sobota, 23 września 2017

Eugeniusz Werstin, Szklana góra




„Szklana góra” Eugeniusza Werstina to moja ulubiona współczesna powieść kresowa. Była pisana w okresie stanu wojennego, odleżała sobie w szufladzie autora dwadzieścia lat i w końcu została wydana w 2005 roku. Czytałam ją już raz parę lat temu, później szukałam jej w księgarniach, by ją kupić i mieć na własność. W końcu udało mi się ją dopaść za niską cenę w taniej księgarni internetowej „Dedalus”. Teraz czytałam ją ponownie, rozkoszując się i smakując tę ciekawą sagę rodzinną napisaną pięknym, barwnym i gawędziarskim językiem.

„Szklana góra” to obszerna, rozpisana na kilkaset stron, historia dwóch kresowych rodów: Samsonowiczów i Mosiewiczów, a także warszawskiej rodziny Papajów. Akcja tej powieści zaczyna się pod koniec XIX w., dalej obejmuje ważne wydarzenia historyczne, takie jak rewolucja 1905 roku, wybuch I wojny światowej, ewakuacja Polaków z Kresów w głąb Rosji, ich powrót na początku lat 20., a potem wybuch II wojny światowej. „Mapa” powieści obejmuje m .in. miasto Poniewież i leżące w pobliżu wioski Wańkuny i Sarguny, Wilno, Murom w Rosji, Tomsk na Syberii, Warszawa. Możemy też tu podejrzeć spory kawał litewskiej i rosyjskiej wsi.

Autentyczne wydarzenia historyczne stanowią tło dla losów ludzkich, czasem bolesnych, czasem radosnych, jak to w życiu. Mamy tu kilka ognistych romansów oraz niezwykłą, namiętną miłość „aż po grób”, jak również trochę wojny, bolesne zatargi o majątek i ziemię, opis nauki szkolnej, służby w wojsku, pracy na roli, pracy w szkole, no i przede wszystkim codziennego bytowania mieszkańców Kresów, których świat się już pomału kończył, choć oni, biedny, jeszcze wtedy o tym nie wiedzieli.

Bohaterowie są rysowani mocną kreską, zamaszyście. To ludzie pełnokrwiści, jakich kiedyś nie brakowało na polskich Kresach; ludzie dobrzy i źli, często ekscentryczni, ale zawsze „Polacy i katolicy”, co właściwie najbardziej ich odróżniało od zamieszkujących Wileńszczyznę Litwinów, Białorusinów i Żydów. Jak już jesteśmy przy tych ostatnich, to warto wspomnieć o ich przedwojennych lewicowych sympatiach. Oto zawarta w powieści scenka z międzywojennego Wilna. Są późne lata 30., dzień 1 maja, kiedy to jeden z młodych bohaterów zostaje niechcący świadkiem komunistycznego pochodu niosącego hasła będące dowodem infiltracji polskich komunistów przez Związek Radziecki:

(Wiktor) „idąc w dół Bouffałową Górą ze szkoły, zamiast na skróty zapleczem żeńskiego gimnazjum imienia Elizy Orzeszkowej (…) ruszył spacerowym krokiem ulicą Trzeciego Maja do Mickiewicza, by tam skręcić w lewo, w kierunku mostu Zwierzynieckiego. Był to mały, może stumetrowy odcinek, a jednak Wiktor nie doszedł do skrętu. Z zadumy wyrwało go niecodzienne widowisko: główną arterią sunął pochód, jakiego jeszcze nie widział, ale o którym słyszał jako o czymś okropnym. Był to pochód pierwszomajowy. Tłum robił wrażenie trochę przerażające. Wszyscy byli bardzo nędznie poubierani. Ponad połowę tłumu stanowili Żydzi, nie tylko młodzi, ale i starsi, jeszcze nędzniej odziani niż polscy robociarze. Nieśli transparenty – czerwone płachty na dwóch patykach, na których szpilkami poprzypinano wycięte z papieru litery:
PRECZ Z RZĄDEM FASZYSTOWSKIM PROWOKATORÓW WOJNY!
NIECH ŻYJE SOJUSZ KLASY ROBOTNICZEJ Z ZSRR!
CZEŚĆ MĘŻNEJ REPUBLICE HISZPANII!
CZEŚĆ ODWAŻNEMU NARODOWI CHIŃSKIEMU!
NIECH ŻYJE GENIALNY NAUCZYCIEL LUDÓW W ICH WALCE O POKÓJ, TOWARZYSZ STALIN!
Wiktor stanął jak wryty. Czuł w łydkach paraliżujący strach.”

Prócz opisu rodzącego się wówczas komunizmu znajdziemy również w „Szklanej górze” relację z międzywojennych sporów między sanacją i endecją w które uwikłani są bohaterowie, a także inne smaczki, zakazane w PRL-owskiej szkole, a i dziś niemile mile widziane przez niektóre środowiska, jak na przykład opis działalności przedwojennych narodowców walczących z nadreprezentacją Żydów w wielu zawodach, m. in. w handlu.

Powieść ma mocne akcenty autobiograficzne, być może w ogóle jest beletryzowanym wspomnieniem autora o swojej rodzinie. Jest to naprawdę piękny tekst, niezwykle wciągający i przykuwający uwagę. Jak się wejdzie w przedstawiony tam świat, to po prostu nie można się oderwać. Płaczesz i śmiejesz się wraz z bohaterami. Wzruszasz się ich tragicznymi losami. „Szklaną górę” można polecić każdemu, kto lubi tradycyjną prozę w dziewiętnastowiecznym stylu, bujną, rozległą i wielowątkową, kto lubi tematykę kresową, a także obszerne sagi rodzinne.

Eugeniusz Werstin to pochodzący z Wilna mało znany polski pisarz, autor tekstów o tematyce kresowej, takich jak „Samotne kruki”, „Zmowa” i „Dzieci wdowy” wydanych pod pseudonimem Mateusz Jantar.

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

sobota, 16 września 2017

Wołyń. Przemilczana zbrodnia na Polakach






Dobre Słowo

     Bonum Verbum – Dobre Słowo – niech będzie kluczem do zrozumienia książki zatytułowanej „Wołyń. Przemilczana zbrodnia na Polakach”. Celem przedstawienia poglądów osób połączonych pragnieniem wyjaśniania przyczyn, przebiegu i skutków Rzezi Wołyńskiej najszerszym rzeszom rodaków i nie-rodaków, redaktor Michał Kramek użył formy wielogłosu narracyjnego dopuszczając do głosu tak ekspertów, jak i świadków wydarzeń. Dzięki temu zabiegowi czytelnicy otrzymali obiektywny, panoramiczny obraz analizowanego zagadnienia, wzorem bajkopisarza La Fontaine’a oglądającego kryształową karafkę ze wszystkich stron. 

Nacjonaliści i siekiernicy

     Trzeba być wyjątkowo odpornym na wiedzę, żeby nie znać faktów, że w latach 1943-45 na terenie Wołynia nacjonaliści ukraińscy przy wydatnej pomocy chłopskich „siekierników” zamęczyli i wymordowali około 60 000 żyjących tam od lat Polaków i zrównali z ziemią ponad  90 % polskich wsi. Nie do wszystkich jednak dociera ta bolesna prawda historyczna. Zarówno w Polsce jak i poza jej granicami. Autorzy wyrazili nadzieję, że „niniejsza publikacja przyczyni się do głębszej refleksji nad tą trudną pamięcią oraz zrewidowania jej miejsca w naszej świadomości narodowej”, a także dopomoże w upowszechnianiu prawdy o okrutnych zbrodniach ukraińskich. W tym celu przeprowadzono rozmowy z historykami, publicystami, duchownymi i świadkami mordów zadając im szereg kluczowych pytań drążących niełatwy temat Rzezi Wołyńskiej.

