czwartek, 6 kwietnia 2017

Marcin K. Schirmer, Arystokracja. Polskie rody




Książka Marcina K. Schirmera „chodziła za mną” od dawna. Tym, co mnie wstrzymywało przed kupnem, była wysoka cena, która charakteryzuje zresztą większość wysmakowanych graficznie wydawnictw PWN. Jakież więc było moje zadowolenie, gdy podczas wizyty w bibliotece natknęłam się na tę książkę. Nie zastanawiając się wiele zgarnęłam ją z półki i mogłam delektować się lekturą.

Autor jest historykiem sztuki, znawcą heraldyki, działa również w Polskim Towarzystwie Ziemiańskim, jego wiedza o polskich rodach arystokratycznych jest więc przeogromna. We wstępie zastrzega się, że nie jest to praca naukowa i książka ma stanowić niejako zachętę dla czytelników do dalszego zgłębiania tematu. I tak rzeczywiście jest.

W pierwszej części książki Autor przedstawia dzieje arystokracji od średniowiecza aż po czasy współczesne zwracając uwagę na stopniowe tracenie znaczenia politycznego i praktyczną eliminację arystokracji jako warstwy społecznej w czasach komunistycznych. Muszę przyznać, że dla mnie ta część była nieco zbyt pobieżna, gdyż pewną wiedzę już posiadam. Nie przeszkadzało mi to jednak z dużą przyjemnością pogrążyć się w lekturze.

Druga część książki prezentuje szesnaście polskich rodzin arystokratycznych. Każdy tekst opatrzony jest herbem danego rodu i krótkim wprowadzeniem wyjaśniającym jego pochodzenie. Następnie Autor prezentuje najwybitniejszych przedstawicieli rodu, historię danej rodziny i jej znaczenie w historii kraju. Przyznam, że drugą część książki czytało mi się wspaniale, głównie z uwagi na wiele wydarzeń i ciekawostek, które przytacza autor, a które były mi nieznane. Przyznać jednak należy, że nieco rozśmieszył mnie wywód autora w odniesieniu do abnegacji i braku dbałości o ubiór jednego z Branickich. Przytaczając przykład podobnego abnegata, tym razem z kręgów arystokracji angielskiej, Marcin K. Schirmer podsumowuje te dwa przypadki następująco: „Wydaje się, że pewien indywidualizm, posunięty nieraz aż do łamania panujących norm, jest immanentną cechą arystokracji.” (s. 104). W mojej ocenie ten skrót myślowy jest co najmniej dziwny.

Autor zwraca uwagę na obce etnicznie pochodzenie wielu polskich rodów, np. Radziwiłłów czy Platerów Jednocześnie jednak procesy asymilacyjne wzmocnione przez Unię Lubelską z 1569 r. i siła przyciągania polskiej kultury sprawiła, że stały się one rodami polskimi, których przedstawiciele niejednokrotnie zdawali egzamin z patriotyzmu. Ciekawe jest również prześledzenie, jak wiele z rodów prezentowanych w książce Marcina K. Schirmera uzyskało ogromne bogactwo i znaczenie z chwilą przeniesienia się na wschodnie tereny Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdzie dzięki korzystnym ożenkom z przedstawicielkami wymierających rodzin czy też dzięki hojnym nadaniom królewskim mogli wzbogacać swój ród do niewyobrażalnych rozmiarów. „Przykład Rzewuskich pokazuje (…) jak ważne dla rozwoju Rzeczypospolitej były kresy wschodnie, których żyzne i bezkresne stepy stały się źródłem niejednej fortuny.” (s. 249) Te rody, które ograniczyły swoją aktywność do terenów Królestwa, raczej traciły na znaczeniu w porównaniu z innymi (np. Dzieduszyccy czy Tarnowscy).

Choć książka jest naprawdę godna polecenia i lektury, z żalem odnotowuję jeden, dość poważny błąd faktograficzny. Otóż, w tekście wspomniane jest małżeństwo Barbary Radziwiłłówny ze Stanisławem Augustem… (s. 235). Ponieważ w swoim czasie bardzo się pasjonowałam tą historią miłosną łączącą Zygmunta Augusta, ostatniego Jagiellona na polskim tronie z litewską arystokratką, dlatego też ten akurat błąd bardzo mnie zmartwił, choć zdaję sobie sprawę, że to błąd korekty, na pewno zaś nie autora.

Książka jest godna polecenia wszystkim, którzy interesują się historią, genealogią czy dawną tradycją. Wydawnictwo zawiera też bogaty wybór archiwalnych zdjęć najbardziej znanych przedstawicieli polskiej arystokracji, portretów, siedzib rodowych. W książce znajdziemy również bogaty wybór bibliografii oraz spis ilustracji. Warto ją przeczytać, aby nasza wiedza o przeszłości uległa wzbogaceniu.

