Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diana Bibliofilka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Diana Bibliofilka. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

Piotr Zychowicz, Pakt Piłsudski - Lenin





„Będzie to ponura opowieść o upadku ducha, ludzkiej podłości i destrukcyjnej roli ideologii działających na szkodę własnej ojczyzny”. [s. 197] Tak sam pan Piotr napisał o jednej części swojej książki. Części jest w sumie cztery, ale wszystkie równie ponure i pejoratywnie oceniające ówczesnych polskich polityków.

Inspiracją do napisania owej książki była inna powieść Lewa wolna autorstwa Józefa Mackiewicza. To właśnie tu Mackiewicz wysnuł tezę, że rewolucję można było zdławić w zarodku, sił wtedy nie brakowało, zabrakło jednak woli oraz zrozumienia samej istoty rewolucji oraz błędnego rozeznania zagrożenia czyhającego na Polskę. Mackiewicz wchodzi w rolę historyka, który wyjaśnia przyczyny i przebieg wojny polsko-bolszewickiej. Za błędne decyzje wini Naczelnika Państwa-Józefa Piłsudskiego. Autor znał całą sytuację z autopsji, gdyż jako młody chłopak wziął ochotniczo udział w tej wojnie. Obraz wojny, widzianej oczami zwykłych żołnierzy, ma się nijak do pocztówkowego wizerunku ułanów, jaki utkwił w naszej świadomości zbiorowej. W Pakcie Piłsudski-Lenin Zychowicz przychylając się do tezy Mackiewicza i opowiada na pytanie, które pojawia się na kartach Lewej wolnej - Dlaczego Polacy, naród tak rycerski, nie chce nas wyratować do bandy zbójców, którzy opanowali władzę w Rosji? Chodziło oczywiście o Rosję bolszewicką.

Na początku książki pojawia się alternatywna, krótka historia, z gatunku, co by było gdyby Piłsudski podjął inną, odpowiednią decyzję. Ziściłby się scenariusz bardzo imperialistyczny dla Polski, ale możliwy do spełnienia. Na następnych kartach Piotr Zychowicz analizuje wszystkie przyczyny, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej Polacy dwukrotnie - w roku 1919 i 1920 - stanęli przed szansą zadania reżimowi Lenina śmiertelnego ciosu. Piłsudski odegrałby decydującą rolę w dziejach świata. Bowiem to od niego zależało, czy czerwona komunistyczna ideologia przetrwa, czy będzie jedynie epizodem w dziejach Europy.

Jesienią 1919 roku wszystko wskazywało na to, że rewolucja upadnie. Na południu rozpoczęła się ofensywa białego generała Denikina, który na czele swoich oddziałów zajmował kolejne miasta Rosji. Na północy walczyły wojska Judenicza, a na Syberii Kołczaka. Do Polski z tajną misją przybył Julian Marchlewski - bezpośredni przedstawiciel wodza rewolucji. Jego celem było nakłonienie Józefa Piłsudskiego do zachowania neutralności w wojnie z białymi. W rezultacie, kiedy niemal wszystkie dywizje bolszewickie zostały zdjęte z frontu polskiego i przerzucone do walki z ofensywą Denikina, kiedy „biały” generał słał do naczelnika państwa listy z prośbą o rozpoczęcie ofensywy, wojska polskie stały i.... czekały. Piłsudski nie chciał bowiem pomagać białym, gdyż uważał ich za większe zło niż czerwoną rewolucję. Jak bardzo się pomylił w swojej ocenie bolszewizmu pokazała wiosna roku 1920, kiedy Lenin zapragnął przenieść płomień rewolucji na zachód po trupie Polski. Pomylił się również w swojej koncepcji polityki federacyjnej (swoją drogą bardzo ambitnej i mocarstwowej). Dobitnie pokazała to polska wyprawa na Ukrainę, w wyniku której żadna Ukraina nie powstała.

