sobota, 18 listopada 2017

Jadwiga Skirmunttówna, Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie



„Pani na Hruszowej” to opowieść o życiu Marii Rodziewiczówny, którą napisała tuż po jej śmierci jej wierna przyjaciółka Jadwiga Skirmunttówna, która była z nią aż do końca. Ta książka powstała w 1946 roku, a Rodziewiczówna zmarła w listopadzie 1944 roku, zaraz po powstaniu warszawskim. Można więc rzec, że była pisana na gorąco i całym sercem.  
Pochodząca z poleskiego majątku Mołodowo Skirmunttówna była młodsza od Rodziewiczówny o jedenaście lat. Poznała ją w dzieciństwie, kiedy sama miała lat osiem, a pisarka dziewiętnaście. Później zaprzyjaźniły się, w końcu zamieszkały razem. Mam jednak wrażenie, że Skirmunttówna do końca  życia spoglądała na swą przyjaciółkę oczyma dziecka, które chętnie i posłusznie wypełnia jej polecenia. A kiedy jej mentorka umiera, rozgląda się i zauważa, że straciło swoją życiową busolę.  
Jaki obraz Rodziewiczówny wyłania się z tej opowieści? 
Niestety, jeśli chodzi o postać autorki „Dewajtisa”, to jest to klasyczna laurka. I to grubo polana lukrem. Taka czytanka dla najbardziej zagorzałych zwolenników. I tylko tyle.
Autorka przypomina najważniejsze fakty z życia pisarki, a także przekazuje jej obraz jako żeńskiego odpowiednika „Pana Podstolego” z powieści Ignacego Krasickiego. Jest to postać do bólu bogobojna, pracowita, gospodarna, pomocna ludziom, dobra i hojna. Zgrzytałam zębami, kiedy to czytałam i robiło mi się mdło od tego nadmiaru lukru. 
Ale!
Najważniejsze jest to, co można wyczytać z tej opowieści między wierszami (a może nawet za plecami autorki, wbrew jej intencjom?).
Prócz rzewnej i lukrowanej biografii pisarki mamy tam również realistyczną opowieść o polskim dworze na kresach wschodnich. Dowiadujemy się, jak funkcjonował należący do Rodziewiczówny majątek w Hruszowej na Polesiu, jak był urządzony jej dwór z przyległościami, poznajemy służących tam pracowaników i tamtejsze zwierzęta domowe (w tym parę uroczych jamników i ich potomstwo). Poznajemy też Rodziewiczównę jako zarządzającą tym majątkiem w chwilach pokoju i w okresie wojen, a tych przetaczało się nad Hruszową kilka (I wojna światowa, wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku i II wojna światowa). Dwór w Hruszowej był jednym z nielicznych w okolicy, które nie ewakuowały się w 1915 roku, kiedy front rosyjski cofał się przed Niemcami. Zdarzenia z I wojny opisała Rodziewiczówna w powieści „Florian z Wielkiej Hłuszy”. 
Podczas lektury tej książki próbowałam zdrapywać ten cały lukier polany przez autorkę i zaglądać pod spód. Urzekły mnie widoczne pod nim biznesowe i organizacyjne zdolności Rodziewiczówny, które były chyba równie wielkie jak literackie. Nie dość, że zarządzała Hruszową (a było tam i gospodarstwo rolne, i zwierzęta gospodarskie, i gorzelnia, i pewnie coś tam jeszcze), to jeszcze pracowała jako intendentka szpitala prowadzonego w Warszawie w czasie I wojny przez stowarzyszenie ziemianek. Wyjaśniam, że intendentka to osoba dokonująca zakupów i załatwiająca tysiące spraw związanych z funkcjonowaniem szpitala. W warunkach wojennego niedoboru! Chylę głowę! Ja bym się nie podjęła…  A nie jestem przecież zupełnym ciapciakiem!
Jednocześnie z lekturą tej książki sięgnęłam po tekst samej Rodziewiczówny opowiadający o dramatycznych wydarzeniach 1915 roku. Była ich naocznym świadkiem, kiedy Rosjanie się cofali, Niemcy następowali, a carscy Kozacy gnali na wschód całe wysiedlane polskie wioski, które potem palili, żeby zostawić wrogowi tylko pustą ziemię. Jechała wtedy z Warszawy pociągiem do Brześcia, a stamtąd dalej konnym wozem do swojej Hruszowej. Leciała, by ją ratować, bo nie chciała by jej majątek, jej ludzie i zwierzęta zostali ewakuowani w głąb Rosji. By poszli na poniewierkę... Opisała swoją podróż, opisała tysiące bieżeńców, których widziała po drodze i potem w Hruszowej, kreśląc wręcz apokaliptyczny obraz wojennego końca świata, a potem ciszę i nadejście Niemców. 
I co? Okazuje się, że Rodziewiczówna to nie tylko słodka, bogobojna pisarka, ale przede wszystkim bystra obserwatorka, kreśląca niezapomniane opisy wojennego świata. Ostre, gorzkie, ironiczne i do bólu naturalistyczne. Jak ona opisała napaść Kozaków i ludu wiejskiego na swoją gorzelnię w Hruszowej! Słuchajcie, to trzeba przeczytać! 
Ten tekst znalazłam w pierwszym tomie „Antologii polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła, którą sobię właśnie wypożyczyłam z biblioteki. I jak na razie, a doszłam już do połowy tej grubej książki, jest to najlepszy reportaż, jaki tam przeczytałam. A obok Rodziewiczówny są tam przecież teksty tuzów reportażu.
I tak się zamyśliłam: a co by było, gdyby Rodziewiczówna nie musiała pisać dużo, szybko i przed wszystkim - dla kasy? A co by było, gdyby nie musiała produkować tych wszystkich powieści jedna za drugą, jedna za drugą? Co by napisała, gdyby miała taki komfort pisania jak na przykład hrabia Zygmunt Krasiński, który nie przepracował jednego dnia w swoim życiu i pisał co tylko mu do głowy przyszło? Rodziewiczówna nigdy nie mogła pozwolić sobie na taki luksus. Ona zarabiała pisaniem. A że miała łatwość pisania i dar narracyjny, więc tworzyła seryjnie te wszystkie swoje opowieści, które, i owszem, mają swoją wartość, dają się czytać także i dziś, ale nie jest to przecież WIELKA literatura. 
Mam poważne podejrzenia, co tam, jestem zupełnie pewna, że Rodziewiczówna z lepszym zapleczem finansowym stworzyłaby literaturę naprawdę wielką. Do tego ostrą i drapieżną. I nikt by jej nie zarzucał, że jest pisarką bogoojczyźnianą, że używała czarno-białych klisz, że to tylko dla kobiet i tak dalej. A to się słyszy tu i ówdzie od tych, którzy nie przegryźli się przez całą jej twórczość i niewiele wiedzą o Rodziewiczównie. Biję się w piersi, ja sama kiedyś tak o niej myślałam. Póki nie poznałam.   
Swój pazur i drapieżność pokazała Rodziewiczówna także w zbiorku opowiadań „Niedobitowski z granicznego bastionu”, w którym opisała trudną międzywojenną rzeczywistość, z jaką borykali się Polacy na kresach wschodnich w okresie międzywojennym. Nie było tam różowo, oj, nie! 
Odkładam książeczkę Skirmunttówny z poczuciem mocnego niedosytu i myślę sobie, że nie ma Rodziewiczówna szczęścia do biografów. Ukazały się bowiem trzy jej biografie, czyli ta, o której mówię, a poza tym Jana Głuszeni i Hieronima Tukalskiego-Nielubowicza. Żadna z nich nie jest biografią idealną, pełną i prawdziwą. 
Autorka „Czaharów” wciąż czeka na swojego biografa. Pisanie zaś o niej nie jest sprawą prostą, zaś tego, który się za to zabierze, spotkać może wiele krytycznych cięgów z różnych stron. Ale może warto pokazać prawdę?  
Acha, jeszcze coś na plus. Wydawnictwo MG wydało tę książkę tak, że udało mi się ją przeczytać w całości. Druk jest w porządku, interlinie także. Oko poradziło sobie z czytaniem. A więc można? 
No i okładka jest piękna, bardzo mi się podoba. 

