środa, 14 września 2016

Hieronim Tukalski-Nielubowicz, Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944,





Im bardziej poznaję twórczość Marii Rodziewiczówny, tym mniej jestem skłonna wierzyć krytykom literatury z czasów PLR-u, którzy uznali jej twórczość za literaturę brukową, mało ważną na tle epoki i wymieniali ją gdzieś w podręcznikach w przypisach jednym tchem z Heleną Mniszkówną. Im więcej czytam książek Rodziewiczówny, tym bardziej jestem skłonna uznać ją za pisarkę ważną dla historii literatury polskiej.

Jeśli wartość i aktualność twórczości pisarza mierzyć jego poczytnością to nie jest źle. A nawet jest bardzo dobrze. Rodziewiczówna jest wydawana w ogromnych nakładach (vide seria wydawnictwa Edipresse) i nadal czytana. Siedemdziesiąt parę lat po śmierci pisarki jej powieści nadal znajdują czytelników, a poprzez owe masowe nakłady książek, które można dzisiaj kupić w kioskach z gazetami, można ją wręcz uznać za pisarkę współczesną, ważną dla odbiorcy Anno Domini 2016. A któż z jej współczesnych dostąpił jeszcze takiego zaszczytu? Na pewno Henryk Sienkiewicz. Na pewno, tak, tak, nie krzywcie się, Helena Mniszkówna. Ale dalej jest już gorzej. Reymont? Może. Żeromski? Dla wytrwałych. Zapolska? Eee, bez przesady. Wyspiański? Rostworowski? Proszę mnie nie rozśmieszać! Nie mówiąc już o pisarzach wyłącznie dla koneserów, jak np. Tadeusz Miciński, słynny swego czasu autor „Nietoty”. Słyszał ktoś o nim? Nie widzę, nie słyszę… A Rodziewiczównę ludzie czytają. No i dobrze.

Właśnie przeczytałam ostatnią książkę z serii wydawanej przez Edipresse. Jest to opublikowana po raz pierwszy biografia Marii Rodziewiczówny, której autorem jest chrześniak pisarki, spokrewniony z nią Hieronim Tukalski-Nielubowicz. Jego praca powstała w oparciu o osobiste wspomnienia, opowieści krewnych i znajomych, prasę z epoki i obszerną korespondencję Rodziewiczówny. Tukalski-Nielubowicz tuż po II wojnie zainicjował zbieranie wszelkich materiałów dotyczących pisarki i w ten sposób powstało prywatne archiwum związanych z nią pisemnych relacji, listów i wycinków prasowych. Biografię autorki „Dewajtisa” zaczął pisać w 1956 roku, a skończył w roku następnym. Rękopis został przejrzany i poprawiony w 1971 roku i do tej pory leżał w szufladzie, w posiadaniu rodziny autora, który zmarł w roku 1972.

Jaka Rodziewiczówna wyłania się z tej książki? Autor opisuje jej dramatyczne życie w porządku chronologicznym, za ramy czasowe przyjmując dwa polskie powstania: styczniowe w 1863 roku i warszawskie w roku 1944. Maria urodziła się w 1864 roku w rodzinnym majątku Pieniuha pod Grodnem jako najmłodsze dziecko Amelii z Kurzenieckich i Henryka Rodziewicza herbu Łuk. Tuż po urodzeniu została rozdzielona z rodzicami, którzy za pomoc powstańcom w przechowywaniu broni zostali zesłani na Sybir. Zabrali ze sobą starsze dzieci, a najmłodszą Marysię pozostawili pod opieką dziadków ze strony matki. Dziadkowie wkrótce zmarli i dzieckiem zaopiekowała się jakaś ciotka. Rodzice wrócili z zesłania, kiedy Marysia miała 7 lat. Cała rodzina zamieszkała w Warszawie, bo ich majątek został skonfiskowany przez władze carskie. Było biednie, głodno i chłodno, ojciec pracował jako zarządca jednej z kamienic warszawskich, nie było pieniędzy na codzienne życie. Los Rodziewiczów poprawił się nieoczekiwanie, kiedy dostali w spadku majątek Hruszowa na Polesiu. Stać wtedy już ich było na porządną edukację dzieci i tym to sposobem Marysia znalazła się na pensji sióstr niepokalanek w Jazłowcu. Dość krótki pobyt na pensji to była cała regularna edukacja przyszłej pisarki (nie licząc późniejszych licznych lektur). Po trzech latach musiała wracać do domu, by pomóc matce zarządzać majątkiem po śmierci ojca.