Ludobójstwo ukraińskie

     Dziesięć osób zapytano o genezę masakry, dramaturgię wydarzeń, współczesne konteksty, jak również o powody, dla których przez długie lata ludobójstwo wołyńskie było „przemilczaną zbrodnią na Polakach”. Polak Rafał Lemkin wprowadził do języka prawnego termin ludobójstwo (z ang. genocide), które rozumieć należy jako nieprzedawnialną zbrodnię przeciwko ludzkości. Ludobójstwo ukraińskie było zaplanowane, zorganizowane i masowe, obliczone na eksterminację naszego narodu zgodnie z szowinistycznym hasłem „Ukraina dla Ukraińców” sformułowanym przez Mykoła Michnowskiego – ukraińskiego ideologa nacjonalistycznego. Źródeł ideologii nacjonalizmu ukraińskiego należy się doszukiwać w Związku Faszystów Ukraińskich, poprzedniku Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Natomiast wykładnię dla zbrodniczych akcji OUN-B (Stepana Bandery) dawał Dekalog ukraińskiego nacjonalisty z 1929 roku.
Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły - http://www.nto.pl/
Wola Ostrowiecka. Część kości wydobytych ze zbiorowej mogiły - obok Leon Popek - http://www.nto.pl/

Okrucieństwo i barbarzyństwo

     Rozmówcy Michała Kramka komentując apokalipsę Rzezi Wołyńskiej nie skupili się tylko na ilości ofiar, chociaż była ona przerażająca, ale zwrócili uwagę na rodzaj ofiar – głównie były to kobiety, dzieci, starcy. Kompleksowo poddali analizie okrucieństwo, z jakim ukraińscy sadyści zadawali śmierć Polakom, i nie znaleźli żadnego innego wytłumaczenia poza barbarzyństwem wschodniej dziczy. Wyjątkową nienawiść przejawiali bandyci spod znaku tryzuba w stosunku do osób duchownych (przykładem "niedokończone msze wołyńskie"). Szczególna sytuacja panowała w rodzinach mieszanych, gdzie ukraińscy małżonkowie byli zobowiązani do zabijania polskich członków rodziny (nawet własnych dzieci). Mimo to znalazło się wielu ukraińskich sprawiedliwych ratujących Polaków.

Historia i polityka

     W wypowiedziach interlokutorów Michała Kramka przewinęły się dwa podobnie brzmiące pojęcia: historii politycznej i polityki historycznej. Pierwsze z nich w kontekście wołyńskiego ludobójstwa przez całe dziesięciolecia było zakłamywane lub co najwyżej przemilczane. Obydwa te działania negatywnie odbijały się na budowaniu tożsamości narodowej, szczególnie ważnej dla młodego pokolenia Polaków. W tym miejscu dochodzimy do drugiego ze wspomnianych pojęć – polityki historycznej państwa, której zadaniem jest kształtowanie świadomości historycznej obywateli. Bohaterowie publikacji wielokrotnie podkreślali fundamentalne znaczenie przyjęcia prawdy o Rzezi Wołyńskiej dla budowania równorzędnych stosunków sąsiedzkich między Polską a Ukrainą. „To właśnie historyczne, chrześcijańskie dziedzictwo i wartości kulturowe są wspólną, ponadgraniczną płaszczyzną istnienia narodu polskiego” stwierdził historyk i analityk spraw międzynarodowych.

Potępić banderyzm

     Zastanawiające jest dlaczego Ukraińcy odrzucają prawdę o Rzezi Wołyńskiej, a nawet ją przekłamują. Opinie uczestników wywiadów są w tej kwestii zgodne. Młode państwo ukraińskie próbuje budować silną Ukrainę na nacjonalizmie OUN-UPA kreując Stepana Banderę na bohatera narodowego. Z tego powodu rzetelne informacje na temat wołyńskiego ludobójstwa nie mogą przebić się do przestrzeni publicznej w tym kraju. W odróżnieniu od hitleryzmu w Niemczech, banderyzm na Ukrainie nigdy nie został potępiony. Przeciwnie, na Ukrainie zauważyć można powrót zbrodniczych ideologii i gloryfikację oprawców narodu polskiego.
"Pomnik Pamięci Ofiar Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian" - Andrzej Pityński - http://www.naszdziennik.pl
"Pomnik Pamięci Ofiar Męczeństwa i Ludobójstwa Kresowian" - Andrzej Pityński - http://www.naszdziennik.pl

Upamiętnienie i edukacja

     Napis na Pomniku Ofiar Ludobójstwa na Kresach, na cmentarzu Rakowickim w Krakowie głosi: „Nie o zemstę lecz o pamięć wołają ofiary”. Ofiary, wśród których znajdują się tzw. sieroty wołyńskie, nawet po upływie ponad siedemdziesięciu lat nie mogą wyrzucić z pamięci traumatycznych wydarzeń, które pozbawiły je swoich najbliższych i własnych domów, poczucia bezpieczeństwa i wiary w człowieka. Rany te nigdy się nie  zabliźnią i nigdy nie mogą zostać zapomniane. Żadna poprawność polityczna nie może usprawiedliwiać zaniedbań i zaniechań w zakresie upamiętnienia wołyńskich męczenników. W tej materii jest jeszcze wiele do zrobienia. Nie wystarczy jedna „Uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie oddania hołdu ofiarom ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1943–1945” ustanawiająca dzień 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Z liczby ponad dwu tysięcy wsi, które zniknęły z powierzchni ziemi za sprawą ukraińskich barbarzyńców, miejsca pamięci zbrodni znajdują się tylko w kilkudziesięciu z nich. Jeszcze gorzej wygląda sprawa edukacji polskiego społeczeństwa, a zwłaszcza młodzieży, w zakresie Rzezi Wołyńskiej i Czystki etnicznej w Małopolsce Wschodniej czy innych zbrodni na ludności cywilnej.

"Kresowian zabito dwukrotnie"

     Przesłania książki są czytelne, zgodne z polską racją stanu, a nie poprawnością polityczną postkomunistycznych elit. Miejmy na uwadze, iż „Wszystkie fakty z naszej historii scalają nas w jeden naród” i żadne partykularne interesy czy fałszywe kompromisy nie mogą spychać na margines historii pamięci o najbardziej bolesnych kartach naszych narodowych dziejów. Bowiem pokolenia Polaków, które przyjdą po nas muszą znać odpowiedź na pytania rozstrzygające o ich tożsamości narodowej:

Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy? 

Tekst ukazał się na blogu Czytamy po polsku

 

niedziela, 10 września 2017

Antoni Kieniewicz, Nad Prypecią, dawno temu... Wspomnienia z zamierzchłej przeszłości






Na cytaty z tej książki natknęłam się czytając „Zakątek pamięci” Ireny Domańskiej-Kubiak. Te fragmenty były na tyle interesujące, zawierające wiele szczegółów o życiu codziennym polskiego ziemiaństwa, że książka Antoniego Kieniewicza trafiła na moją prywatną listę życzeń. Po udanym zakupie trafiła na moja półkę i siadłam do lektury.

Autor wywodził się z majętnej rodziny ziemiańskiej osiadłej na bagnistym Polesiu. Źródłem ich majątku była przede wszystkim mądrze prowadzona działalność przemysłowa, wprowadzanie nowinek technologicznych i dobra, nieprzemijająca przez kilkadziesiąt lat, koniunktura na drewno. Gospodarstwo w Dereszewiczach i Bryniewie prowadzone przez ojca Autora, następnie niego samego i brata było wzorowe i przynosiło spore dochody. Ojciec i synowie potrafili wykorzystywać okazje, nowe możliwości, co niewątpliwie przyczyniło się do sukcesu finansowego. Tak więc ich przypadek różni się nieco od wyobrażeń o zacofanym Polesiu skoncentrowanym niemal wyłącznie na ekstensywnym rolnictwie.

Antoni Kieniewicz utracił Dereszewicze już po I wojnie światowej. W II Rzeczpospolitej, mimo zubożenia, udało mu się uzyskać stabilizację i zapewnić byt rodzinie, ale II wojna światowa była definitywnym końcem świata jego i jego ziemiańskiego środowiska. Autor spisywał swoje wspomnienia w czasach PRLu, kiedy wyzuty ze swojej ukochanej krainy szczęśliwości mógł tylko wspominać i ... pisać "do szuflady".

Autor przekazuje nam sporo informacji o stylu życia bogatego ziemiaństwa, stosunkach rodzinnych i rozrywek. Jedną z jego ulubionych form spędzania wolnego czasu było polowanie, któremu poświęca odrębną część poświęconą sposobom polowania na zwierzynę. Przyznam, że te akurat fragmenty jedynie przejrzałam, bo taka koncentracja na tej kwestii jest dla mnie przesadą, jako że generalnie nie pochwalam tego typu rozrywki. Ale trzeba przyznać, że trudno znaleźć wspomnienia z Polesia, które w ogóle nie dotykałyby tematyki polowania. To tylko dowód na to, że poleskie lasy były wręcz wymarzonym miejscem dla myśliwych.

