poniedziałek, 8 lipca 2019

Karol Wędziagolski, Pamiętniki. Wojna i rewolucja, kontrrewolucja, bolszewicki przewrót, warszawski epilog




O istnieniu tej książki dowiedziałam się od Izy, autorki bloga Filety z Izydora. Parę lat trwało, zanim mogłam przeczytać to wydawnictwo, ale gdy zaczęłam, to już nie mogłam przestać. 

Kim był Karol Wędziagolski (1885-1974) i dlaczego jego wspomnienia są tak frapujące, że mimo pokaźnej objętości, czyta się je błyskawicznie? No, cóż, to długa historia, ale najważniejszy chyba jest fakt, że wspomnienia Wędziagolskiego dotyczą czasu niezwykłego zamętu, jaki nastał w Rosji od momentu rozpoczęcia I wojny światowej. Zgodnie z tytułem wydawnictwo to obejmuje okres wojny, upadku caratu, rewolucji, kontrrewolucji i zamachu bolszewików. 

Powstało wiele relacji na temat tych wydarzeń, ale perspektywa Wędziagolskiego jest szczególnie interesująca, gdyż miał on możliwość obserwować postępujące rozprzężenie w żołnierskich masach na froncie, a później - z racji pełnienia funkcji rewolucyjnego komisarza - miał okazję stykać się z czołowymi politykami tego okresu. Najbliżej mu było do Borysa Sawinkowa, rosyjskiego rewolucjonisty i zamachowca, z którym zawiązał sojusz, ale w swej książce przedstawia stanowiska i działania (bądź ich brak) Rządu Tymczasowego i "białych" dowódców, co w konsekwencji doprowadziło do zwycięstwa bolszewików. A w opinii Autora wcale nie było ono przesądzone. Partia bolszewicka była wąską, ale zdeterminowaną grupą, która wykorzystała brak zdecydowania przeciwników, szerzącą się anarchię i podatność mas na hasła obiecujące pokój. Wędziagolski był świadkiem wielu spotkań na wysokim szczeblu i z perspektywy czasu był w stanie je omówić i zanalizować ówczesną sytuację w sposób klarowny i przystępny również dla dzisiejszego czytelnika, dla którego ówczesny układ sił pozostaje wielką niewiadomą. 

Swoje wspomnienia Autor spisał u schyłku życia na emigracji w Brazylii, gdzie się udał wraz z rodziną po wybuchu II wojny światowej. Przedstawiona we wspomnieniach analiza może sugerować, że był mądrzejszy niż rosyjscy przywódcy rewolucji lutowej, a później "białych" (m. in. Kiereński, Korniłow czy Krasnow). Ale takie jest prawo autora wspomnień. Mając świadomość, że ta relacja może być nieco podkoloryzowana odnośnie zdolności oceny sytuacji przez Wędziagolskiego, to i tak czytelnik dostaje pasjonującą opowieść o rewolucji rosyjskiej, jej głównych aktorach i roli przypadku w historii. Czasem można się pogubić, kto i co sobą reprezentował, ale to tylko uwiarygadnia autora, bo można sobie wyobrazić, co przeżywali przeciętni ludzie rzuceni w wir historii, która kręciła się w coraz bardziej zastraszającym tempie wciągając ich w swoje zwykle bezlitosne tryby...

Losy rzuciły naszego autora do Kijowa, gdzie nawiązał kontakt z Polską Organizacją Wojskową, a zwłaszcza z bliskimi współpracownikami Józefa Piłsudskiego, co ułatwiło mu powrót do polski i odnalezienie się w nowej, kształtującej się rzeczywistości II RP. 

Polityka Wędziagolskiego proponująca porozumienie Polski z rosyjskimi demokratami i wspólną walkę z ZSRR nie odniosła sukcesu, a wskutek podjętych przez rząd polski decyzji (wydalenie Sawinkowa z Polski, podpisanie traktatu ryskiego) Wędziagolski zrzekł się wszelkich funkcji urzędowych i osiadł w swojej posiadłości na Wileńszczyźnie. Los Sawinkowa, który uległ sowieckiej prowokacji i został osądzony w pokazowym procesie w 1924 r., nie jest dokładnie opisany, ale zachęcam do poszukania informacji w internecie. To naprawdę ciekawa i dramatyczna historia. 

Wspomnienia podzielone są na krótkie rozdziały ułatwiające lekturę i napisane są świetną polszczyzną, co może dziwić, gdyż Autor nie ukrywa swoich problemów z posługiwaniem się językiem polskim po powrocie do Ojczyzny. Jak jednak dowiadujemy się z Epilogu, ten piękny język jest zasługą Barbary Toporskiej, która tekst wspomnień zredagowała poświęcając temu zajęciu wiele czasu i życzliwej uwagi. 

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić Was do lektury. To naprawdę świetna rzecz pokazująca niby znany kawałek historii, a jednak czyta się tę pozycję z niesłabnącym zainteresowaniem. 

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Elżbieta Orman. Tahańcza Poniatowskich

Herb szlachecki Ciołek















 

 

 

Polska Akademia Umiejętności

     Nazwa „Polska Akademia Umiejętności” kojarzy się Polakom ze skupianiem intelektualnych elit wokół czystej nauki i rzetelną wiedzą uznającą ogólnoludzkie wartości. Pod auspicjami tej instytucji oraz przy wsparciu Fundacji Lanckorońskich powstała publikacja zatytułowana „Tahańcza Poniatowskich. Z dziejów szlachty na Ukrainie w XIX wieku” będąca owocem pracy P. Elżbiety Orman w jej drodze do uzyskania stopnia naukowego doktora historii. Tematyka książki zainteresowała mnie nie bez przyczyny: noszę nazwisko Poniatowska po mężu, którego dziadek pochodził z Mielnicy w woj. tarnopolskim, a babcia z Rożyszcz w woj. wołyńskim (obecnie na terytorium Ukrainy). W ramach depatriacji, w sierpniu 1945 roku, rodzinę Poniatowskich przesiedlono z Mielnicy w okolice Pasłęka koło Elbląga. 

Od Poniatowskich do Buturlinów

     „Tahańcza Poniatowskich” doskonale wpisała się w domenę zainteresowań doktor Elżbiety Orman, redaktorki Polskiego Słownika Biograficznego, jako niezwykle ważne studium naukowe oraz przyczynek do badań nad przeszłością polskiej szlachty. Na tle historii ziem ukraińskich badaczka przedstawiła losy arystokratycznego rodu Poniatowskich herbu Ciołek oraz rosyjskiej rodziny Buturlinów, związanych z leżącą na terenie prawobrzeżnej Ukrainy własnością ziemską o tatarskiej nazwie - Tahańcza. Dzieje kolejnych właścicieli posiadłości stały się osią narracji rozprawy krakowskiej historyczki. Zakres chronologiczny tego studium wybiega daleko poza ramy czasowe określone tytułami rozdziałów książki, co było uzasadnione koniecznością przedstawienia tytułowej rezydencji w szerokim kontekście historycznym. W podobny sposób autorka rozszerzyła geograficzny zasięg przedmiotu badań, nie ograniczając się do Ukrainy, lecz sięgając do Polski, Włoch, Francji.

Pułkownik "bywszych" wojsk polskich - Józef Ciołek Poniatowski
Pułkownik "bywszych" wojsk polskich - Józef Ciołek Poniatowski
Pułkownik Józef Poniatowski - właściciel Tahańczy
Pułkownik Józef Poniatowski - właściciel Tahańczy




 

 

 

 

 


 

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Walerian Meysztowicz. Gawędy o czasach i ludziach

Walerian Meysztowicz - wachmistrz 13 p. uł.











