnej i nieprzewidywalnej Fortunie, o mrocznej, a zarazem wspaniałej epoce. O kruchości człowieka, ale przede wszystkim o jego niezwykłej zdolności do odradzania się i woli przetrwania. O tym, że im bardziej przerażające jest zagrożenie, na tym większy wysiłek potrafi się zdobyć, by przeżyć. Nawet, jeśli taki zamysł nie mieści się w Boskich planach…

Wspaniała powieść. Polecam gorąco!


1 Curriculum vitae – (łac.) przebieg życia
2 Non omnis moriar - (łac.) – „nie wszystek umrę”


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli

poniedziałek, 6 maja 2019

Biografia Józefy Szembekowej - czyli koło fortuny i klątwa "Niebezpiecznych związków"




„Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej” - to książka, która oferuje znacznie więcej, niż sugeruje podtytuł. Nie można było przecież skonstruować portretu tak wyjątkowej arystokratki bez wniknięcia w spory kawałek polskiej historii. Jest to biografia fascynującej kobiety, ale także zaduma nad losem powstańców, zesłańców i bohaterów narodowych i opowieść o dziejach wielkich majątków położonych na Wołyniu i Podolu, które dawno już przepadły w odmętach czasu i w zawirowaniach historii. To opowieść, która skupia się na ukazaniu doli Polaków z Kresów Rzeczypospolitej u schyłku barwnej epoki. To wreszcie saga rodu Moszyńskich, ponieważ autorka dociera do źródeł powstania ich legendarnej fortuny i odkrywa jedną z przyczyn jej spektakularnego upadku.

Przez lata dzieje rodu Moszyńskich niemal zupełnie zostały zapomniane, wystarczyło jednak przeprowadzić kwerendę w muzeach, archiwach i bibliotekach, by okazało się, że ich historia jest unieśmiertelniona w dziennikach i wspomnieniach różnych osobistości, w listach, portretach malarzy (w dziełach Jana Matejki), a także w utworach literackich, bo przecież swój prestiż rodzina zawdzięcza mariażowi z córką słynnej hrabiny Cosel ( którą uwiecznił w swej powieści Józef Ignacy Kraszewski), a ważny epizod z życia rodziny natchnął Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania i dramatu.




Bohaterka książki – Józefa z Moszyńskich Szembekowa była córką niedobranej pary. Jej ojciec – Piotr Moszyński, zesłany za działalność konspiracyjną, przez wiele lat rozdzielony z rodziną, cieszył się niezwykłym autorytetem wśród rodaków, w pewnym sensie imponował nawet samemu carowi. Matka – Joanna Moszyńska, a później Jurjewiczowa - była kobietą słabą i podatną na wpływy. Nie zdołała nie tylko wywiązać się z obowiązków matki i żony, ale także nie uniosła presji środowiska, które w żonach zesłanych patriotów (zwłaszcza tak majętnych) szukało wzorów bohaterskiej postawy, oczekiwało trwania przy mężu i roztaczania opieki nad zesłańcami. Taką protektorką okazała się jedna z najbliższych przyjaciółek domu – Róża z Łubieńskich Sobańska, którą nazywano „Różą Sybiru”. Joanna Moszyńska przez kilka lat starała się, co prawda, o wyjazd do męża, ale gdy w końcu taka możliwość się pojawiła – hrabina zmieniła zdanie. Nie tylko nie wyjechała, ale już zdążyła zaplanować sobie życie z innym partnerem, w dodatku - z oficerem rosyjskich huzarów. Istnieją pewne spekulacje dotyczące udziału i manipulacji pani Wesołowskiej (nauczycielki i damy do towarzystwa) w sprawie połączenia hrabiny z oficerem i właśnie ten motyw zainspirował Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania (oraz jego scenicznej przeróbki). „Noc czerwcowa” jest opowieścią (dramatem), który mówi o miłości, powinności i zdradzie, ale Iwaszkiewicz ukrył prawdziwe imiona swych bohaterów, a poza tym udało mu się wyeksponować uniwersalny dramat człowieka. Nie potępił jednoznacznie hrabiny, uczynił z niej również postać tragiczną, dowodząc, że „każdy człowiek ma swój Sybir”.