Ale nie tylko o polowaniach pisał Autor. Niezwykle cenne są jego wspomnienia z okresu przed 1905 r., gdy szczegółowo opisuje politykę władz carskich wobec religii katolickiej, kiedy nie można było poświęcić kaplicy nawet na terenie swojej posiadłości, kiedy wierni uczestniczyli we mszy świętej zaledwie kilka razy do roku, kiedy małżeństwo z osobą prawosławną oznaczało zakaz wychowywania dzieci w religii katolickiej. Tym bardziej docenić należy uwieńczone sukcesem działania matki Autora na rzecz poświęcenia kaplicy w Dereszewiczach, co Autor opisuje z sentymentem i wielkim szacunkiem, bo wtedy to było wydarzenie wręcz epokowe dla całej okolicy. Oczywiście taka postawa władz carskich była nie tylko walką z religią, ale przede wszystkim zwalczaniem polskości, która chciano całkowicie wykorzenić na tzw. „ziemiach zabranych” (oderwane od Rzeczpospolitej w I rozbiorze na rzecz Rosji).

Wspomnienia Antoniego Kieniewicza kończą się w momencie odzyskania przez Polskę niepodległości i ostatecznej utracie majątku, który zgodnie z traktatem ryskim pozostał poza granicami II RP. Syn Autora – profesor Stefan Kieniewicz, wybitny historyk – podjął decyzję o wydaniu zapisków ojca do tego właśnie momentu i była to słuszna decyzja. Dzięki temu dostajemy bardzo szczegółowe świadectwo z życia ziemiaństwa na przełomie wieków. Nie ma tu pogłębionych sylwetek psychologicznych, ale jest rzetelne przedstawienie kolorytu epoki i spraw codziennych. W kilku kwestiach rodzinnych Autor nie chciał zbyt wiele ujawniać (np. okoliczności śmierci ukochanej siostry), ale i tak jest to lektura godna polecenia dla wszystkich pragnących poznać historię Kresów, a zwłaszcza Polesia, którego piękno opiewa w swych wspomnieniach Antoni Kieniewicz, cierpiący z powodu wyroków dziejowych i wygnania z umiłowanej „małej ojczyzny”. 
Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye

niedziela, 3 września 2017

Józef Weyssenhoff, „Soból i panna”





„Soból i panna” Józefa Weyssenhoffa to najsłynniejsza polska powieść myśliwska, dzisiaj już nieco zapomniana. Odkurzyłam ją sobie, bowiem przeczytałam niedawno wspomnienie Tomasza Zana o tym, jak we wczesnej młodości słuchał autora czytającego kolejne rozdziały tej powieści. 


Mam ogromne poczucie winy, bowiem powinnam była przeczytać tę książkę przeszło trzydzieści lat temu, na egzamin z literatury Młodej Polski, ale – ponieważ nic wtedy jeszcze nie wiedziałam o Kresach wschodnich - nie zrozumiałam jej wtedy zupełnie. W ogóle mnie nie zainteresowała, a wręcz znudziła i pewnie nigdy bym po nią ponownie nie sięgnęła, gdyby nie niedawna lektura książki Wojciecha Wiśniewskiego „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”, o której pisałam tutaj 
 

Tak to właśnie nieraz literackie tropy wiodą czytelnika od jednej ksiażki do drugiej.

Józef Weyssenhoff, wuj Tomasza Zana, opisał w „Sobolu i pannie” świat, którego już nie ma. Uwiecznił ludzi, zwierzęta, krajobrazy i zdarzenia na dawnej Litwie, w okolicy Rakiszek w okręgu poniewieskim. I jeśli będziemy czytać tę powieść jako zapis tamtego świata, to od razu stanie się ona bardziej interesująca. Nie należy jednak szukać w niej romansu, bo ten jest tutaj mniej ważny, a do tego blady i schematyczny. 


A więc do rzeczy! 


Akcja tej powieści z kluczem dzieje się tuż przed I wojną światową. Młody student z Wilna Michał Rajecki przyjeżdża na wakacje do swego majątku w Jużyntach. Spędza lato na wspólnym polowaniu z sąsiadem z Gaczan, nieco starszym od siebie Stanisławem Pucewiczem. Pierwowzorem Pucewicza był inflacki baron Piotr Rozen, który wraz z młodym Tomaszem Zanem i innymi sąsiadami w początkach XX wieku słuchał wieczorami przy kominku w Duksztach (majątku Zanów), jak autor czyta kolejne odcinki powstającej powieści. 


W czasie polowania bohaterowie powieści przypominają sobie starą polską pieśń łowiecką „Pojedziemy na łów, towarzyszu mój”, w której jest mowa o tym, że na polowaniu można spotkać i zwierzynę, i dziewczynę.
Dalej dzieje się tak, jak w tej pieśni. Myśliwi znajdują piękną, 17-letnią litewską chłopkę, Warszulkę Łaukinisównę rwącą orzechy z „pańskiego” krzaka. No i wtedy jakaś iskra przeskakuje pomiędzy paniczem Michałem a Warszulką. Zawiązuje się między nimi jakieś porozumienie, ale – jak już wspomniałam – ten romans jest oparty na schemacie „panicz i dziewczyna” i nigdzie nie wychodzi poza tenże stereotyp. Tu jest ilustracja tego wątku powieściowego, której autorem jest Henryk Weysenhoff, kuzyn autora:

Ale przecież nie o ten romans przecież chodzi w tej powieści, ale o pokazanie całej palety różnych barwnych typów ludzkich, jakie Michał spotyka podczas wakacyjnych polowań na Litwie i nie tylko. Każdy z rozdziałów jest bowiem opisem kolejnego polowania i właściwie poszczególne rozdziały można czytać jako odrębne opowiadania. Mnie najbardziej przypadła do gustu opowieść o Trembeliszkach i zimowym polowaniu Stanisława Pucewicza w tej okolicy. Jest to po prostu narracyjny majstersztyk! 


W ogóle, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona „Sobolem i panną”. Nie sądziłam, że lektura tego szacownego zabytku literackiego przyniesie mi tyle radości, przyjemności i wzruszeń estetycznych. Całość jest napisana pięknym językiem, cudowną polszczyzną, przy czym nawet liczne opisy przyrody nie nudzą, tylko dodają całości kolorytu. Jako miłośniczka psów zauważyłam, że z ogromną miłością pisze autor także o wiernych pomocnikach myśliwego, o tych dzielnych psach myśliwskich, które nawet troszeczkę personifikuje, przypisując im prawie ludzie cechy i zdolność myślenia. Jakież to rozczulające! I chyba dzięki Weysenhoffowi przekonałam się do polowań! Zdaje się, że one wcale nie są takie nudne. Kiedyś myślałam, że to tak jak zbieranie grzybów czy jagód, że myśliwi tylko snują się ze strzelbą po lesie… A to przecież niesie ze sobą tyle niezwykłych wrażeń, przeżyć i pięknych widoków. W końcu cała nasza sarmacka kultura związana była z polowaniami! 


Na koniec chciałabym dodać, że – jak zwykle – szukałam sobie w sieci wieści o tym, gdzie są miejscowości opisane w powieści i co tam się teraz dzieje. Z ogromną przyjemnością donoszę, że literackie Gaczany rodu Pucewiczów z „Sobola i panny” istnieją naprawdę. Właśnie tam powstała inna powieść Weyssenhoffa, czyli "Puszcza". Do II wojny światowej mieszkał tam Piotr Rozen, czyli pierwowzór powieściowego Stanisława Pucewicza. Potem byli tam Sowieci, Niemcy i znowu Sowieci. Piotr Rozen i jego syn Antoni musieli opuścić rodzinny dom. Ale historia plecie niezwykłe zakończenia. Po wielu latach okazało się, że Antoni Rozen, który nigdy nie zrzekł się litewskiego obywatelstwa, może odzyskać swój rodowy majątek od rządu litewskiego. I oto, po różnych perypetiach, Gaczany znowu należą do Rozenów! Od paru lat jest tam pensjonat, który reklamuje się jako „polski dwór na Litwie”. A to jest strona tegoż pensjonatu, zajrzyjcie: 

Weyssenhoff Józef, „Soból i panna”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2007
Żródło ilustracji: Wikipedia, File:Sobol i panna by Weyssenhoff.jpg



Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


środa, 30 sierpnia 2017

Melchior Wańkowicz 'Szczenięce lata' - ten kraj zostanie święty i czysty, jak pierwsze kochanie.... O Kresach i dworku szlacheckim

Audiobook Szczenięce lata  - autor Melchior Wańkowicz   - czyta Michał Breitenwald

Byłabym tej książki nie słuchała, gdyby nie blogerka pani Maria Orzeszkowa, która pod moją recenzją 'Ziela na kraterze' zapytała o 'Szczenięce lata'. Prawdę mówiąc, myślałam, że to też książka o dzieciństwie dzieci Wańkowicza, a nie o jego dzieciństwie. Dzięki blogerce poznałam świetną książkę, której - teraz już wiem - żaden czytający Polak nie powinien ominąć, jak 'Pana Tadeusza'.
Poznawałam ją uszami. Czytał Michał Breitenwald, z przepięknym głosem. Nazwisko mi się nie kojarzy, ale już twarz tak:
Znalezione obrazy dla zapytania Michał Breitenwald
'Szczenięce lata' ukazały się jeszcze w okresie przedwojennym w 1934 roku, mniej więcej w czasie opublikowania 'Opierzonej rewolucji'.
Książka mnie mocno wzruszyła, a zarazem w niektórych momentach oburzyła. Jednym słowem, nie słuchałam jej obojętnie, bo to lektura, której nie słucha się obojętnie. Nie jest to pierwsza książka Wańkowicza, którą czytałam, więc jakieś tam porównanie mam. Wydaje mi się, że jest to najwybitniejsze dzieło tego pisarza. W niespełna 150 stronach zawarł on całe piękno kresowego dworku, całą tęsknotę za utraconym dzieciństwem, za światem, którego już nie ma i ludźmi, którzy umarli. Konstrukcja książki jest przemyślana. Składa się z opisu najpierw dworku w Nowotrzebach, a potem dworku w Kałużycach. Opisy życia Kałużyc przeplata z opisami niszczenia tego miejsca w czasie rewolucji, potem znów jest opis życia dworku, tak jakby Wańkowicz próbował słowami przywrócić ten świat do istnienia.