Oto 16 rodów, które zostały zaprezentowane w książce:

Braniccy herbu Korczak,
Czartoryscy herbu Pogoń Litewska,
Czetwertyńscy herbu Pogoń Ruska,
Dzieduszyccy herbu Sas,
Krasiccy herbu Rogala,
Krasińscy herbu Ślepowron,
Lubomirscy herbu Szreniawa,
Platerowie herbu własnego,
Potoccy herbu Pilawa,
Radziwiłłowie herbu Trąby,
Rzewuscy herbu Krzywda,
Sanguszkowie herbu Pogoń Litewska,
Sapiehowie herbu Lis,
Tarnowscy herbu Leliwa,
Tyszkiewiczowie herbu Leliwa,
Zamoyscy herbu Jelita.


Autor: Marcin K. Schirmer
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 318


Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye


poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Sylwia Zientek, "Kolonia Marusia”, czyli o Wołyniu z perspektywy wnuków ofiar




I oto mamy kolejną książkę o ludobójstwie na Wołyniu, tym razem napisaną przez przedstawicielkę trzeciego pokolenia ofiar tamtej rzezi. Jest to autobiograficzna powieść o trzech pokoleniach kobiet z rodziny wywodzącej się z Wołynia. Na tym przykładzie widać, że trauma tamtych strasznych wydarzeń przenosi się z pokolenia na pokolenie niczym jakaś choroba dziedziczna, powodując spustoszenia nerwowe i psychiczne.

W książce jest kilka planów czasowych, a wydarzenia historyczne przeplatają się ze współczesnymi. Narratorka całości, Sylwia, jest jednocześnie jej bohaterką Sylwią. Można zatem uznać, że narratorka, bohaterka i autorka są w pewnym sensie tożsame.

Akcja zaczyna się w Kolonii Marusia w gminie Czaruków pod Łuckiem. Zaczęłam czytać i zaraz sprawdziłam, czy to nazwa fikcyjna, czy też wioska ta istniała naprawdę. No, bo jeśli to ma być dokument, to ja sprawdzam. Kolonię Marusia znalazłam na bardzo dobrej (w sensie informacyjnym) stronie o Wołyniu (wolyn.ovh.org/opisy/marusia-07.html). Znalazłam także nazwisko dziadków autorki Błoński. Z tym, że powieściowi dziadkowie Błońscy to Władysław i Konstancja, którzy mieli kilkoro dzieci, w tym Cyryla i Halinę, matkę Sylwii. A na stronie wołyńskiej napisano tak: „Błoński Adam, żona Anna z d. Wosiak, syn Czesław. Razem z mieszkańcami kolonii uciekają do Łucka, a po „repatriacji” zamieszkali na Pomorzu.” I w tym miejscu to ja mam dysonans poznawczy, bo ktoś tutaj się myli albo kłamie. Albo też autorka zmieniła imiona swoim dziadkom, nie informując o tym czytelników? A w dobie internetu ciekawski czytelnik może przecież sprawdzić takie szczegóły. Autorko, proszę to koniecznie wyjaśnić!

Wracając do tematu książki…

Jest początek lat trzydziestych, Władysław (no, niech mu będzie Władysław! Chociaż nie wiem, co autorka ma do Adama?) Błoński wraca na Wołyń z pieniędzmi, których dorobił się podczas pięciu lat ciężkiej harówki w Ameryce. Nie jest już młody, ale za to bogaty, ma dom, ziemię, sad, konie i liczny inwentarz. Potrzebna mu tylko młoda, urodziwa i robotna żona. I znajduje śliczną, niespełna dwudziestoletnią Konstancję, która jest od niego młodsza o kilknaście lat. Konstancja ma za sobą piękny romans z młodym poetą Józefem Czechowiczem, który pracował jako nauczyciel w szkole na Wołyniu i pisał dla niej wiersze. Ale tamto się skończyło, więc wychodzi za mąż za starego Władka, który ma tyle morgów ziemii i wszelakiego dobra, że będzie teraz pierwszą gospodynią w okolicy. Przed wojną Błońskim rodzi się syn i córka Halina, przyszła matka Sylwii.