W sierpniu 1920 roku Polacy znów przeleli inicjatywę. Po zwycięskiej bitwie warszawskiej bolszewicy cofnęli się na całej linii. Po zakończeniu ofensywy niemeńskiej we wrześniu 1920 roku armia czerwona na froncie polskim praktycznie przestała istnieć. Na Krymie trwała ofensywa białej armii pod wodzą generała Wranglera (kontynuatora Denkina). Armia polska dysponowała wtedy siłą 900 tys. bagnetów i szabel. I tak, jak przed rokiem, dostała rozkaz wstrzymania ofensywy, a rząd zawarł bolszewikami rozejm zakończony traktatem ryskim. Temu wydarzeniu Piotr Zychowicz poświęca sporo miejsca, nazywając to dosadnie "Hańbą ryską", "czwartym rozbiorem Polski", "Nową Targowicą", "Jałtą '21". To bardzo ostra i dosadna krytyka całej ryskiej delegacji, jej przedstawicieli. Włosy się jeżą na głowie i nóż w kieszeni się otwiera, gdy się czyta, co nasi przedstawiciele tam wyprawiali. „Od zarania dziejów zawsze było bowiem tak, że warunki pokoju zależały od wyników zmagań militarnych. Dyktował je zwycięzca, a nie zwyciężony. Tym razem, po raz pierwszy w dziejach dyplomacji, miało być inaczej”. [s. 229] Mieliśmy wszystko - asami mogliśmy rzucać z rękawa. Wygrana bitwa warszawska, potężna armia polska, wspomagana przez Białorusinów, wojska Wranglera, wysokie morale żołnierzy i świadomość, że bolszewickie wojsko praktycznie nie istnieje, gdyż jest rozrzucane na wielu frontach, a na dodatek nie ma uzbrojenia ani nawet umundurowania. Tymczasem to, co wydarzyło się w Rydze, Zychowicz nazywa upodleniem Polaków. A wszystko przez nacjonalistyczne wizje stworzenia „Polski jedynie dla Polaków”. Nie miała znaczenia granica państwa, nie liczyli się Polacy mieszkający na Rusi i Białorusi. Polscy dyplomacji chcieli wyciąć ten „wrzut”, twierdząc, że nie potrzebne są im mniejszości. A sam Naczelnik Państwa zaczynał „endecieć”, porzucił po prostu swoją federacyjną koncepcję, swoje marzenia.

Wielka wizja stworzenia państwa w granicach z roku 1772 uległa w gruzach. Zabrakło u nas polityków, którzy byliby temu wierni. Wierni mocarstwu stworzonemu przez naszych przodków. Nie kadłubową „Polską dla Polaków”, małe państewko, a imperialną Rzeczypospolita od morza do morza, w której herbie obok Orła Białego znalazłoby się miejsce dla litewskiej Pogoni i patrona Rusi, Archanioła Michała. Tym samym ojczyzna Mickiewicza, Traugutta i Kościuszki przestała istnieć. Taka Polska pozostała jedynie w powieściach Sienkiewicza. „Mężowie stanu”, którzy podpisali traktat w Rydze, te ziemie traktowali jak „jakieś afrykańskie kolonie, w których cienka polska warstwa <wyzyskiwaczy i kolonizatorów> gnębiła ludy tubylcze”. [s.384] Tymczasem droga na Moskwę stała przed Polakami otworem.

Dostaje się tu nie tylko zresztą Piłsudskiemu. Wincenty Witos i Stanisław Grabski również zbierają cięgi od Piotra Zychowicza. I słusznie. Trudno zrozumieć dlaczego, ci politycy byli tak krótkowzroczni, jak mało przewidywalni, jak egoistyczni. Kierowali się jedynie osobistymi urazami i emocjami.

Piotr Zychowicz uprzedzając fakty - że pewnie stanie teraz w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę - pisze: „zawsze na poparcie swoich tez przytaczam opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie". [s. 222] I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi ludzi II Rzeczypospolitej, polityków, pisarzy, zwykłych obywateli, jak również pojawiają się tu opinie współczesnych historyków i publicystów. Dużo tu też fragmentów literatury, obszerne cytaty z Lewej wolnej, twórczości Żeromskiego, pamiętników i roczników. Wzbogaca to fakty historyczne, jak i dowodzi słuszności tezy postawionej w książce.