 

 

 

 

 

 

Walka o odwrócenie biegu historii

     Ksiądz Walerian Meysztowicz snując „Gawędy o czasach i ludziach” zaprezentował czytelnikom szerokie spektrum postaci, które dane mu było poznać, a także ponad wiekowe dzieje Rzeczypospolitej. W kolejnych wspomnieniach poświęconych konkretnym osobom, ksiądz o duszy historyka, kreślił portrety swych rodaków uwzględniając kontekst społeczno-polityczno-kulturowym rzeczywistości osadzonej korzeniami w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów z Wielkim Księstwem Litewskim. Litwa księdza Meysztowicza z pewnością wywoływała w czytelnikach emocje i wzruszenia za pośrednictwem opisów „kraju lat dziecinnych” – majątku Pojoście w rejonie poniewieskim na Litwie Kowieńskiej. Autor zbioru nie ograniczył się jedynie do opisu rodowej siedziby. Odnotował, że „ten sam styl polskiej wiejskiej siedziby” pojawiał się i w chłopskiej zagrodzie, i w szlacheckim dworku, i w magnackich pałacach czy w królewskich rezydencjach. Ksiądz wprowadził nas w tajniki zarządzania majątkiem ziemskim z folwarkami, lasami i zakładami przetwórczymi, gdzie pracowały dziesiątki ludzi, których egzystencja (wraz z rodzinami) leżała na sercu dziedzicowi. Sprawy dziedziczenia i wywodzenia genealogii krewnych i powinowatych nadzwyczaj zajmowały Waleriana Meysztowicza. Z dużą biegłością poruszał się w zakamarkach litewskich rodów, okazując wyjątkowe przywiązanie do rodziny Meysztowiczów. Do pewnego stopnia autor utożsamiał się „z żywą jednością warstwy szlacheckiej, powiązanej pokrewieństwami i wspomnieniami”. Poczucie wspólnoty rodowej i jej powinności wobec Ojczyzny nadawało sens życia ludziom pokroju Waleriana Meysztowicza. Specjalne miejsce w pamięci księdza zajęli jego rodzice: Aleksander i Zofia Kossakowska. Olbrzymi wkład ojca w dzieło odbudowy niepodległej Ojczyzny syn spuentował zdaniem: „Dzieje całego życia można by przedstawić od początku, jako walkę o odwrócenie biegu historii”.

Aby w Polsce – po polsku się myślało!

     Z kart wspomnień Litwina-Polaka przebijają kwestie patriotyzmu przejawiającego się w trudnych okresach klęsk i upadków Ojczyzny. Czytelnik otrzymał jednoznaczną interpretację tej postawy rozumianej, jako ciągła służba Polsce, wiążąca się z przedkładaniem celów narodowych nad cele własne i jako bezwarunkową gotowość do pracy dla Kraju. Polacy zawsze skłonni byli do ponoszenia znacznych ofiar, aż do ofiary życia składanej na ołtarzu Ojczyzny. Według księdza Waleriana, dowodem świadczącym o wartości człowieka stawał się jego stosunek do „Rzeczy Wspólnej – Rzeczypospolitej”. Kilkadziesiąt biogramów wybitnych Polaków utwierdza nas w przekonaniu, iż wszyscy oni: tzw. „Żubry kresowe”, piłsudczycy, endecy, polski kler, itd. walczyli o to, aby „Polska – Polską była! Aby w Polsce – po polsku się myślało!” (kard. Stefan Wyszyński).
     Miła niespodzianką dla mnie – wiernej miłośniczki Naczelnika Państwa – okazało się, że ksiądz Meysztowicz poza rozdziałem zatytułowanym „Marszałek Piłsudski”, często odnosił się do filozofii Józefa Piłsudskiego, jego relacji z „żubrami kresowymi” czy z klerem. Podkreślał fundamentalne znaczenie Józefa Piłsudskiego, jako wodza, oraz jego wpływ nie tylko na swoich podwładnych, ale i na większość Polaków.

Ambasador Kazimierz Papée, radca kanoniczny ks. prałat Walerian Meysztowicz oraz sekretarz ambasady Bronowski- fot www.msz.gov.pl
Ks. Walerian Meysztowicz, ambasador Kazimierz Papée, 
 oraz sekretarz ambasady Bronowski- fot www.msz.gov.pl
Walerian Meysztowicz, Pius XII, mons. Montini (póżniej Paweł VI) - fot kuriergalicyjski.com
Ks. Walerian Meysztowicz, Pius XII, mons. Montini
(później Paweł VI) - fot kuriergalicyjski.com














 

 

 

Radca kanoniczny Ambasady Polskiej

     „Gawędy o czasach i ludziach” księdza Meysztowicza, tak jak sugerowała kolejność elementów tytułu książki, dostarczyły znacznie więcej informacji o czasach, w których żyli ich bohaterowie, niż o nich samych. Wieloletni badacz watykańskich archiwów po mistrzowsku przedstawił aktualną sytuację społeczno-polityczną w Europie pierwszej połowy XX wieku. Dociekał przyczyn wydarzeń tego okresu odpowiedzialnych za późniejszą sytuację Polski – polityki ugodowej, polityki realnej itp.
     Większą część książki, wydanej tuż po śmierci autora, zajmują opowieści o wybitnych przedstawicielach Kościoła z Polski i spoza jej granic. Walerian Meysztowicz podczas sześćdziesięciu lat pełnienia posługi duszpasterskiej doskonale poznał środowisko kapłańskie od proboszcza maleńkiej parafii, gdzieś na Litwie, do papieży w Rzymie, w którym on sam pełnił funkcję Radcy kanonicznego Ambasady Polskiej przy Stolicy Apostolskiej. Za pośrednictwem losów poszczególnych postaci Kościoła profesor prawa kanonicznego przedstawił szeroki wachlarz zagadnień kościelnych: stosunków Polski i Watykanu, polityki papieży i administracji watykańskiej, stosunku katolicyzmu do innych religii, a nawet do bolszewickiego ateizmu, który „mimo przebierania w stroje kościelne agentów integralnego bezbożnictwa, z Kościołem katolickim jest w pełnym przeciwieństwie”.

Antemurale Christianitatis

     Walerian Meysztowicz był żołnierzem uhonorowany Krzyżem Virtuti Militari za zasługi bojowe w wojnie z bolszewikami. Należał do oddziału Jerzego Dąmbrowskiego ps. „Łupaszka”. Ksiądz brał udział w kampanii wrześniowej na Litwie (1939 r.), skąd dostał się do Rzymu, w którym pozostał już na zawsze. W Wiecznym Mieście ks. Meysztowicz skupiał się m.in. na studiowaniu zasobów Biblioteki Watykańskiej pod kątem „sprawy polskiej”. Zainicjował powstanie Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie i wydawanie rocznika „Antemurale”, jednocześnie pełniąc funkcje kanonika Bazyliki św. Piotra czy protonotariusza apostolskiego

Adam Stefan Sapieha - fot https://pl.wikipedia.org/
Adam Stefan Sapieha - fot https://pl.wikipedia.org/
Aleksander Meysztowicz wśród członków gabinetu premiera Bartla - fot nac.gov.pl
Aleksander Meysztowicz wśród członków
 gabinetu premiera Bartla - fot nac.gov.pl

 

O orle skrzydła otarty wiatr 

     Długie i barwne życie człowieka żyjącego w epoce pełnej dramatycznych zwrotów akcji stało się kanwą do spisania ciągle żywych wspomnień. Jednak „Gawędy o czasach i ludziach” przytłaczają ilością informacji, nazwisk, miejsc, wydarzeń, których nadmiar może mniej wprawnych czytelników zniechęcić do dalszej lektury. Podejrzewam również, że nie ułatwia czytania chropowaty język autora, czterdzieści lat przebywającego poza granicami Polski, a więc częściej używającego języków obcych niż polszczyzny. Ubolewam nad faktem, że wydawca książki nie pokusił się o zamieszczenie w formie np. przypisów dolnych, tłumaczeń często przytaczanych sformułowań w języku włoskim, łacińskim, francuskim. Nieustanne sięganie do słowników utrudnia i spowalnia czytanie oraz zmniejsza przyjemność płynącą z obcowania z dobrą literaturą. No, cóż, Walerian Meysztowicz rozpoczynając naukę w gimnazjum mówił już pięcioma językami: polskim, francuskim, niemieckim, litewskim, rosyjskim. Pomimo tego, nade wszystko umiłował piękną polszczyznę cytując piękny wers
„Nad mą kolebką szumiał z Tatr, o orle skrzydła otarty wiatr”.