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


piątek, 10 listopada 2017

Jerzy Michotek, Tylko we Lwowie



 Semper Fidelis - pomnik historii Polski

     Jerzy Michotek kilkanaście swych pierwszych lat żył we Lwowie, a kolejne ponad pół wieku do tego Lwowa tęsknił. Wyrazem żalu lwowskiego dziecka stała się książka o znanym tytule „Tylko we Lwowie”, zapożyczonym od kultowej piosenki wykonywanej przez duet batiarów Szczepko i Tońko w filmie zatytułowanym „Włóczęgi” z 1939 roku. Rok ten zakończył żywot „Roześmianego miasta, roześmianych ludzi, roześmianych czasów”. Lwów, jakim go zapamiętał autor, gdzie „cmentarz i każda ulica, każdy niemal kamień – to pomnik historii Polski”, przeminął, ale nie odszedł w zapomnienie. Dzięki pamięci zawsze wiernych (Semper Fidelis) Polaków z „gniazda piskląt godła narodowego” ukazało się (szczególnie ostatnio) wiele pozycji literatury o tematyce lwowskiej. 

Lwowiak w ogóle lubi lubić

     Jerzy Michotek składał liczne dowody na to, że Lwów to „pogranicze wszystkiego ze wszystkim”. Miasto pięciu głównych religii: rzymsko-, grecko-, ormiańsko-katolickich, prawosławia, judaizmu, gdzie „meczetu tylko brakuje”. Miasto, w którym, jak w małżeństwie i z rozsądku i z miłości, wszystkie nacje żyły ze sobą w zgodzie, bo przecież „lwowiak w ogóle lubi lubić”. Druga warstwa wspomnień Jerzego Michotka zaprawiona została goryczą dostarczoną przez czerwonych i brunatnych barbarzyńców we wrześniu 1939 roku. Hitlerowska i stalinowska pożoga organizowana „na zgubę pamięci narodowej” miały wymazać z serc Polaków miasto odznaczone orderem Virtuti Militari za „zasługi położone dla polskości tego grodu”. Autor boleśnie doświadczony przez okupantów nosił w sobie do końca poczucie krzywdy i głęboką traumę, choć o swym wygnaniu potrafił napisać niepatetycznie „nie ja wyjechałem, lecz mnie wyjechali”.

Niechaj Polska zna, jakich synów ma

     Wszechstronnie wykształcony historyk literatury polskiej, ale i aktor, i reżyser, zaprezentował w publikacji kilka miniwykładów. W „Liście Motylka” i w „Balladzie o dziesięciu batiarach” odniósł się do najnowszej historii Polski. Analizując potrzebę i konieczność głoszenia prawdy apelował „Niech ścierać się poczną nie narody, lecz poglądy” i jednym tchem wymienił dwudziestowieczne traumy polskie. W innym miejscu znalazł się emocjonalny przegląd literacki, sprowokowany podczas wieczoru autorskiego. Duże wrażenie wywarło na mnie wywoływanie nazwisk naszych wieszczy walczących piórem o wolność Ojczyzny
„Niechaj Polska zna
Jakich synów ma
”.

Cmentarz Orląt we Lwowie - Kaplica i Pomnik Chwały - http://www.polukr.net/
Cmentarz Orląt we Lwowie - Kaplica i Pomnik Chwały
http://www.polukr.net/

Gdy kolory były kolorowe

     W przepięknym „Liście do Przyjaciela i Przyjaciół Przyjaciela” skierowanym do cenzora swoich tekstów, Jerzy Michotek oprowadził go po swoim Lwowie żywiąc nadzieję, że spowoduje „opętanie jednego jedynego Miasta ukochaniem”.
Zapadły mi w pamięć nierzadkie perełki literackie, którymi ozdobił swe wspomnienia wybitny Lwowianin, czerpiąc garściami „z tego niewidzialnego magazynu niczego, z pamięci”. Autor zbioru „był poetą życia, kochał je z wzajemnością”. Charakteryzowało go poczucie humoru lwowskiego umierającego w druku”. Z przymrużeniem oka komentował bieżące wydarzenia:
I straż na granicy… Nie by obcy nie wtargnął!... By swój nie uciekał”.
Bo to… jest taką samą szynką, jak wybory – wyborami, a sejm – sejmem”.
Prześmiewczy literat z upodobaniem tworzył frazy ocierające się o miano pleonazmów:
I od nowa odnowa”, „Nie znany Żołnierz Nieznany”, „Memento Memoriam”, „prawda prawdziwa”, „Gdy kolory były kolorowe”.

Gdy ja byłem na niedźwiedziach

     Odrębne zalety książki znalazłam w „Archiwum lwowskiego dziecka” utworzonym w formie galerii pamiątkowych fotografii. Zilustrowane zostały "Losy batiarsko – łagiernicze”, gdyż tego lwowiaka nie z urodzenia zesłano na Syberię, co określał sformułowaniem „gdy ja byłem na niedźwiedziach”. A po „Powrocie” do kraju, ale nie do Lwowa, rozpoczął życie w „kresowym” Wrocławiu. Inni lwowiacy nie mieli tyle szczęścia „I pognało batiarów po świeci, pognało…”. Po latach Jerzy Michotek z satysfakcją organizował Miłośników Lwowa w Towarzystwo, bo jak pisał „Prawda jak oliwa”, a zapytany „czy Lwów był naprawdę taki ładny?” odpowiadał „był jeszcze ładniejszy”.