Wróćmy jednak do naszej bohaterki. Życie Józefy pod wieloma względami układało się dramatycznie. W dzieciństwie została pozbawiona rodziców (matka pochłonięta była sobą), z ojcem mogła kontaktować się jedynie poprzez korespondencję. Zachowane listy z tego okresu zachwycają kaligrafią - zwłaszcza, gdy dociera do nas, że pisało je kilkuletnie/kilkunastoletnie dziecko, a stają się przejmujące - gdy dowiadujemy się, jakim okrucieństwem nauczycielki zostały okupione. Dzieciństwo i młodość Józefy to w dużej mierze walka rodziców o opiekę nad nią, ponieważ po rozwodzie matka nagle uzmysłowiła sobie własne obowiązki. A może raczej dotarło do niej (nie bez udziału jej nowego męża), że córka jest główną właścicielką fortuny? W tej batalii wygrał ojciec, któremu udało się po ośmiu latach rozłąki sprowadzić córkę do siebie. Mieszkali razem aż do jej zamążpójścia.

Przebywając pod dachem ojca Józefa poznała jego ideały (Piotr Moszyński zadbał o odpowiednie wykształcenie, w jego biblioteczce nigdy nie brakowało patriotycznych, nawet zakazanych książek; przekonujemy się także, że był nowoczesnym rodzicem – podarował przecież córce egzemplarz książki „Niebezpieczne związki” Laclosa). Józefę wkrótce połączyła przyjaźń z innym legendarnym patriotą, żołnierzem powstania listopadowego i zesłańcem, dużo starszym od siebie - hrabią Romanem Sanguszką. Za mąż jednak wyszła niefortunnie (to słowo jest zupełnie na miejscu) za Józefa Szembeka. Kandydat odpowiadał zarówno ojcu i córce, o ile jednak Piotr Moszyński szybko dostrzegł wady zięcia i próbował jakoś zaradzić – Józefa nigdy nie przyjęła słów krytyki, a kolejne ciosy przyjmowała ze stoickim spokojem. Jest w tym jakaś przewrotność losu... Być może pozostała do końca oddaną, lojalną żoną, ponieważ podświadomie chciała postępować zupełnie inaczej, niż jej matka?


Przyznaję, że opowieść o Józefie Szembekowej zachwyciła mnie, a jednocześnie głęboko zaintrygowała. Penie trochę inaczej, niż wynikałoby to z intencji autorki. Doceniam pracę Magdaleny Jastrzębskiej, bo nie można nie docenić godzin poświęconych w archiwach, ale także pięknej polszczyzny i jasnego stylu; mam wielkie uznanie dla pasji, której zawdzięczamy wydobycie Józefy z mroków niepamięci. Jednocześnie jednak – (och!, z pewnością to zasługa Jastrzębskiej, ale także Kraszewskiego, Matejki i Iwaszkiewicza, w pewnym sensie także - Agaty Tuszyńskiej, która swego czasu oddała należne miejsce w literaturze innej Józefie) – zaczęła mnie gnębić myśl, że w całej historii, a przede wszystkim w samej bohaterce – tkwią jeszcze nieodkryte pokłady potencjału literackiego. Sama biografia przecież układa się w gotową konstrukcję fabularną, a wszelkie dramatyczne zwroty w życiu bohaterki musiały generować cały szereg rozterek, które Jastrzębska naświetliła na tyle, na ile pozwoliła formuła biografii. Mogłyby one jednak stanowić doskonały punkt wyjścia do psychologicznej rozbudowy postaci i zaowocować stworzeniem złożonej i niejednoznacznej bohaterki. Cóż by to była za bohaterka!



