środa, 27 grudnia 2017

Maria Byrska 'Ucieczka z zesłania'














Moja opinia:

Książkę, w wydaniu małym, kupiła mama na stołach pod kościołem jeszcze w okresie transformacji ustrojowej. Czytałam ją kilkakrotnie i zawsze mi się podobała. Teraz też ją czytałam, po raz któryś. Już mi zaczyna druk znikać.


W każdym razie książka po raz kolejny zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Opowieść jest zwięzła, dotycząca tematu, ale jednocześnie pełna wzruszenia. Książkę czyta się będąc wzruszonym, bo to przepiękna i chwytająca za serce opowieść o ucieczce z zesłania, o rozłące, o wytrwaniu i sile nadziei, o dobroci ludzkiej.

Wydaje mi się, że to jedno z najlepszych świadectw na ten temat. 

Oceniłam na 8 gwiazdek. 

ALE W celu napisania tego posta przejrzałam WUJKA GOOGLE i znalazłam zaskakujące rzeczy:
Bo książka ostatnio 'zyskała' nową autorkę: Ewę Kurek. 

Oto opis ze strony:
Bohaterka książki, Maria Byrska z domu Wilczewska, w kwietniu 1940 roku wraz z rocznym synem została przez Sowietów wywieziona do Kazachstanu. Uciekła. Wspomagana bezinteresowną ludzką dobrocią, już w końcu 1940 roku powróciła do Polski. Książka napisana jest na podstawie relacji bohaterki, nagranej na taśmie magnetofonowej.
Książka po raz pierwszy została wydana przez „Editions Spotkania” w Paryżu w 1985 roku. W latach 1986-1989 miała kilka podziemnych wydań w Polsce. Ze względu na sytuację polityczną w Polsce, wydanie paryskie i wydania podziemne Ewa Kurek opublikowała pod nazwiskiem Marii Byrskiej.

Ucieczka (2).JPG 

Dane techniczne

Autor Ewa Kurek
Format 145 x 210 mm
Liczba stron 270
Oprawa Miękka
Zdjęcia Nie
Rok wydania 2014
Wydawca nakład własny Autora






Dr Ewa Kurek nagrała też filmik:
A następnie wyskakują mi jej książki i artykuły prawicowe, walczące z Jedwabnem i profesorem Bartoszewskim i dalej w tą stronę.  Ale o książce chciałam napisać. Z przedmowy wydania podziemnego, które posiadam, wynika, że jest to AUTENTYCZNA RELACJA, ale okazuje się, że nie. Autorka - sprawdziłam - urodziła się w 1951 roku i w filmiku nie mówi o tym, że przytacza relację, ale że jest autorką. A książka jest pisana w 1 osobie. Nic nie wiemy o prawdziwej osobie, która opowiadała na tej taśmie. To może jej nie było? A jaką mamy pewność, że była? Troszkę czuję się nabita w butelkę. 
Jednakże książka jest naprawdę piękna i chyba lepiej by było, żeby pani doktor (z jakiej uczelni, tak swoją drogą?) pozostała anonimowa. 
I tak to jest z tymi relacjami. 20 lat żyłam w przekonaniu, że była Maria Byrska i że spisała swoje przeżycia.
CZUJĘ SIĘ ROZCZAROWANA I  OSZUKANA

Recenzja pochodzi z bloga Literackie zamiesznanie

niedziela, 17 grudnia 2017

Beata Kost 'Kobiety ze Lwowa'


Książka jest jedną z ostatnich premier tego roku wydawnictwa Marginesy. Ukazała się 18 października 2017 roku. I tę książkę naprawdę Wam polecam i promuję, bo ze zgrozą stwierdzam, że ma tylko dwóch czytelników na LubimyCzytać, mnie i inną osoba. A powinna mieć ich więcej.

Jedyną jej wadą jest mała czcionka. Sama musiałam się skupiać. Poza tym ma same zalety ma ta książka.


Ciekawa jest postać autorki. Bo to Polka i rodowita lwowianka. W przedmowie napisała o sobie, ze jej babcia nie wyjechała ze Lwowa, że pozostała tam po przejściu miasta pod władanie radzieckie. Wielkie bohaterstwo, jak sądzę. Jej matka i ona były wychowywane po polsku, a sama Beata Kost studiowała w Polsce i wróciła do Lwowa. Teraz jest dziennikarką i przewodniczką. Mówi bez akcentu, bez zaśpiewu i w ogóle jestem pełna podziwu dla Jej ogłady i inteligencji. 
Polecam Wam dwie audycje w radiu z Beatą Kost i o Beacie Kost:

Beata Kost w Radiu dla Ciebie o swojej książce „Kobiety ze Lwowa”

Wzruszająca historia "Dziewczyny ze Lwowa" 

Ten drugi link to reportaż, w którym narratorką jest autorka książki Beata Kost. Poza wszystkim, bardzo ciekawe są Jej wypowiedzi o współczesnym Lwowie i o pamięci Ukraińców. Między innymi to, że oni nie wiedzą, że we Lwowie kiedyś mieszkali Polacy! Jestem zdziwiona, bo na jakim świecie trzeba żyć, żeby nie znać podstawowej historii? Można się nie zgadzać, ale jak można nie wiedzieć faktów?! Inna sprawa, o której mówi Bata Kost, to taka, że Polska nie zareagowała na to, gdy na Ukrainie powstawał kult Bandery, że ustępowała propagandowo, a to nie doprowadziło do ucieszenia sprawy. Oraz to, co pani Kost mówi o wydźwięku filmu Wołyń na Ukrainie.
Spis treści, postacie opisane w książce



Przejdźmy do książki. Jest to zbiór opowieści o Polkach z różnych wieków związanych ze Lwowem. Jest ich 33. Postacie znane bardziej lub mniej, ale bardzo charakterystyczne,  z różnych klas społecznych, o rozmaitych życiorysach. Wydaje mi się, że łączy je życiowa zaradność, a przynajmniej staranie się o to, żeby sobie dać radę w życiu. Postacie te reprezentowały różne grupy społeczne, miały więc różne możliwości, ale wszystkie robiły co mogły, żeby się utrzymać. Przewija się też inny motyw wędrujący, a mianowicie patriarchat we Lwowie. Wiele z tych kobiet już na przełomie XIX i XX wieku miało problemy finansowe i przeszkody w realizacji celów, gdyż uczelnie, szkoły, zakłady pracy preferowały mężczyzn, nie pozwalały kobietom na studia, zabraniały habilitacji, płaciły mniejsze pensje kobietom, nie dawały dziewczętom identycznych szans szkolnych. Wiele determinacji kobiet wymagało spełnianie celów życiowych.