Trafiła ta książka w mój obecny nastrój, bo niedawno zmarł mój tato i troszkę mam wrażenie, że skończyła się pewna epoka. Dopiero 'Szczenięce lata' uświadomiły mi te uczucia, ten nastrój. Jednak Wańkowicz nie rozpacza, jego odtwarzanie tego świata dzieciństwa jest już pogodzone z rzeczywistością, to takie oglądanie kasety wideo z dzieciństwa, żeby powrócić do chwil szczęśliwych.....

Wańkowicz rekonstruuje mentalność szlachecką ze wszystkimi jej zaletami: gościnnością, rodzinnością, ukochaniem przyrody, patriotyzmem, ale i wadami: na przykład oburzającym mnie traktatem o tym, że 'pan mógł 'brać' dziewki ze wsi, 'bo to Pan, a ludzie tego oczekiwali od niego'. Nie wiem, czy jakakolwiek kobieta oczekuje gwałtu! Ale taki był ten świat, zhierarchizowany, patriarchalny. I te poglądy na odwieczność przywilejów szlacheckich i położenia chłopów, tego że chcą żyć jak żyją.  

Majstersztykiem pisarstwa jest w tej książce opis polowania na głuszca. Czuje się aż zapach lasu i słyszy ptactwo leśne. Lektor ładnie czytał gwarą białoruską i zaciągał po kresowemu, co jest istotnym elementem tej książki. 

Na początku porównałam 'Szczenięce lata' z 'Panem Tadeuszem'. Może kogoś to odstraszyć, ja akurat jestem fanką tej książki. Już w czasach licealnych mi się podobała, bo te opisy przyrody, ten kresowy świat jest jak mój dom, moje dzieciństwo. 
Polecam tę książkę. Daję jej 10 gwiazdek 

Recenzja pochodzi z bloga: Literackie zamieszanie 

 

sobota, 19 sierpnia 2017

Jolanta Wachowicz-Makowska, Świat zapamiętany





"Świat zapamiętany to historia miejsc, których już nie ma na żadnej współczesnej mapie. Ich nazwy zachowały się jedynie w nielicznych, starych dokumentach oraz w sercach bardzo już nielicznych i bardzo już starych ludzi. Można by więc historię tę zacząć od słów: "Dawno temu, za górami, za lasami..." I potraktować ją, jakby była tylko mitem, legendą lub baśnią. Aby się nimi nie stała, aby pozostała wciąż i na przyszłe lata ważną częścią polskiej świadomości, polskiej obyczajowości i polskiej kultury, spróbowałam ocalić od zapomnienia te fragmenty kresowego życia, które przenieśli z przeszłości w przyszłość ludzie mi najbliżsi, rodzice i krewni mojego męża."

Pozytywna opinia Magdaleny Jastrzębskiej o tej książce była dla mnie impulsem do wpisania jej na swoją listę lektur do przeczytania. Ponad dwa lata mi to zajęło, ale w końcu zasiadłam do lektury zbierającej wspomnienia rodziny ze strony męża, która wywodzi się z Podola.

Na tę książkę oczekiwali wszyscy członkowie rodziny Makowskich, którzy otrzymali w zamian piękny prezent. Każda chyba rodzina chciałaby mieć podobne wspomnienie o swoich przodkach i powinowatych, o których pamięć zanika, a śladów materialnych pozostało niewiele. Autorka starannie przygotowała się do napisania tej książeczki. Poznajemy prapoczątki rodu Makowskich sięgające bitwy pod Płowcami. Wędrując śladami rodziny poznajemy ich losy na Podlasiu i przyznam, że ten fragment przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, a to z uwagi na fakt, że moja rodzina wywodzi się z okolic, które zostały opisane przez Autorkę. A nigdy jakoś nie natknęłam się na choćby pobieżny rys historyczny okolic Łomży (do sprawdzenia!).

Potem historia rodzinna nabiera rozmachu, gdy jedna z gałęzi rodu Makowskich przenosi się na malownicze Podole. Uczestniczymy w budowie rodowych siedzib, poznajemy charakterystycznych członków rodziny, ich współmałżonków, kuzynów, powinowatych. Oprócz Makowskich swoje miejsce na kartach tej książki znaleźli również przedstawiciele Wańkowiczów, Łukaszewiczów, Lubicz-Plejewskich.

Autorka opisuje dzieje rodu, jak toczyły się ich losy w XIX i XX wieku, gdy polskie ziemiaństwo na Kresach walczyło o zachowanie tożsamości i niepoddanie się rosyjskiej dominacji wzmacnianej rozmaitymi zakazami administracyjnymi, konfiskatami majątków czy zachęcaniem do przejścia na prawosławie. Rodzina Makowskich zdała egzamin z patriotyzmu, a ich losy odzwierciedlają losy tych ziem i polskiego żywiołu, który albo został zniszczony albo wypędzony, najpierw z dalekich Kresów (tzw. „ziemie zabrane”), a potem również z tych, które weszły w skład II Rzeczpospolitej. 
Autorka czerpie z wielu tekstów wspomnieniowych, na szczęście kilku członków rodziny pozostawiło po sobie teksty lub nagrania. Przyznać jednak muszę, że największe wrażenie zrobiły na mnie urywki z książki Michała Kryspina Pawlikowskiego ("Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego") i stwierdziłam, że muszę koniecznie ją przeczytać, bo chyba popełniam grzech zaniechania pozwalając tej książce "leżeć odłogiem", podczas gdy zawiera tyle wspaniałych smaczków i ciekawostek.

Jolanta Wachowicz-Makowska napisała książkę, która jest ważna dla rodziny jej męża, ale jest warta przeczytania także dla osoby w żaden sposób niezwiązanej z rodziną Makowskich. Jest to lustro, w którym możemy dojrzeć skrawek naszej narodowej przeszłości, napisana prostym, zrozumiałym językiem, oparta na faktach, zawierająca sporo ciekawych historii i przypadków losowych. Polecam.


Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye

sobota, 12 sierpnia 2017

Aleksandra Ziółkowska, Na tropach Wańkowicza





Dni, które zmieniły jej życie

     Melchior Wańkowicz dostarczył swym życiem materiału na wiele opracowań i studiów naukowych pokoleniom badaczy historii literatury polskiej. Szczególna rola przypadła absolwentce polonistyki Uniwersytetu Łódzkiego kończącej edukację złożeniem pracy magisterskiej o twórczości reporterskiej Melchiora Wańkowicza. Zatrudnił on Aleksandrę Ziółkowską jako swą asystentkę i researchera. Zaskarbiła sobie szacunek i zaufanie Mistrza, a ten zadedykował jej drugi tom dzieła, nad którym wspólnie pracowali: „Mojej sekretarce magister Aleksandrze Ziółkowskiej, bez której oddanego współpracownictwa zapewne byłaby to jeszcze gorsza książka’’. Pisarz pozostawił jej w testamencie swoje niezwykle bogate archiwum dokumentarne
Aleksandra Ziółkowska-Boehm jest polską pisarką osiadłą w Stanach Zjednoczonych publikującą zarówno w Polsce jak i w USA oraz w Kanadzie. Spotkanie studentki z jednym z największych ówczesnych pisarzy polskich ukształtowało autorkę i jak sama powiedziała były to „Dwa niezapomniane dni, , które zmieniły moje życie”.