W głowie kłębi się mnóstwo pytań… Jak się czuło dziecko, któremu wmawiano, że jest upośledzone z powodu rudych włosów? Co przeżywało, gdy chciało przelać całą swoją miłość i tęsknotę do ojca, a nauczycielka po raz dwudziesty darła list i kazała przepisywać na nowo? Jak wyglądało powolne dochodzenie do równowagi i odkrywanie własnej wartości? Czy Józefa kiedykolwiek zrozumiała swoje znaczenie i miejsce w świecie? Dręczy mnie też kwestia: czy rzeczywiście tak łatwo mogła przełknąć powtórny ożenek swego ojca ze swoją rówieśnicą i najbliższą przyjaciółką? Ileż musiało kosztować ją udręki w pogodzeniu się z tą decyzją! A sprawa Sanguszki? Czy niechęć starej matki zrujnowanego hrabiego mogła stać się przeszkodą dla gorącego uczucia? I dlaczego matka raczej nie naciskała na mariaż, skoro Józefa była piękną, inteligentną kobietą, a zarazem najpotężniejszą partią w kraju? Czy młoda dziewczyna doprawdy tak łatwo pogodziła się ze szlachetną rezygnacją swego wybranka? A może wcale nie było tak silnego uczucia? Co sprawiło, że mając tyle pięknych patriotycznych przykładów wokół siebie – Józefa oddała serce zwykłemu lekkoduchowi, który dość przewrotnie, na jej zgubę, zmaterializował się chyba wprost z kart książki „Niebezpieczne związki”?

Podczas lektury "Listy z Kresów..." czytelnik musi sobie odpowiedzieć na wiele podobnych pytań i po głębszym namyśle dojdzie do wniosku, że nie da się na nie w sposób łatwy i przyjemny odpowiedzieć. Właśnie w tych pytaniach i kolosalnych dylematach można odnaleźć psychologiczno-literacki potencjał, który być może kiedyś natchnie kogoś do napisania biografii Józefy Szembekowej pod takim właśnie kątem...

Aleksandra Urbańczyk



Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Joanna Puchalska, Dziedziczki Soplicowa






ŚLADAMI MICKIEWICZA

Czombrów – malowniczy modrzewiowy dwór, z pobielanym gankiem, położony na wzgórzu, między topolami, nad ruczajem. Zagubiony gdzieś między Nowogródkiem, a Świtezią. I jakoś dziwnie znajomy.

Jeśli zastanowimy się, który dworek szlachecki przedstawiony w literaturze w sposób szczególny przypadł Polakom do serca serca - pomyślimy o Soplicowie. Nie wszyscy jednak wiedzą, że pierwowzorem mitycznego Soplicowa był Czombrów, który posiadał duszę i niezwykłą przeszłość. Dwór przez wieki był świadkiem historycznych wydarzeń (przemarsz wojsk napoleońskich, procesy i zajazdy szlacheckie, wojny). Przez jakiś czas był związany z rodziną Mickiewiczów. Wieszcz zapewne często tu gościł i fascynował się historią, gdyż osnowa „Pana Tadeusza” mocno opiera się na czombrowskich realiach.

Czy rzeczywiście „Pan Tadeusz” ukazuje losy ostatniego szlacheckiego pospolitego ruszenia? Otóż jednak nie, gdyż jak dowcipnie wyraził się w wywiadzie Ryszard Ordyński (polski reżyser teatralny i filmowy) - ostatni „zajazd na Litwie” miał miejsce w 1928 roku, kiedy Czombrów przez miesiąc oblężony był przez ekipę filmową (z plejadą gwiazd polskiego niemego kina), wykonującą plenerowe ujęcia do ekranizacji „Pana Tadeusza”, a także tłumy okolicznych sąsiadów, którzy ze wzruszeniem przyglądali się przedsięwzięciu. Mieszkańcom przydzielono role statystów, w filmie także uwieczniono w stroju sarmackim samego właściciela dworu, Karola Karpowicza.

Film (którego premierę oglądał prezydent Ignacy Mościcki oraz marszałek Józef Piłsudski) przyczynił się do wzmożonej popularności Czombrowa. Przed wojną dwór zostaje oficjalnie włączony w trasę szlaku turystycznego prowadzącego „śladami Mickiewicza”, a tłumy wycieczek stały się stałym elementem krajobrazu. Pojawiła się konieczność wyznaczenia przewodnika. Ta odpowiedzialność spada na synową właścicieli, której zadaniem było od tej pory oprowadzanie gości „po Soplicowie”.

16 maja 1943 roku partyzanci sowieccy podkładają ogień we wszystkich narożnikach dworu. Płonie Czombrów, płoną wszystkie polskie dwory w okolicy. To koniec pewnej epoki. Maria Karpowiczowa, ostatnia dziedziczka, ma zaledwie kilka minut, by wyjść z domu i zabrać przedmioty, które chce ocalić. Ratuje dworskie archiwum.