Archiwum lwowskiego dziecka

     Autor z sentymentem wspominał czasy „gdy nadzieja nie była porażona przez doświadczenie i inteligencję”, a Pan Jezus nie musiał wyjaśniać „Od was, ludzie, chcę odpocząć na mym krzyżu”. W wielu miejscach zbioru wspomnień lwowiaka pojawiła się gorycz, np. w stwierdzeniu „pieniądz bruka wszystko… I miłość, i sztukę, i ideę, i nade wszystko władzę”. Nie chciał i nie potrafił zrozumieć powodów, dla których młody grafik opracował słynny plakat pod tytułem „Olbrzym i zapluty karzeł reakcji”. Jerzy Michotek postawił retoryczne pytanie: „Przecież z przyłożonym do skroni pistoletem pan tego nie robił?”. Może nie wiedział, że ów plakacista był członkiem Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej już przed wojną.

Cmentarz Obrońców Lwowa na Łyczakowie - www.lwow.home.pl
Cmentarz Obrońców Lwowa na Łyczakowie - www.lwow.home.pl


     Tom „Tylko we Lwowie” przypomina obrazy impresjonistów złożone z rozedrganych, rozmytych plam ludzkich postaci i mozaiki ledwo co uchwyconych niepowtarzalnych wrażeń. Sam autor wyznaje „piszę w sposób zadyszany. Jakbym się bał spóźnić”. A inny Homo Leopolienis, Zbigniew Herbert, ponaglał
Jerzy Michotek - Sprawa pilota Maresza 1955 - http://fototeka.fn.org.pl/ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
”.

Jerzy Michotek dał świadectwo.





Jerzy Michotek, Tylko we Lwowie    OMNIPRESS 1990


Tekst ukazał się na www.CzytamPoPolsku.pl

czwartek, 2 listopada 2017

Zaduszki








"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie ?"
"Kas gi bus čia, kas gi bus čia  Naktį tamsią, naktį rūsčią?"
                         

 + urywek "Dziadów" ("Vėlinės") Adama MICKIEWICZA
z języka polskiego przełożył Justinas MARCINKEVIČIUS +

DZIADY Jest to nazwisko uroczystości obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich
i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslar, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz).
W teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnymi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo więc święci Dziady tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców i wywołują się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania zmarłych zdaje się być wspólny wszystkim ludom pogańskim, w dawnej Grecji za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie i dotąd po wyspach Nowego Świata. Dziady nasze mają to szczególnie, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem
i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym.
Cel tak pobożny święta, miejsca samotne, czas nocny, obrzędy fantastyczne przemawiały niegdyś silnie do mojej imaginacji; słuchałem bajek, powieści i pieśni
o nieboszczykach powracających z prośbami lub przestrogami; a we wszystkich zmyśleniach poczwarnych można było dostrzec pewne dążenie moralne i pewne nauki, gminnym sposobem zmysłowie przedstawiane.
Poema niniejsze przedstawi obrazy w podobnym duchu, śpiewy zaś obrzędowe, gusła i inkantacje są po większej części wiernie, a niekiedy dosłownie z gminnej poezji wzięte.


VĖLINĖS. Tai — pavadinimas iškilmingų apeigų, kurias 
ir šiandien paprasti žmonės atlieka daugelyje Lietuvos, Prūsijos ir Kuršo apskričių vėlių arba iš viso mirusių protėvių atminimui. Šios apeigos savo šaknimis siekia pagonystės laikus ir vadinosi kadaise „ožio švente", kuriai vadovavo Koźlarz, Huslar, Guślarz, kartu žynys ir poetas (gęślarz).
Mūsų laikais, kai apsišvietę dvasininkai ir valdžia stengiasi išgyvendinti šitą paprotį, susijusį su prietaringomis apeigomis 
ir smerktinomis pagonystės liekanomis, žmonės švenčia 
Vėlinės slaptai koplyčiose arba tuščiuose namuose netoli kapinių. Ten paprastai paliekama įvairiausių valgymų, gėrimų, vaisių ir iššaukiamos mirusiųjų vėlės. Įsidėmėtina, kad paprotį vaišinti mirusiuosius, atrodo, turėjo visi stabmeldžiai — senojoje Graikijoje Homero laikais, Skandinavijoje, Rytuose 
ir iki šiol tebeturi Naujojo pasaulio salose. Mūsų Vėlinės turi tą ypatybę, kad čia pagoniškos apeigos yra sumišę su krikščioniškosios religijos vaizdiniais, juoba kad ir ši šventė beveik sutampa su tų apeigų laiku. Žmonės tiki, kad valgiais, gėrimais ir giesmėmis palengvina vėlėms skaistyklos kančias.
Toks dievobaimingas šventės tikslas, nuošali vieta, nakties metas, fantastiškos apeigos kadaise smarkiai veikė mano vaizduotę; klausiausi pasakų, sakmių ir dainų apie numirėlius, grįžtančius su prašymais arba įspėjimais, ir visuose baisiuose prasimanymuose galima buvo įžiūrėti neabejotinus moralinius tikslus ir tikrą, liaudišku būdu vaizdingai išreikštą mokslą.
Ši poema parašyta panašia forma, o apeiginės giesmės, užkeikimai ir inkantacijos daugiausia yra tikri, kai kurie net pažodžiui paimti iš liaudies poezijos.


Tekst ukazał się na blogu Kochajmy się

niedziela, 29 października 2017

„My deportowani. Wspomnienia Polaków z więzień, łagrów i zsyłek w ZSRR”, wybór i opracowanie Bogdan Klukowski





„My deportowani” to jedna z pierwszych oficjalnych publikacji (w I obiegu) dotyczących wywózek Polaków na wschód przez bolszewików w czasie II wojny światowej. Jest to zbiór fragmentów pamiętników i wspomnień osób deportowanych, z których niektóre zostały później w Polsce wydane w całości, a inne – jak np. świetny Anatol Krakowiecki – nadal czekają na wydanie.  
Zbiór przygotował Bogdan Klukowski, który wybrał najmocniejsze, najbardziej robiące wrażenie kawałki następujących tekstów:
 
„Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego
„Między młotem a sierpem” Wacława Grubińskiego
„Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
„Książka o Kołymie” Anatola Krakowieckiego
„W domu niewoli” Beaty Obertyńskiej
„Przez kraj niewoli” Jana Kazimierza Umiastowskiego
„Isfahan miasto polskich dzieci” (wspomnienia deportowanych polskich dzieci).
 
