poniedziałek, 24 lipca 2017

Wojciech Wiśniewski, „Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową”





„Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową” Wojciecha Wiśniewskiego to jakby druga część znakomitej książki tego samego autora „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. 
Helena z Zanów Stankiewiczowa to rodzona siostra Tomasza Zana i – podobnie jak on – potomkini słynnego Tomasza Zana „Promienistego”, przyjaciela Adama Mickiewicza. Te dwie książki razem składają się na tragiczną, barwną i interesującą historię rodziny Zanów. Siostra opowiedziała o tych rzeczach, które Tomaszowi wydawały się nieistotne i mało ważne. Jej wspomnienia to urocza, a miejscami dość dramatyczna opowieść o losach Polaków na kresach wschodnich. 
Zdaniem siostry, Tomasz Zan, zwany przez najbliższych Musiem, interesował się przede wszystkim wojaczką, a sprawy domowe obchodziły go dużo mniej, właściwie prawie wcale. Nie wdawał się więc w opowieści o babkach, ciotkach, krewnych i znajomych, romansach, zwyczajach domowych i zwyczajnym życiu codziennym w polskim dworze na kresach Rzeczpospolitej. O tym właśnie opowiedziała jego młodsza o dwa lata siostra.
Helena z Zanów Stankiewiczowa także urodziła się w pałacu matki w Duksztach, później zaś wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza, właściciela majątku Berżeniki. Na okładce tej książki jest zaznaczony zielonym punktem, niedaleko granicy z Łotwą. 
Była panną piękną i posażną, pochodziła ze znanej na Kresach rodziny, miała więc wielu starających się. M. in. oświadczył się jej kompozytor Karol Szymanowski, który spędzał wakacje w majątku jej babki w Gierkanach. Muzyk jednak nie był zupełnie w guście młodej dziewczyny. Po pierwsze wydawał się jej za stary, do tego jakiś taki zniewieściały. Wprawdzie ubierał się wytwornie i elegancko, ale na śniadania przychodził w jakiejś jedwabnej piżamie, co właściwie nieco gorszyło młodą panienkę ze dworu. Odmówiła więc Szymanowskiemu, co spotkało się z aprobatą jej ojca, który dobrze wiedział, że muzyk absolutnie nie nadaje się na męża. Pewnie słyszał o jego homoseksualnych skłonnościach… 
„Przemądrzały Muś (brat) wrzasnął:
- Jesteś wariatka. Taką mogłaś zrobić partię. Zobaczysz, zostaniesz starą panną!
Mama płakała, ale nic nie powiedziała.”
Wkrótce potem brat przedstawił jej swojego przyjaciela, to jest mieszkającego w sąsiedztwie Kazimierza Stankiewicza, który po zniszczeniach wojennych odbudowywał właśnie rodowy majątek w położonych niedaleko Dukszt Berżenikach. To było zauroczenie od pierwszego wejrzenia. I to z obu stron!
Mamy więc w książce takie dialogi, niczym z powieści Jane Austen:
„- A ty z czego tak się cieszysz?
- Bo dzisiaj Stankiewicz mi się oświadczy.
- Oj, nie bądź taka pewna.
- Bardzo proszę, możemy się założyć.”
Rzeczywiście, wkrótce Stankiewicz oświadczył się:
„- Może zgodziłaby się pani zostać moją żoną – wydukał wreszcie z ulgą, że zdobył się na taki bohaterski czyn.
- Nie mogę odpowiedzieć od razu, za mało pana znam (…)
Miałam pewną wprawę, bo już kilka razy zdarzyło mi się dać kosza różnym konkurentom. Wówczas jednak używałam banalnych argumentów, że jestem jeszcze za młoda, nie myślałam o małżeństwie, że po prostu nie kocham. Tym razem jednak był to przystojny, przyjemny, kulturalny, pracowity, dobrze jeżdżący na koniu, prawdziwy mężczyzna z pięknym dworkiem, który prosił mnie o łaskę. Powiedziałam mu więc, że porozmawiam z tatusiem i odpowiem na jego propozycję.”  
I dalej:
„- A kiedy mogę spodziewać się odpowiedzi?
- No, dziś.
- Jak to? Dziś? Przyjadę do Dukszt bez zaproszenia? – Kazimierz był wyraźnie niezadowolony z mojej odpowiedzi.
Wpadłam na pomysł, że gdy będziemy wyjeżdżać z Berżenik, rzucę rękawieczki za skrzynię w korytarzu, a wieczorem Kazimierz przyjedzie z nimi do Dukszt.
Kiedy wróciliśmy ze spaceru, całe towarzystwo jeszcze tańczyło. My też ruszyliśmy w tany. Muś tańczył wtedy z siostrą Kazimierza i kiedy go mijałam, pokazałam mu sygnet (prezent od Kazimierza – przypis mój, Mery O.). Zaskoczony, zrobił głupią minę i powiedział bez sensu:
- No, uważaj, uważaj…
Rano odsypialiśmy przebalowaną noc, a po obiedzie poszłam do ojca na rozmowę.”
Ojciec, Tomasz Zan, pochwalił córkę za rozwagę, że wybrała Stankiewicza, mimo, że kręciło się koło niej tylu innych panów.  Uważał go bowiem za dobrą partię. Matka jednak, dziedziczka pałacu w Duktach, nie była zadowolona, liczyła bowiem, że jej córka złapie bogatego męża, np. wyjdzie za Justyna Strumiłłę z kluczem wielkich majątków. Ustalono, że Helena wyjedzie na rok postudiować w Krakowie, by zastanowić się nad swoim pomysłem zamążpójścia. I jeśli nadal będzie go podtrzymywać, to w następnym roku wyjdzie za Kazimierza.
W ten właśnie sposób 22-letnia Helena z Zanów stała się panią na Berżenikach. Ślub odbył się w 1926 roku, ale potem okazało się jednak, że to nie ona rządzi w domu, ale pracująca tam od lat kucharka Stefcia Szwarc, osoba dość obcesowa, która przemawiała do nowej pani w trzeciej osobie. „Nigdy nie zapomnę, jak pierwszego ranka, jako młoda dziedziczka wyszłam z sypialni i zauważyłam na progu zabłocone buty Kazimierza. Wstawał o czwartej, piątej rano i szedł z pracownikami w pole. Wzięłam więc buty do kuchni i nalałam wody do cebra, żeby je obmyć z gliny. A Stefcia jak nie ryknie:
- Zostawić to. Niech nie pokazuje, że taka pracowita. Fora z kuchni!”
Helena i Kazimierz Stankiewiczowie mieli trójkę dzieci: dwie córki i synka. Żyli w Berżenikach, prowadząc tam spore gospodarstwo rolne oraz letni pensjonat dla gości z Wilna i z Warszawy. Zdaje się, że to ich bytowanie przypominało egzystencję bohaterów powieści „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. Ot, takie życie dworkowe… Wokół mieszkała rodzina i znajomi. Większość osób była ze sobą w taki czy inny sposób spokrewniona. Pielęgnowano nawet bardzo stare więzy rodowe, pamiętano o kuzynach czwartego, piątego czy nawet szóstego stopnia. Takimi dalekimi krewnymi byli np. dla Heleny Stankiewiczowej słynny pisarz Józef Weyssenhof (który napisał swoją najgłośniejszą powieść „Soból i panna” biorąc za wzór ludzi z okolicy) czy ówczesny wysoki urzędnik w Wilnie, a późniejszy pisarz Michał Kryspin Pawlikowski, autor autobiograficznych książek „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego” oraz „Wojna i sezon”.
A potem nadeszła wojna, wrzesień 1939 roku, i wszystko się skończyło wraz z wejściem Sowietów. Dalsze życie Heleny to już była ciągła, stopniowa utrata. Najpierw straciła dom w Berżenikach, a potem swoją małą, kresową ojczyznę. Po wojnie repatriowała się „do Polski” i zamieszkała z rodziną w Warszawie. Pracowała jako kierowniczka stołówki, a potem magazynierka w szpitalu. Zmarła w 1996 roku. 
Jej córka Krystyna Stankiewiczówna nie tak dawno udzieliła wywiadu, w którym opowiadała o życiu w Berżenikach i pokazywła zdjęcia z rodowego albumu. Te rozmowy, prowadzone w jej warszawskim mieszkaniu, można znaleźć na YT
 