Przychodzi wojna i okres „pierwszych” Sowietów. Błońscy cudem unikają wywiezienia na Sybir. Potem jest okupacja niemiecka, w czasie której najpierw jest likwidacja Żydów. A potem przychodzi czas na Polaków. Latem 1943 roku mieszkańcy Kolonii Marusia słyszą o napadach na polskie wsie, zabijaniu Polaków, gwałtach, rabunkach i paleniu ich domów. Tuż po słynnej krwawej niedzieli (11 lipca 1943 roku), kiedy to w ramach masowej eksterminacji Ukraińcy mordowali Polaków w prawie stu miejscowościach na Wołyniu, ludzie z Kolonii Marusia uciekają do pobliskiej większej wioski, gdzie znajduje się więcej uchodźców, którzy schronili się w miejscowym kościele. Błońscy także zatrzymują się tam na krótko, potem ruszają dalej, do ciotki w Łucku. Mają szczęście, bo kościółek, który zostawili za sobą, wkrótce zostaje spalony przez banderowców wraz z ludźmi, którzy byli w środku. Po jakimś czasie z Łucka wyjeżdżają „do Polski”, najpierw w okolice Lublina, potem na Ziemie Odzyskane, gdzieś pod Olsztyn.

Halina Błońska po wojnie wychodzi za mąż za zawodowego wojskowego nazwiskiem Znojek, rodzi dwie córki. Sylwia jest jej późnym dzieckiem, urodziła się w 1974 roku. Pod koniec lat 1970. Znojkowie przeprowadzają się z Biskupca do Warszawy, ojciec Sylwii nie dostaje, niestety, awansu na generała, zaś matka popada w lekomanię, alkoholizm, hipochondrię, depresję i w końcu za łapówkę załatwia sobie rentę chorobową. Sylwia ma ciągoty artystyczne, ale kończy prawo i dostaje pracę w jakiejś korporacji. Po śmierci rodziców rzuca tę robotę i zaczyna pisać książki. I tyle.

W sumie jest to dość banalna historia, typowa dla wielu Polaków z Kresów. Odebrałam to jako opowieść, która nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, gdyby nie fakt tej wołyńskiej traumy. Mała Halina jako dziecko była zabierana przez matkę na liczne pogrzeby ofiar rzezi wołyńskiej, widziała leżące w otwartych trumnach pokawałkowane zakrwawione ciała ludzkie, spotykała dzieci, których już brakuje na następnych pogrzebach, bo w międzyczasie zostały zamordowane przez Ukraińców. I przez to właśnie Halina całe późniejsze życie odczuwa strach i lęk przed jakimś nieszczęściem czy katastrofą. Jest nerwowa, nienawidzi i boi się Ukraińców.

Pewne jej cechy dziedziczy Sylwia, która nie lubi w sobie tego, co jest podobne do matki. Także jest nerwowa i ma liczne lęki. Cierpi na obsesję własnej tuszy i brzydzi się mięsa, zwłaszcza tłustego, którym matka karmi ją w dobrej wierze. W końcu zostaje wegetarianką i z tego tytułu popada w konflikty z rodzicami. Uśmiałam się, jak czytałam o oburzeniu Sylwii, którą rodzice próbowali uratować przed głodową śmiercią z powodu wegetarianizmu (uważali go za szkodliwą manię), wrzucając po kryjomu łyżki smalcu do wege-zupki, którą sobie sama gotowała.

Poza tym - jak odniosłam wrażenie – Sylwia jest typowym przedstawicielem pokolenia czytelników „Gazety Wyborczej” w średnim wieku. Jest także pod wpływem filozofii gender i feminizmu, pisze, że przeszła jakąś skomplikowaną psychoanalizę, której nie skończyła, bo zamiast „wykrzyczeć gniew na matkę”, jak kazała jej pani psycholog, napisała tę ksiażkę, w której rozlicza się z rodzinną przeszłością. Męczące było dla mnie czytanie, jak Sylwia tu i ówdzie bredzi coś o wybaczaniu Ukraińcom i stara się być bardzo poprawna politycznie wobec wszystkich (z wyjątkiem własnych rodziców), a w końcu pochyla się z troską nad biednymi ukropami ginącymi w Donbasie (to są chyba skutki oglądania telewizyjnych reportaży o wojnie na Ukrainie Marii Stepan i Arlety Bojke). Szczerze mówiąc, wszystkie problemy i obsesje Sylwii wydawały mi się mocno wydumane, jakieś takie blade, anemiczne, mało istotne, a nawet wręcz śmieszne przy straszliwej tragedii, jaką przeszli Polacy pomordowani na Wołyniu.

Całość jest rozpisana na sceny a wydarzenia historyczne przeplatają się ze współczesnymi. Najbardziej interesująca była historia starszych Błońskich, dzieje Haliny były już mniej ciekawe, zaś historię Sylwii właściwie mogłabym sobie darować, gdyby była przedstawiona w porządku chronologicznym, to jest na końcu. Wtedy pewnie wcale bym jej nie przeczytała. A tak, szukając dalszych informacji o starych Błońskich, czytałam rozsiane po całej książce te intymne rozważania o własnym życiu, te utyskiwania i żale na matkę, te pretensje do całego świata i to przekonywanie siebie co kilkanaście stron: „jestę pisarkom!”, „jestę pisarkom!”, „jestę pisarkom!”. Chciałoby się jej powiedzieć: „Weź Sylwia, zjedz kotleta i przestań pierdolić! Dobra, jesteś pisarką i ciesz się życiem, a nie marudź!”.