Strony z książki, Miss Polonia

Strony z książki, Śpiewaczka operowa, sopran koloraturowy, siostra Szymanowskiego

Strona z książki, Dulska pióra Zapolskiej

Strona z książki, ulica Lwowa

Beata Kost pisze o ich pracy, ale i o życiu osobistym, bo te sprawy łączyły się z sobą chyba bardziej niż to jest teraz. Mężatka nie mogła być nauczycielką, kobieta potrzebowała opiekuna prawnego, małżeństwa były aranżowane. Lwów był piękny, ale nie idealny.  Sprawy, o których pisze Beata Kost, są więc nie tylko miłym wspomnieniem krain umarłych, ale i ciekawym opisem tego, jak kiedyś wyglądało życie w Polsce Wschodniej, co martwiło ludzi, jak sobie radzili, czym pasjonowali. Autorka z dziennikarską wnikliwością wyłapuje smaczki i szczegóły biograficzne, które przegapiali inni biografowie. Wiele postaci wyciąga z zapomnienia i pisze o nich bardzo ciekawie. Miałam wrażenie, że widzę ich w ich strojach i przeżywam z nimi ich problemy. 


Chciałam jeszcze dodać, że podoba mi się styl książki, pozbawiony taniej ckliwości. Spotkałam się już z biografiami zbiorczymi i często autorki posługują się rzewnością. A tutaj tego nie ma. Opowieści wzruszają, ale w sposób autentyczny, bo życie kobiet tym granicznym rejonie co rusz groziło różnymi wojnami, opłakiwaniem bliskich, chorobami, bankructwem mężów itd..... To piękna opowieść i bardzo ciekawa książka.

10 gwiazdek

Polecam


Recenzja pochodzi z bloga Literackie zamieszanie  

sobota, 9 grudnia 2017

Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, t. 4





Profesor Nicieja wydał już dziewięć tomów swojego cyklu poświęconego Kresom Wschodnim RP, ich dziejom, osobowościom, okruchom wspomnień, pozostałościom materialnym i duchowym, które tworzą fascynująca, barwną mozaikę.


W tomie czwartym Autor zabiera nas w podróż na Pokucie, do Kołomyi i Żabiego oraz do Dobromila, który z niejasnych powodów nie znalazł się w powojennych granicach Polski mimo oczywistych powiązań gospodarczych i komunikacyjnych.


Opowieść o Kołomyi i osobach stamtąd się wywodzących zajmują najwięcej miejsca w tym tomie, ale to barwne miasto, pełne kolorytu i energii dostarczało wielu wrażeń i mieszkańcom i przyjezdnym.

Żabie z kolei to stolica Huculszczyzny, której magia oczarowała wielu artystów, dość wspomnieć choćby Kazimierza Sichulskiego (malarstwo) czy Stanisława Vincenza (literatura). Dziś z tej magii niewiele się ostało, ale powspominać warto.


Szczególnie wartościowe jest spojrzenie Autora na ten „mały”, bardzo osobisty wymiar historii, który poznajemy ze wspomnień i starych zdjęć. Takie spojrzenie czasem pozwala więcej zrozumieć ze specyfiki dziejów tych ziem niż z wydawnictw stricte naukowych, a ponadto sporo tam historii wartych upamiętnienia, a niekiedy nawet filmu.

Trudno mi coś więcej napisać o tej książce, gdyż mam nieodparte wrażenie, że będę się powtarzać w swoich pochwałach, w końcu odniosłam się już w swoich tekstach do trzech wcześniejszych tomów (t. 1, t. 2, t. 3) :).

Pozwólcie więc, że po prostu zacytuję kilka fragmentów dotyczących trzech opisywanych w tym tomie miast.


Kołomyja

„Kołomyja była zawsze miastem tętniącym wyjątkowym rytmem życia. Barwę nadawała jej różnorodność narodowościowa mieszkańców i przybyszów na słynne jarmarki, które według Stanisława Vincenza „były żywymi pokazami dla muzeum etnograficznego, bo każda z przybywających na targ wsi prezentowała nie tylko różne typy ludzkie, różne stroje, różne zaprzęgi, ale nawet niejednokrotnie różniące się od siebie narzecza pokuckie. To wszystko razem z chałatowcami – Żydami wystrojonymi w swoje święto jak procesje kapłanów wschodnich, zatopione w barwach owoców, jarzyn, kwiatów, wśród różniących się od siebie ras koni i bydła, było niezapomniane. A co najciekawsze, powtarzało się, powracało co jakiś czas, jak gdyby te wszystkie osobliwości wysypywały się z jakiegoś niewyczerpanego źródła.”
(strony 18-19)


Żabie

„Żabie – nazwa tajemnicza, wzmiankowana po raz pierwszy w źródłach historycznych już w roku 1224, staje się jasna, gdy dopowiemy, że początkowo nazywano to miejsce Żabie Skały albo Żabie Gody. W kwietniu, gdy po zimie słońce zaczynało mocno grzać, nie wiedzieć czemu właśnie tam, na płaskie skałki w trawiastych zakolach Czeremoszu, schodziło się tysiące żab, by złożyć skrzek. Wygrzewały się w słońcu, darły się często niemiłosiernie, przeżywając swe miodowe dni. Potem nagle milkły i znikały, by pojawić się znów za rok.”
(s. 126)


Dobromil

„Ród dobromilskich Herburtów wymarł całkowicie w połowie XVII wieku. Wiąże się z tym legenda o dobromilskich orłach. Rozpowszechnić ją mieli (a może wymyślić?) lirnicy siedzący na gruzach zamku Herburtów na modrzewiowej górze. Według ich pieśni, natychmiast po śmierci kogoś z rodziny Herburtów na pobliskich skałach pojawiał się siwy orzeł. Tych szlachetnych ptaków ciągle przybywało, a ich mnożeniu się towarzyszyła pomyślność rodziny (…). Aż jeden z Herburtów, namiętny myśliwy, ciągle krążący po okolicy z nieodłącznym potężnym łukiem, któregoś dnia wymierzył strzałę w siedzącego na skale orła i przeszył mu pierś. Zaraz po tym w nocy umarł jego jedyny synek. Odleciały też na zawsze orły. Po kilku tygodniach zmarł sprawca nieszczęsnego strzału, zamykając tym samym ostatecznie dzieje sławnego dobromilskiego rodu.”
(s. 211)
 
Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye
 
 

niedziela, 26 listopada 2017

Mariusz Urbanek, Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce



Bezgrzeszne lata

     Lwów i Zakopane – miasta, które bezgranicznie ukochałam, miały zaszczyt gościć u siebie „smutnego humorystę” – Kornela Makuszyńskiego. Postać tego bardzo znanego i poczytnego pisarza, zwłaszcza w dziedzinie literatury dla dzieci i młodzieży, przypomniał Mariusz Urbanek, wydaną w bieżącym roku publikacją nazwaną „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce”. Nazwa ta jest parafrazą tytułu jego powieści „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Znając kilka wcześniejszych książek  biograficznych tegoż autora liczyłam na rzetelność treści lektury i łatwość jej przedstawienia. I nie zawiodłam się. „Makuszyńskiego…” czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, pomimo tego, że dotykana jest trudna tematyka wojen i zawiłości powojnia, gdy „Słońce w jego herbie powoli gasło”. 

Uśmiech Lwowa

     Świetnie skonstruowana opowieść o pisarzu, jak na biografię przystało, ma chronologiczny układ treści, lecz jednocześnie wyodrębnione zostały zagadnienia porządkujące życie publicysty, wyróżniające zjawiska wypełniające losy tego nietuzinkowego człowieka. A zatem, znajdujemy w książce Mariusza Urbanka rozdziały o europejskich podróżach felietonisty, kobietach mu bliskich i dalekich, wojnach światowych i zsyłkach, góralach i Zakopanem, teatrach i prasie, wydawcach i przyjaciołach, wielbicielach talentu, kawiarniach, brydżu, Żydach. I to wszystko na niecałych trzystu stronach, które poza tekstem zawierają kilkadziesiąt fotografii autora „Panny z mokrą głową” i kalendarium jego życia.

Przygody Koziołka Matołka

    Mariusz Urbanek z powodzeniem przybrał miejscami żartobliwy ton, wzorowany na stylu Mistrza, który „za najbardziej pożyteczne książki uważa te, które «się śmieją»” i był zdania, że „najtrafniejsze sformułowania… przychodzą do głowy… gdy ręka z piórem wędruję znad papieru do kałamarza i z powrotem”. Kornel Makuszyński w całym swoim życiu starał się „być wroną kolorową, kiedy wszystkie są czarne”. A propos wrony (WRON-y) - autor przytoczył ciekawą anegdotę o ptaszku z ilustracji do „Przygód Koziołka Matołka”, które wycofano ze sprzedaży po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku. Po czasie okazało się, że w przedwojennych wydaniach „wrona była zupełnie apolitycznym wróbelkiem”.

Radosne i smutne

     Warto zajrzeć na dłużej do wartościowej publikacji wrocławskiego biografa, który oparł swój tekst na bogatym materiale źródłowym zestawionym w bibliografii. Autor sięgnął do książek i artykułów samego bohatera, książek i artykułów, w których pojawiła się postać Makuszyńskiego oraz do materiałów archiwalnych. Mariusz Urbanek pokazał, jak bardzo pisarstwo Makuszyńskiego wzbudzało tzw. mieszane uczucia – część opinii zachwycała się jego kolejnymi dziełami, część natomiast bezlitośnie je krytykowała. Zazdrośni koledzy po piórze nawet po latach nie mogli mu darować wielkiego talentu i uznania współczesnych – vide członkostwo Makuszyńskiego w Polskiej Akademii Literatury w miejsce Wincentego Rzymkowskiego, oskarżonego o plagiat (po wyzwoleniu - prosowieckiego ministra kultury i sztuki).
Kornel Makuszyński - Fot. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem
Kornel Makuszyński - Fot. Muzeum Tatrzańskie w Zakopanem
Kornel Makuszyński  - K.Sichulski - https://commons.wikimedia.org/
Kornel Makuszyński w karykaturze K. Sichulskiego
https://commons.wikimedia.org/

Przyjaciel wesołego diabła

     Kornel Makuszyński był nie tylko „Przyjacielem wesołego diabła”, ale przyjacielem wszystkich aniołów i demonów, który nade wszystko kochał życie i wolał opisywać jego blaski niż cienie. Nie pełnił jednak wyłącznie roli nadwornego trefnisia. Poruszał tematy „Radosne i smutne” opisując prawdziwą burzę od wschodu, gdy „W czasie kilku nocy, których Bóg się pewnie przeraził, w męczeńskim ogniu umarła zarażona wścieklizną dusza tego kraju”.
     Twórczość literacka Kornela Makuszyńskiego jest tak różnorodna, że każda grupa czytelników znajdzie w niej dla siebie pozycje wartościowe i interesujące. Makuszyński, jakiego pamiętają polskie dzieci jawi się przede wszystkim jako autor kolejnych edycji „Przygód Koziołka Matołka” oraz radosnych książeczek „Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki”. Młodzieży dał się poznać m.in. jako twórca książek dla dziewcząt, np. „Awantura o Basię” czy „Szaleństwa panny Ewy” i chłopców , np. „Szatan z siódmej klasy” czy „Skrzydlaty chłopiec”. Miłośnicy teatru znajdą w jego dorobku prozatorskim setki recenzji teatralnych i felietonów, a wielbiciele Miasta zawsze wiernego Ojczyźnie czarujący „Uśmiech Lwowa” i serdeczne „Listy ze Lwowa”.