 
     
Wiśniewski Wojciech, „Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową”, wyd. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

wtorek, 18 lipca 2017

Stanisław Wasylewski, Pod kopułą lwowskiego Ossolineum

Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Lwowie










 

Od wolontariusza, przez stypendystę,  do asystenta

     200 lat temu Józef Maksymilian Jan Ossoliński herbu Topór ufundował tzw. Zakład Narodowy będący w założeniu ośrodkiem kultury i nauki polskiej (z naciskiem na polską literaturę). Zadaniem instytucji biblioteczno-muzealnej było podtrzymywanie tożsamości narodowej Polaków w Rzeczypospolitej zniewolonej przez zaborców. Przez mury szacownego Ossolineum przewinęła się cała plejada światłych polskich umysłów: uczonych, literatów, wydawców, bibliotekarzy, itp. Niektórzy z nich stali się bohaterami wspomnień Stanisława Wasylewskiego, zatytułowanych „Pod kopułą lwowskiego Ossolineum”. 
Stanisław Wasylewski przebył w Ossolineum drogę od wolontariusza, przez stypendystę,  do asystenta. Dane mu było poznać tajniki instytucji od podszewki, co skwapliwie przekazał czytelnikom swych pamiętników. Organizacja pracy biblioteki, ścieżki kariery zawodowej, sekrety katalogów, sygnatur, fiszek i zamówień przybliżone w rzeczonej publikacji zyskały na atrakcyjności w oczach miłośników książek. Wydarzenia opisane w „Pamiętniku stypendysty i asystenta Zakładu Narodowego im. Ossolińskich w latach 1905-1910” nie ograniczone zostały jednak do wymienionego pięciolecia. 

Przytułek św. Ossolina

     „Przytułek św. Ossolina”, jak żartobliwie nazywano Lwowską wszechnicę, wychował i wypuścił w świat wielu wybitnych Polaków, aby nieśli kaganek oświaty i sztandar polskości. O tych najbardziej zasłużonych dla Polski, Lwowa, Ossolineum toczy wspomnienia autor, który wyfrunął z tego gniazda polskości do Wielkopolski.  Wśród znakomitych ossolińczyków jego pamięć i pióro utrwaliły postaci Karola Szajnochy, Antoniego Małeckiego, Wojciecha Kętrzyńskiego, Bronisława Gubrynowicza, Juliusza Kleinera, Władysława Bełzę, Ludwika Bernackiego, Mieczysława Tretera, Czarnika, Hirschberga. W kilku rozdziałach pojawiły się osobistości szczególnie wyróżniające się w działalności na rzecz polskiego Lwowa,  np. Tadeusz Rutkowski – pomysłodawca Lwowskiej Galerii Sztuki, w której zgromadzono prywatne kolekcje polskich miłośników sztuki. Do dzisiaj galeria ta jest największym repozytorium malarstwa polskiego poza granicami kraju. 