Tekst oryginalny ukazał się na blogu www.CzytamPoPolsku.pl

poniedziałek, 3 czerwca 2019

„Silva Rerum” Kristiny Sabaliauskaitė, czyli szlachecki ród i jego curriculum vitae [1]





„Gdy przyszła zima i zbliżały się święta Bożego Narodzenia, Urszula coraz częściej myślała o tym, co napisane i zapisane (…), o tym, że ostatecznie wszystko mieści się między dwiema liczbami, że wszystkie święta Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy obchodzone w dzieciństwie, wszystkie podróże, łzy, pocałunki i grzechy, każda śmierć i każde narodziny, wszystkie wojny i wesela stają się w końcu tym krótkim myślnikiem pomiędzy dwiema datami; i u niej ta druga data już się przybliżała, ale jej maleństwa, urodzone podczas moru, w śmiertelnym zamęcie, były jeszcze wolne, nieprzywiązane żadnym dokumentem do bezlitosnej machiny czasu.”


Kristina Sabaliauskaitė -współczesna litewska pisarka, historyk sztuki, laureatka prestiżowych nagród literackich i finalistka Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2016 – jest autorką bestsellerowej sagi historycznej przedstawiającej losy szlacheckiego rodu związanego z Wilnem. W Polsce ukazały się dotychczas dwie części tej uznanej już w świecie tetralogii: Silva Rerum (nakładem Znaku) i Silva Rerum II (nakładem Wydawnictwa Literackiego); obie w znakomitym tłumaczeniu Izabeli Korybut-Daszkiewicz.

Bohaterowie

Dwie pierwsze części powieści przedstawiają burzliwe dzieje trzech pokoleń szlacheckiej rodziny Narwojszów. Poznajemy Elżbietę i Jana Macieja, którzy uciekając przed piekłem wojny i osobistymi tragediami stworzyli na odludziu Arkadię, własną oazę spokoju. Jednak ich dzieci – Urszula i Kazimierz łakną świata i chcą z życia czerpać pełnymi garściami, zrobią więc wszystko, by się z tego raju uwolnić. Pierwszy tom ukazuje ich dzieciństwo i wczesną młodość. Silva Rerum II – to kontynuacja, która obejmuje również historię następnego pokolenia. Wnikając w nią powoli zaczynamy rozumieć jak ważna jest dla Urszuli rodzina i dlaczego właśnie ona musiała przejąć odpowiedzialność za rotmistrza Jana Izydora (swojego bratanka) i jego niezbyt fortunne małżeństwo…

To oczywiście nie wszystkie literackie postacie, ponieważ autorka nie skupiła się wyłącznie na członkach rodu Narwojszów. Raczej podeszła do kreowania świata swoich bohaterów z prawdziwym rozmachem. Poznamy zatem również ich przyjaciół i wrogów, małżonków i kochanków; ludzi, którzy wpłynęli na ich los, albo stali się ślepym narzędziem losu w ich rękach. Trzeba dodać, że postacie pierwszo i drugoplanowe są wykreowane z jednakową dbałością, nigdy nie są płaskie i banalne, każda ma swoją biografię czy mikrohistorię. W tym korowodzie barwnych kreacji literackich każdy znajdzie własnych faworytów. Jestem jednak pewna, że nikt nie zdoła oprzeć się urokowi Urszuli i Jana Kirdeja Bironta - ekscentrycznej, samolubnej, nieprzewidywalnej i dumnej szlachcianki; piekielnicy z ognistym temperamentem, która z życia wyciska to, czego chce i jej wybranka: magnata, banity, mężczyzny o zgubnym uroku. Urszula i Jan Kirdej tworzą parę, która ma szansę wstąpić (o ile już nie dostąpiła tego zaszczytu) w szeregi wielkich literackich romantycznych kochanków.

Portret epoki i szeroka panorama społeczna

Mocną stroną powieści są nie tylko charyzmatyczni bohaterowie, ale również atrakcyjne tło, na którym rozgrywają się ich awanturnicze przygody. Autorka stworzyła misterną fabułę i mocno zakotwiczyła ją w XVII i XVIII wiecznej historii naszego zakątka Europy. Znaczna część akcji rozgrywa się w Wilnie, które staje się jednym z pierwszoplanowych bohaterów. Poznajemy zatem klimat i dzieje tego niezwykłego miasta oglądając je w kolejnych odsłonach: to cieszące się złotą wolnością, to dźwigające się z ruin po kolejnych tragediach i klęskach. Sabaliauskaitė stosuje polifoniczną narrację ze zmienną perspektywą. Poznajemy w ten sposób historię z punktu widzenia różnych bohaterów (przy okazji obserwując w jaki sposób czas zatacza idealne kręgi). Dodatkowo jeszcze udało się autorce uchwycić wielokulturowość Wilna przez ukazanie sytuacji jego mieszkańców – zamożnych i biednych, rodzimych, ale również cudzoziemców (zasymilowanych bądź prześladowanych), którym przecież miasto wiele zawdzięcza...

Język, styl i literackie echa

Kristina Sabaliauskaitė posługuje się pięknym literackim językiem. Jej zdania (długie, rytmiczne, eleganckie, złożone i niezwykle kunsztowne) ciągną się często przez pół strony, a zarazem z powodu swej lekkości nie wywołują znużenia. W całej powieści nie uświadczymy tradycyjnego zapisu dialogów, co nie znaczy, że ich nie ma. Wypowiedzi bowiem zostały włączone w tok narracji lub w strumień myśli. A dokonano tego tak zręcznie, że brak konwencjonalnego zapisu początkowo może umknąć uwagi. Czytając Silva Rerum – czytelnik obcuje z książką jedyną w swoim rodzaju, a zarazem mocno zakorzenioną w światowej literaturze. Odniesienia są bardziej lub mniej bezpośrednie. Polski czytelnik powinien docenić przemyconą w tekście wiedzę dotyczącą perełek naszej rodzimej literatury. Nie unikniemy wielu skojarzeń. Olga Tokarczuk trafnie określiła Silva Rerum powieścią marquezowską (przez sposób opowiadania i obecność pewnych wątków: np. proroctwa dotyczącego przyszłości rodu czy powtarzające się imiona poszczególnych członków rodziny), co nie znaczy, że książkę można tak jednoznacznie zaszufladkować. Silva Rerum to również powieść sienkiewiczowska - ze względu na klimat i przedstawioną epokę. Oczywiście obie książki powstały w zupełnie innym celu i ich twórcy przyjęli zgoła odmienną optykę. Sienkiewicz wierzył, że w obliczu wyzwania człowiek szlachetnieje, a Sabaliauskaitė widzi tę sprawę inaczej. Według niej człowiek przez całe życie miotany jest namiętnościami, a jeśli coś go zmusza do działania, to nie szlachetność, ale instynkt przetrwania. Sienkiewicz tworzył ikony (może poza Kmicicem i Bohunem), a bohaterowie litewskiej pisarki przegrywają walkę z własnymi wadami; to są ludzie przedstawieni z całym ich cudownym, czasem tragicznym skomplikowaniem… Oczywiście są i inne skojarzenia. Przyznaję, że podczas lektury ani na moment nie opuszcza mnie wrażenie, że wciąż powracam do czegoś znajomego. Bo czyż nie jesteśmy obyci z nazwiskiem Radziwiłłów? Czyż wątek miłości Jana (Delamarsa) i Cecylii mimochodem nie przypomina Nad Niemnem Orzeszkowej? Czyż wreszcie tematyka Kresów nie pozostaje nam wciąż szczególnie bliska?