Kiedy została w Hruszowej jako główna gospodyni, w jej życiu stało się coś, co spowodowało porzucenie tradycyjnego damskiego stroju i przebranie się w odzież męską, którą nosiła do końca życia. Ta decyzja jest różnie interpretowana. Jedni badacze życia pisarki (także autor tej książki) łagodzą problem, starając się nie widzieć w tym żadnej sensacji. „Męski strój był wygodniejszy do pracy w charakterze zarządzającej majątkiem rolnym, wygodniej było w nim jeździć konno po polach” – taka wersję przedstawia Tukalski-Nielubowicz. Współczesne badaczki z kręgów feministycznych dopatrują się w tym jakiś aktów lesbijskiej deklaracji (tym bardziej, że Rodziewiczówna całe życie była panną, nigdy nie wyszła za mąż i miała bardzo bliskie, wręcz serdeczne związki z przyjaciółkami).

Ktoś tam pisze, że to był podobny akt rozpaczy przeciwko męskiemu patriarchalizmowi jak w przypadku szalonej poetki Marii Komornickiej, która w drugiej połowie życia chodziła w męskich ciuchach i uważała się za Piotra Własta Odmieńca. Trudno jest dziś to osądzić. Mnie ten akt wyboru męskiej powierzchowności przez Marię kojarzy się z dawną Albanią. Był tam taki zwyczaj, że kiedy nie było męskiego następcy do objęcia schedy po rodzicach, jego rolę przyjmowała jedna z córek, która poświęcała się dla rodziny, nie wychodziła za mąż, ubierała się po męsku i była przez całą społeczność traktowana jak mężczyzna. Takie damy typu hic mulier przebrane za mężczyzn spotykano w Albanii jeszcze w XX wieku. Czyż nie mogło tak być z Rodziewiczówną? Niezależnie od jej preferencji seksualnych, które zresztą nie są zupełnie istotne, jeśli chodzi o odbiór jej powieści. Moim zdaniem, pisała bowiem tak, jakby całe życie chodziła w koronkach i falbankach, a nie w garniturze z samodziału. I na tym na razie zakończmy tę sprawę!

A więc młoda Maria zarządza Hruszową. Potrzebuje pieniędzy nie tylko na sprawy bieżące, ale także na spłatę rodzeństwa. Postanawia zarabiać dodatkowo. Zaczyna pisać i drukować. Dostaje pierwsze honoraria. Bierze udział w konkursie literackim zorganizowanym przez pismo dla kobiet „Świt” redagowane przez Marię Konopnicką i wygrywa go. W 1886 roku jej „Straszny dziadunio” jest drukowany w odcinkach w tym periodyku. A potem rozkręca się na całego. Pisze dużo i szybko, od razu na czysto, nie poprawiając i nie zmieniając niczego. Nie cyzeluje treści, nie wygładza zdań. Czasem chyba nawet nie czyta całości przed oddaniem do druku. Ale jest pisarką bestsellerową. Jej powieści są rozrywane przez czytelników, a wydawcy kupują je od niej „na pniu”. Recenzje są entuzjastyczne. Stefan Żeromski pisze w dziennikach, że jest gotów całować ręce Rodziewiczówny za „Dewajtis”. Czasem zaczynają już drukować początek, choć reszta jeszcze nie została napisana. Powstaje tych powieści kilkadziesiąt. I są to te właśnie tytuły, które literacka publiczność czyta do tej pory.

Co z życiem? Umiera matka Rodziewiczówny, a ona dalej dzieli swoje życie na część gospodarczą i literacką. Z tym, że literatura ma zarobić na majątek w Hruszowej. W końcu wszystkie długi zostają spłacone, Rodziewiczówna żyje oszczędnie, w sensie ekonomicznym mogłaby w końcu wyjść na prostą. Ale nadchodzi I wojna światowa i wielka wędrówka ludów na wschód. Przychodzą Niemcy. W Rosji zaczyna się rewolucja. Potem jest wojna polsko-bolszewicka. Nie można mieszkać w Hruszowej, trzeba uciekać. Rodziewiczówna wraz z przyjaciółką Jadwigą Skirmunttówną jadą do Warszawy. Po przejściu bolszewickiej nawały wracają na Kresy. W międzyczasie Rodziewiczówna działa w rozmaitych komitetach społeczno-politycznych, pomaga w szpitalach, organizuje pomoc dla Lwowa walczącego z Ukraińcami. A w Hruszowej po raz kolejny trzeba wszystko odbudowywać. Nie sprzyja temu panujący w Polsce klimat. Rodziewiczówna nie jest zadowolona z nowej, wymarzonej, polskiej wolności. Drażnią ją głupie przepisy prawne, męczą liczne podatki, nie może dogadać się z urzędnikami nie rozumiejącymi kresowej specyfiki. Ale jest czynna, walczy. Buduje kolejny kościół w sąsiedztwie, załatwia od władz kościelnych relikwie świętego Andrzeja Boboli dla ołtarza w nowej świątyni (później skradnie je jakiś bolszewik w czasie rewizji, myśląc że to jakieś klejnoty).