Każdy z autorów pisze nieco inaczej. Literacko najlepszy jest Herling-Grudziński, ale to właśnie dlatego, że od razu zamienia wspomnienia na literaturę. To dobrze i źle. Dobrze – bo jest to bardzo dobra literatura. Źle – bo na tej zamianie traci autentyczność przekazu. Nie wiadomo, co u niego jest prawdą, a co stylizacją. W tym wypadku wolałabym czysty realizm, a nie prozę artystyczną. Poza tym, jak dla mnie - Herling jest zbyt naturalistyczny i pesymistyczny. Jego teksty nie dają żadnej nadziei czytelnikowi. Zwyczajnie nie lubię takiej literatury, mimo jej niezaprzeczalnej wysokiej jakości artystycznej. 
 
Krakowiecki – to świetne, reporterskie pióro (był przed wojną dziennikarzem), człowiek, który mimo niezwykle ciężkich warunków życia na Kołymie potrafi się zdobyć na widzenie czegoś więcej niż własny ciężki los. Brawo dla tego pana za wyjście poza własny ogródek! Krakowiecki  np. przytacza w szczegółach rozmowę z nieznajomym Jakutem, który spytał go, jako Polaka, czy żyje jeszcze Wacław Sieroszewski, badacz kraju Jakutów. Niezwykle ciekawa jest ta rozmowa. Można ją przeczytać na stronie „hej kto Polak”, poniżej podałam linka. Polecam! Umiastowski – też cenny dokument, relacja polskiego żołnierza najpierw deportowanego na Litwie, potem przejętego przez Sowietów. 
 
Czapski jest liryczny i chrześcijański. Pięknie i wzruszająco opowiada. Miałam łzy w oczach, gdy czytałam jego relację. 
 
Grubiński potrafi być zarówno realistyczny jak i dowcipny (i tu chylę czoła, bo trzeba być naprawdę wielkim człowiekiem, by móc opowiadać o tak strasznych przeżyciach, zachowując poczucie humoru i dystans do sytuacji pozornie bez wyjścia).
Obertyńska – o, to jest bardzo ważne świadectwo, bo pokazuje mękę wywózek z perspektywy kobiety, która z natury rzeczy zawsze trudniej znosi warunki więzienne niż mężczyzna. Niesamowicie realistycznie opisała warunki więziennej „higieny” w kraju Sowietów!
 
A teraz trochę statystki dotyczącej wywózek Polaków. Deportacje i represje były udziałem 2 milionów Polaków na terenie Związku Sowieckiego. Byli to cywile z terenów przejętych przez ZSRR w 1939 r., uchodźcy na wschód z Polski centralnej, obywatele polscy zmobilizowani przymusowo do Armii Czerwonej (chodzi o roczniki 1917, 1918. 1919), a następnie wywiezieni na wschód, cywile aresztowani w latach 1939-1941, jeńcy polscy (żołnierze i oficerowie), jeńcy polscy internowani wcześniej na Litwie, a potem wywiezieni w głąb ZSRR (jak np. Umiastowski).
Z innej strony patrząc, były cztery wielkie deportacje Polaków. Pierwsza – 10 lutego 1940 r. (w jedną noc wywieziono wtedy 220 tysięcy osób), druga – 13 kwietnia 1940 r. (w jedną noc wywieziono 320 tysięcy osób), trzecia – w czerwcu 1940 r. (wywieziono wtedy 240 tysięcy osób), czwarta – w czerwcu 1941 r. (200 tysięcy osób).
Książkę otwiera związany z tematem deportacji wiersz Władysława Broniewskiego „Rozmowa z historią” (poeta napisał go, gdy siedział w więzieniu we Lwowie):
 
Mistrzyni  życia, Historio,
Zachciewa ci się psich figlów,
Zza kraty podgląda Orion,
Jak razem siedzimy na kiblu.
Opowiadasz mi stare kawały
I uśmiechasz się, na wpół drwiąca,
I tak kiblujemy pomału –
Ty od wieków, ja od miesiąca.
O, Nieśmiertelna, skądże
Ta skłonność do paradoksów,
I powiedz mi – czy to mądrze
Całemu światu krew popsuć?
Bo skoro na całym świecie
Jak nie wojna, to stan wojenny –
Historio, powiedz mi przecie:
Po diabła tu kiblujemy?
Rewolucyjny poeta
Ma zgnić w tym mamrze sowieckim?
Historio, przecież to nietakt,
Ktoś z nas po prostu jest dzieckiem.
Więc wstydź się sędziwa damo,
I wypuść z Zamarstynowa…
(Na kryminał zaraz za bramą
Zasłużymy sobie od nowa).
„My deportowani. Wspomnienia Polaków z więzień, łagrów i zsyłek w ZSRR”, wybór i opracowanie Bogdan Klukowski, wyd. Alfa, Warszawa 1989

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

niedziela, 22 października 2017

Nadzieja Drucka, Trzy, czwarte... Wspomnienia


„Życie jest wielką grą, która wymaga podsumowania.”
„(…) piszący dzieli się z czytelnikami tym, co – chociaż dotyczy jego przeżyć intymnych – stanowi tylko trzy czwarte jego „ja”. Sam przed sobą nie chce się nieraz przyznać do spraw, które mimo niedomówień mogą zainteresować czytelnika.”

Postać Nadziei Druckiej była mi kompletnie nieznana, ale - gdy zapoznałam się z jej notką biograficzną na okładce książki - nie wahałam się długo z zakupem jej wspomnień. Autorce przypadł w udziale burzliwy życiorys w pełnych napięcia i przełomów czasach. Urodziła się bowiem w 1898 r. w rodzinie książąt Druckich wywodzących się od Rurykowiczów, była córką Sergiusza, carskiego generała i – co ciekawe – miejscem jej urodzenia była Warszawa. Gdy Nadzieja miała cztery lata, rodzina wróciła do Petersburga, gdzie jej ojciec był wykładowcą na jednej z uczelni znanym zresztą z dość postępowych poglądów. Ukończyła szkołę dla dziewcząt w Petersburgu, ale nie zdołała rozpocząć zaplanowanych studiów medycznych, gdyż wybuchła I wojna światowa. 

Nadzieja zgłosiła się na front wojenny w roli sanitariuszki i podczas swojej służby spotkała mężczyznę swojego życia – Maurycego O’Brien de Lacy, przedstawiciela spolonizowanej rodziny irlandzkiego arystokraty. Z rodziną tą, a raczej z jej przedstawicielką (chyba ostatnią noszącą to nazwisko), miałam okazję zetknąć się podczas lektury „Podróży na Wschód” Joanny Sypuły-Gliwy. Tam przewodniczka Autorki i polskich Kresach była m.in. Margaret O’Brien de Lacy, bratanica Maurycego i autorka książki „Dzikie Gęsi z Zielonej Wyspy”.