Wańkowicz non-fiction

     Na biografię Melchiora Wańkowicza złożyło się tak wiele wątków, etapów, „klimatów”, że wystarczyłoby na kilka życiorysów. Można domniemywać, że twórczość Wańkowicza charakteryzuje różnorodność i wielowątkowość, gdyż jego życie przebiegało równolegle do wielkich wydarzeń historycznych w dziejach świata i Polski: zabory, dwie rewolucje, dwie wojny światowe. Los pozwolił mu żyć w Polsce przedwojennej, powojennej i na emigracji. Jakaż to była skarbnica tematyki dla Króla reportażu, którego pisarstwo opierało się na faktach – „Fakt jest dla mnie katalizatorem dla wyobraźni”.
     W książce asystentki Króla reportażu dominują kwestie sensu stricto literackie. Dużo uwagi poświęciła autorka przybliżeniu czytelnikowi tajników warsztatu pisarskiego Mistrza, jego sposobom pracy nad nową książką i tworzeniu wyszukanego języka. Niebagatelną rolę pełniło powiększające się z dnia na dzień archiwum pisarza, później odziedziczone przez Aleksandrę Ziółkowską. Podejmowane już za życia Melchiora Wańkowicza próby klasyfikacji jego twórczości sprowadziły się do konstatacji, iż jest on twórcą reportażu literackiego z elementami wspomnień, opowieści, felietonów, gawęd lub, jak sam określił „literatury faktu”, którą dziś funkcjonuje pod nazwą non-fiction.

Roje szerszeni

     Aleksandra Ziółkowska odniosła się w książce nie tylko do czystej literatury wańkowiczowskiej, ale i do jej okolic. A znalazły się w tej przestrzeni reperkusje spowodowane edycją wspominanej, przepięknej pracy, reportażu historyczno-geograficznego, zatytułowanego „Na tropach Smętka”. Edycja tej pozycji w 1936 roku „Wobec jawnej wrogości autora” przyczyniła się do wydania przez Gestapo zakazu rozpowszechniania książki, a już po wybuchu wojny do poszukiwań Melchiora Wańkowicza przez hitlerowców . Na szczęście bezskutecznie!
Materiału literackiego dostarczały też losy rodziny Wańkowicza: wychowywanie córek Krystyny i Marty, niemal dwudziestoletnia emigracja Melchiora i jego żony Zofii, tragiczna śmierć Krystyny podczas Powstania Warszawskiego, osiedlenie się Marty w Stanach Zjednoczonych, PRL-owska egzystencja pisarza z konsekwencjami w postaci np. procesu w związku z podpisaniem Listu 34.
     Rozdział rozpoczynający publikację Aleksandry Ziółkowskiej opowiada o trudnych sprawach emigracyjnej działalności przedwojennego wydawnictwa Rój (Roy Publishers) założonego przez Melchiora Wańkowicza, a funkcjonującego nawet podczas okupacji. Owocem pełnienia przez Melchiora Wańkowicza funkcji reportera wojennego i kronikarza II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie okazało się dzieło „Bitwa o Monte Cassino”. Dzięki lekturze zbiorku Aleksandry Ziółkowskiej czytelnicy poznali perypetie wydawnicze Wokół Monte Cassino”. Wybitna praca Melchiora Wańkowicza, określana jako „majstersztyk reportażu”  czy „dokument epoki”, nie wszystkim się podobała. Skutkiem tego próbowano blokować jej edycję, a autora dyskredytować.
Aleksandra Ziółkowska i Melchior Wańkowicz - http://aleksandraziolkowskaboehm.blogspot.com/
Aleksandra Ziółkowska i Melchior Wańkowicz - http://aleksandraziolkowskaboehm.blogspot.com/

Cukier krzepi, bo Lotem bliżej

   Aleksandra Ziółkowska głęboko wniknęła w sedno pisarstwa Melchiora Wańkowicza, wszak jej praca doktorska również dotyczyła jego postaci. Trafnie zauważyła, że specyfika twórczości Mistrza uwarunkowana została m. in. jego „życiorysem językowym”, w którym ważne miejsce zajmowało wczesne ukształtowanie się stylistyki kresowej oraz eleganckiej szaty językowej. Analiza warstwy leksykalnej dzieł Melchiora Wańkowicza pozwoliła autorce tropiącej jego literackie ślady, odkryć i pokazać, jak bardzo pisarz ukochał tworzenie neologizmów (chciejstwo, dośrodkowanie, kundlizm, międzyepoka) i jak bardzo potrafił korzystać z przebogactwa polszczyzny wybierając słowa-wytrychy, słowa-zaklęcia, słowa-przekleństwa.  Wyprzedzając epokę Wańkowicz doceniał potęgę reklamy i zaistniał w jej świecie jako pierwszy polski copywriter, twórca sloganu „Cukier krzepi”, okrzykniętego najdroższym zdaniem świata. Pod koniec życia osiągnął jeszcze jeden spektakularny sukces reklamowy hasłem „Lotem bliżej”! Ale kto o tym pamięta?...

King na tropach Polski

     Kolejnym i niebagatelnym obszarem zainteresowań Aleksandry Ziółkowskiej jest naturalnie Melchior Wańkowicz jako człowiek. Pisarka przeanalizowała niezwykłe relacje Kinga z córkami oraz jego niekonwencjonalne metody wychowawcze. Córki Króla reportażu były przecież realnymi postaciami, ale również bohaterkami literackimi. Autorka nadzwyczaj otwarcie opowiedziała o różnicach ich charakterów i różnych nadziejach, jakie pokładał w nich ojciec, a które nie miały się nigdy spełnić.
     Melchior Wańkowicz zawsze i wszędzie pozostawał „Na tropach Polski”, nawet gdy trwanie przy Ojczyźnie wymagało poświęceń najwyższej próby, gdy Ojczyzna zabrała mu ukochane dziecko. Bezwarunkową miłość Melchiora Wańkowicza do kraju ojczystego rozumieli współcześni mu koledzy po piórze, nazywając nawet to uczucie obsesją. Pisarz był zafascynowany Polską i Polakami, ale nie był bezkrytyczny wobec rodaków. Pięknie ujął tę bezstronność sądów Mistrza Zygmunt Lichniak „Jeśli gryzie, to gryzie sercem. Sercem, które… bardzo wiernie… patriotyzuje”.

Patrząc na karafkę po latach

     W swoim dorobku literackim Aleksandra Ziółkowska-Boehm posiada kilka pozycji powstałych jako swoista forma spłaty kredytu zaufania, jakim Król reportażu obdarzył adeptkę sztuki pisarskiej oraz spłatą długu wdzięczności wobec niego. Omawiana książka o tytule parafrazującym wańkowiczowski tytuł „Na tropach Smętka”, powstała w kilkanaście lat po śmierci Mistrza. Czasowy dystans nie pozbawił autorkę emocji wyrażonych tekstem kolejnej publikacji o Melchiorze Wańkowiczu. Wręcz przeciwnie – z mnogości tematów rozważanych przez autorkę widać, że nagromadziło się bez liku niejasności, z którymi wierna uczennica Mistrza postanowiła się uporać. Po dwudziestu latach od premiery Aleksandra Ziółkowska poprawiła i uzupełniła swe opracowanie, korzystając m. in. z archiwów IPN i wydała pod rozszerzonym tytułem „Na tropach Wańkowicza po latach”. 
Miałam przyjemność zapoznać się z pierwszym wydaniem tekstu "Na tropach Wańkowicza" i z mieszanymi uczuciami, jako pierwszy czytelnik, porozcinać karty egzemplarza tomu wydanego bez mała trzydzieści lat wcześniej. Ciekawe, jakimi tropami podążała książka Aleksandry Ziółkowskiej nim wreszcie trafiła do kogoś, kto z radością zanurzył się w przyczynek do biografii pisarza oglądającego świat tak, jak bajkopisarz karafkę – ze wszystkich stron.
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Czytam po polsku


sobota, 5 sierpnia 2017

Maria ze Zdziechowskich Sapieżyna, „Moje życie, mój czas. Wspomnienia” (ostatnia taka księżna!)






Słuchajcie ludzie, to jest absolutnie fascynująca książka! Przeczytałam ją, co tam przeczytałam, połknęłam ją dosłownie jednym tchem. Tak mnie wciągnęło, że po prostu nie mogłam przestać czytać! Przygody księżnej Marii nadają się dosłownie na film sensacyjny!