Jesienią 1939 roku, po wejściu bolszewików, znów ze Skirmunttówną opuszczają Hruszową, tym razem na zawsze. Z fałszywymi niemieckimi dokumentami stare kobiety przekradają się przez zieloną granicę radziecko-niemiecką na Bugu i dostają się do Warszawy, gdzie przebywają do końca wojny. Kiedy wybucha powstanie warszawskie Rodziewiczówna ma już 80 lat i jest bardzo chora. Udaje się jej przeżyć powstanie, umiera już po wyjściu z Warszawy w listopadzie 1944 roku.
W opowieść o Rodziewiczównie autor wplótł masę dygresji i ciekawostek związanych z życiem na Kresach, a także z historią II wojny światowej. Pisał o tym częściowo z autopsji. Mam wrażenie, że prawie połowa książki to opowieść o pisarce przeplatana wspomnieniami własnymi autora. Taka biografia pomieszana trochę z autobiografią. Tukalski-Nielubowicz jest skromny, nie wysuwa się na pierwszy plan, ale często wspomina o „chrześniaku” (czyli o sobie), relacjonując własne kontakty z Rodziewiczówną i ludźmi ją otaczającymi. Ponieważ był z wykształcenia agronomem (prowadził wzorcowy majątek rolny na Polesiu), więc często służył jako doradca pisarki, zwłaszcza w sprawach hodowli zwierząt, w której się specjalizował.

Do książki dołączony jest tekst testamentu pisarki, która zapisuje w nim Hruszową krewnemu ze strony ojca, a prawa do swojej spuścizny literackiej swej przyjaciółce Skirmunttównie. Jednak już po spisaniu ostatniej woli Rodziewiczówna miała ochotę zmienić testament i przeznaczyć Hruszową na siedzibę szkoły dla polskiej szlachty zagrodowej na kresach. Wiele o tym myślała, wahała się, co robić, bo trwała przecież wojna. A ona, wieczna optymistka, miała już plany na „po wojnie”. Sprawa rozwiązała się sama. Pałac w Hruszowej został spalony przez okolicznych chłopów jeszcze w czasie niemieckiej okupacji Polesia. Został tylko dąb zwany Dewajtis i budynki gospodarcze. Węgierski wartownik zastrzelił starego pracownika Rodziewiczówny, który do końca nie opuścił majątku i do końca go pilnował, choć Niemcy uznali Hruszową za niemieckie dobro państwowe. Tak oto pisarka dwa razy straciła dom i dziedzictwo: raz jako niemowlę i drugi raz, stojąc już nad grobem.

Książka Tukalskiego-Nielubowicza napisana jest błyskotliwie i brawurowo. Czyta się ją bardzo dobrze, a jej lekki styl jest taki, jakby napisała ją sama Rodziewiczówna. Ta biografia zachwyciła mnie i trzymała w napięciu od pierwszej strony do ostatniej.

Uważam jednak, że to nie powinno być ostatnie słowo, jeśli chodzi o życie i twórczość Marii Rodziewiczówny. Może ktoś powinien porządnie i naukowo opracować jej biografię, bo na razie mamy do wyboru trzy: Jana Głuszeni, Jadwigi Skirmunttówny i omawianą tutaj pozycję (i opracowanie Anny Martuszewskiej o twórczości pisarki). Ale one jeszcze nie wyczerpują całości materiału. Rodziewiczówna jest wciąż wielką enigmą, jeśli chodzi o jej życie osobiste, które było niezwykle barwne i fascynujące. Na kanwie jej biografii mogą powstać kolejne książki, a może nawet film z epoki?