Maurycy zerwał swoje zaręczyny, aby w 1917 r. wziąć ślub z Nadzieją w dwóch obrządkach religijnych (Nadzieja do końca życia pozostała przy prawosławiu jakby zaznaczając swoją odrębność i przywiązanie do utraconej ojczyzny). Zaczęli oni wspólne życie na Grodzieńszczyźnie w odrodzonej Rzeczypospolitej, dokąd się udali uciekając ze zrewoltowanej Rosji. Nadzieja pozostawiła tam ojca, którego już nie zobaczyła, a przez całe życie łożyła na utrzymanie swojego opóźnionego umysłowo brata. Z Maurycym rzucili się w wir działalności społeczno-kulturalnej. On był aktywnym członkiem Związku Ziemian Polskich, w latach 1930-33 sprawował nawet funkcję prezydenta Grodna. Ona zaś szybko opanowała język polski, urodziła dwoje dzieci i …. rozpoczęła działalność literacką. Wydała kilka książek, została przyjęta w poczet Związku Literatów Polskich, a w Augustówce – swojej grodzieńskiej przystani – organizowała wiele spotkań towarzysko-kulturalnych chętnie odwiedzanych przez przedstawicieli środowisk literackich i plastycznych.


Nadzieja nie ujawnia w swojej relacji zbyt wielu szczegółów dotyczących jej życia, aczkolwiek – jak jasno wynika z kart wspomnień – od pewnego momentu tworzyli z mężem „związek otwarty”, choć ich miłość i wzajemne przywiązanie pozostały niezmienne, a małżeństwo przetrwało wszelkie burze dziejowe aż do jego śmierci w 1978 r.


Wspomnienia napisane są przystępnym językiem, pokazują losy Autorki i jej rodziny na przełomie epok. Nadzieja urodziła się w Rosji, przeniosła się do niepodległej Polski, na bliskie Kresy, a potem musiała odbudowywać swoje życie w PRL. I chyba, mimo wielu problemów, dobrze się zaadaptowała, o czym świadczy końcowy fragment zapisków stanowiący coś w rodzaju peanu na cześć Edwarda Gierka, I Sekretarza PZPR.


Bogactwo wydarzeń i doświadczeń, zmiany losu, kilkakrotne zaczynanie życia od zera wymagające niezwykłego hartu ducha i umiejętności przystosowania się, to jest to, co zapamiętam z tej lektury.


Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye


sobota, 14 października 2017

Adriana Dawid i Joanna Lusek- red, Kobiety na Kresach na przełomie XIX i XX wieku




 Kobiety w tyglu narodów, kultur, religii

     W Muzeum Górnośląskim w Bytomiu miała miejsce Międzynarodowa Konferencja Kresowa „Kobieta na Kresach. Znane i nieznane – inicjatorki życia społecznego, kulturalnego i gospodarczego”. Przegląd tez konferencji zebrano w monografii naukowej zatytułowanej „Kobiety na Kresach na przełomie XIX i XX wieku”. Przesłaniem publikacji było scharakteryzowanie wielostronnej działalności kobiet i ich niebagatelnego wpływu na rozwój Kresów Wschodnich na przełomie wieków. Wybrane do badań czas i miejsce „akcji” stanowiły wyjątkowo burzliwy okresu w dziejach ziem zwanych tyglem narodów, kultur, religii, a położonych na rubieżach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Rzeczone kobiety  żyły i realizowały się w ekstremalnych warunkach społecznych i dziejowych. Emancypacja z równouprawnieniem, dostępem do nauki i miejsc pracy, niezależnością finansową stanowiły jeszcze melodię przyszłości. Mimo tego Kresowianki, z urodzenia lub z wyboru, przedłużały trwanie tożsamości narodowej Polaków i dokładały wszelkich starań do kultywowania kluczowych wartości, zawartych w dewizie „BÓG, HONOR, OJCZYZNA”.

Kobiety w kręgu nauki, oświaty, kultury, wojny

     We wspomnianej publikacji skupiono się nad niektórymi obszarami aktywności Polek, które opisano w trzech częściach książki. Praca społeczna i oświatowa oraz wychowanie patriotyczne zajmowały uwagę Marii Karpowiczowej, Marii Opieńskiej, Marceliny Darowskiej i innych pań kresowych. Zakładały one zrzeszenia ochrony kobiet i placówki oświatowe przyczyniając się do podniesienia poziomu życia i świadomości najsłabszych członków polskiego społeczeństwa. W kręgach nauki, kultury, sztuki, a także w służbie „małych ojczyzn” pozostawały Karolina Lanckorońska, Łucja Charewiczowa, Helena Romer-Ochenkowska czy Erazma Kopaczyńska-Janowicz. Z trudem przebijały się z realizowaniem swych pasji: medycyny, teatru, śpiewu, publicystyki, historii, angażując się w poczynania zwyczajowo zarezerwowane dla mężczyzn. Najbardziej tragiczne losy i wymagające okoliczności stały się udziałem kobiet podczas zawieruch wojennych, zesłań, okupacji, pobytów w obozach i gettach. Wojna to nie jest dobry czas dla kobiet. Z bolszewickimi i hitlerowskimi barbarzyńcami zmagały się Stanisława Runiewicz, Zofia Romanowiczówna, Halina Maria Jankowska, Ewa Felińska. 

Karolina Lanckorońska - http://fundacjalanckoronskich.org
Karolina Lanckorońska - http://fundacjalanckoronskich.org
Zofia Romanowiczówna - http://www.cracovia-leopolis.pl/
Zofia Romanowiczówna - http://www.cracovia-leopolis.pl/













Kobiety w dziennikach, pamiętnikach i wspomnieniach

      Dobrze się stało, że pojawiły się osoby, które doświadczając syndromu Pimena, bohatera dramatu Aleksandra Puszkina pt. "Borys Godunow", uległy wewnętrznemu przekonaniu o konieczności dania świadectwa prawdzie i pozostawiły po sobie dzienniki, pamiętniki i wspomnienia. Zawierają one wiele trafnych sformułowań  o większym ciężarze gatunkowym, jak i lżejszych gatunkowo. Wytykają nasze narodowe przywary, prowadzące nierzadko do klęsk okupionych daniną młodych pokoleń: „u nas nie ma głów, u nas są tylko zawsze szable i ta strasznie tania krew”. Na nic się zdają prośby o baczne pilnowanie drzwi „by nie mógł wróg tu włazić do nas po kryjomu”. Agresor znów atakuje: „po odejściu wojsk rosyjskich, do majątku przybyli Niemcy… Potem zmienili ich Austriacy”. W najlepszym wypadku Polakom groziła deportacja oznaczająca „odłożoną w czasie egzekucję”. Władze carskie potrafiły skazać na katorgę nawet cerkiewny dzwon, który dzwonił wtedy, gdy nie powinien (sic!). 