Piotr Zychowicz stroni jednak od totalnej krytyki Piłsudskiego. Każda postać ma swoje cienie i blaski. Chwile wielkości i chwile słabości. Nie można przecież odmówić Marszałkowi zasług dla Rzeczypospolitej. Stworzenie Legionów, koncepcja federacyjna, przewrót majowy, pakt o nieagresji z III Rzeszą. To jak najbardziej autor docenia. Jednak w rozgrywce z białą i czerwoną Rosją Piłsudski popełnił tragiczną w skutkach pomyłkę. Za bardzo rozpamiętywał zabory, stłumione powstania i carskie represje, nie potrafił przełamać swojej niechęci do Rosji. Nie rozumiał, że wraz z rewolucją bolszewicką wszelkie stare spory i krzywdy powinny pójść na dalszy plan. Wszystko to było konsekwencją krótkowzroczności i lekkomyślności nie tylko jego, ale i większości naszych polityków-doradców. „Dwukrotnie nie skorzystali oni z szalonej okazji, aby zadusić czerwonego potwora w jego moskiewskim leżu. Pozwolili mu rosnąć i pęcznieć, nie rozumiejąc, że jest tylko kwestią czasu, jak potwór ten pożre również ich”. [s. 420]

Można jedynie mieć nadzieję i życzenie, aby w Polsce było więcej takich historyków jak Piotr Zychowicz. Żeby to oni nadawali ton dyskusji o naszej trudnej przeszłości. Żeby wybili się poza „poprawność polityczną”, a nie byli tylko „badaczami oburzaczami”. Żeby dążyli do ustalenia obiektywnej prawdy i analizowali błędy popełnione w przeszłości. Żeby za wszelką cenę nie starali się udowodnić, że żadne błędy nie zostały popełnione, a wszelkie podjęte decyzje były słuszne i genialne. Żeby potrafili krytyczne analizować nasze dzieje, i wskazywać na popełnione błędy. Żeby mieli odwagę rozprawiać i z naszymi narodowymi mitami. Żeby nie przejawiali kompleksu niższości wobec innych narodów, a jedynie mieli odwagę dążyć do prawdy. 

Jeszcze parę słów o wydaniu, gdyż wieńczy ono tu dzieło. Całość treści uzupełniają liczne mapki, Są one idealnie edytorsko wkomponowane. Czytając, ma się przed oczami linię granic państwa, jak wyrażali to sobie Piłsudski czy Dmowski. Do tego dochodzą liczne zdjęcia z opisywanych wydarzeń, jak fotografie "bohaterów" książki oraz reprodukcje barwnych pocztówek patriotycznych i plakatów propagandowych.

 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem
 

 

wtorek, 8 września 2015

Anna Herbich, Dziewczyny z Syberii





"To dowód na to, że kobiety wcale nie są płcią słabą. Są silniejsze, bardziej wytrwałe do mężczyzn. (...) każdego dnia z zaciśniętymi zębami toczyły walkę o przetrwanie. Swoje, swoich dzieci, mężów, rodziców. Wiele z nich tę walkę wygrało. Nie było takich przeciwności i przeszkód, których nie mogły pokonać. Nic, ale to nic nie było w stanie nas złamać”. Tak mówi jedna z bohaterek, jedna z setek, tysięcy, milionów... Oficjalnych statystyk nie ma. Nie ma raportów stwierdzających ile przeżyło, ile zmarło, a ile zaginęło. Ta książka to świadectwo tych, które przeżyły, ale czy można stwierdzić, że im się udało?

Gracowanie chwastów z szosy po obu stronach rowu. Norma: czterdzieści pięć metrów. A żar lał się z nieba. Albo pobudka w środku nocy, gdy było jeszcze ciemno. Potem jedynie zupa "plujka" i naparstek oleju do wypicia. A następnie praca przy rozładowywaniu węgla. Noszenie stukilogramowych worków. Najgorszy był jednak głód. Dziś nie do wyrażenia, dla nas mieszkających w tej szerokości geograficznej. Choroby. Szkorbut. Pęcherze na nogach i rękach. Wysypki. Osłabienie. Dzielnie celi z wieloma kobietami, z reguły kryminalistkami, które w nocy okradały z odzieży. Tak wyglądała codzienność w łagrach. Na tej "nieludzkiej ziemi" mijały kolejne dnie i miesiące, wypełnione codzienną walką o przetrwanie. 