Tak wyglądała Maria Rodziewiczówna u schyłku życia, w czasie powstania warszawskiego:
Maria Rodziewiczówna podczas Powstania Warszawskiego - YouTube

Tukalski-Nielubowicz Hieronim, „Życie Marii Rodziewiczówny. Od powstania styczniowego 1863 do powstania warszawskiego 1944”, wyd. Edipresse, Warszawa 2014


Alicja Łukawska
 

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

niedziela, 11 września 2016

Tropem Ratoldów cz. 5 - Jodłownik, Ołobok


Herb Hołobok, autor: Bastian
Około 18 lm na południe od Kalisza znajduje się wieś Ołobok, a w niej ulica Rycerza Ratułdy. A oto co znalazłam na stronie szkoły w Ołoboku:


Najstarsza wzmianka o Ołoboku pochodzi z roku 1207, znajduje się w Kronice Jana Długosza.

Wtedy to Henryk Kietlicz, arcybiskup gnieźnieński, konsekrował w istniejącym tutaj kościele na biskupa wrocławskiego Wawrzyńca herbu Doliwa. Rok ten przyjęty został jako symboliczny początek istnienia wsi Ołobok.

Zapisek ten sugeruje wyraźnie, że osadnictwo musiało istnieć tutaj już wcześniej, skoro był kościół. Przez ten rejon przechodziły szlaki handlowe, m.in. bursztynowy, po którym prowadzono handel od czasów rzymskich. W pobliskim Sławinie odkryto np. pozostałości pieców hutniczych z początków naszej ery.


Jednak na poły legendarne początki Ołoboku dotyczą okresu jeszcze wcześniejszego niż 1207 r. Związane są z postacią rycerza Ratułda, towarzyszącemu Bolesławowi Krzywoustemu w roku 1109 podczas jego wyprawy przeciwko Pomorzanom. Wg legendy, Ratułd przechadzając się nad rzeczką Ołobok, ujrzał łososie skaczące nad taflą wody i jednego z nich przeciął toporkiem na pół. Książę Bolesław uznał to za dobry znak przed czekającą ich bitwą. Po rzeczywiście wygranej przez Polaków bitwie otrzymał Ratułd liczne dobra w tej okolicy i przyjął herb z wizerunkiem przepołowionego łososia, który to herb do dzisiaj uznawany jest za nieoficjalny symbol wsi Ołobok.[link]
Herb Hołobok to pół łososia srebrnego od głowy w polu czerwonym, głową do góry, grzbietem w lewo obróconego. W klejnocie taki sam łosoś między dwiema trąbami.Wśród herbownych m. in. Ratuld.
  
Autorzy Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński podają, że "Ołobok, wieś klasztorna panienek cysterek, o 2 mile od Kalisza odległa (...) Dokładają do tego niektórzy, żeby ten grunt miał być pierwej niejakiego Ratułda Rycerza, który był także herbu rzeczonego Hołobok: ale gdy mu dano nagrodę słuszną, ustąpił stamtąd."

Mniej rycerski okazał się w rzeczywistości ten rycerz, niż głosi legenda :)


 

Bartosz Paprocki podaje wersję herbu Hołobóg, potwierdza sprawę fundowania klasztoru cysterek i wykupu ziemi od rycerza Ratułda, łososie pozostawiając, podobnie jak Michał Baliński i Tymoteusz Lipiński, legendom. 



malował Adam Jońca

Natomiast strona Płocka podaje inną wersję legendy:
 

Hołobok.Legenda tak mówi o początku tego herbu. Gdy Bolesław Krzywousty w roku 1109 walczył z Pomorzanami, w okolicy Bydgoszczy przekraczał Brdę, która wtedy nosiła nazwę Hołobok. W wodzie zauważono płynące łososie, jeden z rycerzy imieniem Ratułd tak celnie rzucił toporem w rybę, że ją przepołowił. Władca uznał to za dobry znak i kiedy na drugi dzień pokonał wrogów, nadał rycerzowi herb z połową łososia. Godło na pamiątkę rzeki nazwano Hołobokiem.[link]
 