Ale po kolei…

Maria ze Zdziechowskich Sapieżyna (1910-2009), w okresie międzywojennym uważana za jedną z najpiękniejszych panien i najlepszych partii w Warszawie (na okładce jest jej fotografia w wieku dwudziestu paru lat), była żoną księcia Jana Sapiehy i szwagierką księcia Eustachego Sapiehy, autora książki „Tak było. Niedemokratyczne wspomnienia”, o której pisałam tutaj




Ojcem Marii Zdziechowskiej był Jerzy Zdziechowski, bratanek profesora Mariana Zdziechowskiego, przedwojenny polityk i ekonomista, minister skarbu (w latach 1925-1926), członek rady Obozu Wielkiej Polski, przyjaciel Romana Dmowskiego i zaciekły przeciwnik sanacji, współwłaściciel i wydawca takich pism jak „Wieczór Warszawski”, „ABC” i „Prosto z Mostu”. Zasłynął jako autor głośnej książki „Mit złotej waluty”. Chodzą słuchy, że to właśnie on był autorem powieści „Czeki bez pokrycia” przypisywanej Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi.

Rodzina Zdziechowskich wywodziła się z Podola, ale Maria urodziła się w majątku Suchowola na Podlasiu należącym do rodziny matki Marty z Bławdziewiczów. Najwcześniejsze lata dzieciństwa spędziła z rodzicami w Rosji, gdzie jej ojciec zajmował się polityką (m. in. był członkiem Komitetu Narodowego Polskiego, Związku Wojskowych Polaków i Rady Polskiej Zjednoczenia Międzypartyjnego), a ona z matką uciekały przed rewolucją październikową z Petersburga na południe. Jakiś czas mieszkały w Jałcie na Krymie w willi barona Nolkena, a potem u księżnej Marii Bariatyńskiej. Później rodzina Zdziechowskich wyjechała do Polski. W okresie międzywojennym ojciec Marii mieszkał w Warszawie, matka zaś rezydowała w niewielkim, 300-hektarowym mająteczku, na Podlasiu.

Maria najpierw uczyła się w domu, potem została wysłana do szkoły klasztornej w Anglii i zdała polską maturę.

Tu taka barwna anegdota z okresu panieńskiego autorki... Do domu w Gołębiówce na Podlasiu matka Marii spraszała różnych ewentualnych kandydatów na mężów. „Po jakimś czasie okazało się, że większość moich przyjaciół z tamtego okresu nie interesowała się wcale kobietami… Ale tacy właśnie panowie mi się podobali, choć nie wiedziałam dlaczego. Byli niesłychanie zabawni, inteligentni. Odpowiadali również intelektualnie starszym osobom, które przyjeżdżały czasem na weekendy.

Któregoś dnia mama, schodząc ze schodów, zobaczyła Stasia L. w szlafroku, pukającego do drzwi pokoju gościnnego w holu, do mieszkającego tam młodzieńca, ze słowami: „Bonjour cheri…”

 
Mama popędziła na górę do telefony, zadzwoniła do mojego ojca do Warszawy i powiedziała: „Słuchaj, katastrofa, dom roi się od pedziów. A myśmy byli przekonani, że oni do Maryś przyjeżdżają…” (s. 71-72)

W 1934 roku Maria wyszła za mąż za Jana Sapiehę, najstarszego syna księcia Eustachego Sapiehy ze Spuszy, wchodząc tym samym do jednej z najbardziej znanych rodzin arystokratycznych w Polsce. W 1935 roku urodził się ich pierwszy syn Jan Paweł, dwa lata później następny, Jerzy Andrzej. Do wybuchu II wojny światowej Sapiehowie mieszkali w leśniczówce w Różanie, niedaleko ruin wielkiego, starego zamku Sapiehów, który jednak już do nich nie należał, bo był wówczas własnością państwową. Tak wyglądał ten pałac na ilustracji Napoleona Ordy z XIX wieku:


 
 
Spokojne i wygodne rodzinne życie Marii skończyło się wraz z wybuchem wojny. Mąż Jan został powołany do wojska. Pożegnała się z nim na dworcu w Baranowiczach bombardowanym przez niemieckie samoloty, a sama wraz z ojcem, nianią i dwojgiem małych dzieci uciekła samochodem na Litwę, bo ucieczka przez Rumunię była już niemożliwa. Śmierć grodziła im na każdym kroku! Już 17 września, w dniu wkroczenia do Polski wojsk radzieckich, do leśniczówki w Różanie przyszli ludzie z okolicy, by obrabować dom i zabić właścicieli. Byli uzbrojeni, zdaje się, że dostali broń od bolszewickich dywersantów działających na tym terenie jeszcze przed wojną. Strzelali do uciekających, na szczęście, nic im się nie stało.

A potem zaczęła się długa wojenna tułaczka wraz z dziećmi: Litwa, Szwecja, Francja… Po wejściu Niemców do Francji Maria Sapieha i jej rodzice pozostali na miejscu, nie ewakuowali się do Anglii. Jerzy Zdziechowski współpracował z rządem londyńskim. Maria również dostała ważne zlecenie od polskiego wywiadu. Miała zawieźć do Rzymu radiostację i filmy. Zostawiła więc dzieci pod opieką ojca i niani, i pojechała. W Rzymie zatrzymała się w najlepszym hotelu, pełnym Niemców, potem udała się do Watykanu na audiencję do papieża Piusa XII, któremu zwróciła uwagę, że nie interweniował w sprawie Polski.

Potem odszukała w San Remo kontakt wskazany przez polski wywiad, czyli księdza Kwiatkowskiego, i przekazała mu to, co przywiozła z Francji. Ksiądz wydawał się w porządku, znał wszystkie tajne hasła i odpowiedzi na nie. Ale kiedy tylko się rozstali, poszedł na policję i zameldował o jej wizycie. Dostał za to od Włochów tak dużą kwotę pieniędzy, że starczyło mu na wybudowanie małego kościółka… Potem tłumaczył, że najgorszym wrogiem są bolszewicy i on, zdradzając agentkę polskiego wywiadu, walczy z bolszewikami. Jest to jedna z najbardziej szokujących historii szpiegowskich, jakie znam! Wierzyć się nie chce, by polski ksiądz katolicki był zdrajcą i wysłał na pewną śmierć matkę małych dzieci!

W efekcie Maria została aresztowana przez włoską policję i osadzona w więzieniu, najpierw we Włoszech, potem w Niemczech. Siedziała za kratami prawie do końca wojny, została uwolniona staraniem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża wiosną 1945 roku, tuż przed upadkiem III Rzeszy. Potem przez Szwecję poleciała do Anglii i wtedy dopiero spotkała się z mężem i dziećmi. Dalsze lata spędziła z rodziną na emigracji w Londynie, a na starość przeniosła się do Polski. Żyła prawie sto lat. Tuż przed śmiercią pojechała jeszcze do Różany, na Białoruś, a także weszła w skład komitetu poparcia kandydatury Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Polski. Zmarła w 2009 roku.

Jest to niezwykła historia życia niezwykłej kobiety… Dzięki tej książce poznajemy nie tylko zawiłe koleje losu Marii Sapieżyny, polskiej arystokratki i gorącej patriotki (choć w całej publikacji słowo patriotyzm chyba ani razu nie pada), ale także otrzymujemy całą masę szczegółów z życia codziennego polskich wyższych sfer przed wojną i po wojnie, już na emigracji. Opowieść autorki uzupełniają różne aneksy. Są to m. in. tablice genealogiczne rodu Sapiehów, historie życia Jerzego Zdziechowskiego i Eustachego Sapiehy, teścia autorki.

„Moje życie, mój czas. Wspomnienia” to jedna z najlepszych autobiografii, jakie kiedykolwiek czytałam! Ta historia aż się prosi, by wykorzystać ją jako scenariusz filmu wojennego czy przygodowego.

Jedyna wada tej książki to bardzo wysoka, zaporowa cena. Pamiętam, że chciałam ją kupić, ale kosztowała chyba około 50 złotych! I to kilka lat temu. Taka prośba do wydawcy: nie można by tego wydać w miękkiej oprawie i sprzedawać jakoś taniej? Ja czytałam egzemplarz z biblioteki, bo na kupowanie książek "do czytania" za taką cenę zwyczajnie mnie nie stać.

Sapieżyna Maria, ze Zdziechowskich, „Moje życie, mój czas. Wspomnienia”, Wyd. Literackie, Kraków 2008

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

sobota, 29 lipca 2017

Andrzej Chciuk, Atlantyda



Opowieść o Wielkim Księstwie Bałaku


Drohobycz - półtora miasta

     Niespokojny duch Andrzeja Chciuka uniósł jego Atlantydę – Drohobycz – aż za ocean, na australijskie antypody. Niespełniony dziennikarz borykający się z niezbyt przychylnym dla niego losem, zmieniał pracę, mieszkania i żony. Z jego wprawek literackich powstała najlepsza książka napisana w 1969 roku przez polskiego pisarza przebywającego na emigracji. Drohobycz, kojarzony przez większość czytelników z postacią nieprzeciętnego Brunona Schulza, żyje na kartach opowieści Andrzeja Chciuka życiem codziennym Wielkiego Księstwa Bałaku. W pamięci autora pozostała atmosfera wielokulturowego (ale nie multikulti) kresowego miasta,  gdzie obok Polaków mieszkali Ukraińcy i Żydzi, tolerując się nawzajem ale nie próbując nikogo nawracać i przekonywać do swojej wiary. Marian Hemar miał na ten temat własne zdanie:
Bohaterem książki jest najdziwniejsze miasto w Polsce, półtora miasta, pół polskie, pół żydowskie, pół ukraińskie, miasto Drohobycz”.