Sala rękopisów lwowskiego Ossolineum
Sala rękopisów lwowskiego Ossolineum
Galeria obrazów - Muzeum Lubomirskich - Ossolineum we Lwowie
Galeria obrazów - Muzeum Lubomirskich - Ossolineum we Lwowie


















Akcja oczyszczania zbiorów muzealnych i bibliotecznych

     Zbiory lwowskiego Ossolineum zawierające unikalne zacne dzieła polskiej i światowej kultury i sztuki, pochodzące z kolekcji Lubomirskich, Sapiehów, Mniszków,  Skarbków, służyły pokoleniom Polaków aż do września 1939 roku, gdy nastąpił kres cywilizacji w jej dotychczasowym rozumieniu. Po drugiej wojnie światowej do Polski powróciło jedynie 20 % zasobów Ossolineum - część jako „dar narodu ukraińskiego dla narodu polskiego” (sic!). Reszta pozostała w Zakładzie Narodowym przemianowanym na Lwowską Narodową Naukową Bibliotekę Ukrainy im. Wasyla Stefanyka. Niestety, część zbiorów w ramach tzw. „akcji oczyszczania zbiorów muzealnych i bibliotecznych z dzieł szkodliwych” Ukraińcy trwale zniszczyli, aby nie pozostały ślady polskiej obecności na zachód od linii Curzona. Ossolińskie zbiory, które po wojnie znalazły się w Polsce, umieszczono we Wrocławiu pod starą nazwą Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.
Księgarnia - Ossolineum we Lwowie



Magazyn książek lwowskiego Ossolineum
Magazyn książek lwowskiego Ossolineum


Zakład Narodowy im. Ossolińskich i Lwowska Galerię Sztuki

     Pod kopułą lwowskiego Ossolineum tworzono dzieła schlebiające sztuce pisania piękną polszczyzną. Strony kreślone ręką Stanisława Wasylewskiego urzekły mnie m.in. połączeniami wyrazów, jak „ślad palca pana-lindowego” czy „niepamiętny świetnych Jana – Kazimierzowych tradycji”. Młody adept sztuki katalogowania uspokoił się, gdy jego „dusza cofnęła się z ramion na swoje miejsce”. Pamiętniki stypendysty tchną młodzieńczym optymizmem, choć pisane były przez dojrzałego człowieka,  bowiem „Szczęśliwi ci, którym barwy ((lat minionych )) nie narzuca spuchnięta wątroba”, jak napisał we wstępie autor. 

Rzeczpospolita Polska zniknęła na długie 123 lata z map Europy, lecz nie zniknęła z serc polskich patriotów, którzy tak, jak pewien lwowski księgarz „wszystkie swe wydawnictwa kalkulował na Polskę Niepodległą”. W takim duchu, dzięki staraniom najświatlejszych Synów Ojczyzny powołano do życia Zakład Narodowy im. Ossolińskich i Lwowską Galerię Sztuki.
Stanisław Wasylewski, Pod kopułą lwowskiego Ossolineum, Ossolineum 1958

Tekst ukazał się na blogu CzytamPoPolsku.pl 

piątek, 14 lipca 2017

Magdalena Jastrzębska, Panie kresowych siedzib

Nie wiem jak to się stało, że przegapiłem ubiegłoroczną premierę książki Magdaleny Jastrzębskiej. Jeszcze nie przeczytałem "Pań kresowych siedzib", a już ukazała się kolejna - "Portret Klementyny". Na szczęście rozpoczęły się wakacje, które sprzyjają nadrabianiu zaległości czytelniczych. Przechodząc do rzeczy: "Panie kresowych siedzib" to zbiór dwudziestu jeden opowieści o kobietach, które zapisały się w historii kresów. Przyznam, że mimo sympatii do autorki podszedłem trochę nieufnie do książki. Jestem przyzwyczajony do klasycznych biografii Magdaleny Jastrzębskiej tzn. jedna książka poświęcona jednej osobie. Wtedy można przedstawić wszystkie szczegóły z życia danej osoby, ukazać ją jako postać z krwi i kości, pokazać jej zalety i słabości. Cenię biografie Magdaleny Jastrzębskiej za powściągliwość w ocenach i dystans zachowywany w stosunku do prezentowanych postaci. Czytelnik sam może pokusić się o ustosunkowanie się do danej bohaterki. Tym razem na niespełna 250 stronach przedstawiono aż 21 kresowych dam. Trudno spodziewać się zatem pełnego portretu psychologicznego bohaterek. Zyskujemy za to coś innego - dostajemy próbkę wszystkich kobiet działających na kresach w XIX i na początku XX wieku. Możemy poznać życie całej grupy, a nie tylko jednej osoby. Oba podejścia mają swoje plusy i minusy. "Panie kresowych siedzib" są inne od poprzednich książek Magdaleny Jastrzębskiej. Inne, ale nie gorsze.
Przed lekturą zwracam uwagę na dwie rzeczy - okładkę i generalnie szatę graficzną oraz bibliografię. Okładka jak zwykle piękna. Wydawnictwu LTW można pogratulować grafika. Tekst wzbogaca prawie 150 ilustracji (zarówno czarno-białe, jak i w kolorze). Nie zdecydowano się na wkładkę z kredowym papierem, co dla mnie akurat nie jest minusem. Nigdy nie lubiłem wędrować pomiędzy głównym tekstem a ilustracjami z wkładki. Drugą istotną dla mnie kwestią, o której wspomniałem jest bibliografia. Nie przepadam za publikacjami, które wykorzystują jedynie dostępną na wyciągnięcie ręki literaturę przedmiotu. Magdalena Jastrzębska wykorzystała materiały archiwalne z Archiwum Narodowego w Krakowie, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Narodowej i i Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu oraz wiele artykułów z prasy.

Autorka wybrała naprawdę ciekawe postaci. Szczególnie zainteresowała mnie Regina Korzeniowska, która zdecydowanie wyróżniała się spośród dam swojej epoki. Nie wyszła nigdy za mąż, poświęcając się pracy naukowej. Niebywale pracowita. Stangreci skarżyli się, że zapala świeczkę w karecie, aby móc pracować nawet w czasie podróży. Była postacią nietuzinkową, z którą wiązało się wiele ciekawych historii i anegdot. Gdy uczyniła ślub, że będzie leżeć krzyżem przed obrazem Matki Boskiej Tywrowskiej jeśli zostanie wysłuchana, to oczywiście spełniła ją, ale za nią szedł lokaj... z materacem. "Nie ślubowałam ja przecie nabawić się reumatyzmów ani też wycierać mym nosem pyłu z waszych butów" - krótko skwitowała bohaterka.