Jodłownik, źródło



Historia wioski Jodłownik oraz kultu religijnego sięgają swoimi korzeniami do średniowiecza – do XIV wieku. Według źródeł historycznych, już pierwsze wzmianki o Jodłowniku spotykamy w 1361 roku. Mówią one o wiosce już istniejącej. Z przekazów źródłowych dowiadujemy się, że pierwszym właścicielem Jodłownika był niejaki rycerz Mikołaj, z rodu Ratułdów (Szeliga). Później na wskutek różnych wydarzeń dobra jodłownickie przechodzą w posiadanie Jakuba Lubomirskiego. 
Wieś Jodłownik jest położona o ok. 6 km od Skrzydlnej.
Rycerz Mikołaj, z rodu Ratułdów herbu Szeliga - herb podobny do herbu Ratułt [TUTAJ], wśród herbownych Ratołd (a nie Ratułd), zaś przy opisie herbu Ratułt [TUTAJ] mamy herbownych o nazwiskach:  Ratold, Ratuld i Ratułt oraz wzmiankę: z racji podobieństwa często mylony z Szeligą.

Herb Ratułt, autor: Bastian
Graficzna wyszukiwarka herbów podaje, że:
Staropolski herb szlachecki. Na czerwonym polu srebrna półtoczenica nad nią srebrny krzyż kawalerski.
Występuje w ikonografii w Skrzydlnej (pieczęć Ratolda z 1433), w kościele dominikanów w Krakowie, oraz Książu Małym. Herbarz Złotego Runa identyfikuje go jako Szeliga. Herb mylnie identyfikowany z herbem Osorya. (podałam tak TUTAJ, faktycznie żaden Ratułt, Ratold, czy Ratold nie jest herbownym Ossoryi)
Rodziny należące do herbu Ratułt z odmianami: Ratułd, Ratułt, Ratold, Ratuł. Herb zaginął w XVI wieku a rodziny zaczęły pieczętować się innymi herbami.[link]
Herb występował w średniowieczu. Zaginął według Szymańskiego w XVI wieku. Niesiecki podaje, że używająca go można rodzina Ratuldów za jego czasów już dawno wymarła. [link]

Herb Ratułt wygląda również tak:

Ratuł
Autorzy Herbarzy wzajemnie sobie zaprzeczają, czyli sprawa nie jest prosta. Szczególnie, że minęło wiele lat i współcześnie herbów nie używamy, a także oczekujemy, w podawanych danych, dokładności co do kropki w adresie mailowym :)

Sytuacja zatem wygląda tak:
  • Mamy Ratoldów herbu Ratułt, powiązanych ze Skrzydlną, z korzeniami węgierskimi, a nawet włoskimi. Mamy też informację, iż ród ten wygasł. 
  • Mamy Ratoldów herbu Hołobok (Hołobóg), o których istnieje tylko romantyczna legenda związana z łososiem i mniej romantyczne wyjaśnienie związane z pieniędzmi (lub zapłatą w naturze w postaci wsi). Na dodatek nie wiemy nic o pochodzeniu Ratułtów herbu Hołobok. Może to byli tutejsi, Słowianie? Może faktycznie jakiś kmieć, w 1109 roku złowił Krzywoustemu rybę i za proroctwo wygranej bitwy uzyskał przywileje?
Dlaczego mieli tak podobne nazwiska, pomimo tak różnego pochodzenia? I który ostatecznie Ratold powędrował na wschód, pod Kobryń? 
Kiedy czytam legendę o łososiu, przypominam sobie o podarowanym Królowi Zygmuntowi okazie rzadkiego zwierzęcia, za co Ratold został Zadarnowskim herbu Sulima i wiem, że na Polesiu bagien nie brakuje, a łowienie ryb było od wieków podstawowym źródłem pożywienia. Zastanawiam się, czy to aby nie Ratold herbu Hołobok był naszym przodkiem. 
Ostatecznie nie bez przyczyny uwielbiam łososie :) 
A w każdej opcji udało mi się cofnąć historię rodu, do około 1200 roku ;)

To jeszcze nie koniec poszukiwań Ratolda :) Zapraszam do następnego wpisu.  

Wpis pochodzi z bloga Zadarnowo i okolice.

poniedziałek, 5 września 2016

Marcin Więckowski, Mlekiem, miodem i krwią





Czy aby nie za młody? 

