środa, 14 stycznia 2015

Barbara Iskra Kozińska, Czerwone niebo nad Wołyniem




Nocą z 6 na 7 grudnia 1943 r. na zawsze zniknęły z powierzchni ziemi trzy sąsiadujące ze sobą polskie wsie na Wołyniu: Okopy, Budki Borowskie i Dołhań w powiecie sarnenskim. Wszystkie domy w tych miejscowościach najpierw zostały obrabowane, a potem podpalone. W okrutny sposób zamordowano około 60 mieszkańców tych wsi, w tym kobiety, starców i dzieci, a także uprowadzono i zamęczono tamtejszego proboszcza księdza Ludwika Wrodarczyka. Dokonali tego sąsiedzi z pobliskich wiosek, Ukraińcy, kobiety i mężczyźni, zwolennicy ideologii Stepana Bandery, członkowie UPA, którzy dokonali czystki etnicznej, by usunąć z Wołynia znienawidzonych Polaków.

O tych wydarzeniach opowiada wzruszająca książka Barbary Iskry-Kozińskiej „Czerwone niebo nad Wołyniem” dedykowana Polakom pomordowanym przez Ukraińców na Wołyniu. Jest to powieść biograficzna osnuta na motywach historii rodziny autorki, której przodkowie od najdawniejszych czasów mieszkali na Wołyniu we wsi Okopy. Wokół żyli sami Ukraińcy. Najbliższym miastem było Rokitno odległe o około 20 kilometrów. Jedyna droga do Rokitna prowadziła przez ukraińską wieś Karpiłówka, przez którą już przed wojną Polacy przejeżdżali z lękiem i duszą na ramieniu. Wcześniej obie narodowości żyły zgodnie, ale kiedy w latach 30. zaczął podnosić głowę ukraiński nacjonalizm, żaden Polak nie mógł być bezpieczny podczas pobytu w ukraińskiej wsi. Wszystkie spotkania i zabawy kończyły się bójką. Ukraińska nienawiść narastała stopniowo, aż do tragicznego końca, kiedy ze wsi Okopy nie pozostał kamień na kamieniu, a jej mieszkańcy albo zostali pomordowani przez banderowców, albo uciekli z Wołynia na zawsze, tak jak chcieli Ukraińcy. 

 
Głównymi bohaterami powieści są Michalina i Wincenty Kozińscy (dziadkowie autorki) oraz ich potomstwo: córka Helenka i trzech synów, czyli Franciszek, Dominik i Zdzisław. Kozińscy mieli pochodzenie szlacheckie, ale w okresie międzywojennym, kiedy toczy się ta opowieść, utrzymywali się wyłącznie z pracy własnych rąk. Mieli duże, dobrze utrzymane gospodarstwo rolne i sad, hodowali także rasowe konie i bydło. Dobrze im się powodziło, stać ich było na wysyłanie dzieci do szkół w mieście. Najstarsza Helenka ukończyła prywatne gimnazjum w Rokitnie, zaś dwaj synowie – tamtejszą średnią szkołę wojskową. 

Autorka „Czerwonego nieba nad Wołyniem” jest córką najmłodszego syna, czyli Zdzisława Kozińskiego. W powieści odmalowała losy swych przodków na tle szerszej panoramy całej wsi, a nawet parafii. Mamy więc tu historię kuzyna Kacpra Kozińskiego, który ożenił się z Ukrainką z Karpiłówki, jest opowieść o zaprzyjaźnionym z rodziną Kozińskich księdzu Ludwiku Wrodarczyku, o dzielnej nauczycielce Felicji Miasojad, a także o partyzantach polskich i radzieckich. Kozińska opisała ze szczegółami życie codzienne mieszkańców Kresów w okresie międzywojennym, przedstawiła ich całoroczne święta, zwyczaje i obrzędy (m. in. Boże Narodzenie, Dożynki, Noc Świętojańska, sianokosy, rytuały weselne polskie i ukraińskie). Udało się jej niezwykle plastycznie odtworzyć rytm życia Polaków na Wołyniu oraz malownicze wołyńskie krajobrazy, kolory, zapachy i smaki. Dzięki tej książce po raz pierwszy naprawdę „poczułam” Wołyń z jego malowniczymi pejzażami i interesującymi, „charakternymi” mieszkańcami.