***

Joanna Puchalska (z zawodu historyk) jest prawowitą właścicielką i spadkobierczynią ocalonych dokumentów. Dorastała słuchając rodzinnych „czombrowskich” opowieści. Wielokrotnie wyjeżdżała za wschodnią granicę, szukając śladów majątku, porównując szczegóły topograficzne z „Panem Tadeuszem” w ręce. Była autorką cyklu audycji w radiowej Jedynce: „Droga do Soplicowa”. Współpracowała z Filmoteką Narodową przy rekonstruowaniu filmu Ryszarda Ordyńskiego i rozszyfrowywaniu sekretów, które kryły w sobie poszczególne ujęcia. W 2012 roku, z okazji repremiery tego filmu zorganizowała wystawę porównującą zdjęcia Czombrowa z kadrami filmu. Wreszcie postanowiła napisać książkę, która stałaby się połączeniem i podsumowaniem wszystkich projektów i która z pewnością potraktowana została jako wypełnienie życiowej misji.

Archiwa dworskie pozwoliły prześledzić życie codzienne mieszkańców dworu na przestrzeni kilku stuleci. Książka przedstawia losy kilku pokoleń właścicieli dworu, przy czym akcent położony jest na doniosłej roli, jaką spełniały czombrowskie kobiety.

Trudno ogarnąć w zwięzłej recenzji wszystkie aspekty książki. Przede wszystkim prawdziwe wzruszenie budzi poznawanie życia polskiej szlachty osiadłej w okolicach Nowogródka i jednoczesne uświadamianie sobie, jak wiele z tych wydarzeń odbiło się echem w mickiewiczowskim poemacie. Książka zawiera wiele niespodzianek, wędrując „soplicowskimi” ścieżkami spotkamy fascynujące osobistości, między innymi matkę chrzestną Mickiewicza (ówczesną właścicielkę Czombrowa) oraz słynnego filozofa i teoretyka fotografii – Jana Bułhaka, bliskiego kuzyna Karpowiczów.

Klimat książki tworzą nie tylko rodzinne wspomnienia, ale także zdjęcia pochodzące z cudownie ocalonego archiwum. Z fotografii spoglądają na nas kolejni właściciele Czombrowa, ich goście (także ekipa filmowa). Zobaczymy inne wartościowe dokumenty: fragmenty dworskiego inwentarza, spis poddanych zobowiązanych do pańszczyzny, notatkę sporządzoną dla ekonoma Mateusza Majewskiego (dziadka Mickiewicza), a nawet odręcznie pisane przepisy, pochodzące z dworskiej „książki kucharskiej”.

„Dziedziczki Soplicowa” to niezwykła książka, która jest nie tylko kroniką rodzinną. Stanowi barwną i rozległą panoramę życia polskiego społeczeństwa na Kresach, a jednocześnie pozwala zajrzeć za kulisy powstawania najsłynniejszego poematu narodowego. Z pewnością jest to idealny prezent dla Polaków, który pomoże w sposób bardziej świadomy uczestniczyć w obchodach 180. rocznicy wydania „Pana Tadeusza”. Z całą pewnością zachęci do ponownego sięgnięcia po poemat i skonfrontowania go z nowymi faktami.

Aleksandra Urbańczyk


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli



sobota, 25 października 2014

"Magdulka i cały świat" - Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego





ODYSEJA POLSKA

„Co mnie zafascynowało w biografii Kieżuna? Wszystko! Bo jest ona niezwykła, nawet przyjmując za oczywiste, że biografie polskich inteligentów z tzw. pokolenia Kolumbów, w porównaniu z biografiami ich rówieśników z innych krajów europejskich, są wyjątkowe. A historia Kieżuna jest niebywała nawet na tle tych polskich i niebanalnych. Nie wiem, czy wielu jeszcze żyjących polskich inteligentów ma za sobą tak bogatą przeszłość, jak on”. Robert Jarocki

Robert Jarocki to autor, który poświęca sporo czasu i wysiłku na poznanie i prezentację ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją i nietuzinkowym życiorysem. W swoich opracowaniach skupia się na ich działalności politycznej i naukowej, relacjach ze znanymi osobistościami i emocjonalnych związkach z Polską. Biografie opracowane przez niego charakteryzują się dogłębną analizą dokonaną na podstawie rozmów, dokumentów i wspomnień i pozwalają poznać bohatera, klimat czasów, w których żyje, a przede wszystkim uświadamiają i pozwalają docenić rangę ich zasług dla kraju i kultury. „Magdulka i cały świat” to wywiad-rzeka z profesorem Kieżunem, wybitnym naukowcem i człowiekiem należącym do grona niepodważalnych autorytetów.