11 lipca 2016 roku czyniąc zadość pamięci o Rzezi Wołyńskiej zasiadłam do książki autorstwa Marcina Więckowskiego z mieszanymi uczuciami, bo autor taki młody (rocznik 1995), co on tam może wiedzieć o tamtych czasach i ziemiach. A przecież kilkanaście lat temu jeszcze nie umiał pisać, a teraz książka i to na taki poważny temat? Z drugiej strony, autor nadał książce fenomenalnie prosty i adekwatny do treści tytuł, grafik rewelacyjnie skomponował okładkę oraz wzbogacono tekst o fotografie z rodzinnego archiwum i inne ilustracje. Więc może jednak warto?
Buńczuczny wstęp Marcina Więckowskiego zawiera obietnice trudne do zrealizowania: „Nie spocznę, dopóki każdy polski dwudziestolatek nie otrzyma choćby podstawowych informacji o Kresach, a każde polskie miasto nie będzie miało ulicy Ofiar ludobójstwa wołyńsko-galicyjskiego”. Autorowi przyświecały szczytne idee potrzeby „przypomnienia współczesnym Polakom, a szczególnie młodzieży, o tradycjach polskich Kresów Wschodnich”. Miał do tego pełne prawo posiadając kresowe korzenie. Mimo młodego wieku zdążył zrealizować film dokumentalny zatytułowany „Z siekierą na brata” oraz poprowadzić Konferencję o ludobójstwach ormiańskim i wołyńskim. Więc może jednak warto?


Ile w tym prawdy? 

Bohaterem powieści historycznej Marcin Więckowski uczynił Ziemię Sokalską, będącą w zamyśle autora reprezentantem całych Kresów Wschodnich. Aby choć po części zrozumieć, czym przez wieki i ostatnie dziesięciolecia była Sokalszczyzna, trzeba przeczytać książkę „Mlekiem, miodem i krwią”, rozpoczynając od Prologu opowiadającego „Dawne dzieje Ziemi Sokalskiej”, a kończąc na Epilogu zawierającym „Artykuł ze strony internetowej Rejonu Sokalskiego” o obchodach rocznicy utworzenia UPA! Powieść Marcina Więckowskiego opiera się na prawdziwych wydarzeniach i losach prawdziwych ludzi, ale w swej warstwie literackiej jest wytworem wyobraźni pisarskiej autora „Oddzielenie tego, co w sferze fabuły należy do historii, od tego, co jest fikcją literacką, to już zadanie czytelnika”. Więc chyba jednak warto!

Sokal - Kasa oszczędności
Sokal - Kasa oszczędności
Sokal - Dworzec kolejowy
Sokal - Dworzec kolejowy













 

 

 

 

 

 


Większe zło: UPA czy OUN - B? 

Dobrze się stało, że Marcin Więckowski zdecydował się na próbę edukowania młodego pokolenia – swoich rówieśników – w przedmiocie losów cząstki naszych Kresów Wschodnich – Ziemi Sokalskiej. Ze sporą wprawą, bez natarczywości nakreślił skomplikowane tło historyczne XX-wiecznej Sokalszczyzny, gnębionej przez hitlerowską, ukraińską i sowiecką okupację. Autor przekazał czytelnikom pokaźną porcję informacji geograficznych, historycznych i liczbowych pozwalających zorientować się w skali i zakresie mordów dokonanych na wspomnianych terenach przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) i inne organizacje nacjonalistyczne, jak np. Ukraińska Policja Pomocnicza czy OUN-B tj. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – banderowców. Młody propagator kresowej tematyki podsumowując badania owych mordów stwierdził: „Celem morderców nie było wypędzenie polskiej ludności z tych terenów, co jest charakterystyczne dla czystek etnicznych, tylko całkowite jej unicestwienie. To było ludobójstwo”.


Dlaczego dobrze się czyta? 

Dobrze skonstruowana fabuła powieści „Mlekiem, miodem i krwią” trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony. Miejscami autor przerywał narrację, aby wtrącić kilkuzdaniową notatkę na temat kontekstu historycznego wydarzeń lub przedstawić czytelnikowi pojawiające się postaci. Wtrącenia te bezspornie stanowią o wyjątkowej wartości dokumentalnej książki. Kolejnym jej atutem są tworzone ze swadą dialogi, zapisane dialektem południowokresowym, które dodały opowieści nerwu i uatrakcyjniły czytanie książki powodując u czytelnika niepohamowaną chęć podążania za fabułą. Niekiedy w dążeniu tym przeszkadzał nierówny język książki, gdzie obok mniej udanych akapitów pojawiały się znakomite fragmenty, w których autor czerpał inspirację z bogactwa języka ojczystego.
 