Paradoksalnie rok 1945 - rok zakończenia II wojny światowej był dla więźniów z łagrów rokiem klęski. Nie oznaczał zakończenia czy skrócenia wyroku. Raczej gasły wszelkie nadzieje. Nie było nawet do czego wracać. „Gdy stanęłyśmy na brzegu Wisły, zamarłyśmy z przerażenia. W miejscu, gdzie niegdyś znajdowało się wielkie, tętniące życiem miasto, rozciągało się gigantyczne rumowisko. Morze wypalonych ruin po sam horyzont”. [s. 230]

Anna Herbich dotarła do 10 bohaterek. Kobiet, które przeszły piekło, ale się nie poddały. Każda z tych historii nadaje się na osobny scenariusz filmowy. Dziesięć opowieści łączy jedno: determinacja. To właśnie ona nie pozwoliła tym kobietom się poddać. Ścierały się w śmiertelnym boju z dziką syberyjską przyrodą, głodem, chorobami i najgorszym wrogiem człowieka – drugim człowiekiem. Pracowały w kołchozach, sowchozach, kopalniach. Na rękach umierali im bliscy. Opowiedziały tu swoje losy pełne nadziei i heroicznej walki. Czytałam do wszystko z niedowierzaniem. Choć zdawałam sobie sprawę z okrutności systemu sowieckich łagrów. Jednak poznanie z imienia konkretniej kobiety, jej losów przedwojennych, potem zesłania, pracy i momentu powrotu, sprawiło, że obraz każdej „dziewczyny” stanął mi przed oczami.

I na koniec moja osobista dygresja. "Dziewczyny z Syberii" zaczęłam czytać po jakimś ciężkim dniu w pracy, gdzie zostałam niesłusznie upomniana przez dyrektora, potem oszukano mnie w sklepie i jeszcze zgubiłam 50 zł. Fatalny dzień po prostu. Po pierwszych kartkach lektury uświadomiłam sobie, że mam ogromnie szczęście, a cały ten pechowy dzień jest niczym starszym, w porównaniu z tym, co przezywały owe bohaterki. My, żyjąc w ówczesnych czasach, możemy jedynie dziękować Bogu, że żyjemy tu i teraz. Problemami dnia dzisiejszego są dylematy w stylu, "co by tu dziś ugotować na obiad?" albo "w co się ubrać na spotkanie z przyjaciółmi?". Nijak to ma się co codziennych dylematów dziewczyn pracujących na Syberii. Nie te okoliczności, nie ten wymiar zrozumienia. Niech historia tylko nigdy się nie powtórzy!

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem 


piątek, 15 maja 2015

Janusz Rolicki, Wyklęte pokolenia





"Bo przed ojczyzną, jaką jest Polska, jest zawsze najważniejsza, (...) mała ojczyzna rodzinna i lokalna". [str.206] Takie słowa włożył autor w usta seniorki rodu - Maryli. I można je traktować jako motto przewodnie rodu Krzemieńskich. "Wyklęte pokolenia” opowiadają właśnie o losach tego licznego, szlacheckiego rodu. 

Akcja rozgrywa się w latach 1864-1945 na Ukrainie, w Rosji, na Syberii i w Polsce. Poznajemy losy Jaremy Krzemieński, który jako młody chłopak, wychowany na romantycznych lekturach, przeżywa gorzkie rozczarowanie, gdy dowiaduje się, że jego dziadek był w obozie targowiczan, zdrajców Polski. Jarema miota się między tym, co się najlepiej opłaca a tym, co rzeczywiście gra mu w duszy, analizując szanse Polski na niepodległość i zastanawiając się, jak powinni postępować Polacy pozbawieni ojczyzny. W końcu żeni się z Rosjanką. Dopiero druga żona właśnie - Maryla Zabiełło - uświadomiła mu jak ważne jest pielęgnowanie tradycji, zaszczepienie patriotyzmu, aby móc potem z dumą przyznawać się do orzełka w koronie.

Powieść czyta się gładko, momentami z dreszczykiem emocji, gdzie na przykład Jarema ma bliskie spotkanie ze stadem wilków, a potem z syberyjskim niedźwiedziem. Autor w słowa bohaterów przeniósł też różne i skrajne postawy dotyczące przynależności, tożsamości, walki za Ojczyznę. Niepotrzebnie wplatał za wiele opisów wydarzeń historyczny, bo to powiewało nudą lekcją historii (przy moim wielkim jej uwielbieniu).
 
