niedziela, 28 czerwca 2015

W poszukiwaniu korzeni rodzinnych - Chorążyczewscy

Maria Zadarnowska i Gracjan Chorążyczewski
Maria Zadarnowska, urodziła się w 1912 roku w Zadarnowie. Była córką Kazimierza Zadarnowskiego (12.X 1879-20.III01943) i młodszej o 10 lat Antoniny Jahołkowskiej (9 V 1889-24.V 1945) ze wsi Jahołki, córki Józefy i Jana Jahołkowskich.

Kazimierz i Antonina pobrali się około 1910 lub 1911 roku. Mieli troje dzieci, dwóch synów: Józefa i Ludwika oraz córkę Marię.


Gracjan Chorążyczewski

Maria Zadarnowska i Gracjan Chorążyczewski


    

















W 1930 roku Maria poślubiła Gracjana Chorążyczewskiego zastępującego wójta w gminie Nowosiółki.
Leonard Chorążyczewski, żył dwa lata

Maria Chorążyczewska z domu Zadarnowska
 




















Syn Marii i Gracjana, Leonard Chorążyczewski, urodził się w 1932 roku. Żył dwa latka, zmarł 18 III 1934 roku. W tym czasie Maria była coraz bardziej chora na gruźlicę, w tamtych czasach była to choroba nieuleczalna. Pomimo leczenia poprzez zmianę klimatu umarła 12 VIII 1936 roku w wieku 24 lat (dwa lata po śmierci synka).

Po prawej stronie grób Leonarda, z tyłu jego matki.
Po lewej nagrobek prababki Leonarda,
Elżbiety Zadarnowskiej z domu Grodzkiej.

Nagrobki około 1936 roku i w 2010 r.

Gracjan nadal sprawował funkcję wójta w Nowosiółkach i ożenił się po raz drugi. Prawdopodobnie zginął we wrześniu 1939 roku. Zdjęcie "z pracy" otrzymałam od pana Zbigniewa K., który poszukuje informacji o swojej rodzinie. Gracjan Chorążyczewski pracował razem z ojcem tego pana w gminie Nowosiółki. Poniżej na zdjęciu Gracjan, w jasnym ubraniu, na dole, po lewej stronie.


 

piątek, 26 czerwca 2015

Maria Bogucka, Ludzie z Kresów





„Do dziś Niemen, pierwsza rzeka, jaką ujrzałam przyniesiona na rękach nad jej brzegi, wydaje mi się królową rzek, kwintesencją tajemniczej urody wijących się zakolami błękitno-zielonych wód. Zapach czeremchy usypiał mnie wieczorami w Grodnie, pola okalające Druskienniki kwitły barwami maków i chabrów, a zagajniki na obrzeżach rozległego parku w Truskawcu pełne były paproci i leśnych dzwonków, w których wiły swe gniazda ptaki. Te obrazy, niby kolorowe pocztówki, tkwią do dziś żywo w mojej pamięci. Wygnana z krainy dzieciństwa, próbowałam zakorzenić się w Warszawie, potem w Gdańsku i choć tu odkryłam urok pracy w archiwach, choć zaprzyjaźniłam się z dziś już nieżyjącymi mieszkańcami tych miast, to jednak uczucie obcości i osamotnienia pozostało na całe życie.” (strony 9-10)

Profesor Marię Bogucką znałam do tej pory z jej świetnych merytorycznie i ciekawie napisanych biografii królowej Bony i Marii Stuart. Nigdy jednak nie interesowałam się życiorysem autorki. Na szczęście ona sama zdecydowała się napisać wspomnienia o swojej rodzinie wydając tę niewielką rozmiarowo książeczkę (format: 125x170 mm). Co ciekawe, sięgając po tę książkę byłam już po lekturze wspomnień profesor Anny Pawełczyńskiej, która oddała hołd swym przodkom wspominając ich na kartach swojej książki i mimo wielu różnic, oba wydawnictwa dostarczają nam wiedzy o tym, jak wyglądało życie średnio zamożnych dworów kresowych i opisują proces zagłady tego świata.

Jej przodkowie, zarówno ze strony matki, jak i ojca, pochodzili z Podola. Jak sama autorka zaznacza nie jest to wydawnictwo pisane z pozycji badacza, raczej próba ukazania losów kilku szlacheckich rodzin kresowych od schyłku XVIII wieku aż po drugą połowę XX wieku. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż większość pamiątek i dokumentów przepadło w zawierusze dziejów, ale mimo niewielkich gabarytów „Ludzie z Kresów” zawierają sporo informacji i książka spełnia swoje zadanie: jest kolejnym fragmentem obrazu życia polskiej społeczności na Kresach Wschodnich, dowodem, jak silna mogła być więź z polskością mimo wybitnie niesprzyjających warunków z uwagi na szykany aparatu carskiego, a później na bezlitosny w swej prostocie sowiecki plan pozbawienia kraju narodu.