Razem z autorką wędrujemy przez dworki i pałace, przyglądamy się życiu codziennemu kresowych kobiet, cieszymy się z ich sukcesów i smucimy poznając życiowe tragedie. Wchodzimy do świata, który choć przecież nieidealny, to jednak uporządkowany i mam wrażenie, że bardziej przyjazny człowiekowi niż ten dzisiejszy. Dziejowe zawieruchy ostatecznie pogrzebały tamtą rzeczywistość. Zostały z niej wspomnienia i trochę śladów materialnych, z których autorka buduje ciekawą opowieść.

"Panie kresowych siedzib" odczytałem jako opowieść o dobru. Ziemianki zapisały się przyjaźnie w pamięci okolicznej ludności za okazaną pomoc, hojność i ofiarowane innym serce. Niektóre były nadzwyczaj hojne. Jedna z bohaterek, Wanda z Łubieńskich Weyssenhoffowa, bywała oskarżana przez rodzinę o bezsensowną hojność. Wystarczyło, że rozmówca pochwalił należącą do niej rzecz, a ta już ją mu wręczała. Inna z bohaterek z kolei tyle przeznaczała na cele dobroczynne w trakcie jednego roku, ile inni może nie wydali przez całe życie. Może i uszczupliła znacznie stan swojego posiadania, ale niedługo później rewolucja bolszewicka i dwie wojny światowe zmiotły z ziemi większość fortun. Nie pozostało praktycznie nic po działalności tamtych ludzi poza dobrem, które ofiarowali innym.

Tekst ukazał się na blogu Libri amici, libri magistri

sobota, 1 lipca 2017

Wojciech Wiśniewski, Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem






Cóż za książka! Nie mogłam się oderwać i czytałam prawie do białego rana (tym bardziej, że miałam ciężką noc w sensie zdrowotnym, więc i tak bym nie spała). Odkąd przeszło dwa lata temu przeczytałam jej recenzję na blogu Magdaleny Jastrzębskiej (bioggraff.blogspot.com/2015/01/zan-ostatni-z-rodu.html), szukałam jej potem po różnych bibliotekach. I nic. Nigdzie w okolicy jej nie było, niestety. 
Ostatnio, kompletując zamówienie w antykwariacie WAW spotkałam ofertę sprzedaży tej książki za jedyne 13 złotych. I to pierwsze, chyba jeszcze na pół podziemne wydanie! Szybka decyzja: biorę! Bo zwykle wolę pierwsze wydanie niż późniejsze, do tego droższe. Książka trafiła do mnie w stanie idealnym, chyba nie była nigdy wcześniej czytana. Ale w trakcie mojej lektury rozpadła się na części. Jak się okazuje, słynny. „dobry” klej w latach 1980. był równie kiepski w wersji polskiej, jak i we francuskiej. No, nic, wsadzę ją teraz do woreczka, by się nie rozsypała. Bo na pewno będę do niej wracać!
Do rzeczy…
Tomasz Zan z książki Wojciecha Wiśniewskiego był prawnukiem słynnego Tomasza Zana, zwanego przez kolegów „Promienistym”, przyjaciela z młodości Adama Mickiewicza. Tamten Zan wziął na siebie cały ciężar oskarżenia młodych studentów o działalność w kołach filomatów i promienistych. Został za to skazany przez władze carskie na rok ciężkiego więzienia i zesłanie w głąb Rosji. Po powrocie ożenił się z Brygidą Świętorzecką, z którą miał trzech synów: Klemensa, Abdona i Wiktora. Abdon ożenił się z Jadwigą Fergus (córka napoleońskiego adiutanta, Irlandczyka Fergusa) i miał syna Tomasza. Tenże Tomasz ożenił się z Teresą Dowgiałło i był ojcem bohatera naszej książki. 
Tomasz Zan  (1902-1989) urodził się w majątku matki Dukszty:

Dzieciństwo i młodość spędził częściowo tam, a częściowo w majątku Poniemóń, w dawnej siedzibie Fergusów-Białłozorów. Rodzina mieszkała tam w dawnym zamku, starej krzyżackiej twierdzy, gdzie oczywiście coś straszyło. Szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz z nadejściem I wojny światowej, kiedy Zanowie musieli opuścić Poniemóń z obawy przed nadciągającymi wojskami niemieckimi. Tak zaczęła się ich długa tułaczka po Rosji.  Potem przyszła rewolucja październikowa i rządy bolszewików. Tomasz dość wcześnie usamodzielnił się i wprost z ławy szkolnej trafił do wojska. Jego dzieje żołnierskie są bardzo skomplikowane, w każdym razie walczył jako ułan w korpusie generała Józefa Dowbor-Muśnickiego i w obronie Wilna w 1918 roku. Trafił do litewskiej niewoli, z której uciekł i przez Kłajpedę, Wolne Miasto Gdańsk i Tczew dotarł do wolnej już Polski. W Tczewie wsadzono go do aresztu, bo nie posiadał żadnych dokumentów. Uciekł stamtąd i dostał się na front wojny polsko-bolszewickiej. Walczył jako ułan pod dowództwem słynnego rotmistrza Jerzego Dąbrowskiego, pierwszego „Łupaszki”. 
Po wojnie proponowano mu pozostanie w wojsku, ale wrócił do cywila, skończył studia rolnicze w Poznaniu i … wyjechał do Afryki jako współpracownik Ligi Morskiej i Kolonialnej z tajną misją. Kiedy wrócił, ożenił się i objął po matce strasznie zapuszczony i zniszczony przez wojnę majątek Dukszty.
Udało mu się akurat wyprowadzić majątek na prostą, popłacić różne długi i zobowiązania, kiedy wybuchła II wojna światowa. Został zmobilizowany do wojska wiosną 1939 roku i później, przez cały okres niemieckiej okupacji, uważał się nadal za polskiego żołnierza. Należał do Związku Armii Zbrojnej, potem do Armii Krajowej. W 1944 roku został aresztowany przez Sowietów i wywieziony do Riazania. Po powrocie do Polski ujawnił się jako żołnierz AK, co zaowocowało kolejnym aresztowaniem, tym razem przez polską służbę bezpieczeństwa. Tu na zdjęciu z książki Tomasz Zan w mundurze:


Wojciech Wiśniewski prowadził rozmowy z Tomaszem Zanem w latach 1980. Przez pewien czas odwiedzał go dwa razy w tygodniu w jego maleńkim, sześciometrowym pokoiku w bloku w Warszawie, w którym na ścianach wisiały zdjęcia zamku w Poniemóniu oraz dworów w Duksztach, Gierkanach i Hrykowszczyźnie.  Zan opowiadał barwnie i ciekawie, ale trochę chaotycznie. Chętnie i z humorem rozwodził się nad wspomnieniami młodości, ale na niektóre pytania, zwłaszcza związane  z jego podziemną działalnością w czasie wojny, wolał nie odpowiadać. Kolejne  powstające rozdziały książki były czytane, poprawiane i autoryzowane przez Tomasza Zana.  Publikacja ta została doceniona i nagrodzona przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którzy uznali ją książką roku 1989. Później autor wydał rozmowy z siostrą Tomasza, Heleną z Zanów Stankiewiczową. 
 Wiśniewski Wojciech, „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”, Editions Spotkania, Warszawa-Paryż 1989
Źródła ilustracji: książka Wojciecha Wiśniewskiego oraz Wikipedia (File:Dukszty Lithuania.jpg)

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

niedziela, 25 czerwca 2017

"Lecz myśl wolna i nie zna kajdanów, poprzez góry i morza ulata" (Regina Szablowska-Lutyńska)

Listopad… już kir czarny z zachodu roztacza śnieżyce
Nikną gwiazdy jedna za drugą, znikła tarcza promienna księżyca
Zabłąkane daleko na stepie pośród jęku, zamieci i wycia…
Tak daleko od progów ojczystych, od radości uśmiechu i życia
Wolniuteńko stąpają wołki bure, kołchozowe, robocze
Arba skrzypi i wolno po zamarzniętej tej ziemi chybocze
Przytulone do siebie jedziemy połączone węzłami niedoli
Łzy nas dławią gorące. Łzy poniżeń, cierpienia, niewoli
Lecz myśl wolna i nie zna kajdanów, poprzez góry i morza ulata
Leci w kraj daleki, nieznany z pozdrowieniem dla syna i brata.

Regina Szablowska-Lutyńska, Z Mizocza do Kazachstanu [w:] Marek A. Koprowski, Dziewczyny kresowe, Replika, Warszawa 2017, s. 74-75.

         Ten poruszający wiersz na pamiątkę zaćmienia księżyca, które nastąpiło w nocy z 4 na 5 listopada 1941 roku, ułożyła trzynasto- lub czternastoletnia dziewczynka i jej matka, rzucone wraz z dziadkami w kazachstańskie stepy. Mała Regina dzień po dniu notowała w swoim pamiętniku "syberyjskim" najważniejsze wydarzenia. Dzięki temu jego autorka po wielu latach mogła ze szczegółami odtworzyć swoje wojenne, w tym zesłańcze losy. Z opowieścią o zdarzeniach, których była świadkiem, możemy zapoznać się, sięgając po książkę historyka Marka A. Koprowskiego pt. Dziewczyny kresowe, będącej zbiorem dziewięciu przejmujących opowieści Polek urodzonych nie tylko na dawnych Kresach Rzeczpospolitej: Wołyniu, Wileńszczyźnie, Żytomierszczyźnie, Kijowszczyźnie, Podolu, lecz także na Dalekim Wschodzie: nad Morzem Czarnym (Odessie), Morzem Japońskim  (we Władywostoku) oraz w Mołdawii (w Bielcach), a więc z dziada i pradziada mających kresowe korzenie.
        Każda taka publikacja poszerza „ogród pamięci”, jak to ujmuję. W ten sposób pamięć o ofiarach represji sowieckiego aparatu terroru przetrwa aż do następnych pokoleń. Jak powiedziała autorowi książki Regina Szablowska-Lutyńska, należy mieć nadzieję, że następne pokolenia będą potrafiły utrwalić pamięć o bezpowrotnie minionej przeszłości, o dawnych społeczeństwach, które przestały istnieć na Kresach w wyniku okrutnych trybów historii.

     O tym, jak nieludzki był stalinowski terror (pamiętajmy, że nie zaczął się on z chwilą wybuchu wojny, ale znacznie wcześniej), najlepiej może świadczyć fragment opowieści Reginy Szablowskiej-Lutyńskiej, która zapamiętała taką symboliczną scenę po wkroczeniu 17 września 1939 roku Sowietów do jej rodzinnej miejscowości położonej na Wołyniu, Mizocza:


     Na łuku bramy wjazdowej nowi gospodarze zawiesili na sznurku portret Stalina. Zrobili to byle jak, bo po pewnym czasie oderwał się i wisiał na jednym sznurku. Ludzie mówili, że to dlatego, że uważnie słuchał modlitw Szurki. Była to Żydówka o bardzo pięknych, rudych włosach, ale nie całkiem normalna. Kryła jednak w sobie jakąś mądrość, bo jak przechodziła koło bramy […], to stawała przed portretem Stalina i czyniąc pokłony jak przed ikoną, odprawiała litanie. Zaczynało się to zazwyczaj następująco: „Spasybi tobi Batko Stalin za to szczo ty nas wyzwołył wid: chliba, sała, czobit…”, czyli: „Dziękuję, ojcze Stalinie, za to, żeś nas wyzwolił od: chleba, słoniny, butów”. Często rozszerzała tę wyliczankę w zależności od tego, jakich produktów aktualnie jej brakowało. (s. 35-36)