Fatalna szpilka

     Autor rozdziału nazwanego „Fuszerka Pana Boga, czyli Makuszyński i kobiety” przedstawił kontrowersyjne poglądy pisarza świadczące o trapiącej go mizoginii i seksizmie. Mariusz Urbanek z upodobaniem przytoczył na kilku stronach przykłady męskiego szowinizmu autora „Dziewięciu kochanek kawalera Dornadyskryminujące kobiety: „Po wielu latach używania rozumu nawet kobieta odróżni kapelusz od dzieła filozoficznego”! Posługując się stereotypami na temat płci pięknej tworzył „teksty podszyte złośliwą protekcjonalnością” tłumacząc np.: „natrząsam się z lichych imitacji kobiecości…z arcydzieł sztuki ornamentacyjnej”, natomiast „Szanuję naprawdę kobiety godne szacunku”. No, cóż…

List z tamtego świata

     Mariusz Urbanek zręcznie poruszał się między pierwszymi nazwiskami polskich twórców przedwojennych, z którymi przyszło Kornelowi Makuszyńskiemu współpracować i rywalizować, pić kawę i wódkę czy grać w brydża. Listę rozpoczynają Leopold Staff i Jan Kasprowicz – świadkowie jego debiutu literackiego, a kończą Janusz Meissner i Roman Brandstaetter, którzy widzieli jak pisarz „został zamilczany na śmierć”. Powodem ostracyzmu z jakim spotkał się poeta i prozaik z Zakopanego była nieumiejętność odnalezienia się w pojałtańskiej Polsce i nieuznawanie żadnych kompromisów z komunistami. Literat pierwszej wody, z wrodzonym poczuciem humoru, komentował rzeczywistość pomimo tego, że miał świadomość, że „z powojennej Polski nie ma gdzie uciec. Ani przed pogodą, ani przed biedą”. Postawę zdobywcy Państwowej Nagrody Literackiej za utwór „Pieśń o Ojczyźnie”, trafnie ocenił poeta Jan Lechoń: „[KM] niczego nie zrobił pod sowieckim batogiem, co by przeszło granice koniecznej samoobrony”.

 
Zakopane, pomnik Kornela Makuszyńskiego - https://commons.wikimedia.org/
Zakopane, pomnik Kornela Makuszyńskiego
i Koziołka Matołka

 Gniazdo słońca

     Honorowy Obywatelwsi na drodze od Trzaski do Karpowicza”, jak nikt inny potrafił opisać walory stolicy Tatr: „po lewej stronie Giewont, po prawej Gubałówka, a w środku deszcz”. W jego dorobku literackim pozostały ślady głębokiej miłości do Zakopanego: „Gniazdo słońca i inne felietony” oraz „Listy zakopiańskie”. Bezgrzeszne lata Kornela Makuszyńskiego w Zakopanem skończyły się, gdy objęto cenzurą prawie całą jego twórczość, pozbawiono środków do życia, a nawet do jego własnego mieszkania dokwaterowano obcą rodzinę (obecnie mieści się w nim Muzeum Kornela Makuszyńskiego). Wieczny odpoczynek znalazł pisarz na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem, gdzie leży spoczywają najpierwsi Jan Krzeptowski Sabała, Tytus Chałubiński, Stanisław Witkiewicz.
„Byli chłopcy, byli, ale się mineli,
I my się miniemé po malućkiej kwili”
                                                            

Sabała
Tekst ukazał się na blogu Czytam po polsku


sobota, 18 listopada 2017

Jadwiga Skirmunttówna, Pani na Hruszowej. Dwadzieścia pięć lat wspomnień o Marii Rodziewiczównie