Drohobycz - Apteka na ul. Stryjskiej
Drohobycz - Apteka na ul. Stryjskiej

Nafta i ludzie

     Andrzej Chciuk wspomina o najważniejszych walorach i atrybutach Drohobycza, jak i o małych sprawach towarzyszących życiu rodzinnemu zwykłych obywateli miasta. Nieistniejąca już Kresowa Atlantyda była zagłębiem naftowym (razem z Borysławiem), gdzie do głosu dochodziły wielkie biznesy, fortuny, triumfy, ale i krachy, fiaska, klęski. Andrzej Chciuk dużo miejsca w publikacji poświęcił szkole – kolegom i nauczycielom –  czemu trudno się dziwić zważywszy fakt, iż opuścił miasto jako dwudziestoletni młodzieniec. Drohobycz Chciuka to miasto jego dzieciństwa i młodości, a zatem obserwacje świata naznaczone zostały spojrzeniem młodego człowieka, aczkolwiek spisywał je już w wieku dojrzałym. Zapamiętał i opisał różnorodność ludzkich charakterów, jakie można było znaleźć w wielu kresowych miastach. Patrząc z perspektywy dziecka, którego światem był najpierw dom rodzinny, później cała kamienica, dalej ulica, i dopiero miasto, Andrzej Chciuk w niebywale szczery i bezpośredni sposób odtworzył dziesiątki wydarzeń, jakich był świadkiem lub choćby o jakich słyszał. Nostalgiczne opowieści okraszał dużą dozą swoistego bałackiego języka i humoru. Przecież „my wszystko wimy, no, zdarza si nawet w rodzini z fortepianem, ni ma o czym mówić”, a każdy tomik wierszy Kazimierza Wierzyńskiego (drohobyczanina z urodzenia) był w Drohobyczu „dyskutowany i  u m i a n y  z miejsca na pamięć”.


Drohobycz - Rynek
Drohobycz - Rynek

Bruno Schulz

     Drohobycz to także miasto, które ukształtowało malarza i pisarza Bruno Schulza, często wspominanego przez autora będącego jego uczniem w gimnazjum. Ciepłe słowa zadedykował autor temu żydowskiemu nauczycielowi, bezsensownie zamordowanemu przez hitlerowskiego oprawcę. Nadwrażliwy człowiek „nerwowy w każdym ruchu, a spokojny w każdym słowie – to profesor Bruno Schulz”, który w obawie o życie bliźniego "wzrokiem jak gdyby się modlił, by uważał”. Jednocześnie Schulz obdarzony niezwykłą charyzmą wywierał na rozmówcach ogromne wrażenie
On dostrzegał głębiej niż wszyscy inni. On innych  u i n n i a ł”.
Wierny uczeń Bruno Schulza przekazał czytelnikowi oryginalne poglądy na sens życia człowieka i artysty
Bo jeszcze jeden tysiąc złotych, jeszcze jeden zaszczyt, jeszcze jedna zdobyta kobieta? No i co?... To zabiera czas, a czasu twórca ma zawsze mniej niż pomysłów” i dalej
Lęk przed przemijaniem, który każdy na inny sposób stara się w sobie zagłuszyć, przezwyciężyć można tylko tworzeniem. Tylko to coś znaczy. To, co pozostaje po nas na drogach zapomnienia”.

Drohobycz - Pracownia Schulza w Gimnazjum
Drohobycz - Pracownia Schulza w Gimnazjum
Bruno Schulz - Pielgrzymi - http://jbc.bj.uj.edu.pl
Bruno Schulz - Pielgrzymi - http://jbc.bj.uj.edu.pl














     Interesujące odzwierciedlenie artyzmu Bruno Schulza oddała wystawa „Porozmawiajmy o kobietach. Schulz, Witkacy, Gombrowicz i inni”, którą obejrzałam w Zakopanem w 2012 roku. Specyficzny stosunek Bruna Schulza do kobiet, a właściwie lęk przed kobietami, uwidoczniony w prezentowanych eksponatach i komentarzach do nich, zapewne zapadł nie tylko w mojej pamięci.

Góry i Bóg

     Niezapomniane góry Chciuka – Karpaty – których brak definiuje mu słowo tęsknota, były celem jego młodzieńczych wędrówek, albowiem
Do tego wszystkiego i do tysięcy innych dziwów można było dojść tylko pieszo, tylko w pocie i zachwycie włóczęgi”. Zachwyt był tym głębszy, że
W górach owych, więcej niż potem w różnych innych, najlepiej czułem obecność Boga i Jego – chciałoby się powiedzieć: «ludzkość»” – czyni wyznanie dorosły mężczyzna - Andrzej Chciuk.
Obydwie deklaracje autora są mi bliskie, gdyż od wielu lat chodzę po Tatrach i poczyniłam podobne górskie spostrzeżenia a fascynację Tatrami przeniosłam na pole biblioteczne, gromadząc (i naturalnie czytając) książki o bezdrożach tatrzańskich.

Drohobyccy Chciukowie - Archiwum Komisji Historycznej
Drohobyccy Chciukowie - Archiwum Komisji Historycznej

Czemu tu jest Polska

     Wspomnienia o Wielkim Księstwie Bałaku zawierają wiele akcentów dowodzących umiłowania Ojczyzny przez drohobyczan a szczególnie autora tych reminiscencji. Oto przykłady. Ukraiński chłop po agresji sowietów w 1939 roku głośno marzył:
Ta żeby ta zła Polska wernuła si (wróciła) nazad, to my by si modlili i modlili, mołyły i mołyły”.
Agitacja do Związku Szlachty Zagrodowej, organizacji, która „za cel postawiła sobie repolonizację elementu szlacheckiego, roztopionego w morzu ukraińskim”, przyjmowała nierzadko kuriozalne formy, w myśl zasady, że cel uświęca środki:
A czemu tu jest Polska, a nie żadne Sowiety czy Ukraina nacjonalistyczna albo Paragwaj? Bo Pan Bóg tak chce. I k**** wasza mać, zapamiętajcie dobrze: kto przeciw Polsce, ten przeciw Bogu”.
Andrzej Chciuk, jakby mimochodem, przekazuje refleksje na temat bohaterstwa Polaków
mężczyzn, co to giną bohatersko i pięknie, szczodrze i  z b y t  c h ę t n i e” oraz bohaterstwo matek Polek
które zapewniły sobie i dzieciom przetrwanie do powrotu tatusia… albo do powrotu pokoju”.
Wśród rycin ilustrujących książkę opublikowaną przez wydawnictwo LTW w serii Biblioteka Kresowa wyróżnia się jedyna fotografia przedstawiająca całą rodzinę drohobyckich Chciuków: Marię i Michała oraz ich dzieci – Tadeusza, Stanisławę, Andrzeja, Antoniego i Władysława. Ot, taka typowa kresowa familia.

Teheran i Jałta

     Kupczenie Lwowem i Drohobyczem, Borysławiem i Truskawcem rozpoczęte na konferencji w Teheranie pod koniec 1943 r. a zakończone na konferencji w Jałcie w lutym 1945 r., pokazuje specjalna mapa z naniesionymi pięcioma wariantami tzw. linii Curzona. Wynikiem tych targów była utrata Kresów Wschodnich i masowe wysiedlenia Polaków z tych terenów, ponieważ przeszkadzali oni Stalinowi w sowietyzacji Galicji Wschodniej. Setki tysięcy osób zmuszono do opuszczenia swego kraju lat dziecinnych, swych domów (czy tego, co z nich zostało), swych Księstw Bałaku…
Warianty linii granicznej na podstawie mapy przygotowanej na konferencji w Teheranie w listopadzie-grudniu 1943
Warianty linii granicznej na podstawie mapy przygotowanej na konferencji w Teheranie w 1943r.