      W latach 1940-1941 władze sowieckie, rządząc za pomocą terroru, dokonały czterech wielkich operacji deportacyjnych z ziem polskich: w lutym, kwietniu i czerwcu 1940 oraz w maju-czerwcu 1941. W kazachstańskie stepy wywiezione zostały przeważnie kobiety, dzieci oraz osoby w podeszłym wieku, a więc ludzie nieprzygotowani do ciężkiej pracy w gospodarstwach rolnych, życia w prymitywnych warunkach i surowym klimacie.
      Kwietniowa deportacja objęła trzy spośród dziewięciu bohaterek książki: Reginę Szablowską-Lutyńską, Danutę Trylską-Siekańską (dziś obie Panie mieszkają w Krakowie, z którym związały swoje życie po powrocie z Kazachstanu, i działają w Związku Sybiraków) oraz Stefanię Dyluś (zmarła w 2015 roku w Częstochowie, gdzie zamieszkała po wojnie). Te „dziewczyny kresowe” wraz z rodzinami toczyły przez sześć lat walkę o przetrwanie, o przeżycie każdego dnia, o zachowanie swojego człowieczeństwa i nadziei. W groźnym syberyjskim klimacie, niedożywione, schorowane, przymuszane do katorżniczej pracy, pragnęły tylko jednego: oddalić widmo śmierci i wrócić do ojczyzny. 
    Autorka czwartej relacji, Janina Całko, cudem przeżyła wielki głód na Ukrainie w latach 1932-1933, a następnie, po wybuchu drugiej wojny światowej, po wkroczeniu Niemców na Żytomierszczyznę, z powodu biedy postanowiła udać się na Wołyń w poszukiwaniu pracy. Tu z kolei w 1943 roku musiała uciekać przed nożami oszalałych z nienawiści do „Lachów” Ukraińców. Po zakończeniu wojny zamieszkała w Dołbyszu, gdzie aż do rozpadu Związku Radzieckiego organizowała spotkania modlitewne, narażając się na szykany ze stron władz. Kolejne opowieści łączy fakt, że ich autorki były córkami „wrogów ludu” i w związku z tym były wraz z rodzinami na różne sposoby gnębione. Córkę oficera Armii Czerwonej, rozstrzelanego w ramach „wielkich czystek” w 1937 roku, Aleksandrę Jełancewę, potraktowano „łagodnie” i skierowano nie do łagru, ale do pracy na Kołymę, do Magadanu - „bramy piekieł”, jak nazwie to złowieszcze i ponure miasto autorka relacji. Wyznała ona:

      Nigdy nie narzekałam na swój los, który stał się udziałem córki „wraga naroda”. Nie będąc zesłana, całe swoje życie spędziłam w miejscu, które dla tysięcy ludzi stało się prawdziwym piekłem, a często i grobem. […] brakowało mi uczestnictwa we mszy świętej i możliwości przystępowania do sakramentów. Sowieci starali się wygnać Pana Boga z całego Dalekiego Wschodu. […] Do Polski już raczej nie pojadę. Proszę jednak napisać, że tu w Jarosławiu nad Wołgą żyje taka „Babula”,  która jest dumna z tego, że jest Polką i się tego nie wstydzi. (s. 238-242)

      W podobnym tonie utrzymane są opowieści Reginy Stanisławskiej-Stańki, Mirosławy Jefimowej oraz Janiny Górskiej. Ojca Reginy Stanisławskiej władze sowieckie także uznały za „wroga ludu” i w 1937 roku po raz pierwszy aresztowali go, a rok później ponownie, wyganiając jednocześnie rodzinę z domu. Na opuszczenie Władywostoku mieli tylko dziesięć dni. Po latach powie o sobie, że jest „przedstawicielką zwykłej polskiej rodziny, w która w wyniku dziejowych zawirowań znalazła się na Syberii”. Książkę o Polkach żyjących przed wojną na Kresach lub ziemiach związanych z dawną Rzeczpospolitą, straszliwie doświadczonych przez komunizm i nazizm, zamyka historia opowiedziana przez siostrę Urszulę Biełołus, która była świadkiem niszczenia przez Sowietów polskości i parafii w Murafie - „jednym z największych na Podolu i całej Ukrainie ośrodku powołań kapłańskich i zakonnych”.
     Wspólną cechą wszystkich opowieści jest wątek ofiarnej i odważnej walki o zachowanie swojej tożsamości i wiary w Boga. Wyniesione z kresowych domów wychowanie patriotyczne i religijne pozwoliło przetrwać gehennę zsyłek i inne szykany ze strony władz sowieckich. Autorki opowieści i ich rodziny reżim sowiecki gnębił tylko dlatego, że miały polskie pochodzenie. Polak z założenia był wrogiem, więc Sowieci okrutnymi metodami dążyli do zgładzenia polskości. Przez wiele lat Polacy żyjący na Kresach byli pozbawiani formalnych możliwości pielęgnowania polskości i wyznawania wiary. Jakże często dziś, w czasach pokoju i wolności, my, Polacy, o tym zapominamy. Cieszmy się tym, że możemy bez przeszkód modlić się w kościołach i publicznie wyznawać wiarę. Taką wolność zawdzięczamy także tym dzielnym „dziewczynom kresowym”.
     Autentyczność to podstawowy walor tej książki. Zawiera ona historie spisane na podstawie rozmów autora ze świadkami wydarzeń, które dotknęły Polaków mieszkających podczas drugiej wojny światowej na Kresach lub mających kresowe korzenie. Kobiety wspominają, po przeszło pięćdziesięciu latach, swój koniec świata, ich osobistego świata, do którego – o czym większość z nich była i jest przekonana – nigdy nie będzie już powrotu. Przez długie lata nie wolno im było o nich mówić. Dziś są wdzięczne Bogu, że mogły podzielić się swoimi przeżyciami. Choć traumatyczna przeszłość zahartowała ich ciała i umysły, niewiele już „dziewcząt kresowych” pozostało wśród nas. Odchodzą szybko, dlatego tak cenne są próby dotarcia do nich i utrwalenia ich historii.
      Historie wszystkich „dziewcząt kresowych” pozostaną w moim sercu i mojej pamięci na długo… Warto zapoznać się z nimi, bo należą do skarbnicy polskiej historii, a ona kształtuje naszą tożsamość. Nigdy mało tego rodzaju książek. Publikując je i czytając, przyczyniamy się do wzbogacania krajobrazu pamięci o polskich bohaterach i ofiarach tragicznej historii XX wieku. Spisane i zebrane przez Koprowskiego wspomnienia Polek zamieszkujących przed wojną Kresy tworzą żywą, niezapomnianą lekcję historii. Uświadamiają, że każda z ofiar dwóch totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu, miała imię i że każda zasługuje na ludzką pamięć.
    Poziom edytorski książki jest bardzo wysoki: duża, przyjazna dla oka czcionka, sporo pomocnych i cennych zdjęć, zarówno czarno-białych, jak i kolorowych, papier ecco buuk, który sprawia, że tom, choć gruby, nie jest ciężki. Okładka nie przypadła mi do gustu, bo wolałabym na niej zdjęcie z wizerunkiem jednej z bohaterek książki, a nie współczesnej dziewczyny. Poza tym brakuje mi: odautorskiego komentarza, czyli spojrzenia Marka A. Koprowskiego jako historyka na zebrany przez niego materiał (krótki wstęp to dla mnie za mało); przypisów objaśniających kontekst pewnych epizodów czy faktów opowiedzianych w każdej relacji; zamieszczonych na końcu publikacji biogramów wraz ze zdjęciem każdej autorki relacji oraz bibliografii, która by wskazała czytelnikom możliwości poszerzania swojej wiedzy na ten temat.
Recenzja Beaty Bednarz pierwotnie ukazała się na blogu Szczur w antykwariacie