„Pani na Hruszowej” to opowieść o życiu Marii Rodziewiczówny, którą napisała tuż po jej śmierci jej wierna przyjaciółka Jadwiga Skirmunttówna, która była z nią aż do końca. Ta książka powstała w 1946 roku, a Rodziewiczówna zmarła w listopadzie 1944 roku, zaraz po powstaniu warszawskim. Można więc rzec, że była pisana na gorąco i całym sercem.  
Pochodząca z poleskiego majątku Mołodowo Skirmunttówna była młodsza od Rodziewiczówny o jedenaście lat. Poznała ją w dzieciństwie, kiedy sama miała lat osiem, a pisarka dziewiętnaście. Później zaprzyjaźniły się, w końcu zamieszkały razem. Mam jednak wrażenie, że Skirmunttówna do końca  życia spoglądała na swą przyjaciółkę oczyma dziecka, które chętnie i posłusznie wypełnia jej polecenia. A kiedy jej mentorka umiera, rozgląda się i zauważa, że straciło swoją życiową busolę.  
Jaki obraz Rodziewiczówny wyłania się z tej opowieści? 
Niestety, jeśli chodzi o postać autorki „Dewajtisa”, to jest to klasyczna laurka. I to grubo polana lukrem. Taka czytanka dla najbardziej zagorzałych zwolenników. I tylko tyle.
Autorka przypomina najważniejsze fakty z życia pisarki, a także przekazuje jej obraz jako żeńskiego odpowiednika „Pana Podstolego” z powieści Ignacego Krasickiego. Jest to postać do bólu bogobojna, pracowita, gospodarna, pomocna ludziom, dobra i hojna. Zgrzytałam zębami, kiedy to czytałam i robiło mi się mdło od tego nadmiaru lukru. 
Ale!
Najważniejsze jest to, co można wyczytać z tej opowieści między wierszami (a może nawet za plecami autorki, wbrew jej intencjom?).
Prócz rzewnej i lukrowanej biografii pisarki mamy tam również realistyczną opowieść o polskim dworze na kresach wschodnich. Dowiadujemy się, jak funkcjonował należący do Rodziewiczówny majątek w Hruszowej na Polesiu, jak był urządzony jej dwór z przyległościami, poznajemy służących tam pracowaników i tamtejsze zwierzęta domowe (w tym parę uroczych jamników i ich potomstwo). Poznajemy też Rodziewiczównę jako zarządzającą tym majątkiem w chwilach pokoju i w okresie wojen, a tych przetaczało się nad Hruszową kilka (I wojna światowa, wojna polsko-bolszewicka w 1920 roku i II wojna światowa). Dwór w Hruszowej był jednym z nielicznych w okolicy, które nie ewakuowały się w 1915 roku, kiedy front rosyjski cofał się przed Niemcami. Zdarzenia z I wojny opisała Rodziewiczówna w powieści „Florian z Wielkiej Hłuszy”. 
Podczas lektury tej książki próbowałam zdrapywać ten cały lukier polany przez autorkę i zaglądać pod spód. Urzekły mnie widoczne pod nim biznesowe i organizacyjne zdolności Rodziewiczówny, które były chyba równie wielkie jak literackie. Nie dość, że zarządzała Hruszową (a było tam i gospodarstwo rolne, i zwierzęta gospodarskie, i gorzelnia, i pewnie coś tam jeszcze), to jeszcze pracowała jako intendentka szpitala prowadzonego w Warszawie w czasie I wojny przez stowarzyszenie ziemianek. Wyjaśniam, że intendentka to osoba dokonująca zakupów i załatwiająca tysiące spraw związanych z funkcjonowaniem szpitala. W warunkach wojennego niedoboru! Chylę głowę! Ja bym się nie podjęła…  A nie jestem przecież zupełnym ciapciakiem!
Jednocześnie z lekturą tej książki sięgnęłam po tekst samej Rodziewiczówny opowiadający o dramatycznych wydarzeniach 1915 roku. Była ich naocznym świadkiem, kiedy Rosjanie się cofali, Niemcy następowali, a carscy Kozacy gnali na wschód całe wysiedlane polskie wioski, które potem palili, żeby zostawić wrogowi tylko pustą ziemię. Jechała wtedy z Warszawy pociągiem do Brześcia, a stamtąd dalej konnym wozem do swojej Hruszowej. Leciała, by ją ratować, bo nie chciała by jej majątek, jej ludzie i zwierzęta zostali ewakuowani w głąb Rosji. By poszli na poniewierkę... Opisała swoją podróż, opisała tysiące bieżeńców, których widziała po drodze i potem w Hruszowej, kreśląc wręcz apokaliptyczny obraz wojennego końca świata, a potem ciszę i nadejście Niemców. 
I co? Okazuje się, że Rodziewiczówna to nie tylko słodka, bogobojna pisarka, ale przede wszystkim bystra obserwatorka, kreśląca niezapomniane opisy wojennego świata. Ostre, gorzkie, ironiczne i do bólu naturalistyczne. Jak ona opisała napaść Kozaków i ludu wiejskiego na swoją gorzelnię w Hruszowej! Słuchajcie, to trzeba przeczytać! 
Ten tekst znalazłam w pierwszym tomie „Antologii polskiego reportażu XX wieku” pod redakcją Mariusza Szczygła, którą sobię właśnie wypożyczyłam z biblioteki. I jak na razie, a doszłam już do połowy tej grubej książki, jest to najlepszy reportaż, jaki tam przeczytałam. A obok Rodziewiczówny są tam przecież teksty tuzów reportażu.
I tak się zamyśliłam: a co by było, gdyby Rodziewiczówna nie musiała pisać dużo, szybko i przed wszystkim - dla kasy? A co by było, gdyby nie musiała produkować tych wszystkich powieści jedna za drugą, jedna za drugą? Co by napisała, gdyby miała taki komfort pisania jak na przykład hrabia Zygmunt Krasiński, który nie przepracował jednego dnia w swoim życiu i pisał co tylko mu do głowy przyszło? Rodziewiczówna nigdy nie mogła pozwolić sobie na taki luksus. Ona zarabiała pisaniem. A że miała łatwość pisania i dar narracyjny, więc tworzyła seryjnie te wszystkie swoje opowieści, które, i owszem, mają swoją wartość, dają się czytać także i dziś, ale nie jest to przecież WIELKA literatura. 
Mam poważne podejrzenia, co tam, jestem zupełnie pewna, że Rodziewiczówna z lepszym zapleczem finansowym stworzyłaby literaturę naprawdę wielką. Do tego ostrą i drapieżną. I nikt by jej nie zarzucał, że jest pisarką bogoojczyźnianą, że używała czarno-białych klisz, że to tylko dla kobiet i tak dalej. A to się słyszy tu i ówdzie od tych, którzy nie przegryźli się przez całą jej twórczość i niewiele wiedzą o Rodziewiczównie. Biję się w piersi, ja sama kiedyś tak o niej myślałam. Póki nie poznałam.   
Swój pazur i drapieżność pokazała Rodziewiczówna także w zbiorku opowiadań „Niedobitowski z granicznego bastionu”, w którym opisała trudną międzywojenną rzeczywistość, z jaką borykali się Polacy na kresach wschodnich w okresie międzywojennym. Nie było tam różowo, oj, nie! 
Odkładam książeczkę Skirmunttówny z poczuciem mocnego niedosytu i myślę sobie, że nie ma Rodziewiczówna szczęścia do biografów. Ukazały się bowiem trzy jej biografie, czyli ta, o której mówię, a poza tym Jana Głuszeni i Hieronima Tukalskiego-Nielubowicza. Żadna z nich nie jest biografią idealną, pełną i prawdziwą. 
Autorka „Czaharów” wciąż czeka na swojego biografa. Pisanie zaś o niej nie jest sprawą prostą, zaś tego, który się za to zabierze, spotkać może wiele krytycznych cięgów z różnych stron. Ale może warto pokazać prawdę?  
Acha, jeszcze coś na plus. Wydawnictwo MG wydało tę książkę tak, że udało mi się ją przeczytać w całości. Druk jest w porządku, interlinie także. Oko poradziło sobie z czytaniem. A więc można? 
No i okładka jest piękna, bardzo mi się podoba. 

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


piątek, 10 listopada 2017

Jerzy Michotek, Tylko we Lwowie



 Semper Fidelis - pomnik historii Polski

     Jerzy Michotek kilkanaście swych pierwszych lat żył we Lwowie, a kolejne ponad pół wieku do tego Lwowa tęsknił. Wyrazem żalu lwowskiego dziecka stała się książka o znanym tytule „Tylko we Lwowie”, zapożyczonym od kultowej piosenki wykonywanej przez duet batiarów Szczepko i Tońko w filmie zatytułowanym „Włóczęgi” z 1939 roku. Rok ten zakończył żywot „Roześmianego miasta, roześmianych ludzi, roześmianych czasów”. Lwów, jakim go zapamiętał autor, gdzie „cmentarz i każda ulica, każdy niemal kamień – to pomnik historii Polski”, przeminął, ale nie odszedł w zapomnienie. Dzięki pamięci zawsze wiernych (Semper Fidelis) Polaków z „gniazda piskląt godła narodowego” ukazało się (szczególnie ostatnio) wiele pozycji literatury o tematyce lwowskiej. 

Lwowiak w ogóle lubi lubić

     Jerzy Michotek składał liczne dowody na to, że Lwów to „pogranicze wszystkiego ze wszystkim”. Miasto pięciu głównych religii: rzymsko-, grecko-, ormiańsko-katolickich, prawosławia, judaizmu, gdzie „meczetu tylko brakuje”. Miasto, w którym, jak w małżeństwie i z rozsądku i z miłości, wszystkie nacje żyły ze sobą w zgodzie, bo przecież „lwowiak w ogóle lubi lubić”. Druga warstwa wspomnień Jerzego Michotka zaprawiona została goryczą dostarczoną przez czerwonych i brunatnych barbarzyńców we wrześniu 1939 roku. Hitlerowska i stalinowska pożoga organizowana „na zgubę pamięci narodowej” miały wymazać z serc Polaków miasto odznaczone orderem Virtuti Militari za „zasługi położone dla polskości tego grodu”. Autor boleśnie doświadczony przez okupantów nosił w sobie do końca poczucie krzywdy i głęboką traumę, choć o swym wygnaniu potrafił napisać niepatetycznie „nie ja wyjechałem, lecz mnie wyjechali”.