Non omnis moriar [2]

„Silva rerum” czyli „sylwa”, to pamiątka rodzinna modna swego czasu w szlacheckich kręgach, stanowiąca rodzaj kroniki, biblii domowej czy poetycko-filozoficznej księgi, w której odnotowywano ważne wydarzenia: narodziny, zgony i uroczystości, ale także wysokość posagów, anegdoty, utwory literackie, sentencje, a nawet przepisy kulinarne. Ponieważ w powieści brakuje tradycyjnego zapisu dialogów, a wypowiedzi bohaterów przytacza narrator – udało się autorce upodobnić swoją książkę do szlacheckiej rodowej sylwy. Narwojszowie przywiązują wielką wagę do swojej rodowej księgi. Wierzą w moc zapisanych słów; nota w księdze jest rodzajem świadectwa istnienia. Tylko dlaczego w takim razie zabrakło w niej miejsca dla Jana Kirdeja Bironta – najważniejszej osoby w życiu Urszuli i Kazimierza?

Silva rerum to nie tylko saga rodzinna, ale również pełna epickiego rozmachu opowieść o fenomenie ludzkiego życia. Opowieść o jego naturze: namiętnościach, o walce ze słabościami i o samotności. Ale również o kapryśnej i nieprzewidywalnej Fortunie, o mrocznej, a zarazem wspaniałej epoce. O kruchości człowieka, ale przede wszystkim o jego niezwykłej zdolności do odradzania się i woli przetrwania. O tym, że im bardziej przerażające jest zagrożenie, na tym większy wysiłek potrafi się zdobyć, by przeżyć. Nawet, jeśli taki zamysł nie mieści się w Boskich planach…

Wspaniała powieść. Polecam gorąco!


1 Curriculum vitae – (łac.) przebieg życia
2 Non omnis moriar - (łac.) – „nie wszystek umrę”


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli

poniedziałek, 20 maja 2019

Gdzie Rzym, gdzie Haliniszki albo o „Dworze w Haliniszkach” E. Dmochowskiej





Czy znalazła się nam oto polska Jane Austen? No… Nie. Ale czy można źle się bawić podczas lektury powieści, w której głównym kołem zamachowym fabuły jest wątek matki i siostry bohaterki, które chcą tę bohaterkę jak najszybciej wydać za mąż, bo potrzebują pieniędzy, by ufundować nowy zakon…?

Mąż,
jak to zabawnie mieć męża! Ale i straszno, żeby na kilka dni, to
jeszcze, ale na całe życie…
E. Dmochowska, Dwór w Haliniszkach, Wydawnictwo Oskar, 1991 r.


Odpowiedź brzmi: zawsze można. No, przepraszam, jestem psujzabawą. Ale za to postaram się Wam pokazać, że można bawić się dobrze – w moim przypadku pierwszy szok (Domownik może potwierdzić, że przy lekturze początkowych scen mruczałam pod nosem „Czy to jest na serio? Nie, ona żartuje, prawda?”) przeszedł w kontrolowany zachwyt. Czym? Uważam, że bardzo dużo o epoce można wyczytać z dzieł, które gdzieś tam zostały na jej obrzeżu: przejrzałych bestsellerów, literatury „wagonowej”, wszystkich tych książek czytanych z wypiekami na twarzy przez zastępy młodych dziewcząt. Czemu? Bo te powieści sprzedają nam pewien obraz epoki, który nie wszedł do kanonu, a swego czasu był popularny. U Dmochowskiej mamy bowiem wszystko to, o czym się wtedy mówiło: i emancypację (ba, bohaterowie ze zgrozą równą tej iksinowskiej u Prusa pytają jednej z bohaterek, czy aby nie jest emancypantką), i kłopoty z Kościołem katolickim na przełomie wieków (ach, ta masoneria!), i wciąż niezaleczone rany po powstaniu styczniowym, które wymiotło z domów młodzież, już nie mającą możliwości do nich powrócić.

Franciszek Kostrzewski, Grzybobranie, ilustracja do "Pana Tadeusza"
Źródło



A przy tym „Dwór w Haliniszkach” to czystej wody romans, ustawiony w dekoracjach dość niecodziennych. Oto Zosia Halicka, hoża dziewoja z Wileńszczyzny, która marzy o podniesieniu z niemalże-ruin rodzinnego dworu, wychowywana przez babkę-patronkę-okolicy i zdroworozsądkowego stryja. Oto Jerzy Lipowski, we wczesnym dzieciństwie osierocony przez rodziców, którzy pozostawili mu po sobie tylko długi, wychowany przez ciotkę, niepewny siebie, swojej wartości i angstujący na potęgę (serio, ilość miejsca, które zabierają wewnętrzne monologi Jerzego pod tytułem „nie mogę kochać Zosi, mam długi po rodzicach, co oznacza, że dla mnie jedyną pociechą może być związek z prostytutką!” – nie pytajcie o logikę, Jerzy lubi podkreślać swoją złą sytuację; Dmochowska cudownie kontrapunktuje to przez pokazywanie reakcji mocno stąpającej po ziemi rodziny Halickich).