Kobiety w Ojczyźnie, domu, pracy

     Rozległa tematyka tomu oraz wielość twórców artykułów wymusiły różnorodne podejście do prezentowanych zagadnień. W interesujących analizach przypadku autorzy pochylili się nad postaciami pojedynczych, wybitnych, choć nie zawsze znanych szerszym gremiom, kobiet, którym dane było „aksamitne dzieciństwo” i trudna dorosłość. Pozostałe eseje poświęcono grupom osób połączonych wspólną ideą czy pracą. Wśród nich znalazły się portrety zbiorowe kobiet tworzących organizacje społeczne, ale także niezrzeszonych działaczek podejmujących się tożsamych wyzwań.
Omawiane opracowania odtwarzające przeszłość wywołują w czytelnikach głębokie refleksje oraz nakazują doceniać zasługi  i otaczać szacunkiem „ludzi, którzy ledwie odeszli lub są na odchodnym”. Każą otaczać czcią Ojczyznę i rodzinny dom, o który pokolenia przodków pisały, że „nocą… przeciąga się jak metafizyczny kot na zapiecku świata”. Te pokolenia, które uczyły się „pierwszych liter i słów z elementarza, z pochrapywania pieca i skrzypienia drewnianej podłogi”.

Halina Jankowska - http://www.przerwane-milczenie.pl/
Halina Jankowska - http://www.przerwane-milczenie.pl/
Łucja Charewiczowa - https://kresy24.pl/
Łucja Charewiczowa - https://kresy24.pl/













Kobiety w odpowiedzi na "zew historycznego dziedzictwa"

     Wszystkie szkice oparto na znacznej ilości materiałów źródłowych wymienionych w obszernych przypisach lub szeroko przytaczanych w tekstach artykułów. „Kroniki, dzienniki, notatki – fundamenty indywidualnej, a jednocześnie zbiorowej, a nawet uniwersalnej pamięci”, za pomocą których „Ludy… materializowały pamięć”. Największy emocjonalny ładunek niosły ze sobą cytaty z autobiograficznych zapisów uczestniczek traumatycznych wydarzeń. Lektura osobistych świadectw martyrologii Polskiego Narodu zawsze przyprawia mnie o dreszcz obcowania z bolesną prawdą historyczną i jednocześnie wzbudza we mnie gniew za doznane i nie odkupione krzywdy Polaków. W związku z tym z pełnym przekonaniem podpisuję się pod stwierdzeniem Wandy Kocięckiej (Oddajcie mi Świętego Mikołaja):
Radość i duma wypełnia ciebie po brzegi, gdy uświadomisz sobie, że stąd pochodzisz.

Tekst ukazał się na blogu CzytamPoPolsku

niedziela, 8 października 2017

Angeli-Ilovan Lucie di, Zapisane w gwiazdach




„Zapisane w gwiazdach” Lucie di Angeli-Ilovan to prequel „Żniwa gniewu” tej samej autorki. Jest to fabularyzowana opowieść Autorki o jej ciotce i matce, które naprawdę nazywały się Kazimiera i Maria Ganeckie. Ich nazwisko zostało w powieści zmienione na Góreckie. 
 
Pierwsza powieść Lucie di Angeli-Ilovan opowiadała o tragicznych wojennych losach Kaszmiry i Maruszki (tak zdrobniale nazywano Kazimierę i Marię). Tamta powieść była wydana w 2011 roku, ja ją kupiłam jesienią 2014 roku przypadkiem z jakimś babskim pismem. Pamiętam, że jak zaczęłam czytać, to wpadłam po uszy, tak była wciągająca. Czytałam i płakałam, płakałam i czytałam dalej. Jest to niezwykle chwytliwa i trzymająca w napięciu historia. Czytałam tę książkę aż dwa razy, raz za razem, by lepiej wszystko zrozumieć i zapamiętać. 
 
Lucie di Angeli-Ilovan, mimo egzotycznie brzmiącego imienia i nazwiska, jest Polką, urodziła się w Zielonej Górze, a potem wyemigrowała z Polski, najpierw do Francji, a potem do USA.  „Żniwo gniewu” to jej debiut literacki.
 
W 2014 roku pisałam o tej powieści na blogu. Przytoczę tutaj fragment tamtej recenzji:
„Dwie kobiety, dwoje dzieci i dwa totalitaryzmy XX wieku... Przejmująca opowieść o trudnej, wojennej wędrówce dwóch sióstr z Mołodeczna (dzisiaj to Białoruś) na Ziemie Odzyskane pod zachodnią granicą Polski. Czytałam i płakałam, płakałam i czytałam… „Żniwo gniewu” Lucie di Angeli-Ilovan to świetnie napisana i trzymająca w napięciu książka, czyta się ją jednym tchem! 
 
Latem 1939 r. Kaszmira i Maruszka miały po dwadzieścia parę lat i były świeżo poślubionymi żonami. Tuż przed wojną Kaszmira wyszła za żydowskiego komunistę Szuryka i zamieszkała w Nowojelni  koło Grodna, gdzie oddziedziczyła dom po ciotce. Pracowała tam jako kucharka w sanatorium. Maruszka (krawcowa) wyszła za przystojnego ułana z pułku w Mołodecznie, właściciela majątku ziemskiego koło Tarnowa. We wrześniu 1939 r. zaczęła się wojna. Najpierw na Kresy zaczęli przyjeżdżać uchodźcy z bombardowanej przez Niemców centralnej Polski, a 17 września weszli Sowieci. Mąż Kaszmiry powiesił w kuchni portret Stalina i zaczął pracować dla bolszewików. Mąż Maruszki ukrywał się w Puszczy Nalibockiej wraz z innymi partyzantami i odwiedzał żonę po kryjomu. 
 
Maruszka urodziła najpierw jedno, potem drugie dziecko. W 1941 r. weszli Niemcy. W czasie bombardowania szpitala przez niemieckie lotnictwo zginęła matka sióstr, która leżała tam po operacji biodra. Potem Niemcy złapali i wywieźli Żyda Szuryka. Niemiecki patrol zastrzelił w lesie męża Maruszki. Siostry postanowiły wyjechać z Kresów w bezpieczniejsze miejsce. I tak zaczęła się ich kilkuletnia wojenna wędrówka, w trakcie której pechowym zbiegiem okoliczności  trafiły wraz z dziećmi na roboty przymusowe w niemieckich majątkach w Prusach Wschodnich. Potem było „wyzwolenie” przez Armię Czerwoną, obóz przejściowy NKWD w Działdowie, krótki pobyt w Nasielsku i Krakowie, a także krótkie odwiedziny w znacjonalizowanym już przez władzę ludową i zrujnowanym dworze męża Maruszki pod Tarnowem. Włosy stają dęba na głowie, jak się czyta, co te kobiety przeszły! Została im wprawdzie oszczędzona wywózka na Sybir czy do Kazachstanu, jaka była udziałem wielu Polaków z Kresów, ale za to spotkał je szereg innych nieszczęść, jakie mogą spotkać kobietę w czasie wojny.”
 