Niechaj Polska zna, jakich synów ma

     Wszechstronnie wykształcony historyk literatury polskiej, ale i aktor, i reżyser, zaprezentował w publikacji kilka miniwykładów. W „Liście Motylka” i w „Balladzie o dziesięciu batiarach” odniósł się do najnowszej historii Polski. Analizując potrzebę i konieczność głoszenia prawdy apelował „Niech ścierać się poczną nie narody, lecz poglądy” i jednym tchem wymienił dwudziestowieczne traumy polskie. W innym miejscu znalazł się emocjonalny przegląd literacki, sprowokowany podczas wieczoru autorskiego. Duże wrażenie wywarło na mnie wywoływanie nazwisk naszych wieszczy walczących piórem o wolność Ojczyzny
„Niechaj Polska zna
Jakich synów ma
”.

Cmentarz Orląt we Lwowie - Kaplica i Pomnik Chwały - http://www.polukr.net/
Cmentarz Orląt we Lwowie - Kaplica i Pomnik Chwały
http://www.polukr.net/

Gdy kolory były kolorowe

     W przepięknym „Liście do Przyjaciela i Przyjaciół Przyjaciela” skierowanym do cenzora swoich tekstów, Jerzy Michotek oprowadził go po swoim Lwowie żywiąc nadzieję, że spowoduje „opętanie jednego jedynego Miasta ukochaniem”.
Zapadły mi w pamięć nierzadkie perełki literackie, którymi ozdobił swe wspomnienia wybitny Lwowianin, czerpiąc garściami „z tego niewidzialnego magazynu niczego, z pamięci”. Autor zbioru „był poetą życia, kochał je z wzajemnością”. Charakteryzowało go poczucie humoru lwowskiego umierającego w druku”. Z przymrużeniem oka komentował bieżące wydarzenia:
I straż na granicy… Nie by obcy nie wtargnął!... By swój nie uciekał”.
Bo to… jest taką samą szynką, jak wybory – wyborami, a sejm – sejmem”.
Prześmiewczy literat z upodobaniem tworzył frazy ocierające się o miano pleonazmów:
I od nowa odnowa”, „Nie znany Żołnierz Nieznany”, „Memento Memoriam”, „prawda prawdziwa”, „Gdy kolory były kolorowe”.

Gdy ja byłem na niedźwiedziach

     Odrębne zalety książki znalazłam w „Archiwum lwowskiego dziecka” utworzonym w formie galerii pamiątkowych fotografii. Zilustrowane zostały "Losy batiarsko – łagiernicze”, gdyż tego lwowiaka nie z urodzenia zesłano na Syberię, co określał sformułowaniem „gdy ja byłem na niedźwiedziach”. A po „Powrocie” do kraju, ale nie do Lwowa, rozpoczął życie w „kresowym” Wrocławiu. Inni lwowiacy nie mieli tyle szczęścia „I pognało batiarów po świeci, pognało…”. Po latach Jerzy Michotek z satysfakcją organizował Miłośników Lwowa w Towarzystwo, bo jak pisał „Prawda jak oliwa”, a zapytany „czy Lwów był naprawdę taki ładny?” odpowiadał „był jeszcze ładniejszy”.

Archiwum lwowskiego dziecka

     Autor z sentymentem wspominał czasy „gdy nadzieja nie była porażona przez doświadczenie i inteligencję”, a Pan Jezus nie musiał wyjaśniać „Od was, ludzie, chcę odpocząć na mym krzyżu”. W wielu miejscach zbioru wspomnień lwowiaka pojawiła się gorycz, np. w stwierdzeniu „pieniądz bruka wszystko… I miłość, i sztukę, i ideę, i nade wszystko władzę”. Nie chciał i nie potrafił zrozumieć powodów, dla których młody grafik opracował słynny plakat pod tytułem „Olbrzym i zapluty karzeł reakcji”. Jerzy Michotek postawił retoryczne pytanie: „Przecież z przyłożonym do skroni pistoletem pan tego nie robił?”. Może nie wiedział, że ów plakacista był członkiem Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej już przed wojną.

Cmentarz Obrońców Lwowa na Łyczakowie - www.lwow.home.pl
Cmentarz Obrońców Lwowa na Łyczakowie - www.lwow.home.pl


     Tom „Tylko we Lwowie” przypomina obrazy impresjonistów złożone z rozedrganych, rozmytych plam ludzkich postaci i mozaiki ledwo co uchwyconych niepowtarzalnych wrażeń. Sam autor wyznaje „piszę w sposób zadyszany. Jakbym się bał spóźnić”. A inny Homo Leopolienis, Zbigniew Herbert, ponaglał
Jerzy Michotek - Sprawa pilota Maresza 1955 - http://fototeka.fn.org.pl/ocalałeś nie po to aby żyć
masz mało czasu trzeba dać świadectwo
”.

Jerzy Michotek dał świadectwo.





Jerzy Michotek, Tylko we Lwowie    OMNIPRESS 1990


Tekst ukazał się na www.CzytamPoPolsku.pl

czwartek, 2 listopada 2017

Zaduszki








"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie ?"
"Kas gi bus čia, kas gi bus čia  Naktį tamsią, naktį rūsčią?"
                         

 + urywek "Dziadów" ("Vėlinės") Adama MICKIEWICZA
z języka polskiego przełożył Justinas MARCINKEVIČIUS +

DZIADY Jest to nazwisko uroczystości obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich
i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslar, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz).
W teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnymi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo więc święci Dziady tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców i wywołują się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania zmarłych zdaje się być wspólny wszystkim ludom pogańskim, w dawnej Grecji za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie i dotąd po wyspach Nowego Świata. Dziady nasze mają to szczególnie, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem
i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym.
Cel tak pobożny święta, miejsca samotne, czas nocny, obrzędy fantastyczne przemawiały niegdyś silnie do mojej imaginacji; słuchałem bajek, powieści i pieśni
o nieboszczykach powracających z prośbami lub przestrogami; a we wszystkich zmyśleniach poczwarnych można było dostrzec pewne dążenie moralne i pewne nauki, gminnym sposobem zmysłowie przedstawiane.
Poema niniejsze przedstawi obrazy w podobnym duchu, śpiewy zaś obrzędowe, gusła i inkantacje są po większej części wiernie, a niekiedy dosłownie z gminnej poezji wzięte.