Na filmikach na YT widać, że Sylwia jest atrakcyjną, sympatyczną i wygadaną kobietę i naprawdę nie rozumiem, skąd ta niska samoocena.

Przyznam się, że z początku dobrze mi się czytało tę książkę, ale tylko tak mniej więcej do setnej strony. Potem była już orka na ugorze i dość nudne przedzieranie się przez kolejne wynurzenia znerwicowanej Sylwii, której rzeczywistość myliła się do tego stopnia, że wspomniała o oglądaniu słynnego serialu „Niewolnica Isaura” w roku 1988, kiedy wiadomo, że był on w Polsce wyświetlany na przełomie lat 1984/1985. Toż przecież można to było sprawdzić w Wikipedii, nieprawdaż? Aż sobie ten szokojący błąd zaznaczyłam karteczką w książce, by nie zapomnieć o nim jak będę pisała recenzję.

Na koniec…

Dobra wiadomość jest taka, że książki o Wołyniu zaczęło pisać trzecie pokolenie dawnych polskich mieszkańców Ukrainy. Dobrze, że nawet przedstawiciele pokolenia korporacyjnych lemingów z Warszawki odważyli się przypominać swoich dziadków, którzy cudem uratowali się spod ukraińskiej siekiery. Dobrze, że film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, którego Sylwia, pisząc książkę jeszcze nie widziała, ale słyszała, że powstaje, spowodował usunięcie pewnych tabu w psychice rodzin ofiar wołyńskiego ludobójstwa, że wyszli w końcu z szafy, że pokazali te swoje nieszczęścia światu. Ale przecież można by to jakoś lepiej napisać? Może w innej manierze? Może bez tej całej psychoanalizy i rozważań o nieszczęśliwej rodzinie?

Przecież ta rodzina Sylwii to była normalna polska rodzina żyjąca w PRL-u! Takich rodzin mieszkających w M4 z płytkami PCW, meblościanką, dywanami, firankami i tapicerką w kwiaty było wiele i jakby tak każdy zaczął tak lamentować jak Sylwia, to nie wiem, co by było. Chyba by dla wszystkich nie starczyło relanium (Właśnie, relanium! Ważny wątek w tej powieści!).

Wniosek?

Można przeczytać. Ale niekoniecznie.

 
Zientek Sylwia, „Kolonia Marusia”, wyd. w.a.b, Warszawa 2016

Alicja Łukawska
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


piątek, 17 marca 2017

Kresowiana: Ucieczka Melchiora Wańkowicza przez Zaleszczyki we wrześniu 1939 roku (czyli jestę pogromcą mitów)