sobota, 17 czerwca 2017

Franciszek Wysłouch, Echa Polesia


Echa Polesia

Franciszek Wysłouch 1918

Franciszek Wysłouch

 LTW 2012

Z Polesia na Wyspy

     Franciszek Wysłouch urodzony w Pirkowiczach na Polesiu rozłożył na czynniki pierwsze fenomen owej krainy geograficznej obecnie znajdującej się w granicach Białorusi, Ukrainy, Polski i Rosji. Potomek rodu Wysłouchów herbu Odyniec dorastał w patriotycznej atmosferze kresowego dworu. Życiorys Franciszka Wysłoucha obfituje w wydarzenia charakterystyczne dla miłujących Ojczyznę spadkobierców Jagiełły, Batorego, Sobieskiego. Zesłanie na Syberię, walka w Legionach Polskich, udział w wojnie polsko-bolszewickiej, obrona Rzeczypospolitej podczas Kampanii Wrześniowej, internowanie i sowiecka niewola, ucieczka do formującego się we Francji wojska polskiego, pokonał  szlak bojowy z Armią gen. Andersa (m.in. uczestnik bitwy pod Monte Cassino). Po wojnie, jak większość polskich bojowników niegodzących się z komunistyczną rzeczywistością Polski Ludowej, zdecydował się na emigrację w Wielkiej Brytanii. Przebywając na obczyźnie pozostał jednak wiernym synem polskiej ziemi. Wielkiej miłości swego życia poświęcił trzy książki: „Opowiadania poleskie”, „Na ścieżkach Polesia” i „Echa Polesia”, dzięki czemu nazwano go „piewcą Polesia”. Pisarz ten malował również poleskie pejzaże. Będąc zapalonym myśliwym, jak nikt znał i rozumiał poleską przyrodę z jej rozległymi puszczami, nieprzebytymi mokradłami, bezkresnymi polami. Obcując ze światem miejscowej ludności od podszewki poznał Poleszuków, sól tej ziemi…

Od kaczek do wilków

     „Echa Polesia” niosą się daleko i długo z uwagi na niebanalne „opisy przyrody” autorstwa wygnańca ogarniętego wieczną tęsknotą za krajem lat dziecinnych. Franciszek Wysłouch uchwycił najdelikatniejsze tony i najsubtelniejsze barwy poleskich krajobrazów towarzyszące zjawiskom charakterystycznym tylko dla krainy niekończących się mokradeł i oddalonych od siebie siedzib ludzkich. Skupił się na funkcjonowaniu ludzi, zwierząt i roślin oraz trwaniu przyrody nieożywionej, wybierając do opisu większe systemy, np. puszczę,  jak i drobne epizody, np. Litewskie surmy. Pisarz przekazał wrażenia i przeżycia, jakie zakorzeniły się w jego pamięci i zachowały się w niej na długie lata bolesnej emigracji. W duszę myśliwego zapadły obrazy polowań na kaczki i obław na wilki; miłośnik natury z dużą znajomością rzeczy wspominał też o pszczołach, grzybach, drzewach, mszarach, tokach, rybach.
Wilk w nocy - Alfred Wierusz-Kowalski
Wilk w nocy - Alfred Wierusz-Kowalski
Polesie - Iwan Szyszkin
Polesie - Iwan Szyszkin