VĖLINĖS. Tai — pavadinimas iškilmingų apeigų, kurias 
ir šiandien paprasti žmonės atlieka daugelyje Lietuvos, Prūsijos ir Kuršo apskričių vėlių arba iš viso mirusių protėvių atminimui. Šios apeigos savo šaknimis siekia pagonystės laikus ir vadinosi kadaise „ožio švente", kuriai vadovavo Koźlarz, Huslar, Guślarz, kartu žynys ir poetas (gęślarz).
Mūsų laikais, kai apsišvietę dvasininkai ir valdžia stengiasi išgyvendinti šitą paprotį, susijusį su prietaringomis apeigomis 
ir smerktinomis pagonystės liekanomis, žmonės švenčia 
Vėlinės slaptai koplyčiose arba tuščiuose namuose netoli kapinių. Ten paprastai paliekama įvairiausių valgymų, gėrimų, vaisių ir iššaukiamos mirusiųjų vėlės. Įsidėmėtina, kad paprotį vaišinti mirusiuosius, atrodo, turėjo visi stabmeldžiai — senojoje Graikijoje Homero laikais, Skandinavijoje, Rytuose 
ir iki šiol tebeturi Naujojo pasaulio salose. Mūsų Vėlinės turi tą ypatybę, kad čia pagoniškos apeigos yra sumišę su krikščioniškosios religijos vaizdiniais, juoba kad ir ši šventė beveik sutampa su tų apeigų laiku. Žmonės tiki, kad valgiais, gėrimais ir giesmėmis palengvina vėlėms skaistyklos kančias.
Toks dievobaimingas šventės tikslas, nuošali vieta, nakties metas, fantastiškos apeigos kadaise smarkiai veikė mano vaizduotę; klausiausi pasakų, sakmių ir dainų apie numirėlius, grįžtančius su prašymais arba įspėjimais, ir visuose baisiuose prasimanymuose galima buvo įžiūrėti neabejotinus moralinius tikslus ir tikrą, liaudišku būdu vaizdingai išreikštą mokslą.
Ši poema parašyta panašia forma, o apeiginės giesmės, užkeikimai ir inkantacijos daugiausia yra tikri, kai kurie net pažodžiui paimti iš liaudies poezijos.


Tekst ukazał się na blogu Kochajmy się

niedziela, 29 października 2017

„My deportowani. Wspomnienia Polaków z więzień, łagrów i zsyłek w ZSRR”, wybór i opracowanie Bogdan Klukowski





„My deportowani” to jedna z pierwszych oficjalnych publikacji (w I obiegu) dotyczących wywózek Polaków na wschód przez bolszewików w czasie II wojny światowej. Jest to zbiór fragmentów pamiętników i wspomnień osób deportowanych, z których niektóre zostały później w Polsce wydane w całości, a inne – jak np. świetny Anatol Krakowiecki – nadal czekają na wydanie.  
Zbiór przygotował Bogdan Klukowski, który wybrał najmocniejsze, najbardziej robiące wrażenie kawałki następujących tekstów:
 
„Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego
„Między młotem a sierpem” Wacława Grubińskiego
„Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego
„Książka o Kołymie” Anatola Krakowieckiego
„W domu niewoli” Beaty Obertyńskiej
„Przez kraj niewoli” Jana Kazimierza Umiastowskiego
„Isfahan miasto polskich dzieci” (wspomnienia deportowanych polskich dzieci).
 
Każdy z autorów pisze nieco inaczej. Literacko najlepszy jest Herling-Grudziński, ale to właśnie dlatego, że od razu zamienia wspomnienia na literaturę. To dobrze i źle. Dobrze – bo jest to bardzo dobra literatura. Źle – bo na tej zamianie traci autentyczność przekazu. Nie wiadomo, co u niego jest prawdą, a co stylizacją. W tym wypadku wolałabym czysty realizm, a nie prozę artystyczną. Poza tym, jak dla mnie - Herling jest zbyt naturalistyczny i pesymistyczny. Jego teksty nie dają żadnej nadziei czytelnikowi. Zwyczajnie nie lubię takiej literatury, mimo jej niezaprzeczalnej wysokiej jakości artystycznej. 
 
Krakowiecki – to świetne, reporterskie pióro (był przed wojną dziennikarzem), człowiek, który mimo niezwykle ciężkich warunków życia na Kołymie potrafi się zdobyć na widzenie czegoś więcej niż własny ciężki los. Brawo dla tego pana za wyjście poza własny ogródek! Krakowiecki  np. przytacza w szczegółach rozmowę z nieznajomym Jakutem, który spytał go, jako Polaka, czy żyje jeszcze Wacław Sieroszewski, badacz kraju Jakutów. Niezwykle ciekawa jest ta rozmowa. Można ją przeczytać na stronie „hej kto Polak”, poniżej podałam linka. Polecam! Umiastowski – też cenny dokument, relacja polskiego żołnierza najpierw deportowanego na Litwie, potem przejętego przez Sowietów. 
 
Czapski jest liryczny i chrześcijański. Pięknie i wzruszająco opowiada. Miałam łzy w oczach, gdy czytałam jego relację. 
 
Grubiński potrafi być zarówno realistyczny jak i dowcipny (i tu chylę czoła, bo trzeba być naprawdę wielkim człowiekiem, by móc opowiadać o tak strasznych przeżyciach, zachowując poczucie humoru i dystans do sytuacji pozornie bez wyjścia).
Obertyńska – o, to jest bardzo ważne świadectwo, bo pokazuje mękę wywózek z perspektywy kobiety, która z natury rzeczy zawsze trudniej znosi warunki więzienne niż mężczyzna. Niesamowicie realistycznie opisała warunki więziennej „higieny” w kraju Sowietów!
 