Przyczepić się jeszcze muszę do stylu i języka. Janusz Rolicki ma dziwną manierę budowania zdań złożonych z wtrąceniami. Aż do przesady! Ponadto nie zawsze stosuje się do zasad interpunkcji. Pozostałe zdania bardzo często zaczyna od spójników: ponieważ, i, a, aby, bo. Razi to niestety w oczy, oto przykład niewielkiego fragmentu tekstu z jednej strony [str. 45].

"A smarkata Eleonora nauczyła się..."
"Bo ci Rumunii z obcych języków jedynie uznają francuski,...
"A przedstawiają się jako Rzymianie wschodu i obrońcy kultury..."
"A swoją drogą, co to za szczęście,..."

I tak dalej, niestety, szczególnie autor upodobał sobie spójnik 'bo'
"Bo w przeciwnym razie bolszewicy wiele krzywdy za sprawą tej łodzi narobią". [str.25]
"Bo wiem, jak takie przeżycia okaleczają każdego człowieka..." [str.47]
"Bo ojciec młodego Jaremy był człowiekiem, praktycznym..."[str. 55]

Zabrakło mi również - z racji tego, że jestem wzrokowcem - mapy i drzewa genealogicznego rodziny. Przy sadze rodzinnej to aż się o prosi. Szczególnie, że potomkowie rodu byli bardzo liczni, a imiona mężczyzn się powtarzały się w każdym pokoleniu albo zaczynały się na literę E. Na końcu wszystkie te dzieci już mi się mieszały. Pojawiają się też błędy w datach urodzin. Teodor urodził się w 1998 [str.243], a Kazimiera w 1999r. [str.244], gdzie powinno być 1898 i 1899r. To wszytko było niestety dużym mankamentem w powieści i wypadłoby to dopracować. Jednak, żeby nie było tak negatywnie, to pewne rzeczy autorowi tu się udały znakomicie.

Po pierwsze - ukazał obraz Polaków, Polski na Kresach. Tragicznego ich zmagania się z polskością, przesiąkniętego goryczą ucieczki przed rusyfikacją, a potem Bolszewią.
Po drugie - poruszył problem tożsamości, przynależności Polaków do terenu, regionu, niby u siebie, ale zawsze jednak obcych, wyklętych - zarówno na Kresach, jak i w Polsce. A potem gorzkiego rozczarowania odradzającą się Polską, która miała być piękna, idealna, ze 'szklanymi domami'.
I po trzecie - opisał los tych pokoleń, które musiały w ciągu jednego dnia zostawiać cały swój majątek, dom i pogodzić się degradacją, po to, aby ratować życie swoje i bliskich.   
 
Na koniec perełka, których jest kilka w powieści:

"-To jest Polska - zamamrotał do siebie, wskazując ją nagle czubkiem palca. -A to - wykonał szeroki gest obiema dłońmi, od krańca do krańca mapy - niezmierzona Rasija. Cóż takiego tkwi w tej naszej polskości, że ja i miliony podobnych do mnie nie chcą się jej wyrzec? Nie chcą roztopić się w tym gigantycznym rosyjskim kosmosie?" [str.135]
 
 
Tu nasunął mi się utwór wykonywany przez Andrzeja Rosiewicza                                                    

Pytasz mnie, co właściwie Cię tu trzyma
Mówisz mi, że nad Polską szare mgły
Pytasz mnie, czy rodzina, czy dziewczyna
I cóż ja, cóż ja odpowiem Ci

Może to ten szczególny kolor nieba
Może to tu przeżytych tyle lat
Może to ten pszeniczny zapach chleba
Może to pochylone strzechy chat

Może to przeznaczenie zapisane w gwiazdach
Może przed domem ten wiosenny zapach bzu
Może bociany, co wracają tu do gniazda
Coś, co każe im powracać tu

Mówisz mi, że inaczej żyją ludzie
Mówisz mi, że gdzieś ludzie żyją lżej
Mówisz mi, krótki sierpień, długi grudzień
Mówisz mi, długie noce, krótkie dnie(...)