Witold J. Kieżun jest profesorem nauk ekonomicznych, przedstawicielem polskiej szkoły prakseologicznej, teoretykiem zarządzania (uznanym za światowego specjalistę, a nawet guru w tym zakresie); żołnierzem AK, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, więźniem sowieckich gułagów, pracownikiem misji ONZ, wykładowcą (m.in. na Temple University w Filadelfii, na Uniwersytecie w Montrealu, na Akademii Leona Koźmińskiego); humanistą i modelowym przykładem człowieka renesansu, posiadającego wszechstronne zainteresowania, wykształcenie i wiedzę.

Książka o profesorze Kieżunie to ujęta chronologicznie historia jego życia od dzieciństwa, przez udział w walkach powstańczych, po karierę naukową, ukazująca podróże, pasje i przyjaźnie, związki ze znanymi i cenionymi ludźmi. Opowieść zaczyna się relacją dotyczącą najwcześniejszych dziecięcych wspomnień, za sprawą barwnej narracji zostajemy przeniesieni w czasie, pogrążając się w klimacie i specyfice wschodnich kresów II Rzeczpospolitej. Sama historia rozgałęzionej i licznej rodziny jest niezwykle ciekawą i dobrze udokumentowaną sagą, której korzenie sięgają XII wieku. Poznajemy środowisko, z jakiego profesor się wywodzi i czynniki, które wpłynęły na kształtowanie jego charakteru. Dowiadujemy się także, jakie znaczenie miała posiadłość ziemska w Magdulce nie tylko dla młodego Witolda, lecz także dla kilku pokoleń rodziny Gieysztorów i Bokunów.

Po śmierci ojca Witold wraz z matką przenosi się do Warszawy, gdzie zastaje go wybuch II Wojny Światowej; poznajemy jego wojenne losy, studia w warunkach konspiracji, udział w Powstaniu, zasługi i okoliczności zdobycia odznaczeń: Krzyża Walecznych oraz Virtuti Militari. Wojenne dokonania i członkostwo w AK zostały skrzętnie odnotowane w odpowiednich aktach i na długie lata zahamowały i utrudniły karierę naukową Kieżuna, a także sprowadziły na niego polityczne represje. W roku 1945 rozpoczęła się jego tułaczka po sowieckich łagrach, czego omal nie przypłacił życiem. Po wojnie rozpoczął studia prawnicze i podjął pracę w NBP. Poznajemy historię jego trudnej i wyboistej kariery w PRL (przypomnimy sobie smak komunistycznych absurdów), a potem dla kontrastu prześledzimy sukcesy osiągane błyskawicznie za granicą. Poznamy uniwersytety, na których wykładał i ludzi, z którymi pracował. Wreszcie dowiemy się, na czym polegała jego misja w Afryce Środkowej, na którą został wysłany z ramienia ONZ oraz jak wyglądały jego związki z polską władzą i politykami współczesnymi…

Życie profesora jest niezwykle barwne, książkę czyta się trochę jak powieść przygodowo-podróżniczą: poznamy okolice Wilna i Nowogródka (zawędrujemy aż nad Świteź), przedwojenny Żoliborz, Warszawę z okresu okupacji i Powstania, powojenny Kraków, obozy sowieckie (Krasnowodsk, pustynia Kara-Kum, Uzbekistan), ponownie wrócimy do Warszawy, a potem przeniesiemy się do Francji, USA, Kanady, Burundi, Rwandy i Burkina Faso… Miejsca zmieniają się jak w kalejdoskopie. Życie napisało profesorowi niezwykły scenariusz, zadbało o dynamizm i zaskakujące zwroty akcji. Śledząc losy naszego bohatera czasem mamy wrażenie, że trzymamy w ręce gotowy scenariusz filmowy, co jest zasługą obrazowej i działającej na wyobraźnię narracji, ale także przemyślanego układu rozdziałów. Poznajemy losy Witolda Kieżuna wplecione w nurt historii jak w kolejnych odsłonach teatralnego spektaklu, ze zmieniającymi się dekoracjami i rekwizytami.