Od początku wiemy, że oboje mają się ku sobie, pytanie tylko, jakie kłody rzuci im pod nogi autorka. A autorka co prawda sięga po kłody konwencjonalne również (mezalians), ale i takie dość rzadko jednak spotykane. Tu właśnie pojawia się cały wątek fundowania nowego zakonu. Bo widzicie, Zosię wychowuje babka nie dlatego, że dziewczyna jest sierotą, ale dlatego, że jej matka wraz ze starszą Zosi siostrą, Teresą Leonią (to podwójne imię w kontraście do samej Zosi powinno nas już naprowadzić na trop: matka najwyraźniej dużo bardziej od początku inwestuje w starszą swą latorośl) przebywa w Rzymie. Co tam robią? Otóż Teresa Leonia miała objawienie, gdzie nikt inny jak sama Matka Boska kazała jej założyć zakon. Tutaj zaczyna się robić ciekawie, bo Dmochowska nie przedstawia tego jednoznacznie pozytywnie, co w powieści pełnej rozmodlonych postaci i w romansie, gdzie sporą rolę odgrywa audiencja u papieża (tak, tak, sam Leon XIII się nam tutaj pojawia) to wcale nie jest taką oczywistą decyzją. Nie przedstawia też tego jednoznacznie negatywnie (pytanie, czy dlatego, że nie wypadało). Rodzina jest pełna powątpiewania w objawienia Teresy Leonii, nawet ksiądz, z którym obie panie przestają w Rzymie jest nastawiony – ujmijmy to w ten sposób – lekko sceptycznie, w dodatku nie dowiadujemy się do końca, czy cała sprawa się udała. Natomiast jeśli bliskie Waszemu sercu są rozwiązania w postaci „złemu charakterowi powija się noga i na koniec cieszymy się z jego upadku”, to niestety Dmochowska takich wrażeń nie zapewnia. Czemu ten wątek „zakonny” tak wygląda? Podejrzewam, że trzeba go zobaczyć w szerszej ramie, w jaką autorka wpisuje swoich bohaterów i całą fabułę, a mianowicie: tryumf swojskiego nad piękniejszym, lecz cudzym. „Cudzy” jest Rzym i rzymskie wpływy wywierane na bohaterki, które Dmochowska opisuje – a w tym wszystkim „swojski” ma być Watykan, pozostający w oblężeniu (papież – więzień Watykanu, niechętny zjednoczonemu państwu włoskiemu), podobnie jak pozostająca pod rozbiorami Polska (przy czym, co ciekawe, bohaterowie ze zgrozą patrzą na włoską niepodległość, skoro wiąże się ona z końcem Państwa Kościelnego). „Polska” jest swojska, ale równocześnie może być „cudza” w tych swoich częściach, które są z dala od Haliniszek: i Królestwo, i Wilno nawet, choć bliskie geograficznie, może być „cudze”. Bo tą ostoją „swojskości” są właśnie Haliniszki. Tu, mówi Dmochowska, trzeba się brać za robotę, a nie szukać zajęcia gdzieś daleko. Nieustanne podkreślanie, że gdyby Teresa Leonia chciała wstąpić do jakiegoś zgromadzenia na miejscu, spotkałaby się z dużo mniejszym potępieniem ze strony rodziny, również naprowadza na ten trop. Może jeszcze jedna uwaga w tym temacie: Dmochowska zdaje się dość zdroworozsądkowo podchodzić do roli religii w życiu i związków tejże z patriotyzmem. Pisząc o audiencji Polaków u papieża, zauważa dość przewrotnie:



Byli to ludzie, którzy z krwią rycerskich przodków odziedziczyli, a z mlekiem pobożnych matek wyssali miłość do swojego Kościoła i wierność niewzruszoną, którzy, pomimo życiowych zmian i prądów i burz młodzieńczych, zachowali nietkniętą, nie wiarę może, lecz synowskie przywiązanie.


No właśnie: jak nie wiarę, no to może chociaż to przywiązanie. Przyjrzyjmy się teraz przez chwilę Haliniszkom. Bo na pozór to takie słodkie, sielskie siedliszcze, jakich wiele w literaturze, ale jakby tak zdrapać pozłotkę bądź zlizać lukier to spod spodu wychodzi całe mnóstwo „ale”. I nie chodzi mi tu o to, co właściwie ledwo polukrowane, czyli cały wątek najstarszego syna babuni, który najwyraźniej zginął w powstaniu – Dmochowska operuje tu cały czas ogólnikami, zapewne ze względu na cenzurę (powieść ukazała się w 1903 roku). Ale weźmy nieustające aluzje, rzucane przez dziadunia, który portretowany jest jako nieszkodliwy, starszy pan. Z nich oraz z krótko przytoczonej historii życia babuni wynika, że wyszła ona za mąż jako piętnastolatka, objęła gospodarstwo, rodziła synów, a mąż w tym czasie przebywał w Wilnie, robił karierę i zdradzał ją, by po załamaniu się tejże kariery wrócić na wieś, do jej boku i powtarzać jej, jak bardzo ją kocha. Muszę przyznać, że brak jakiegokolwiek zwrócenia na ten fakt uwagi przez którąkolwiek z postaci mnie uwierał.



Franciszek Kostrzewski, „Obrachunek robocizny”. „Dwór…” przedstawia nam chłopów, pracujących w dobrach bohaterów, jako postaci niezaradne, bez opieki dworu nie dające sobie w życiu rady. Brzmi znajomo?

Możecie teraz zakrzyknąć, że taka była epoka, czegóż się spodziewałam. Ale widzicie, pod tym względem „Dwór…” jest dość specyficzny. Wystarczy wspomnieć, że Zosia nie pozostaje właściwie bierną uczestniczką wydarzeń, ale bierze sprawy we własne ręce. Gdyby chcieć pokazać w relacji Zosia – Jerzy stronę aktywną, to byłaby nią właśnie Zosia. W dodatku – tu lekkie spojlery, ostrzegam – Dmochowska nie kończy swojej historii od razu na „żyli długo i szczęśliwie”, ale pokazuje nam ślub, wesele, a nawet noc poślubną. Dla Zosi to moment przełomowy, bo uzmysławia ona sobie ze zgrozą, jak okropne musiałoby być małżeństwo z hrabią Paulinem Barberini-Baraniewskim, właśnie, jak sądzę, pod kątem wypełniania „obowiązków małżeńskich”. Ta postać to w ogóle jest rodzaj literackiej kpiny: zbiera w sobie wszystkich tych dekadenckich kochanków (dźwięczy w nim i rezonuje Sienkiewiczowski Leon, oj, jak bardzo!), w dodatku zostaje nazwany tak dziwnie, że nawet sama Zosia zauważa w tym śmieszność i przesadę.

O ile jednak hrabia Paulin z wiadomych względów zostaje odsunięty w cień, o tyle nie wszystkie postaci u Dmochowskiej miały tyle samo szczęścia, by doczekać się zakończenia swojego wątku. Ania, wierna towarzyszka Zosi, zostaje wyposażona w wątek nieszczęśliwej miłości, który właściwie stoi w miejscu i niewiele nam mówi, znika też jakoś bez echa, jak i sama Ania, na którą w pewnym momencie najwidoczniej zabrakło autorce pomysłu. Zresztą powieść cierpi na jeszcze jedną przypadłość: wprowadzanie postaci szybko i równie szybkie wykańczanie ich wątków gdzieś na drugim-trzecim planie. Serio, kilka razy musiałam wracać do miejsca, gdzie pojawił się tajemniczy ukochany jednej z bohaterek, żeby w ogóle zauważyć, że został wprowadzony. Inną kwestią, która może dzisiaj bawić, jest język Dmochowskiej, której zdarza się przysolić takim zdaniem jak: (…) koniczyna różowa i ciemna brunetka mieszały swe przenikliwe wonie. Generalnie jednak uważam „Dwór…” za zacną wyprawę w przeszłość ze sporą dawką kwestii do interpretacji


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Pierogi pruskie


poniedziałek, 6 maja 2019

Biografia Józefy Szembekowej - czyli koło fortuny i klątwa "Niebezpiecznych związków"




„Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej” - to książka, która oferuje znacznie więcej, niż sugeruje podtytuł. Nie można było przecież skonstruować portretu tak wyjątkowej arystokratki bez wniknięcia w spory kawałek polskiej historii. Jest to biografia fascynującej kobiety, ale także zaduma nad losem powstańców, zesłańców i bohaterów narodowych i opowieść o dziejach wielkich majątków położonych na Wołyniu i Podolu, które dawno już przepadły w odmętach czasu i w zawirowaniach historii. To opowieść, która skupia się na ukazaniu doli Polaków z Kresów Rzeczypospolitej u schyłku barwnej epoki. To wreszcie saga rodu Moszyńskich, ponieważ autorka dociera do źródeł powstania ich legendarnej fortuny i odkrywa jedną z przyczyn jej spektakularnego upadku.