To jest okładka „Żniwa gniewu”:
 

„Zapisane w gwiazdach” to opowieść o wcześniejszych losach sióstr Ganeckich. O ich babce pochodzącej z bogatego ziemiańskiego rodu, która zakochała się w stajennym i uciekła z domu, a rodzina ją wyklęła. O ich matce, która wyszła za stolarza-alkoholika, który popijał z Żydem Mośkiem i robił z nim interesy, o braciach, starszym Aleksandrze i młodszym Józiu, o koleżankach i znajomych z Mołodeczna i Nowojelni, o I wojnie światowej, wojnie z bolszewikami w 1920 roku, o ciężkim bytowaniu Polaków w okresie międzywojennym, o ówczesnym kryzysie gospodarczym i wszechobecnej biedzie. No i kresach wschodnich, oczywiście, bo to wszystko dzieje się na Kresach, za wyjątkiem krótkich epizodów fabularnych (pobyt brata Józia w wojsku w Twierdzy Modlin i w niemieckiej niewoli, pobyt Szuryka, męża Kaszmiry, w więzieniu w Białymstoku). 
 
To się czyta, proszę państwa, to się czyta! Autorka ma ogromny dar snucia ciekawych opowieści o szarym dniu codziennym ówczesnej Polski. Z detalami opisuje różne zwyczajne sytuacje, a przede wszystkim ciężką walkę rodziny Ganeckich o byt, o przeżycie w czasach, kiedy stale brakuje na wszystko pieniędzy. Przyznam, że w pewnym momencie byłam już tym trochę znużona tą codziennością, jednak akcja wyraźnie przyspieszyła, gdy doszło do wybuchu II wojny światowej. Wtedy zrobiło się naprawdę dramatycznie! W pewnym sensie Autorka powtórzyła tu niektóre informacje zawarte w pierwszej książce, z tym że rozszerzyła je i opisała dokładniej. Czytamy więc o napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, o kampanii wrześniowej, o tym jak Józio Ganecki dostał się do niemieckich niewoli, a Niemcy w ramach przyjaźni ze Związkiem Radzieckim przekazali polskich jeńców wojennych Sowietom, o rządach Sowietów na kresach, o napadach UPA na Polaków na Wołyniu, o partyzance polskiej w lasach pod Mołodecznem, do której należał mąż Maruszki i o partyzance żydowskiej w lasach pod Nowojelnią, do których należał mąż Kaszmiry. Autorka wprowadziła do swej powieści nawet kontrowersyjne postaci braci Bielskich, komunistów i partyzantów żydowskich, którzy przez jednym uważani są za bohaterów ratujących Żydów, a przez innych za rzeźników polskiej ludności, bo napadali na polskie miejscowości na Kresach, zamordowali np. przeszło stu mieszkańców polskiej wioski Naliboki, a potem całą ją spalili. 
 
Cała powieść jest zgodna z przekazami historycznymi i bardzo realistyczna. Ale, niestety, mimo wielkiej sympatii do tego tekstu i podziwu dla literackiego talentu Autorki muszę powiedzieć tutaj o pewnych rażących błędach, jakie zauważyłam. 
 
Po pierwsze – Mińsk. 
 
W powieści jest wątek wyjazdów bohaterek do Mińska na zakupy, bo tam są większe, lepiej zaopatrzone sklepy. Jadą sobie do tego Mińska, obkupują się tam i wracają. Podkreślam, że rzecz dzieje się w dwudziestoleciu międzywojennym. A ja się pytam, jak, na Boga, siostry Ganeckie mogły sobie tam pojechać, skoro w tamtym okresie Mińsk już był za kordonem? W tym czasie Mińsk nie należał do Polski, ale do Związku Radzieckiego. Maruszka i Kaszmira w żadnym wypadku nie mogły pojechać tam, ot, tak sobie, na zakupy, bo musiałyby przekraczać granicę ze Związkiem Radzieckim. Wątpię także, by w Sowietach mogły kupić lepsze ciuchy i buty, niż w Polsce. Nie wiem, być może w rodzinnej tradycji ustnej zachowało się wspomnienie takiej wyprawy i Autorka ją opisała. Ale to na pewno było jeszcze w czasach carskich, a nie po 1920 roku! 
 
Zdziwił mnie ten błąd, ponieważ, jak wcześniej pisałam, w sensie faktograficznym powieść jest zgodna z tym, co można przeczytać w różnych dokumentalnych tekstach z epoki, różnych wspomnieniach i pamiętnikach. A ja przecież czytam tego na kopy!
 
Druga sprawa, niemniej szokująca. Autorka pisze, że po napaści Niemiec hitlerowskich na Związek Radziecki niektórzy Polacy, wcześniej wywiezieni przez Sowietów, zaczęli wracać do domu, to jest na kresy wschodnie. Według niej tak miało być jeszcze w czasie działań wojennych. I tu powstaje pytanie, jak to było możliwe? Wędrowali przez fronty, czy jak? Jak sobie Autorka wyobraża powrót do Mołodeczna jednej bohaterek z Kazachstanu w 1941 roku? Przepuścili ją przez front radziecki, a potem przez front niemiecki? Przeszła sobie tamtędy piechotą czy przejechała czołgiem? To samo dotyczy innego bohatera, który rzekomo w tym samym czasie miał wrócić z wywózki na Syberię. To nie było możliwe, droga pani! W żadnym wypadku! Dziwię się, że Autorka zrobiła takie pomyłki. Dziwię się, że nie wyłapał ich nikt w wydawnictwie, bo przecież ta książka miała chyba jakiegoś redaktora. Chyba, że się mylę?
 
A jeśli się mylę, to chętnie wysłuchałabym wyjaśnień Autorki w sprawie tego Mińska i tych niezwykłych powrotów Polaków z wywózek.  
 
A poza tym, książka jest świetna i warta czytania. A ja czepiam się, bo jestem dociekliwa! 
 