Może to zapomniana dawno gdzieś muzyka
Może melodia, która w sercu cicho brzmi
Może mazurki, może walce Fryderyka
Może nadzieja dla ojczyzny lepszych dni

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem
 

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Lucie Di Angeli-Ilovan, Żniwo gniewu





Mieliście czasem wrażenie, że Wasze serce rozsypało się niczym puzzle i rozpadło się na miliony kawałeczków? Pytanie chyba retoryczne, bo zapewne większość była w takiej sytuacji. Powodem, dla którego serce Magdaleny znalazło się w takim stanie, była najpierw śmierć matki, a potem wiadomość, że wcale nie jest córką kobiety, którą przez całe życie uważała za matkę.

Wszystko zaczyna się od tajemniczego testamentu, który zmusił bohaterkę do szukania odpowiedzi na dramatyczne pytania. To listy, e-maile, strzępy dzienników, zapachy kresowych domów, wspomnienia, tęsknoty.

Siostry Kaszmira i Maruszka miały zupełnie odmienne charaktery. W dzieciństwie kłóciły się i kochały. Były o siebie zazdrosne, ale zafascynowane swoją innością. Maruszka była pilną uczennicą, Kaszmira- łobuzem. Maruszka czytała żywoty świętych i chciała iść do klasztoru, Kaszmira nigdy nie potrafiła odnaleźć swojego miejsca. Kaszmirę jednak los poratował okrutniej. Najpierw jako trzynastolatka trafiła na służbę, gdzie była molestowana, potem zakochała się w Antku, który ją bił i gwałcił. Musiała usunąć ciążę. Wtedy poznała Żyda-Szuryka. Szuryk choć ją kochał, był zagorzałym komunistą i ponad wszystko wielbił Stalina. Maruszka miała więcej szczęścia. Zakochała się z wzajemnością w arystokracie i oficerze Wojska Polskiego - Zygmuncie, którego wszyscy szanowali i uwielbiali.

Wybuch wojny jednak przesądził ich los. Straciły wszytko: matkę, domy, mężów. Zostały same z małymi dziećmi - Markiem i Olą - dziećmi Maruszki. A wokół pełno Rosjan, Niemców, Żydów, Ukraińców i Białorusinów, którzy donosili, zabijali, niszczyli i gwałcili. Tak się zaczęła tułaczka sióstr od kresowych miasteczek, przez wsie i napotykanych w lasach partyzantów, po przymusową pracę na folwarku niemieckim, "wyzwolenie" Rosjan i osadnictwo na Ziemiach Odzyskanych.

Kto jest większym bohaterem? Żołnierze z pierwszej linii frontu, czy pozostawione kobiety, które musiały walczyć o własne życie i życie swoich dzieci? W obliczu okrucieństwa człowiek dziczeje, uwalniają się najbardziej pierwotne instynkty, wielu mężczyzn zmienia się w bestie. Byli jednak tacy, którzy potrafili zachować ludzkie oblicze.

"Żniwo gniewu" to nie tylko świadectwo życia Kaszmiry i Maruszki, ale wielki ukłon w stronę tysięcy kobiet, które przeżyły wojnę, okupację i "wyzwolenie". Znosiły one okropne poniżenia, prawdziwe dramaty, tragedie, żeby przetrwać i odzyskać człowieczeństwo. Los każdej z tych kobiet nadawałby się na wielostronicową powieść. Jestem pełna podziwu dla ich siły, dla ich woli przerwania. Nie stały one na linii frontu, a również wygrały wojnę. Chroniły rodzinę i ocaliły coś ważniejszego: wspomnienia, ciepło i miłość.

"Żniwo gniewu" to nie tylko powieść, to dokument i lekcja historii. Jedynie do czego mogę się przyczepić, to tego, że autorka nie zapanowała chyba nad narracją. Zaczyna się od narracji pierwszoosobowej, czyli relacji autorki-Magdaleny, potem pojawiają się urywki dzienników, niewysłane listy, korespondencja e-mailowa, na końcu powieść Magdaleny - taki trochę chaos.

Jednak w tym przypadku treść przesłania formę, więc można autorce wybaczyć, czyta do się wszystko z zapartych tchem.



Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem
 

sobota, 24 stycznia 2015

Adrian Grzegorzewski, Czas tęsknoty





A lato było piękne tego roku...