Kresowa idylla Polaków skończyła się w 1930 r. Przyszła wojna i pierwsza okupacja sowiecka, kiedy Kozińscy żyli cały czas w strachu, że w każdej chwili może po nich przyjść NKWD i wywieźć w nieznane. Potem nadeszła okupacja niemiecka. III Rzesza popierała nacjonalistyczne dążenia Ukrainców, którym śniła się „samostijna” Ukraina. Omamieni przez hasła Stepana Bandery Rusini, mawiali wtedy, że „samostijna Ukraina będzie wtedy, kiedy oni będą po kolana brodzić we krwi Polaków (w książce cytowane jest popularne hasło UPA: „bude todi Ukraina, jak popłynie laćka krow po kolina”).

Mieszkańcy trzech polskich wsi wiedzieli dobrze, że nikt ich przed Ukraińcami nie obroni. Na Wołyniu byli wprawdzie polscy partyzanci, m. in. 27. Wołyńska Brygada AK a także zgrupowanie partyzanckie „Jeszcze Polska nie zginęła” Roberta Satanowskiego, jednak te oddziały operowały daleko za Rokitnem. Polacy z Okopów mogli więc liczyć wyłącznie na siebie. Trochę wsparcia mogła im ewentualnie udzielić kryjąca się po lasach sowiecka partyzantka.

Kiedy na Wołyniu zaczęły się „czerwone noce”, to znaczy kiedy na nocnym niebie widać były łuny płonących polskich wiosek, podpalonych przez Ukraińców i zewsząd dochodziły słuchy o mordach banderowców oraz o tym że prawosławni popi święcą siekiery i inne narzędzia zbrodni, Polacy zaczęli wystawiać wokół wsi straże. Jednak i na Okopy przyszła zagłada. Nocą z 6 na 7 grudnia 1943 r. wioska została zaatakowana przez oddział uzbrojonych banderowców. Podeszli tak cicho, iż nawet czujki nie zauważyły. Dostrzegł ich jeden z wiejskich chłopaków i podniósł alarm. Mieszkańcy błyskawicznie załadowali na konne wozy przygotowane wcześniej zapasy jedzenia i uciekli do lasu. Dzięki temu większość z nich uszła z życiem. W kościele w Okopach został miejscowy proboszcz, ksiądz Wrodarczyk, który zamierzał bronić Najświętszego Sakramentu przed zbezczeszczeniem przed banderowców. Modlił się przed ołtarzem, kiedy mordercy przyszli po niego. Zginął męczeńską śmiercią, porwany przez banderowców i zamęczony w jednej z pobliskich wsi ukraińskich. Jest to podobno jedyny znany przypadek uprowadzenia ŻYWEGO Polaka z miejsca zbrodni w celu dalszego męczenia go i torturowania. Być może chodziło o to, że Ludwik Wrodarczyk był kapłanem rzymsko-katolickim? Może przygotowano dla niego bardziej wyrafinowane tortury niż dla świeckich? Nie wiadomo, jakie były pobudki bandytów.