Autorka więcej miejsca poświęca rodzinie ze strony matki, po której zachowało się więcej dokumentów i pamiątek. Losy rzucały rodzinę Kasprowiczów z Podola, gdzie była ich kolebka aż do Kiszyniowa w obecnej Mołdawii. Należeli do zubożałej szlachty, ale mocno przywiązanej do polskiej tradycji i kultury. Jeden z przodków, mimo zachęt ze strony rosyjskich władz, nie zmienił wyznania, co miało wpływ na jego karierę zawodową, na szczęście jednak zupełnie jej nie przekreśliło, co pozwoliło rodzinie utrzymać całkiem przyzwoity poziom życia.

O rodzinie Boguckich, przodków jej ojca, zachowało się dużo mniej śladów, choć też pochodzili oni z Podola. Wiele lat po wojnie okazało się, że siostry ojca, które zaginęły w zawierusze lat rewolucji i stalinizmu, przeżyły, ale uległy kompletnemu zruszczeniu, a ich fotografie świadczą, jak wyniszczające były te przeżycia dla zwykłych ludzi...

Po zawierusze rewolucyjnej rodzina Boguckich osiadła w Grodnie, z uwagi na obowiązki ojca (był wojskowym) mieszkali również w Warszawie, ale to, co miało być na zawsze, trwało tylko 20 lat. Maria Bogucka, jako dziewięcioletnia dziewczynka, przeżyła dramatyczną obronę Grodna przed wojskami sowieckimi i pełną niebezpieczeństw ucieczkę do Polski okupowanej przez Niemców; było to rozsądne posunięcie, gdyż jako córka wojskowego narażona była wraz z matką na wywózkę na Syberię w pierwszej kolejności.

Ta historia jest niepełna, brakuje uzupełnienia wielu tropów, ale czyta się tę książkę z niesłabnącym zainteresowaniem. Mimo zastrzeżeń Autorki wyartykułowanych we wstępie, czuć tu również rękę historyka, gdyż wiele się możemy dowiedzieć o miastach i terenach, na których żyli przodkowie Pani Profesor. Jest w tej książce jakiś smutek, poczucie tęsknoty i gorzka świadomość, że Autorka jest ostatnią z rodu, która zachowała pamięć o swoich antenatach. Jest to swoisty hołd dla nich i dla ich świata, który odszedł zmieciony wichrem dziejów.

„Historia ludzi jest zawsze niezrozumiała bez kontekstu dziejów kraju, w jakim się rozgrywała, w tym wypadku dziejów Podola. W swoim świetnym eseju przedstawiającym meandry historii Podola Janusz Kurtyka nazywa tereny położone nad Dniestrem i Bohem „ruchomym pograniczem” (rotating borderland) kultur i cywilizacji. To bardzo trafne określenie dla ziem, które początkowo jako część Rusi Kijowskiej znajdowały się pod wpływem wschodniej, prawosławnej kultury, następnie padły ofiarą najazdów mongolskich, potem dostały się pod panowanie pogańskiej Litwy, kolejno weszły w sferę cywilizacji Zachodu przyniesionej tu wraz z władzą Węgier i Polski (z dwudziestopięcioletnią przerwą na panowanie tureckie w XVII wieku), by wreszcie w wyniku rozbiorów Rzeczypospolitej znaleźć się w składzie imperium rosyjskiego.” (s. 14)


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye
 
 

środa, 24 czerwca 2015

Franceska Michalska, Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce. Wspomnienia.



Oto krótka, ale treściwa książeczka pt. „Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce. Wspomnienia”. Opowiada o polskiej Drodze Krzyżowej i polskiej Golgocie, o Polakach żyjących na naszych dawnych Kresach, ich straszliwych cierpieniach i tułaczym losie.  Jej autorka to  Franceska Michalska z domu Waśkowska, lekarka z Siemiatycz, urodzona w 1923 r. na Wołyniu, tuż za granicą polsko-sowiecką. Niestety, urodziła się po niewłaściwej granicy, czyli po tej stronie Polski, która została w 1920 r. przyznana Związkowi Sowieckiemu.

Rodzina Waśkowskich mieszkała we wsi Maraczówka, która leży – jak pisze autorka – w połowie drogi między Berezdowem a Sławutą. Tą słynną Sławutą, której ostatni właściciel i dobroczyńca okolicznej ludności (nie tylko zapewniał jej pracę, ale także fundował szkoły, szpitale, apteki i domy starców dla swych podopiecznych), książę Roman Damian Sanguszko, został brutalnie zamęczony na śmierć przez bolszewicką dzicz w 1917 r. Oto zdjęcie z Wikipedii przedstawiające jego zamęczone ciało. Czyż nie przypomina Chrystusa zdjętego z krzyża? Książę Roman Sanguszko, ordynat Zasławski, w chwili śmierci był starcem i naprawdę nie zasłużył na taki los! 