A teraz trochę statystki dotyczącej wywózek Polaków. Deportacje i represje były udziałem 2 milionów Polaków na terenie Związku Sowieckiego. Byli to cywile z terenów przejętych przez ZSRR w 1939 r., uchodźcy na wschód z Polski centralnej, obywatele polscy zmobilizowani przymusowo do Armii Czerwonej (chodzi o roczniki 1917, 1918. 1919), a następnie wywiezieni na wschód, cywile aresztowani w latach 1939-1941, jeńcy polscy (żołnierze i oficerowie), jeńcy polscy internowani wcześniej na Litwie, a potem wywiezieni w głąb ZSRR (jak np. Umiastowski).
Z innej strony patrząc, były cztery wielkie deportacje Polaków. Pierwsza – 10 lutego 1940 r. (w jedną noc wywieziono wtedy 220 tysięcy osób), druga – 13 kwietnia 1940 r. (w jedną noc wywieziono 320 tysięcy osób), trzecia – w czerwcu 1940 r. (wywieziono wtedy 240 tysięcy osób), czwarta – w czerwcu 1941 r. (200 tysięcy osób).
Książkę otwiera związany z tematem deportacji wiersz Władysława Broniewskiego „Rozmowa z historią” (poeta napisał go, gdy siedział w więzieniu we Lwowie):
 
Mistrzyni  życia, Historio,
Zachciewa ci się psich figlów,
Zza kraty podgląda Orion,
Jak razem siedzimy na kiblu.
Opowiadasz mi stare kawały
I uśmiechasz się, na wpół drwiąca,
I tak kiblujemy pomału –
Ty od wieków, ja od miesiąca.
O, Nieśmiertelna, skądże
Ta skłonność do paradoksów,
I powiedz mi – czy to mądrze
Całemu światu krew popsuć?
Bo skoro na całym świecie
Jak nie wojna, to stan wojenny –
Historio, powiedz mi przecie:
Po diabła tu kiblujemy?
Rewolucyjny poeta
Ma zgnić w tym mamrze sowieckim?
Historio, przecież to nietakt,
Ktoś z nas po prostu jest dzieckiem.
Więc wstydź się sędziwa damo,
I wypuść z Zamarstynowa…
(Na kryminał zaraz za bramą
Zasłużymy sobie od nowa).
„My deportowani. Wspomnienia Polaków z więzień, łagrów i zsyłek w ZSRR”, wybór i opracowanie Bogdan Klukowski, wyd. Alfa, Warszawa 1989

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

niedziela, 22 października 2017

Nadzieja Drucka, Trzy, czwarte... Wspomnienia


„Życie jest wielką grą, która wymaga podsumowania.”
„(…) piszący dzieli się z czytelnikami tym, co – chociaż dotyczy jego przeżyć intymnych – stanowi tylko trzy czwarte jego „ja”. Sam przed sobą nie chce się nieraz przyznać do spraw, które mimo niedomówień mogą zainteresować czytelnika.”

Postać Nadziei Druckiej była mi kompletnie nieznana, ale - gdy zapoznałam się z jej notką biograficzną na okładce książki - nie wahałam się długo z zakupem jej wspomnień. Autorce przypadł w udziale burzliwy życiorys w pełnych napięcia i przełomów czasach. Urodziła się bowiem w 1898 r. w rodzinie książąt Druckich wywodzących się od Rurykowiczów, była córką Sergiusza, carskiego generała i – co ciekawe – miejscem jej urodzenia była Warszawa. Gdy Nadzieja miała cztery lata, rodzina wróciła do Petersburga, gdzie jej ojciec był wykładowcą na jednej z uczelni znanym zresztą z dość postępowych poglądów. Ukończyła szkołę dla dziewcząt w Petersburgu, ale nie zdołała rozpocząć zaplanowanych studiów medycznych, gdyż wybuchła I wojna światowa. 

Nadzieja zgłosiła się na front wojenny w roli sanitariuszki i podczas swojej służby spotkała mężczyznę swojego życia – Maurycego O’Brien de Lacy, przedstawiciela spolonizowanej rodziny irlandzkiego arystokraty. Z rodziną tą, a raczej z jej przedstawicielką (chyba ostatnią noszącą to nazwisko), miałam okazję zetknąć się podczas lektury „Podróży na Wschód” Joanny Sypuły-Gliwy. Tam przewodniczka Autorki i polskich Kresach była m.in. Margaret O’Brien de Lacy, bratanica Maurycego i autorka książki „Dzikie Gęsi z Zielonej Wyspy”.


Maurycy zerwał swoje zaręczyny, aby w 1917 r. wziąć ślub z Nadzieją w dwóch obrządkach religijnych (Nadzieja do końca życia pozostała przy prawosławiu jakby zaznaczając swoją odrębność i przywiązanie do utraconej ojczyzny). Zaczęli oni wspólne życie na Grodzieńszczyźnie w odrodzonej Rzeczypospolitej, dokąd się udali uciekając ze zrewoltowanej Rosji. Nadzieja pozostawiła tam ojca, którego już nie zobaczyła, a przez całe życie łożyła na utrzymanie swojego opóźnionego umysłowo brata. Z Maurycym rzucili się w wir działalności społeczno-kulturalnej. On był aktywnym członkiem Związku Ziemian Polskich, w latach 1930-33 sprawował nawet funkcję prezydenta Grodna. Ona zaś szybko opanowała język polski, urodziła dwoje dzieci i …. rozpoczęła działalność literacką. Wydała kilka książek, została przyjęta w poczet Związku Literatów Polskich, a w Augustówce – swojej grodzieńskiej przystani – organizowała wiele spotkań towarzysko-kulturalnych chętnie odwiedzanych przez przedstawicieli środowisk literackich i plastycznych.


Nadzieja nie ujawnia w swojej relacji zbyt wielu szczegółów dotyczących jej życia, aczkolwiek – jak jasno wynika z kart wspomnień – od pewnego momentu tworzyli z mężem „związek otwarty”, choć ich miłość i wzajemne przywiązanie pozostały niezmienne, a małżeństwo przetrwało wszelkie burze dziejowe aż do jego śmierci w 1978 r.


Wspomnienia napisane są przystępnym językiem, pokazują losy Autorki i jej rodziny na przełomie epok. Nadzieja urodziła się w Rosji, przeniosła się do niepodległej Polski, na bliskie Kresy, a potem musiała odbudowywać swoje życie w PRL. I chyba, mimo wielu problemów, dobrze się zaadaptowała, o czym świadczy końcowy fragment zapisków stanowiący coś w rodzaju peanu na cześć Edwarda Gierka, I Sekretarza PZPR.


Bogactwo wydarzeń i doświadczeń, zmiany losu, kilkakrotne zaczynanie życia od zera wymagające niezwykłego hartu ducha i umiejętności przystosowania się, to jest to, co zapamiętam z tej lektury.


Tekst ukazał się na blogu Notatnik Kaye


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...