Powszechna opinia głosi, że Melchior Wańkowicz we wrześniu 1939 roku uciekał z Polski przez Zaleszczyki ze strachu przez Niemcami, którzy – wkroczywszy do Polski – chcieli się na nim zemścić za książkę „Na tropach Smętka”, błyskotliwy reportaż książkowy pokazujący prawdziwą sytuację w Prusach Wschodnich w latach 1930.
Legenda mówi jeszcze, że Wańkowicz uciekał przez rzekę Dniestr, na piechotę, niosąc nad głową maszynę do pisania; mało tego, że w czasie ucieczki do niego strzelano. Kto dokładnie strzelał, nie wiadomo. Polacy? Rosjanie? Niemcy? Gdzie strzelali? Skąd strzelali? Jakieś to niejasne… 
Legendę o Wańkowiczu dzielnie walczącym z kulami w falach Dniestru z maszyną nad głową podtrzymywała (a może nadal podtrzymuje?) ostatnia sekretarka Wańkowicza, pani Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która w przedmiowie do „Drogi do Urzędowa” napisała o Wańkowiczu tak: „Pod koniec września 1939 roku PRZESZEDŁ POD OGNIEM WPŁAW Dniestr niosąc w rękach maszynę do pisania…”. (Wańkowicz Melchior, „Droga do Urzędowa”, Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1989, s. 5). Słodką tajemnicą pani Aleksandry pozostaje, jak można w ogóle „iść wpław”. Poprawnie i logicznie rzecz biorąc, można płynąć wpław, można iść rzeką w bród, ale iść w wpław to się w żaden sposób nie da, mimo najszczerszych chęci. Jeszcze z maszyną do pisania w rękach! Nad głową! Powtarzam raz jeszcze: określenie „iść wpław” to czysty oksymoron, coś jak czarny śnieg! Jedno drugiemu zaprzecza! A nie o to chyba chodziło pani Aleksandrze, która kawał swego życia poświęciła pielęgnowaniu pamięci Wańkowicza i podtrzymywaniu jego mitu wielkiego pisarza, nawet w czasach współczesnych, kiedy pamięć o nim zupełnie już przeminęła. Mój Boże, kto jeszcze dzisiaj czyta Wańkowicza? Chyba tylko tacy uparci czytelnicy jak ja… :)
Ostatnio w bibliotece tak jakoś wpadły mi w ręce dwie książki, gdzie ta legendarna ucieczka przez Zaleszczyki została przezeń opisana osobiście. Pierwsza z nich to „Od Stołpców po Kair”, gdzie zamieścił reportaż „Na tułaczkę” napisany jesienią 1939 roku w Bukareszcie. Tekst ten był drukowany w wychodzącym w Rumunii piśmie polskim pod pseudonimem Jerzy Łużyc. Zakładam, że ten właśnie reportaż jest najbliższy prawdy, skoro był pisany niedługo po ucieczce Wańkowicza z Polski. Druga zaś książka, którą przeczytałam, to „Droga do Urzędowa”, reportażowa powieść, częściowo autobiograficzna, stanowiąca kompilację różnych polskich losów, napisana na emigracji i wydana po raz pierwszy w 1955 roku w Nowym Jorku, w Polsce zaś po raz pierwszy w roku 1989.  
I cóż tam czytamy na temat Zaleszczyk, chodzenia wpław przez rzekę oraz maszyny do pisania?
Po pierwsze – maszyna… 
Legenda mówi, że Wańkowicz uciekł z Warszawy z plecakiem, walizką, płaszczem (jesionką), pledem wełnianym i tą słynną, malutką przenośną maszyną do pisania, która mogła ważyć co najwyżej dwa do trzech kilogramów. (Wiem, co mówię, bo w latach 1980. miałam przez jakiś czas pożyczoną od kogoś starą przenośną, LECIUTKĄ, maszynę, na której wystukałam swoją magisterkę o powieści gotyckiej i pamiętam, ile ważyła.  Była wprawdzie już powojenna, ale w tamtych czasie w tej dziedzinie technika nie poszła tak szybko, by drastycznie zmniejszyła się waga tych urządzeń.) Wańkowicz pisze, że miał ze sobą maszynę polską marki FK (zwaną „efka”), którą wręczyła mu jedna z córek ze słowami: „Będziesz może na tym mógł coś zarobić…”. Tu można sobie zobaczyć, jak wyglądało to maleńkie cacko; jeszcze dzisiaj zazdrość mnie ogarnia, jak patrzę, mimo, że od dawna klepię już ma klawiaturze komputerowej:


Uciekając przed Niemcami Wańkowicz z tąże maszyną był w Lublinie, gdzie zgubił swoją żonę, potem w Łucku, Krzemieńcu i okolicach Zbaraża, gdzie spotkał pierwsze bolszewickie czołgi, w wieżyczkach których ujrzał „twarze mongolskie, z gruba ciosane”. Zdziwiło mnie, że pisał o tym tak otwartym tekstem, a cenzura nie zareagowała (książka „Od Stołpców po Kair” była wydana w 1969 roku, kiedy to podobno cenzura w PRL-u szalała, wniosek jest taki, że albo szalała mniej, niż powiadają, albo pan Wańkowicz miał specjalne względy). 
A potem była sowiecka kawaleria:
„Poczęło się wzajemne zaznajamianie. Jeźdźcy na koniach płonęli ciekawością dowiedzenia się, jak też wyglądają ludzie z tej Polski. Rozpytywali chciwie o to, jakie są u nas porządki, czy oficerowie nie biją, czy robotnik może chodzić do kina, czy ma urlopy. Odpowiedzi nie wypadały widać tak, jakby chcieli, więc: Czy kobieta w Polsce  ma swobodę? Na tak złożone pytanie nie mówiący po rosyjsku chłop w mundurze nie mógł dać odpowiedzi.
- Czy na przykład latają wasze żony na szybowcach, czy uczą się skakać ze spadochronu?
- Latają. Skaczą – odpowiada ponuro nasz chłopina, a cały jego wygląd zdaje się mówić: „Odczep się raz, ty cholero, czegoś się uczepił?” Wyobrażam sobie, że gdyby się jego Magdzie zechciało latać na aeroplanie, zaraz by zdjął pasek i nauczył babę rozumu.”
- Ot, zobaczycie, jak wam będzie dobrze, wybierzecie sobie sowiety – samorząd lokalny, będziecie żyli, pracowali. Myśmy przyszli was uwolnić od panów i od osadników – psów przeklętych.” (Wańkowicz, „Od Stołpców po Kair”, s. 230)
Po tym pierwszym zwiadzie dalej ciągnie wojsko radzieckie ze wschodu i końca nie widać. To trwa cały dzień. „Przyjeżdżają jacyś dowódcy bolszewiccy. Wywołują naszych oficerów, każą im posegregować żołnierzy według gatunków broni.” (cały czas się dziwię, że on tak otwartym tekstem pisze o tym wstępie do Katynia). 
Wańkowicz spędza noc z innymi polskimi „wyzyskiwaczami” na podłodze ukraińskiej chaty, polscy żołnierze idą do stodoły. Później „Żołnierzy i oficerów ładują w wielkie autobusy, które pod strażą aut pancernych biorą kurs na wschód, my, to znaczy ja, „literat” i kilka innych osób w cywilu, zostajemy na zielonej łace z naszymi tobołkami.” („Od Stołpców…”, s 232)
A jeszcze później jest jazda wozem konnym w pobliżu Tarnopola, Skałatu, Czortkowa i Tłustego. Między Kopyczyńcami i Tłustem na drodze z rowerem – zmęczony poeta Władysław Broniewski, którego zabierają ze sobą. Na tym przykładzie dobrze można pokazać, jak Wańkowicz tworzył literackie mity i własne anegdoty. W pierwszej wersji napisał bowiem tak: „Trudno było wyjechać z Tłustego przez stłoczoną masę wojsk sowieckich płynących na zachód. Jedzie z nami Władysław Broniewski, któregośmy podebrali z roweru na wóz między Kopyczyńcami a Tłustem.” („Od Stołpców…”, s. 236)
Ale w drugiej wersji, w pisanej na emigracji reportażowej powieści „Droga do Urzędowa”, informacja ta zostaje już ulepszona, upiększona i wyposażona w błyskotliwą pointę: „Za Czortkowem podebrali na wóz wlokącego się z rowerem poetę Władysława Broniewskiego. Poeta napisał właśnie patriotyczny wiersz „Bagnet na broń!...” i umknął z kraju”. (Wańkowicz, „Droga do Urzędowa”, s. 60) I potem jeszcze raz o tym samym: „Co, pan Broniewski, autor wiersza „Bagnet na broń!”? Nasi chorzy przybijają go sobie nad łóżkami.” Tak rzekomo mówił lekarz ze szpitala w Zaleszczykach pod koniec września 1939 roku, a mnie trudno w to uwierzyć, bo nie jest możliwe, by sława i treść wiersza Broniewskiego napisanego na początku II wojny światowej wyprzedziła samego poetę w jego ucieczce rowerem na wschód, zważywszy, że w tym czasie nie było żadnych gazet, radia, ani innych środków komunikacji; może i żołnierze przybijali go sobie nad łóżkami, ale dużo, dużo później! Tak właśnie Wańkowicz tworzył mity i produkował błyskotliwe pointy. Po drodze Wańkowicz, Broniewski i jeszcze jacyś ludzie co rusz spotykali radzieckie patrole, ale w końcu – jak pisze Wańkowicz - za pomocą forteli podobnych do Zagłobowych, udało im się dostać do Zaleszczyk.
Po drugie – Zaleszczyki... 
Dawne polskie miasto na Podolu, wysunięte najbardziej na południe, blisko stamtąd do Czerniowiec (Czerniowce - kiedyś w Rumunii, teraz Ukraina, miasto ukradzione Rumunom przez Stalina, tak jak nasz Lwów). Było tam ciepło i słonecznie, rosły winogrona, a bogate towarzystwo z Warszawki jeździło tam na wywczasy nad Dniestrem. Podobno było tam jak na Riwierze: 