„Magdulka i cały świat” to książka dość obszerna, ale jej styl i forma powodują, że czyta się ją szybko, a lektura pochłania od pierwszych stron. Jarocki jest profesjonalnym reporterem, który panuje nad żywiołem rozmowy, a czytelnika uderza krystalicznie czysta logika zdarzeń; trzyma się wytyczonego szlaku i nie zapuszcza w zbędne wątki poboczne i dygresje. Reporter nie pełni wyłącznie roli słuchacza, jest starannie przygotowany, przytacza opinie uczonych i naocznych świadków wydarzeń, czasem polemizuje – nadaje rozmowie odpowiednią oprawę. Z drugiej strony profesor Kieżun, który jest dydaktykiem, „wykłada swobodnie, dowcipnie, niekiedy porywająco, cechuje go świetna dyscyplina słowa mówionego; nie ma w sobie nic z tradycyjnej profesorskiej pozy i wyniosłości” – okazuje się równie wybornym gawędziarzem. Jego wspomnienia śledzi się z prawdziwą przyjemnością, tym bardziej, że rozmowa jest interesująca i dynamiczna, a styl wypowiedzi zachwyca piękną polszczyzną i elegancką frazą. Nie zabrakło oczywiście tego, co dodaje biografiom szczypty pikanterii – anegdot oraz faktów (nawet buduarowych) z życia ważnych osobistości. Ważnym aspektem książki jest jej przystępność, nawet rozdziały dotyczące kariery naukowej nie stanowią suchego wywodu i pozostają dla laika (który nie ma pojęcia o prakseologii) zupełnie zrozumiałe.

„Magdulka i cały świat” to nie tylko wywiad i autobiografia wybitnej osobistości. To epopeja narodowa, spełniająca wszystkie cechy tego gatunku. Czytelnik poznaje szeroką panoramę polskiego społeczeństwa i spory fragment najnowszej historii Polski. Bohater książki jest reprezentatywnym przedstawicielem mitycznego niemal pokolenia, ponad życie ceniącego honor i ojczyznę; uwikłany jest w ważkie wydarzenia, często nie z własnej woli, raczej porwany w wir rozpędzonej historii. Wielkie wydarzenia i kruchość ludzkiego życia… Nieuchronna, tajemnicza siła, która kieruje losami tysięcy ludzi i ogranicza możliwość wyboru, do złudzenia przypomina starożytne greckie Fatum, a zmagania profesora przywodzą na myśl analogiczne perypetie antycznych bohaterów. Ta książka to odyseja polskiego uczonego i patrioty.

Co w postaci i sylwetce profesora Kieżuna budzi największy szacunek? To, że przez całe życie, pełne przeciwności i tragicznych zrządzeń losu, potrafił zachować idealizm, ufność i wiarę w ludzi. Jego książka przybliża nie tylko etos Powstania, przypomina także podniosły nastrój i nadzieję, jaką zrodził w ludzkich sercach ruch „Solidarności”, a profesor powraca do źródeł jej ideologii, inspirowanej nauką Jana Pawła II, kształtującą „moralny wymiar relacji międzyludzkich w procesie pracy”.

Witold Kieżun jest człowiekiem, który szuka we wszystkich wydarzeniach jasnych stron i czerpie z nich swoją moc. Zapytany o to, czy żałuje czegoś w swoim życiu, odparł, iż omal nie został ministrem w pierwszym niekomunistycznym rządzie wolnej Polski i żałuje, że do tego nie doszło. Robert Jarocki kwituje: „A ja uważam, że całe szczęście. (…) Gdyby był ministrem, doznałby wielu rozczarowań, a może i upokorzeń. A tak może się cieszyć sławą wielkiego guru od zarządzania. Z ministrami we wszystkich ustrojach jest bowiem tak, że muszą mieć skórę słonia. On jej nie ma. Z mojego punktu widzenia szkoda by było Kieżuna na ministra”. Trudno się z tymi słowami nie zgodzić…

Wygląda na to, że ISKRY to jedno z najważniejszych wydawnictw na polskim rynku książki w ostatnich latach, a „Magdulka…” jest najważniejszą książką, jaką w ostatnim czasie przeczytałam. Szkoda by było, gdyby nie zaistniała tak szeroko, jak na to zasługuje. Polecam gorąco!