Przez lata dzieje rodu Moszyńskich niemal zupełnie zostały zapomniane, wystarczyło jednak przeprowadzić kwerendę w muzeach, archiwach i bibliotekach, by okazało się, że ich historia jest unieśmiertelniona w dziennikach i wspomnieniach różnych osobistości, w listach, portretach malarzy (w dziełach Jana Matejki), a także w utworach literackich, bo przecież swój prestiż rodzina zawdzięcza mariażowi z córką słynnej hrabiny Cosel ( którą uwiecznił w swej powieści Józef Ignacy Kraszewski), a ważny epizod z życia rodziny natchnął Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania i dramatu.




Bohaterka książki – Józefa z Moszyńskich Szembekowa była córką niedobranej pary. Jej ojciec – Piotr Moszyński, zesłany za działalność konspiracyjną, przez wiele lat rozdzielony z rodziną, cieszył się niezwykłym autorytetem wśród rodaków, w pewnym sensie imponował nawet samemu carowi. Matka – Joanna Moszyńska, a później Jurjewiczowa - była kobietą słabą i podatną na wpływy. Nie zdołała nie tylko wywiązać się z obowiązków matki i żony, ale także nie uniosła presji środowiska, które w żonach zesłanych patriotów (zwłaszcza tak majętnych) szukało wzorów bohaterskiej postawy, oczekiwało trwania przy mężu i roztaczania opieki nad zesłańcami. Taką protektorką okazała się jedna z najbliższych przyjaciółek domu – Róża z Łubieńskich Sobańska, którą nazywano „Różą Sybiru”. Joanna Moszyńska przez kilka lat starała się, co prawda, o wyjazd do męża, ale gdy w końcu taka możliwość się pojawiła – hrabina zmieniła zdanie. Nie tylko nie wyjechała, ale już zdążyła zaplanować sobie życie z innym partnerem, w dodatku - z oficerem rosyjskich huzarów. Istnieją pewne spekulacje dotyczące udziału i manipulacji pani Wesołowskiej (nauczycielki i damy do towarzystwa) w sprawie połączenia hrabiny z oficerem i właśnie ten motyw zainspirował Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania (oraz jego scenicznej przeróbki). „Noc czerwcowa” jest opowieścią (dramatem), który mówi o miłości, powinności i zdradzie, ale Iwaszkiewicz ukrył prawdziwe imiona swych bohaterów, a poza tym udało mu się wyeksponować uniwersalny dramat człowieka. Nie potępił jednoznacznie hrabiny, uczynił z niej również postać tragiczną, dowodząc, że „każdy człowiek ma swój Sybir”.




Wróćmy jednak do naszej bohaterki. Życie Józefy pod wieloma względami układało się dramatycznie. W dzieciństwie została pozbawiona rodziców (matka pochłonięta była sobą), z ojcem mogła kontaktować się jedynie poprzez korespondencję. Zachowane listy z tego okresu zachwycają kaligrafią - zwłaszcza, gdy dociera do nas, że pisało je kilkuletnie/kilkunastoletnie dziecko, a stają się przejmujące - gdy dowiadujemy się, jakim okrucieństwem nauczycielki zostały okupione. Dzieciństwo i młodość Józefy to w dużej mierze walka rodziców o opiekę nad nią, ponieważ po rozwodzie matka nagle uzmysłowiła sobie własne obowiązki. A może raczej dotarło do niej (nie bez udziału jej nowego męża), że córka jest główną właścicielką fortuny? W tej batalii wygrał ojciec, któremu udało się po ośmiu latach rozłąki sprowadzić córkę do siebie. Mieszkali razem aż do jej zamążpójścia.

Przebywając pod dachem ojca Józefa poznała jego ideały (Piotr Moszyński zadbał o odpowiednie wykształcenie, w jego biblioteczce nigdy nie brakowało patriotycznych, nawet zakazanych książek; przekonujemy się także, że był nowoczesnym rodzicem – podarował przecież córce egzemplarz książki „Niebezpieczne związki” Laclosa). Józefę wkrótce połączyła przyjaźń z innym legendarnym patriotą, żołnierzem powstania listopadowego i zesłańcem, dużo starszym od siebie - hrabią Romanem Sanguszką. Za mąż jednak wyszła niefortunnie (to słowo jest zupełnie na miejscu) za Józefa Szembeka. Kandydat odpowiadał zarówno ojcu i córce, o ile jednak Piotr Moszyński szybko dostrzegł wady zięcia i próbował jakoś zaradzić – Józefa nigdy nie przyjęła słów krytyki, a kolejne ciosy przyjmowała ze stoickim spokojem. Jest w tym jakaś przewrotność losu... Być może pozostała do końca oddaną, lojalną żoną, ponieważ podświadomie chciała postępować zupełnie inaczej, niż jej matka?


Przyznaję, że opowieść o Józefie Szembekowej zachwyciła mnie, a jednocześnie głęboko zaintrygowała. Penie trochę inaczej, niż wynikałoby to z intencji autorki. Doceniam pracę Magdaleny Jastrzębskiej, bo nie można nie docenić godzin poświęconych w archiwach, ale także pięknej polszczyzny i jasnego stylu; mam wielkie uznanie dla pasji, której zawdzięczamy wydobycie Józefy z mroków niepamięci. Jednocześnie jednak – (och!, z pewnością to zasługa Jastrzębskiej, ale także Kraszewskiego, Matejki i Iwaszkiewicza, w pewnym sensie także - Agaty Tuszyńskiej, która swego czasu oddała należne miejsce w literaturze innej Józefie) – zaczęła mnie gnębić myśl, że w całej historii, a przede wszystkim w samej bohaterce – tkwią jeszcze nieodkryte pokłady potencjału literackiego. Sama biografia przecież układa się w gotową konstrukcję fabularną, a wszelkie dramatyczne zwroty w życiu bohaterki musiały generować cały szereg rozterek, które Jastrzębska naświetliła na tyle, na ile pozwoliła formuła biografii. Mogłyby one jednak stanowić doskonały punkt wyjścia do psychologicznej rozbudowy postaci i zaowocować stworzeniem złożonej i niejednoznacznej bohaterki. Cóż by to była za bohaterka!



W głowie kłębi się mnóstwo pytań… Jak się czuło dziecko, któremu wmawiano, że jest upośledzone z powodu rudych włosów? Co przeżywało, gdy chciało przelać całą swoją miłość i tęsknotę do ojca, a nauczycielka po raz dwudziesty darła list i kazała przepisywać na nowo? Jak wyglądało powolne dochodzenie do równowagi i odkrywanie własnej wartości? Czy Józefa kiedykolwiek zrozumiała swoje znaczenie i miejsce w świecie? Dręczy mnie też kwestia: czy rzeczywiście tak łatwo mogła przełknąć powtórny ożenek swego ojca ze swoją rówieśnicą i najbliższą przyjaciółką? Ileż musiało kosztować ją udręki w pogodzeniu się z tą decyzją! A sprawa Sanguszki? Czy niechęć starej matki zrujnowanego hrabiego mogła stać się przeszkodą dla gorącego uczucia? I dlaczego matka raczej nie naciskała na mariaż, skoro Józefa była piękną, inteligentną kobietą, a zarazem najpotężniejszą partią w kraju? Czy młoda dziewczyna doprawdy tak łatwo pogodziła się ze szlachetną rezygnacją swego wybranka? A może wcale nie było tak silnego uczucia? Co sprawiło, że mając tyle pięknych patriotycznych przykładów wokół siebie – Józefa oddała serce zwykłemu lekkoduchowi, który dość przewrotnie, na jej zgubę, zmaterializował się chyba wprost z kart książki „Niebezpieczne związki”?