Przy okazji wyjaśniam, iż nie jest prawdą legenda, że przez most w Zaleszczykach uciekała luksusowymi samochodami polska elita polityczna w 1939 roku. To było niemożliwe, bowiem w Zaleszczykach nie było mostu drogowego, tylko kolejowy. Tamto towarzystwo uciekało samochodami przez most w pobliskich Kutach. Czemu Zaleszczyki weszły do tego mitu – naprawdę nie mam pojęcia. 
Jak pisze Wańkowicz, we wrześniu 1939 roku w Zaleszczykach wciąż trwał sezon turystyczny. „Wyjrzawszy przez okno zobaczyłem panie w kostiumach „tailleurs”, panów w spodniach „cafe au lait” – wycinek autentycznego kurortu po tych strasznych dniach ciągłego wyskakiwania z auta i przypadania w rowach, po tym spaniu w stodołach, po tych bezustannych „ręce do góry”. („Od Stołpców…”, s. 241)
I w innej wersji:
„W Zaleszczykach od wybuchu wojny zostało wielu gości i teraz tłumy ich powyłaziły z dziur – panowie w białych spodniach, panie w sukniach plażowych. Słońce w nagrznej kotlince zaleszczyckiej prażyło silnie, kurort zdawał się mienić pełnią sezonu, sklepy były otwarte – któż by powiedział, że tam gdzieś broni się Warszawa, Modlin, Hel, że pod Tomaszowem, pod Chełmem, od Kocka po Brześć, w lasach Zamojszczyzny, na Podkarpaciu, trwają uporczywe walki.” („Droga do Urzędowa”, s. 63). Wańkowicz, oczywiście, będąc w Zaleszczykach we wrześniu 1939 roku o tych walkach w głębi Polski nic nie wiedział, bo i skąd? Polskie radio nie działało. Dochodziły jednak odgłosy niemieckiej radiostacji nadającej po polsku z Wrocławia, o nim mówiono, że Niemcy go dopadną „po tropach Smętka”, czy jakoś tak.  Ale znowu tu go poniosło, jak widać, dla dobra błyskotliwości łatwo rezygnował z prawdy historycznej, a nawet z prawdopodobieństwa. 
Byli też w Zaleszczykach uchodźcy z Polski. „W podwórkach stoją eleganckie buicki, duże fiaty, mercedesy, panowie, skazani na przymusową bezczynność, dzierżeni w obrębie pensjonatu przez drżące połowice, zrzucają marynarki i biorą się do rąbania drzewa. „Les rois en exil…”” („Od Stołpców…”, s. 242) Krążą straszliwe opowieści o tym, jak źle Rumuni traktują uciekających Polaków, że tworzą dla nich jakieś obozy i że stale pada tam deszcz, a oni mokną w tych obozach na gołej ziemi…
A w Zaleszczykach jest lato, jest ciepło, niektórych odechciewa się uciekać dalej w nieznane, za Dniestr. Może ci Sowieci rządzący już w Zaleszczykach nie będą tacy źli? Wprowadzili wprawdzie obowiązek meldunku i godzinę policyjną, ale przecież dają jakoś żyć. Wańkowiczowi ktoś proponuje zamieszkanie w gościnnym pokoju w miejscowym szpitalu, ale odmawia:
„Mówię do doktora:
- Radzę jechać do Rumunii.
Ale doktor uważa, że bolszewicy zachowywali się z nami w drodze przyzwoicie. Ja też tak uważałem, ale ludzie, którzy już przeszli przez rewolucję, zostali z pewnymi urazami czy nawykami, jak to woli. Ja w każdym sklepiku starałem się coś kupić na zapas do jedzenia – doktor śmiał się i protestował: „Przecież już mamy zapasów na całe dwa dni.”” („Od Stołpców…”, s. 241)
 Po trzecie – „pieszo wpław” przez Dniestr pod ogniem kul…
Rzeka Dniestr otacza Zaleszczyki wygiętym łukiem, płynie tam wartko, nurt ma rwący, ale nie jest jakąś bardzo głęboką rzeką, skoro można przejść tamtędy po dnie. Wańkowicz umawia się z grupą innych chętnych, do której należy m. in. młody podchorąży, kolega kolegów jego córek z Warszawy. Chłopak trzyma za pazuchą gołębia pocztowego, by wypuścić go, jak już będzie na drugim brzegu. Ptak ma przenieść wiadomość o tym, co dzieje się z Polakami w Rumunii. W grupie uciekinierów jest paru Polaków i paru Czechów z legionu tworzonego przy polskim wojsku. 
Wańkowicz wziął ze sobą z pensjonatu sławetną maszynę do pisania, aparat fotograficzny marki leica i dodatkowe obiektywy oraz mały plecaczek (mam poważne podejrzenia, że to właśnie do niego zapakował sprzęt potrzebny do pracy dziennikarskiej, a nie trzymał go rękach nad głową, jak twierdzi pani Ziółkowska-Boehm, bo to byłoby strasznie niewygodne). Z żalem wspomina w pierwszym reportażu, że musiał zostawić nowiutki płaszcz jesienny i pled-himalaja z wełny (nie wiem, cóż to za cudo, pewnie był dobrej jakości). 