 
W powieści jest mowa o tym, że ksiądz Wrodarczyk był przed śmiercią torturowany we wsi Kisorycze, dokąd Ukraińcy poprowadzili go z powrozem na szyi, potem został zarąbany siekierą, w końcu wyjęto mu z piersi serce. Inna wersja mówi o tym, że 6 grudnia 1943 r. kapłan został przepiłowany żywcem przez ukraińskie kobiety we wsi Moczulanka, a jeszcze inna – że Ukrainki zabiły go w lesie niedaleko Karpiłówki, (tej wersji towarzyszy szereg przerażających szczegółów, wieśniaczki wcześniej torturowały go, rozebrały do naga, włożyły mu na głowę koronę uplecioną z drutu kolczastego, a następnie ukrzyżowały do góry nogami na dębie). Ksiądz Wrodarczyk jest obecnie patronem gimnazjum w Radzionkowie na Śląsku, skąd pochodził. Od niedawna toczy się jego proces beatyfikacyjny. Został też uhonorowany pośmiertnie orderem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za ratowanie Żydów podczas okupacji hitlerowskiej. Order za ratowanie Żydów otrzymała również zamordowana przez banderowców latem 1943 r. nauczycielka Felicja Miasojada z Okopów, która uratowała dwóch Żydów po likwidacji getta w Rokitnie.

Barbara Kozińska pisze, że tej samej nocy banderowcy spalili trzy sąsiadujące ze sobą polskie wsie na Wołyniu, to jest Okopy, Budki Borowskie i Dołhań. Zamordowali wówczas około 60 osób. Ich ciała posiekana na kawałki, znaleziono następnego dnia i pochowano we wspólnej mogile: „Nie chciano pozostawić ciał na pastwę losu, wiedząc, że w pobliżu kręcą się wilki. Ziemia była zmarznięta, więc zaczęto szukać dołów po kartoflach, kopcach. Znaleziono taki dół w pobliżu, za szkolnym boiskiem. Partyzanci rozkopali i wyczyścili dół ze śniegu, po czym zaczęli umieszczać tam ciała. Układano je jedne obok drugich. Ludziom same łzy cisnęły się do oczu. Stary Jarosz płakał; szlochał i wycierał od czasu do czasu nos w chustkę. Pomordowane małe dzieci układano obok matek – niemowlęta z odrąbanymi główkami, których ciałek nie można było skompletować, odnaleźć w tym padole ludzkiej krwi.”

Reszta Polaków z trzech wsi uratowała się dzięki ucieczce do lasu, gdzie przetrwała zimę, wiosnę i lato 1944 r. w szałasach i ziemiankach. Od ukraińskiego zagrożenia ostatecznie wybawiło ich dopiero przejście frontu i nastanie władzy radzieckiej, przed którą banderowcy uciekli w Bieszczady. Polacy z Okopów nie mieli dokąd wracać. Ich domy zostały spalone, a poza tym Sowieci zaplanowali przesiedlenie ich na Ziemie Odzyskane. Kozińscy powędrowali najpierw do Rokitna, a potem wyjechali „do Polski”, aż pod niemiecką granicę. Po Okopach nie ma już śladu. Tam, gdzie od czasów Bolesława Chrobrego mieszkali Polacy, dzisiaj są pola. Spełniło się marzenie Ukraińców o samostijnej Ukrainie.

Niezwykle zajmująca książka Barbary Kozińskiej stała się dla mnie inspiracją do dalszych poszukiwań związanych z Wołyniem. W sieci znalazłam nie tylko dokładny plan Okopów, ale także spis ostatnich mieszkańców, jak również dodatkowe informacje na temat nieznanego szerszemu ogółowi chrześcijańskiego męczennika, księdza Ludwika Wrodarczyka.
Kozińska Iskra Barbara, „Czerwone niebo nad Wołyniem”, wyd. Bellona, Warszawa 2012

A poza tym, warto zajrzeć tutaj:

Bronisław Janik, „Niezwykły świadek wiary na Wołyniu 1939-1943, ks. Ludwik Wrodarczyk OMI, Poznań 1993



Wołyń - Budki Borowskie
Wieś Okopy na Wołyniu
Wołyń - Okopy
Wspomnienia Wacława Kowalczyka z pobytu w Rokitnie na ...
Ojciec Ludwik Wrodarczyk OMI, Proboszcz i Męczennik ...



Tekst oryginalny ukazał się na: archiwum mery orzeszko

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...