Podczas lektury "Listy z Kresów..." czytelnik musi sobie odpowiedzieć na wiele podobnych pytań i po głębszym namyśle dojdzie do wniosku, że nie da się na nie w sposób łatwy i przyjemny odpowiedzieć. Właśnie w tych pytaniach i kolosalnych dylematach można odnaleźć psychologiczno-literacki potencjał, który być może kiedyś natchnie kogoś do napisania biografii Józefy Szembekowej pod takim właśnie kątem...

Aleksandra Urbańczyk



Tekst oryginalny ukazał się na blogu Książki Oli


sobota, 27 kwietnia 2019

Kresy - tam nadal dla Polski biją polskie serca


Zmarła 7 czerwca ubiegłego roku Barbara Wachowicz nie tylko z dramatycznej perspektywy spoglądała na Kresy. Jej gawędy i reportaże nie są wyłącznie opowieściami o mitycznej krainie, lecz także próbą zrozumienia potencjału tkwiącego w utraconych ziemiach, a opiera się on na polskiej, żydowskiej, ukraińskiej oraz ormiańskiej historii i kulturze. Wileńszczyzna, Nowogródczyzna, Wołyń, Grodzieńszczyzna są przesiąknięte przeszłością tych narodów, ale przede wszystkim polskością. Ta ziemia ma dla nas, Polaków, ogromną wartość duchową, wciąż promieniującą. Obficie czerpiemy i będziemy czerpać z dziedzictwa „kresowej Atlantydy”.

Swoimi książkami, wystawami, widowiskami i gawędami Barbara Wachowicz niestrudzenie ocalała kruszec polskości. Jej olbrzymi dorobek dotyczy doświadczeń biograficznych wybitnych Polaków, przygód intelektualnych, fascynacji Kresami i ich bogactwem. W ten krąg zainteresowań literackich pisarki doskonale wpisuje się, wydana pośmiertnie (jesienią 2018 roku), książka Wielcy Polacy na Kresach, będąca wznowieniem jej reportaży należących od dawna do klasyki tego gatunku, opublikowanych po raz pierwszy w 1994 roku w tomie zatytułowanym Ty jesteś jak zdrowie. Książka posiada wymowną dedykację: „Rodakom wiernym Polsce gdziekolwiek są”. Barbara Wachowicz obdarzona była niesamowitym wyczuleniem na piękno literatury i historii polskiej, w tym na historię dawnych ziem I i II Rzeczypospolitej  tamtejszą przyrodę, kulturę i żyjących tam ludzi, ich wybory i koleje losu. W poczuciu misji i z radością wiele razy przemierzała szlaki życiowe wybitnych Polaków urodzonych na Kresach. Spotkany w 1990 roku w Wilnie przez Barbarę Wachowicz dyrektor tamtejszej szkoły średniej im. Adama Mickiewicza, Czesław Dawidowicz, powie pisarce: „Nastała w Polsce moda na kresy. Żeby to nie była tylko moda. Żeby pamiętano, że my znikąd tu nie przyszliśmy. Tu trwamy”. Zachować historię i dziedzictwo kulturowe Kresów w narodowej pamięci - taki cel obrała sobie pisarka w początkach swojej pracy twórczej i do końca życia pozostała wierna tej idei. 

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Joanna Puchalska, Polki, które zadziwiły świat





Joanna Puchalska z wykształcenia jest historykiem sztuki. Z jej pisarstwem zetknęłam się po raz pierwszy podczas lektury „Dziedziczek Soplicowa”, w której opisywała ona dzieje rodzinnego dworku w Czombrowie, który był najprawdopodobniej pierwowzorem mickiewiczowskiego Soplicowa. Była to bardzo odkrywcza lektura oparta na cudem ocalałych dokumentach i będąca świadectwem dramatycznych dziejów tej nieistniejącej już siedziby rodzinnej. 

„Polki, które zadziwiły świat” to zestaw trzynastu życiorysów kobiet, często zupełnie nieznanych szerszej publiczności, które odcisnęły swój ślad w przeszłości. W tej niezwykłej podróży przez wieki (biogramy są zestawione chronologicznie) poznamy m.in. arystokratki, pierwszą polską lekarkę, uczoną, malarkę i całkiem spore grono bojowniczek walczących o niepodległość ojczyzny. Zestaw bohaterek jest bardzo różnorodny i – jak sądzę – każdy znajdzie tę, która zrobi na nim wrażenie. 

Na mnie największe wrażenie zrobił szkic poświęcony Salomei Pilsztynowej, która swoim niezwykłym życiorysem lekarki podróżującej po Europie doby rokoko, mogłaby obdzielić kilka osób. Jej spryt i umiejętność przetrwania budzą podziw, podczas gdy zdumiewa jej naiwność w kontaktach damsko-męskich. Warto poznać tę niezwykłą postać! 

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również opowieść o Janinie Lewandowskiej, jedynej kobiecie zabitej w Katyniu, a wzruszyłam się ogromnie czytając o bohaterskiej Wandzie Ossowskiej, szefowej łączności Wydziału Wywiadu Ofensywnego AK w obozie koncentracyjnym w Auschwitz, która doświadczyła prześladowań sowieckich i niemieckich. Życie tych kobiet zadziwia, nie tylko z uwagi na niezwykłe losy, ale – w przypadku niektórych - ich dotychczasową anonimowość. Czytając niektóre opowieści często zadawałam sobie pytanie, dlaczego o nich wcześniej nie słyszałam (np. Pustowójtówna, Ossowska, Iljin-Szymańska). 

Wybór osób, które zostały przedstawione w książce Joanny Puchalskiej, jest całkowicie subiektywny, a jego spoiwem miał chyba być wpływ bohaterek na zagranicznych odbiorców. W mojej opinii nie do końca to się udało, gdyż większość bohaterek działało jednak głównie na terenie ziem polskich.

Książka jest świetnym przykładem literatury popularno-naukowej przybliżającej czytelnikowi ciekawe osoby i historie. Jest napisana przystępnym językiem z szacunkiem dla odbiorcy i bohaterek. Bibliografia jest podana na końcu każdego rozdziału, co z pewnością ułatwi dotarcie do dodatkowych informacji. Książka została wydana w twardej oprawie, tekst urozmaicają czarno-białe ilustracje. 

Warto zapoznać się z tą lekturą i wypełnić istniejące „białe plamy” w naszej edukacji historycznej.

P.S.
Lista bohaterek:
Anna Dorota Chrzanowska,
Salomea Regina z Rusieckich Pilsztynowa,
Maria Amalia Mniszchowa,
Izabela z Flemingów Czartoryska,
Anna Henryka Pustowójtówna,
Helena Majewska-Kirkorowa,
Alicja Dorabialska, Janina Lewandowska,
Beata Obertyńska, 
Halina Konoacka,
Wanda Ossowska,
Cezaria Iljin-Szymańska,
Maria Anto

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye


piątek, 15 marca 2019

A co, jeśli happy end nie nadejdzie? ,,Lwowska noc” Wiesława Helaka jako pretekst do rozważań o cierpieniu



O ,,Lwowskiej nocy” Wiesława Helaka mogliście Państwo przeczytać na łamach ,,Literackich Kresów” już w 2015 roku. Autorka wpisu nakreśliła wówczas zarys problematyki zawartej w książce oraz bardzo dokładnie scharakteryzowała postać głównego bohatera– Józefa Szendry. Na początek, zachęcam do przypomnienia sobie tego artykułu (klik)
Nasi czytelnicy doskonale wiedzą, o czym wspominałam już kilkakrotnie, że z dostępnością książek Wiesława Helaka jest spory problem – poza ,,Nad Zbruczem”, które zostało uhonorowane Literacką Nagrodą im. Józefa Mackiewicza, wcześniejsze dzieła tego autora były nie do kupienia zarówno stacjonarnie jak i przez Internet. Na szczęście, wraz z wiosną czeka nas miła odmiana w tej materii – wydawnictwo Arcana zdecydowało się na ponowne wydanie ,,Lwowskiej nocy”. Ma to nastąpić już w kwietniu. Czekamy😊
Zatem, jeszcze przed oficjalną premierą nowego wydania powieści Wiesława Helaka, zapraszam na lekturę refleksji, jaka pojawiła się we mnie po spotkaniu z tą ważną książką i jeszcze ważniejszą historią.