Upalne, gorące... Złociste zboże dojrzewało w pełnym słońcu kontrastowało jedynie z połaciami zielonej trawy. Powietrze, przesycone zapachem ziół, ujarzmiało zmysły. „Wszystko tutaj było inne niż to, co znał z wycieczek poza miasto. Niby takie same drzewa, niby podobne do mazowieckich pola złocące się łanami zbóż i niby droga jak każda inna wiodła pomiędzy nimi, a jednak...” [str.14] Z całą pewnością było coś innego w tym miejscu, w tym klimacie, w tym czasie. To miejsce, to mała wieś Bedryczany, w powiecie drohobyckim, a upalne lato "tego roku", to sierpień 1939. Młody warszawiak Piotr Ochocki przyjeżdża właśnie do Bedryczan, tej małej wioski na Kresach, aby poznać rodzinne strony swojej matki. I od pierwszego haustu powietrza poczuł, że wrócił, tam gdzie jego miejsce i serce. Teraz, w porze żniw, mieszańcy wsi większość czasu spędzali przy pracy w polu. „Od strony Drohobycza rozciągała się ukraińska część wsi, a po drugiej stronie leżała część polska. Jednak kościół katolicki znajdował się na górce, tuż przy ukraińskiej części, natomiast cerkiew przylepiona była do skraju łąki od polskiej strony (...). W niedzielę na łące spotykali się wszyscy sąsiedzi, mijając się na drodze do świątyń. [str.12] Wszyscy żyli tu ze sobą od pokoleń. Kultury przenikały się, mimo że zarówno Polacy, jak i ich ukraińscy sąsiedzi starali się pilnować swoich praw i nie asymilować się za bardzo”. [str.20] Dla Piotrusia to lato nie okazało się tak beztroskie, jak sobie na początku wyobrażał. Napięcie pomiędzy sąsiadami tutaj powoli narastało. A na domiar złego Piotr zakochuje się w Ukraince Swiecie, która jest przeznaczona już dla innego. Jej narzeczony-Jegor działał wraz z ojcem Swiety w ukraińskiej organizacji nacjonalistycznej OUN, dlatego małżeństwo było przypieczętowaniem lojalności i oddania sprawie obu panów. Tymczasem wrogość między Polakami a Ukraińcami narasta, gdzie Ukraińcy z zgodnie ze swoimi nacjonalistycznymi ideami i hasłem "Śmierć jednego Lacha to metr wolnej Ukrainy", dodatkowo wspierani przez hitlerowców, czuli się coraz pewniej. W momencie, gdy wybucha woja, wszelkie opory czy już nie mają znaczenia...

Tak zaczyna się fabuła "Czasu tęsknoty", debiutu Adriana Grzegorzewskiego. Debiutu, ale napisanego z sercem i pasją. Kresy - to dla wielu Polaków, miejsce, do którego się tęskni i wzdycha z nostalgią. Ale to przede wszystkim miejsce, które wywołuje potężne emocje, szczególnie w kontekście rzezi wołyńskiej. Wieś Bedryczany to fikcyjna nazwa, jednak takich wiosek było wiele. Autor wyjaśnia, że to celowy zabieg, ponieważ nie chciał, „aby ludzie wciąż głęboko przeżywający tamte tragiczne wydarzenia, słysząc znajomo brzmiące nazwy geograficzne, czuli się dotknięci zupełnie innym opisem wydarzeń niż ten, który znają z własnych przeżyć bądź opowieści”. [str.410] Opisy masakr dokonanych przez Ukraińską Powstańczą Armię i zwykłych Ukraińców też celowo złagodził, chociaż i tak dalej pozostają szokujące.

Jestem pod wielkim wrażeniem talentu pisarskiego autora. Talentu, wielkiego talentu, a przy tym skromności jako człowieka. Książka powstała z fascynacji Kresami, jak również opowieściami, jakie słyszał od dzieciństwa. Matka pana Grzegorzewskiego pochodziła właśnie z Kresów. To z jej opowiadań czerpał inspirację do pisania. To najlepsze, co może się zdarzyć w powieści - połączenie namiętnej historii miłosnej, tła historycznego, świetnego stylu i wciągającej akcji. A jak dodać do tego nutkę nostalgii, tęsknotę za krajem, sentyment płynący z rodzinnych opowieści, to wychodzi z tego cudownie ciepła, ale przesiąknięta okrutną historią powieść. Polecam gorąco!


 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...