Więcej o siostrach Góreckich/Ganeckich znajdziecie tutaj:
Dwie siostry z Wilna i ich mężowie | - Kresy24.pl kresy24.pl/33450/dwie-siostry-z-wilna-i-ich-mezowie/
 
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko
 
 
 

niedziela, 1 października 2017

Maciej Kledzik, Litwa Sienkiewicza Piłsudskiego Miłosza





Podróż sentymentalna

     Książka autorstwa Macieja Kledzika przyciągnęła mnie tytułem „Litwa Sienkiewicza Piłsudskiego Miłosza” zawierającym 4 w 1: Kresy, dwu noblistów i wskrzesiciela Polski. Spoglądając na postać autora spodziewałam się zbioru wartkich reportaży kresowych o ważnych dla Polaków wybitnych osobach. Dziennikarz wędrujący śladami sławnych rodaków, z których każdy tworzył dzieła literackie (Piłsudski również – patrz Pisma zbiorowe), oddał do rąk czytelników dziełko będące obrazem jego błądzenia tropami Wielkich Polaków. Wędrówkę tę sprowokował Czesław Miłosz zapraszając Macieja Kledzika do udziału w jego podróży sentymentalnej po Litwie, na której się urodził. Litewskim miejscem urodzenia mógł się pochwalić również drugi z bohaterów publikacji – Józef Piłsudski. Jedynie Henryk Sienkiewicz swe związki z Litwą zawdzięczał swym przodkom. Każda z tych znakomitości w inny sposób manifestowała swą miłość do Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej. Czesław Miłosz swoje wspomnienia z kraju lat dziecinnych przelewał na karty powieści, esejów i strofy wierszy. „W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę” pisał w 1937 roku. Wrócił do miejsca urodzenia Szetejni, po upływie półwiecza, już jako laureat Nagrody Nobla. Przyjmowano go z wszelkimi honorami w Kownie, Kiejdanach, Opitołokach, Świętobrości, Wędziagole. Maciej Kledzik towarzyszył literatowi w spotkaniach z bliskimi, znajomymi i świadkami jego litewskiej przeszłości. 
 
Dwór w Szetejniach 1913 - http://www.wojciechkarpinski.com/
Dwór w Szetejniach 1913 - http://www.wojciechkarpinski.com/

Litwos herbu Oszyk

     Historyk odmiennie odniósł się do związków Henryka Sienkiewicza z Litwą, ponieważ pisarz urodził się i mieszkał w Polsce centralnej. O litewskiej fascynacji krajem przodków, piszących się herbem Oszyk, świadczy pseudonim literacki noblisty – Litwos. Autor eseju o Henryku Sienkiewiczu przekazał garść informacji o powstawaniu Trylogii, ewidentnie kresowego dzieła. Przedstawił składowe warsztatu pisarsko-historycznego Sienkiewicza: tworzenie literackich postaci oraz starania o zachowanie prawdy historycznej. Razem z pisarzem czytelnik odwiedził Kiejdany, Pacunele, Mitruny, Wodokty i dolinę Niewiaży. Do dziś mieszkają tam potomkowie sienkiewiczowskich Butrymów, Gasztowtów, Billewiczów

Akcja czterech premierów

     Szukając na Litwie pierwowzoru litwosowej Oleńki Billewiczówny Maciej Kledzik trafił na ślady rodu Billewiczów, z których wywodziła się Maria – matka Józefa Piłsudskiego. Drzewo genealogiczne Billewiczów i Piłsudskich, które starał się zaprezentować autor, okazało się tak rozgałęzione, że odniosłam wrażenie, iż wszystkie litewskie rodziny były spokrewnione. Tropem tych rodów reportażysta dotarł do Pojeśla, Kroków, Kowna, Upity, Troupi. Zwrócił również uwagę na okolice Bezdan, gdzie Organizacja Bojowa PPS z Józefem Piłsudskim przeprowadziła słynną akcję ekspropriacyjną (wywłaszczeniową), dzięki której zdobyto fundusze na dalszą działalność organizacji. 
 
Bezdany Szkoła im. Józefa Piłsudskiego 1937 - http://www.nac.gov.pl/
Bezdany Szkoła im. Józefa Piłsudskiego 1937 - http://www.nac.gov.pl/

Tolerancja i nietolerancja

     Wszystkie trzy reportaże Macieja Kledzika posiadały kilka wspólnych punktów. Charakterystyczną cechą Kresów Wschodnich była wszechobecna tolerancja religijna oraz zgodne współżycie ludzi o różnych obyczajach i kulturze. W Kiejdanach funkcjonowały obok siebie prawosławna cerkiew, żydowska synagoga, zbór kalwiński, kościół katolicki i luterański i inne. Kres tej harmonijnej koegzystencji położyła II wojna światowa z hitlerowskim i bolszewickim barbarzyństwem. Z tego powodu historyk podążający śladami rodów swych bohaterów nie odnalazł już ich kresowych siedzib – dworów i dworków. Zniknęły za sprawą działań wojennych i celowego unicestwiania majątków polskiego ziemiaństwa. Autorowi esejów pozostały do studiowania tylko rodowody, drzewa genealogiczne i niezwykle skomplikowane koligacje polsko-litewskie. 
 
Kiejdany 1889 - http://borderlandatlantis.net/
Kiejdany 1889 - http://borderlandatlantis.net/

 

Liberum veto!

     Litwa jako kraina historyczna stała się pretekstem do przypomnienia kilku interesujących faktów. Z Upity, miasteczka pojawiającego się w „Potopie” Henryka Sienkiewicza, pochodził Władysław Siciński, pierwszy anarchista Rzeczypospolitej, zrywający obrady Sejmu okrzykiem: „Liberum veto!
Zastanawiające zdanie „W przekazach rodzinnych Miłoszów pozostał obraz wyidealizowanego premiera Stołypina” dotyczy krwawego carskiego oprawcy prześladującego Polaków, którego zamordowano kilka miesięcy po narodzinach Czesława Miłosza.
Popularne dziś powiedzenie: „Boże, Ty to widzisz i nie grzmisz!” Litwos włożył w usta Jana Onufrego Zagłoby herbu Wczele w tomie „Ogniem i mieczem”.

"Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada"

     Cenną publikację, o bliskich nam Polakom Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej, zaopatrzono w Bibliografię, Przypisy, Spis ilustracji, Indeks nazwisk oraz spis wcześniejszych publikacji autora odnoszących się tematyki poruszanej w książce. Swoistą licentia poetica Macieja Kledzika były przydługie cytaty z Trylogii, ale, nawiasem mówiąc, Sienkiewicza można czytać zawsze i wszędzie.
Do autorskiego tekstu dołączono liczne fotografie pochodzące ze zbiorów autora i wydawnictwa. Przedstawiają one to, co pozostało z dawnej świetności Rzeczypospolitej: kościółki, cmentarze i piękne widoki. Na zdjęciach tych uwieczniono Litwę Sienkiewicza, Piłsudskiego i Miłosza.
 
Tekst ukazał się na blogu Czytam Po Polsku
 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...