W artykule dotyczącym obrazu Kresów we współczesnej beletrystyce (klik) rozważałam kwestię odnalezienia przez autora idealnej metody opisu rzeczywistości, której czytelnik ma doświadczyć. Powieść jako ,,lustro przechadzające się po gościńcu” to zdecydowanie za mało by zachwycić. Z drugiej strony, popadanie w pseudopsychologiczne rozważania potrafią zdominować narrację, rozmyć prawdziwy sens dzieła, utrudnić jego percepcję i przyczynić się do zmarnowania pomysłu na książkę. Konieczność ,,dogonienia” słowami opisywanego świata wymaga od autora doskonałego warsztatu, wyobraźni i wrażliwości.  Gdy wszystkie te komponenty zagrają w jednej literackiej orkiestrze, możemy mówić o sukcesie – idealnej współpracy między autorem a opisaną przestrzenią.

Wyobraźnia pisarza kontra rzeczywistość

We ,,Lwowskiej nocy” Wiesław Helak zdecydował się na nieco inne podejście do relacji autor-rzeczywistość. Przede wszystkim pisarz nie podejmuje próby okiełznania świata, o którym pisze. Obraz Lwowa, który przeżywa swoją agonię, a który otrzymujemy we ,,Lwowskiej nocy”, jest uzależniony od wrażliwości autora. Helak przyjmuje postawę obserwatora albo filmowca, który towarzyszy wydarzeniom, ale jednocześnie bardzo skrupulatnie dokonuje wyboru obrazów, które trzeba zobaczyć. W tej prezentacji kluczowa jest jego wrażliwość – to on decyduje o tym, co warto zobaczyć, a co przemilczane, oddziaływać będzie na czytelnika z jeszcze większą mocą. Zupełnie inne podejście znajdziemy na przykład u Stanisława Srokowskiego w zbiorze opowiadań ,,Strach”. U Srokowskiego nie ma literackiej estetyzacji apokalipsy Kresów (w tamtym przypadku ludobójstwa), przez co czytelnik może zupełnie odrzucić wiedzę i emocje towarzyszące lekturze ,,Strachu” – jego wrażliwość przestanie przyjmować kolejne obrazy, przez co nastąpi odrętwienie, a w końcu obojętność (co będzie wszystkim mechanizmem obronnym).

U Helaka rzecz ma się zgoła inaczej – obraz Lwowa, miasta pogrążonego w nieprzeniknionym mroku wojny, w którym zmieniają się okupanci, wróg okazuje się gorszy niż zakładano, a odnaleziony przyjaciel jest na wagę złota, jest wielowymiarowy a przy tym mocno estetyzowany. To Helak zdecydował, którą cześć nocy mamy zobaczyć. I ja się na to zgadzam. I ja temu ufam. Wyobraźnia i wrażliwość autora bardzo współgrają mi z pewną fotografią, o której jeszcze opowiem. Podziwiam pokorę autora wobec historii i doceniam fakt, że wytrzymuje ciężar wiedzy o mroku, jaki dosięgnął Lwów, a nam, czytelnikom, pokazuje to, co trzeba koniecznie zobaczyć.

W poszukiwaniu światła

Jako czytelnicy spragnieni jesteśmy szczęśliwych zakończeń. Podświadomie chcemy doświadczyć ulgi i pocieszenia. Z tego względu zauważam pewną tendencyjność w budowaniu w sobie obrazu Lwowa. Idealizujemy jego historię, skupiamy się tylko na jego jasnych dniach i tym samym, ze szkodą dla pamięci o mieście, w naszym umyśle tworzy się obraz nieco odrealniony. Trochę tak, jakbyśmy byli w stanie zaakceptować historię Lwowa tylko bez wyrwy, jaką były lata wojny i wszystko to, co po niej nastąpiło. Trochę tak, jakbyśmy za cenę zbudowania w sobie sentymentalnego obrazu Lwowa, zdecydowali się na pominięcie tych pięciu lat mroku. Coś na kształt zgody na tęsknotę przy jednoczesnej rezygnacji z poszukiwania prawdy o tamtej przestrzeni.
A co, jeśli mrok był nie taki, jak sobie dzisiaj wyobrażamy, lecz dużo bardziej przerażający i wszechogarniający? Jeśli paraliżował nie tylko ciało, a także umysł i serce? Jeśli zmuszał do pogrzebania w sobie zasad moralnych i marzeń w imię przetrwania?! Czy w świecie, który rozpada się na drobne możliwe jest ocalenie w sobie światła?


Józef Sztendera, bohater powieści Helaka, mimo że traci absolutnie wszystko, co do tej pory posiadał, podejmuje kolejne próby odbudowania świata, choćby to miał być najmniejszy fragment przypominający dotychczasowe życie. Jego działania mogą początkowo kojarzyć się z budowaniem na piasku – czytelnik ma poczucie obcowania ze światem pogrążonym w chaosie; obcowania z losem, który co rusz wytrąca bohaterowi szczęście i spokój z rąk. Ale to nieprawda. Świat Józefa Sztendery osadzony jest na solidnych fundamentach. Przede wszystkim bohater powieści Helaka nigdy nie odwraca się od własnych przekonań. Nie poszukuje wymówek, nie interesuje go jedynie przetrwanie. Wręcz przeciwnie, poszukuje w sobie światła i obdarowuje nim innych. Aż do końca. Skąd taka siła w bohaterze ,,Lwowskiej nocy”? Odpowiedzi jest kilka. Może kilkanaście.


Mój Przyjaciel ma w zwyczaju przytaczać w określonych momentach pewną anegdotę. Zapytany o to, na czym polega fenomen filmu ,,Potop” w reżyserii Jerzego Hoffmana, zawsze odpowiada, że na ukochaniu ojczyzny, emocjach, wierze i przekonaniach, które nie zostały zagrane, ale prawdziwie były w ludziach, którzy zostali pokazani na ekranie.
Z bohaterem ,,Lwowskiej nocy” jest trochę tak, jak z tymi statystami w ,,Potopie”. Wszystko to, czego broni bohater – honor i godność, jest w nim. Najważniejsze pytanie, które płynie z powieści Helaka – co z nami? Czy jest w nas to, co powstrzyma mrok, gdy on nadejdzie?

Fotografia, czyli pstryczek w nos dla znawców

Przeczytałam ,,Lwowską noc” i dopiero później zauważyłam adnotację na ostatniej stronie - ,, na fotografii matka autora Elżbieta na kolanach u ojca...”. Wróciłam do zdjęcia na okładce. Nie poświęciłam mu wcześniej za wiele czasu. To był błąd – bardzo zmienia się poziom percepcji dzieła, gdy mamy świadomość, że opowiadana historia może nie być li tylko wytworem wyobraźni autora. Skoro więc autor poświęca się dla opowiadanej historii, wykazuje pokorę wobec ludzi, o których opowiada, dlaczego nie powinien robić tego czytelnik? Otóż, drodzy Państwo – powinien. Nie zapominajmy o tym każdorazowo biorąc do ręki książkę. Tę książkę w szczególności.

Agnieszka Winiarska


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...