Z pensjonatu wyszli po godzinie policyjnej. W tym dniu po kurorcie poszła plotka, że do Zaleszczyk przyjechała już straż graniczna w zielonych czapkach (radziecka!). Na razie jeszcze nikt nie pilnuje granicy. Jest spokojnie i cicho. „Przez chwilę robi się w nas samych taka cisza, że bicie serca wydaje się zgiełkiem. Usta wyschły gwałtownie i łapią powietrze, język jak kołek. Przecież gramy wielką grę. Przecież ta rzeka oddziela nie tylko dwa kraje, ona oddziela dwie epoki. Przejść ją – znaczy jedno na całe życie. Nie przejść tych stu kilkudziesięciu metrów – znaczy drugie. Przewodnik wysuwa się pierwszy, za nim ja z podchorążakiem. Inni czekają, co z tego wyjdzie. (…) Na prawo rysuje się ciemną sylwetą jeden z mostów. Wiemy, że na obu jego końcach stoją warty. Wydaje się nam, że ciała nasze rozpierając wodę wydają wielki plusk. Ale rozumiem, że w huku pędzącej wody ten plusk musi ginąć. (…) Za ławicą piasku wpadamy w najgłębszy nurt. Woda sięga po piersi i gdyby nie mój posoch (ratunku? Co jest? – przpis mój, Mery O.), spłynąłbym w dół. (..) Wyłazimy cali mokrzy na drugi brzeg. (…) Ja wyrzucam strzępki butów ofiarowane przez dobrych ludzi specjalnie do przejścia Dniestru…” („Od Stołpców…” s. 248-249)
Tak to mniej więcej wyglądało. Żadne tam „przeszedł wpław”, tylko normalnie przeszedł po dnie rzeki, a woda w najgłębszym miejscu sięgała mu zaledwie do piersi. Żadne tam „pod ogniem” – bo jeszcze Sowieci nie postawili posterunków granicznych, kto niby miał ten ogień otworzyć? Żadne tam „z maszyną do pisania nad głową”, bo maszynę zapewne razem z apartem fotograficznym miał w plecaczku na plecach, jak każdy rozsądny człowiek. Nie posądzam tak inteligentnego człowieka jak Wańkowicz o spacery w rzece z maszyną w obu rękach.  
A co z gołębiem, który miał przenieść wiadomość z Rumunii do Zaleszczyk? Pisząc pierwszy reportaż, o gołębiu całkiem zapomniał. W drugiej wersji, to jest w „Drodze do Urzędowa” podchorążak potyka się w bystrym nurcie Dniestru, a trzymany za pazuchą gołąb wyrywa się i odlatuje. 
Nie rozumiem, komu była potrzebna ta idiotyczna legenda o przekraczaniu Dniestru pod ogniem kul i z maszyną w rękach, skoro prawdziwa wersja tej wycieczki jest wystarczająco sensacyjna i trzeba tu powiedzieć wyraźnie: panie Wańkowicz, czapki z głów! Weźmy jeszcze pod uwagę, że w 1939 roku pisarz miał 47 lat, co dzisiaj nie wydaje się starością, jednak wtedy był on już zaliczany do „starszych panów” (sam tak o sobie pisał i to chyba bez kokieterii), był już chorowity, dość otyły i miał poważne zapalenie żył w obu nogach. Mógł przejść pieszo zaledwie około kilometra, potem nogi puchły i odmawiały mu posłuszeństwa. No, więc, imaginujcie sobie: najpierw podróż z przygodami z Warszawy do Zaleszczyk, potem, już po rumuńskiej stronie rzeki dalsza wędrówka, by dostać się do Bukaresztu. Jestem pełna podziwu! Ale tylko dla wersji prawdziwej, nie zaś mitycznej. 
No, i warto jeszcze podkreślić, że tak naprawdę to Wańkowicz nie uciekał przed Niemcami, jak głosi podanie, tylko przed Sowietami. Tego jednak nigdy nie napisał otwartym tekstem, ani w pierwszej, ani też w drugiej wersji. Jakiś strach go ogarnął, czy co? 
 Frapowała mnie ta legenda od dawna, bo w moim domu, w czasach PRL-u Wańkowicza oraz poświęcone mu artykuły (np. w „Przekroju”) czytało się nagminnie. Był wtedy jednym z najczęściej wydawanych i czytanych polskich pisarzy współczesnych. Dorastałam z tymi książkami, bo mój śp. ojciec przynosił je z biblioteki i walały się gdzieś w domu, więc czasem do nich zaglądałam i coś tam podczytywałam. Nie zawsze wszystko rozumiałam, bo np. żeby chwycić o co chodziło z tymi polskimi żołnierzami branymi do niewoli na wschodzie Polski we wrześniu, to trzeba było wiedzieć więcej niż ja wówczas wiedziałam. Pewnie mój ojciec wiedział więcej, ale był w ogóle dość tajemniczym człowiekiem i nie dzielił się ze mną tym, co wie. Uważał, że lepiej jak dziecko żyje w nieświadomości. Może i dobrze, bo w sumie, mimo pewnego niedostatku, typowego dla wszystkich w tamtych czasach, miałam dość szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo oraz młodość.  
Fajny film by można było nakręcić o losach Melchiora-Zagłoby we wrześniu 1939 roku, prawda? Może jakiś filmowiec się zlituje? Bardzo proszę! 

Wańkowicz Melchior, „Droga do Urzędowa”, Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1989
 Wańkowicz Melchior, „Od Stołpców po Kair”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1969
Źródło zdjęć: Wikipedia

Alicja Łukawska
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...