„Pole porośnięte pszenicą wyglądało niczym wielki gwarny stragan pełen rozmawiających ludzi, którzy nachylali się do siebie, aby lepiej się słyszeć, zupełnie jak te kłosy opadające jeden do drugiego pod ciężarem pięknych, dorodnych ziaren”.

„Polska…, o jakiej opowiadały im starsze pokolenia, nie w Polsce urodzone i bez Polski umierające”
 
„Historia to tożsamość – dzięki niej wiemy, kim jesteśmy i co mamy do zrobienia na tym świecie”.
 
„Wychodzili na zewnątrz, bo ich emocje nie mieściły się w małym zamkniętym pomieszczeniu”.
 
„Kraina mlekiem i miodem płynąca miała teraz spłynąć krwią”.

Sokal - Cerkiew św. Piotra i Pawła
Sokal - Cerkiew św. Piotra i Pawła
Sokal - Szkoły Powszechne i Gimnazjum
Sokal - Szkoły Powszechne i Gimnazjum













 

 

 

 

 

 


Rzeź czy ludobójstwo?


W ostatnim zdaniu poprzedniego akapitu akcent padł na końcowe słowo. Owo spływanie krwią stanowiło niemalże „dzień powszedni” życia mieszkańców Sokala i okolic. Bezsensownie ginęły bestialsko mordowane całe polskie rodziny, płonęły dopiero co odbudowane domostwa, niszczały plony tratowane końskimi kopytami, wozami, czołgami. Autor nie epatował na kartach książki brutalnymi opisami rzezi, jakie chore z nienawiści banderowskie sotnie, dokonywały na rubieżach Rzeczypospolitej. Przeciwnie, mając na uwadze młodych odbiorców swej opowieści, zredukował relacje z przerażających wydarzeń do nieodzownego minimum.
Szeroko pojęty realizm historyczny rzeczonej powieści wprowadzał czytelnika w realia czasów i miejsc, w których z pewnością nikt nie chciałby się znaleźć. Autor zobrazował szerokie spektrum różnych postaw członków społeczeństwa wobec problemu, po której stronie konfliktu stanąć. Pytanie to wiązało się z poszukiwaniem własnej tożsamości, zwłaszcza wśród członków rodzin wielonarodowych. Wybrzmiało ono na scenie amatorskiego teatru słowami: „I kimże ja jestem?... Spokoju szukam… nie znajduję. Pragnę, ach, jak pragnę żyć spokojnie! Znaleźć swój kąt na ziemi… Ale im bardziej szukam, tym bardziej nie znajduję”.


Gdzie jest sokalski węgiel? 


Marcin Więckowski przypomina, że gdy „w Nowym Jorku dawno już zapomniano, że kiedyś była wojna, Londyn robił interesy, a w Paryżu trwał niekończący się bal” w południo-wschodniej Polsce banderowcy wciąż mordowali, gwałcili, rabowali, palili – dwa lata po zakończeniu wojny. Sokalanie przetrzymali i te lata, odbudowując zagrody i próbując normalnego wreszcie życia w „wolnej” Polsce. Aż nastał luty 1951 roku, a z nim tzw. korekta granic Polski i Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, w wyniku której kraje zamieniły między sobą po 480 kilometrów kwadratowych powierzchni, co skutkowało przesiedleniem ludności sokalskiej i utratą przez Polskę terenów bogatych w węgiel. Większość wypędzonych w ramach tzw. Akcji H – T (Hrubieszów – Tomaszów) osiedliła się w Bieszczadach, m.in. w Ustrzykach Dolnych, gdzie czterdzieści cztery lata później urodził się autor powieści.


Korekta graniczna między Polską a ZSRR - luty 1951
Korekta graniczna między Polską a ZSRR - luty 1951
Franciszek i Anna Więckowscy - Ustrzyki Dolne
Franciszek i Anna Więckowscy - Ustrzyki Dolne


     A dziś – czy przesiedlone rodziny mogą już żyć spokojnie w tej ziemi nieobiecanej?

Marcin Więckowski kończy książkę mocnym akordem – relacją z sokalskich obchodów kolejnej 71 rocznicy utworzenia UPA, gdzie przedstawiciele władz państwowych honorowali żołnierzy UPA i składali hołdy pod pomnikiem Stefana Bandery, zapewne z nacjonalistycznym okrzykiem, którego nie chcę przytaczać. 
Tekst ukazał się na blogu Czytam po polsku
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...