Z tamtych okolic Polacy uciekali przed bolszewikami, co zostało opisane m. in. przez Zofię Kossak-Szczucką i Marię Dunin-Kozicką. Tych, którzy pozostali na ziemi swych przodków, spotkał bolesny los. Byli gnębieni i rozstrzeliwani przez Czeka, cierpieli w latach Wielkiego Głodu (Hołodomoru) na Ukranie (kolejna represja przygotowana przez Stalina dla nieposłusznych Polaków), a w 1936 r. wywiezieni w goły, bezludny step do Kazachstanu.

Waśkowscy przeszli te wszystkie koleje losu, ale jakoś przeżyli. Franceska zaczęła chodzić do szkoły jeszcze na Ukrainie, potem uczyła się w Kazachstanie, marząc wciąż, by się stamtąd jakoś wyrwać. Uzyskała pozwolenie NKWD na podjęcie studiów medycznych w Azji, potem przenosiła się na inne uczelnie, coraz dalej na zachód, by być bliżej domu. Studiowała w Charkowie tuż po jego wyzwoleniu przez Armię Czerwoną, potem w Czerniowcach (przedwojenne miasto rumuńskie, które zostało opanowane przez Sowietów). Po zakończeniu wojny starała się o repatriację do Polski i z wielkim trudem się jej udało. Edukację medyczną dokończyła już w naszym kraju. Udało się jej także sprowadzić do Polski rodziców, ale dopiero w latach 50.

To jest książka opowiadająca o indywidualnym ludzkim losie, ale na tym jednym przykładzie jasno widać, jak wyglądały dzieje Polaków z Kresów, jaką gehennę i Drogę Krzyżową musieli przejść ci, o których Polska nie zadbała po zwycięstwie nad bolszewikami w 1920 r. W notce od redakcji czytamy: „Wspomnienia Franceski Waśkowskiej-Michalskiej są przejmującą opowieścią o cenie, jaką naród polski zapłacił za błędy popełnione przez delegację polską podczas polsko-sowieckich rozmów pokojowych w latach 1920-1921.” Chodzi o traktat ryski, który pozostawił w rękach Sowietów masę Polaków żyjących po drugiej stronie granicy.

Pisał o tym m. in. Władysław Pobóg-Malinowski w „Historii politycznej Polski 1864-1945”: „Wszechwładny Sejm rękoma Grabskiego pogrzebał w Rydze nie tylko sprawę niepodległości ukraińskiej. Traktat preliminaryjny bezwzględnie i brutalnie deptał tradycję, która od czasów Kościuszki przez cały wiek XIX wołała nie tylko o wolność i niepodległość, ale też o całość przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. Deptał nie mniej brutalnie starszą jeszcze tradycję W. Ks. Litewskiego – stawał się krzyżem przez polskie ręce wzniesionym nad grobem wielkiej przeszłości narodowej.” Podpisany w 1921 r. traktat ryski skazał na „straszliwą niewolę sowiecką i na szybkie wytępienie przez sowieckie metody ponad milion ludności jak najbardziej polskiej, zwłaszcza na obszarze nadberezyńskim z gęsto rozsianymi tam zaściankami szlachty zagrodowej, zbiedniałej materialnie, ale tak bogatej w tradycje i tak mocno przez krew powstańczą, przez gwałty Murwjowa, przez Sybir z Polską związanej.”

Traktat ryski wywołał oburzenie u Polaków. Pochodzący z podarowanej Sowietom Mińszczyzny profesor Marian Zdziechowski nazwał go publicznie „zbrodnią”, popełnioną „z lekkim sercem, bez żalu, bez wyrzutów sumienia, niemal z triumfem”. Biskup Zygmunt Łoziński określił działania Grabskiego w sprawie traktatu ryskiego „zdradą stanu” i domagał się sądu nad nim. Wnuk Tadeusza Rejtana, Adam Grabowski, w Sejmie, z galerii dla publiczności, rzucił na salę poselską wydrukowaną ulotkę, gdzie protestując przeciw oddaniu Rosji ziem od wieków polskich, nazwał Grabskiego „Kainem”. Taka właśnie była błędna polska polityka w stosunku do Związku Sowieckiego, której ofiarami stało się około milion Polaków, w tym rodzina Waśkowskich ze wsi Maraczówka na Wołyniu. 

Michalska Franceska, „Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce. Wspomnienia”, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2007

Alicja Łukawska

Tekst oryginalny na blogu:  archiwum mery orzeszko


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...