     I na koniec dywagacji o Atlantydzie Andrzeja Chciuka przytaczam anegdotę (mam nadzieję) o przejawach demokracji w Drohobyczu pod okupacją sowiecką:
Zbliżały się słynne wybory, gdzie w myśl, że są tajne, nie wolno było nawet zajrzeć do koperty, żeby się dowiedzieć, na kogo się głosuje”. No cóż…

Tekst oryginalny ukazał się na blogu CzytamPoPolsku.pl


* zdjęcia http://brunoschulz.info/ oraz https://pl.wikipedia.org/wiki


poniedziałek, 24 lipca 2017

Wojciech Wiśniewski, „Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową”





„Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową” Wojciecha Wiśniewskiego to jakby druga część znakomitej książki tego samego autora „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. 
Helena z Zanów Stankiewiczowa to rodzona siostra Tomasza Zana i – podobnie jak on – potomkini słynnego Tomasza Zana „Promienistego”, przyjaciela Adama Mickiewicza. Te dwie książki razem składają się na tragiczną, barwną i interesującą historię rodziny Zanów. Siostra opowiedziała o tych rzeczach, które Tomaszowi wydawały się nieistotne i mało ważne. Jej wspomnienia to urocza, a miejscami dość dramatyczna opowieść o losach Polaków na kresach wschodnich. 
Zdaniem siostry, Tomasz Zan, zwany przez najbliższych Musiem, interesował się przede wszystkim wojaczką, a sprawy domowe obchodziły go dużo mniej, właściwie prawie wcale. Nie wdawał się więc w opowieści o babkach, ciotkach, krewnych i znajomych, romansach, zwyczajach domowych i zwyczajnym życiu codziennym w polskim dworze na kresach Rzeczpospolitej. O tym właśnie opowiedziała jego młodsza o dwa lata siostra.
Helena z Zanów Stankiewiczowa także urodziła się w pałacu matki w Duksztach, później zaś wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza, właściciela majątku Berżeniki. Na okładce tej książki jest zaznaczony zielonym punktem, niedaleko granicy z Łotwą. 
Była panną piękną i posażną, pochodziła ze znanej na Kresach rodziny, miała więc wielu starających się. M. in. oświadczył się jej kompozytor Karol Szymanowski, który spędzał wakacje w majątku jej babki w Gierkanach. Muzyk jednak nie był zupełnie w guście młodej dziewczyny. Po pierwsze wydawał się jej za stary, do tego jakiś taki zniewieściały. Wprawdzie ubierał się wytwornie i elegancko, ale na śniadania przychodził w jakiejś jedwabnej piżamie, co właściwie nieco gorszyło młodą panienkę ze dworu. Odmówiła więc Szymanowskiemu, co spotkało się z aprobatą jej ojca, który dobrze wiedział, że muzyk absolutnie nie nadaje się na męża. Pewnie słyszał o jego homoseksualnych skłonnościach… 
„Przemądrzały Muś (brat) wrzasnął:
- Jesteś wariatka. Taką mogłaś zrobić partię. Zobaczysz, zostaniesz starą panną!
Mama płakała, ale nic nie powiedziała.”
Wkrótce potem brat przedstawił jej swojego przyjaciela, to jest mieszkającego w sąsiedztwie Kazimierza Stankiewicza, który po zniszczeniach wojennych odbudowywał właśnie rodowy majątek w położonych niedaleko Dukszt Berżenikach. To było zauroczenie od pierwszego wejrzenia. I to z obu stron!
Mamy więc w książce takie dialogi, niczym z powieści Jane Austen:
„- A ty z czego tak się cieszysz?
- Bo dzisiaj Stankiewicz mi się oświadczy.
- Oj, nie bądź taka pewna.
- Bardzo proszę, możemy się założyć.”
Rzeczywiście, wkrótce Stankiewicz oświadczył się:
„- Może zgodziłaby się pani zostać moją żoną – wydukał wreszcie z ulgą, że zdobył się na taki bohaterski czyn.
- Nie mogę odpowiedzieć od razu, za mało pana znam (…)
Miałam pewną wprawę, bo już kilka razy zdarzyło mi się dać kosza różnym konkurentom. Wówczas jednak używałam banalnych argumentów, że jestem jeszcze za młoda, nie myślałam o małżeństwie, że po prostu nie kocham. Tym razem jednak był to przystojny, przyjemny, kulturalny, pracowity, dobrze jeżdżący na koniu, prawdziwy mężczyzna z pięknym dworkiem, który prosił mnie o łaskę. Powiedziałam mu więc, że porozmawiam z tatusiem i odpowiem na jego propozycję.”  
I dalej:
„- A kiedy mogę spodziewać się odpowiedzi?
- No, dziś.
- Jak to? Dziś? Przyjadę do Dukszt bez zaproszenia? – Kazimierz był wyraźnie niezadowolony z mojej odpowiedzi.
Wpadłam na pomysł, że gdy będziemy wyjeżdżać z Berżenik, rzucę rękawieczki za skrzynię w korytarzu, a wieczorem Kazimierz przyjedzie z nimi do Dukszt.
Kiedy wróciliśmy ze spaceru, całe towarzystwo jeszcze tańczyło. My też ruszyliśmy w tany. Muś tańczył wtedy z siostrą Kazimierza i kiedy go mijałam, pokazałam mu sygnet (prezent od Kazimierza – przypis mój, Mery O.). Zaskoczony, zrobił głupią minę i powiedział bez sensu:
- No, uważaj, uważaj…
Rano odsypialiśmy przebalowaną noc, a po obiedzie poszłam do ojca na rozmowę.”
Ojciec, Tomasz Zan, pochwalił córkę za rozwagę, że wybrała Stankiewicza, mimo, że kręciło się koło niej tylu innych panów.  Uważał go bowiem za dobrą partię. Matka jednak, dziedziczka pałacu w Duktach, nie była zadowolona, liczyła bowiem, że jej córka złapie bogatego męża, np. wyjdzie za Justyna Strumiłłę z kluczem wielkich majątków. Ustalono, że Helena wyjedzie na rok postudiować w Krakowie, by zastanowić się nad swoim pomysłem zamążpójścia. I jeśli nadal będzie go podtrzymywać, to w następnym roku wyjdzie za Kazimierza.
W ten właśnie sposób 22-letnia Helena z Zanów stała się panią na Berżenikach. Ślub odbył się w 1926 roku, ale potem okazało się jednak, że to nie ona rządzi w domu, ale pracująca tam od lat kucharka Stefcia Szwarc, osoba dość obcesowa, która przemawiała do nowej pani w trzeciej osobie. „Nigdy nie zapomnę, jak pierwszego ranka, jako młoda dziedziczka wyszłam z sypialni i zauważyłam na progu zabłocone buty Kazimierza. Wstawał o czwartej, piątej rano i szedł z pracownikami w pole. Wzięłam więc buty do kuchni i nalałam wody do cebra, żeby je obmyć z gliny. A Stefcia jak nie ryknie:
- Zostawić to. Niech nie pokazuje, że taka pracowita. Fora z kuchni!”
Helena i Kazimierz Stankiewiczowie mieli trójkę dzieci: dwie córki i synka. Żyli w Berżenikach, prowadząc tam spore gospodarstwo rolne oraz letni pensjonat dla gości z Wilna i z Warszawy. Zdaje się, że to ich bytowanie przypominało egzystencję bohaterów powieści „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. Ot, takie życie dworkowe… Wokół mieszkała rodzina i znajomi. Większość osób była ze sobą w taki czy inny sposób spokrewniona. Pielęgnowano nawet bardzo stare więzy rodowe, pamiętano o kuzynach czwartego, piątego czy nawet szóstego stopnia. Takimi dalekimi krewnymi byli np. dla Heleny Stankiewiczowej słynny pisarz Józef Weyssenhof (który napisał swoją najgłośniejszą powieść „Soból i panna” biorąc za wzór ludzi z okolicy) czy ówczesny wysoki urzędnik w Wilnie, a późniejszy pisarz Michał Kryspin Pawlikowski, autor autobiograficznych książek „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego” oraz „Wojna i sezon”.
A potem nadeszła wojna, wrzesień 1939 roku, i wszystko się skończyło wraz z wejściem Sowietów. Dalsze życie Heleny to już była ciągła, stopniowa utrata. Najpierw straciła dom w Berżenikach, a potem swoją małą, kresową ojczyznę. Po wojnie repatriowała się „do Polski” i zamieszkała z rodziną w Warszawie. Pracowała jako kierowniczka stołówki, a potem magazynierka w szpitalu. Zmarła w 1996 roku. 
Jej córka Krystyna Stankiewiczówna nie tak dawno udzieliła wywiadu, w którym opowiadała o życiu w Berżenikach i pokazywła zdjęcia z rodowego albumu. Te rozmowy, prowadzone w jej warszawskim mieszkaniu, można znaleźć na YT
 
 
     
Wiśniewski Wojciech, „Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową”, wyd. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...