Aleksandra Urbańczyk 

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli

sobota, 18 października 2014

Tadeusz Konwicki, Bohiń




Bohiń – dawna gmina wiejska w województwie nowogródzkim, obecnie Białoruś. Podupadły dworek, na północ od Niemna, parę lat po powstaniu styczniowym. Bohaterowie: Helena i jej ojciec, gospodarujący w podupadłym dworku. Ludzie sobie najbliżsi, a jednocześnie dalecy, każdy pogrążony we własnej żałobie. Schyłek lata i schyłek pewnej epoki...

Wileńszczyzna… znajome z literatury motywy i klimaty…Wspomnienia wielkich i tragicznych wydarzeń jeszcze żywe...Groby powstańców nie zdążyły zarosnąć chwastami, a łzy kobiet nie całkiem obeschły… Za parę lat znowu przetoczy się tędy nawałnica dziejów…ziemia już ją przeczuwa.

Konwicki użyczył sobie motywu, jak się okazuje bardzo mu bliskiego i wykorzystał, by przedstawić sylwetkę swej babki – Heleny Konwickiej. A może stało się zupełnie odwrotnie. Pod pretekstem ukazania domniemanych losów babki, pokazał czar ziemi utraconej…W każdym razie Helena stała się symbolem losów kobiet Wileńszczyzny - osieroconych, owdowiałych, przeżywających śmierć ukochanego mężczyzny, uwikłanego w tragiczne wydarzenia. Pisarz tworząc swoją baśń – nie baśń, oddaje hołd tym wszystkim tajemniczym, zapomnianym w mroku dziejów, zagubionym na krańcu świata, przeżywającym codzienne troski, namiętności, tragedie i zwątpienia kobietom. 

W powieści odnajdujemy liczne tropy, wiodące do znanych motywów literackich. Czyż Korsakow to nie symbol wszystkich „zdrajców”, zaprzedanych szlachciców polskich, przysłużonych carowi, którzy nie radząc sobie z sumieniem naprzykrzają się sąsiadom i chcą wkraść w ich łaski? Czyż stary furman, ludowy filozof, to nie archetyp wiernego sługi, przepełnionego mądrością ludową i pełnego zabobonów? Czy Plater to nie echo Różyca? Czy ksiądz Siemaszko zesłany do Bujwidz za swą działalność to nie nawiązanie do księdza Robaka? A sąsiedzki najazd Korsakowa to nie symbol najazdu Moskali z polskiej epopei? 

Dla mnie „Bohiń” to … sen. Sen pisarza o jego babce, a może nawet sen samej Heleny Konwickiej…a skoro to nocny majak, to powieścią rządzą pewne prawidła. Nie może dziwić postać małego Piłsudskiego, który pojawił się na leśnej drodze; nie może dziwić syn najsławniejszego poety rosyjskiego – Puszkina w gościnie u Heleny; a stary sługa może osiągnąć matuzalemowy wiek, czemu nie?

„Bohiń” to też historia mezaliansu, tragicznego uczucia. Opowieść o mężczyźnie, który przez świat wiózł swą miłość dla ukochanej. Opowieść o kobiecie, której wymyka się czas…
Sennie toczy się historia, niespiesznie. Jak przejażdżka rozklekotaną bryczką, z trudem brnącą w piachu polnej drogi, to znów przyspiesza i zakręca, jak nurt Wilii, rzeki w majątku pięknej Heleny… Powieść napisana eleganckim językiem, a jej atutem jest wachlarz emocji, które targają bohaterami, które przetaczają się jak nawałnica, skrzą jak wisząca ciągle w powietrzu obietnica burzy…

Powieść Konwickiego to jednak też baśń. Opowieść o utraconych, niemal mitycznych, ważnych dla naszego narodu ziemiach, które autor w ślad za wielkimi literatami opiewa. To wzruszająca podróż w mroki dziejów, w którą dajemy się porwać, a którą autor nagle drastycznie przerywa…

„- I co dalej?
- Nic. Koniec. Ostatnia kropka. Potem już tylko okładka.” 


Aleksandra Urbańczyk


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...