Zawsze tak było

     Najwięcej jednak miejsca przeznaczył na charakterystykę funkcjonowania społeczności chłopskiej i jej koegzystencji z przyrodą. Urzekły mnie rozdziały o koszeniu łąk, nocnym wypasaniu koni, wykopkach kartofli, wypalaniu łąk i wyrębów leśnych, drzewach mogilnych, lodowych wycieczkach, zimowych połowach. Spośród wielu ludzkich typów autor w szczególnie korzystnym świetle  przedstawił strażników leśnych i „ochotników” żyjących zgodnie z prawami puszczańskimi. „Zamknięty klan leśnych ludzi” postępował zgodnie z łowieckimi obyczajami ulegając przesądom pokutującym od wieków wśród Poleszuków. Pytani o przyczyny panujących nakazów odpowiadali oni, że „zawsze tak było” demonstrując w ten sposób siłę zwyczaju ludowego lub kwitując spostrzeżeniem, iż „tajemnicy bronią wieki”. 
Niewątpliwym walorem opowieści są fragmenty tekstu poświęcone odwiecznym wrogom człowieka – wilkom. Łowca z krwi i kości nie ograniczył się jedynie do relacji z polowań na te drapieżniki, ale pięknie opowiedział o ich stadnych zwyczajach. Z ogromnym znawstwem praw natury nakreślił obraz głodnych wilków, ich skargę wyrażaną żałosnym skowytem.

Święty ogień boży

     W rozdziale „Ogień – sojusznik człowieka” Franciszek Wysłouch scharakteryzował niepospolity szacunek, jakim Poleszucy darzyli żywy ogień, którego nie należało gasić wodą. Pożaru wznieconego od pioruna nie tłumiono w ogóle, bo był to święty ogień boży. Jak ciepłe uczucia żywił do ognia autor, pokazuje zdanie: „taki mały ogienek przykucnięty”.
Pisarz zręcznie posłużył się nienaganną polszczyzną niejednokrotnie budując frazy mimowolnie zapadające w pamięć, np. „Noc otula ziemię odpoczynkiem”. Sformułował też pełne patosu określenie pożytecznej pracy chłopów podczas żniw: „obrzęd zbioru wobec majestatu gotowego do ofiary dojrzałego zboża. Daru Boga”.
Wyrazistość opisów poleskiej natury i dynamiczne dialogi zbudowały niepowtarzalny nastój opowiadań będących wyrafinowanym wyrazem tęsknoty Franciszka Wysłoucha za rodzinnymi stronami. Z opowieści „Echa Polesia” wyłoniła się raz sielankowa, a raz posępna sceneria świata Poleszuków z ich pobożnością i zabobonami, myślistwem i kłusownictwem. Pisarz obdarzony naturą łowcy wprowadził czytelnika w krainę podmokłych czaharów porośniętych oczeretami, pozwolił usłyszeć brzmienie jesiennej surmy, zbliżyć się do niedostępnej kokorycy czy puścić na wodę krychuchę.
Prypeć 2005
Prypeć 2005
Mapa Polesia w Muzeum PPN
Mapa Polesia w Muzeum PPN

Od Prypeci do Bugu

     Autor, odtwarzając przeszłość, obracał się w kręgu tematów egzotycznych dla współczesnych mu rodaków, tak jak i on przebywających na Wyspach Brytyjskich na emigracji. Uważam, że „Echa Polesia” byłyby lepiej słyszalne, gdyby pisarz do wykreowania kresowej rzeczywistości w dorzeczach Prypeci i Bugu posłużył się formą powieści a nie opowiadań.  Jestem przekonana, że powieść ta z powodzeniem konkurowałaby z tomem Soból i pannaJózefa Weyssenhoffa, tym bardziej, iż tekst Franciszka Wysłoucha obfituje w głębokie przemyślenia wrażliwego humanisty:
„Wtedy dopiero mogłem zobaczyć, jak bogate i pełne naturalnej prężności jest życie, gdy człowiek mu nie przeszkadza”.
Tekst ukazał się na blogu Czytam po polsku

wtorek, 13 czerwca 2017

"Schulz pod kluczem" - Wiesław Budzyński



       Odkąd prowadzę bloga sporo czytałam o,  przynajmniej,  tych dwu sztandarowych książkach Bruno Schulza, jakimi są : "Sklepy cynamonowe" i "Sanatorium pod klepsydrą", ale  ich Autor nadal był mi zupełnie nie znany/ do liceum chodziłam w latach 60-tych, nie studiowałam polonistyki ani literaturoznawstwa więc chyba jestem jakoś wytłumaczona/. Toteż, gdy zobaczyłam książkę  Wiesława Budzyńskiego - zaintrygowana nią -  zdecydowałam się dołączyć ją do innych nabywanych książek. I w ten sposób za mizerne, chyba, 5 zł  stałam się posiadaczką, jak się okazało nie tylko dobrze i estetycznie wydanej, ale przede wszystkim doskonale, bo rzetelnie i błyskotliwie napisanej, i przynajmniej dla mnie odkrywczej biografii mistrza z Drohobycza na Kresach - dzisiaj Ukraina. 

               Po lekturze tej fascynującej, oddziaływujacej na moją wyobrażnię, a przy tym czytającej się jak bardzo dobra powieść, książki -  syn niezamożnego kupca bławatnego z Drohobycza, Jakuba Schulza, po którym odziedziczył słabe zdrowie i szczupłą przygarbioną sylwetkę, ale równocześnie nadzwyczajną inteligencję,  wyobraźnię i marzycielstwo a także dowcip i poczucie humoru zrobił się dla mnie nagle kimś znajomym. 

             Wiesław Budzyński pozwala czytelnikowi poznać Bruno Schulza poprzez cytowanie  wypowiedzi osób, które go znały oraz fragmentów listów, z tych, które zachowały się, a jego kontakty korespondencyjne były szerokie i bogate w treść. Autor przywołuje w swej książce również Jerzego Ficowskiego, który poczynił wiele starań, by odnaleźć spuściznę epistolograficzną, literacką i rysowniczą, która niestety poniosła ogromne straty wskutek działań totalitaryzmów XX wieku. Z książki i snutych wspomnień , a także fragmentów listów wyłania się czytelnikowi wielce dramatyczna postać. Człowiek pełen kompleksów i zahamowań, niedostosowany do życia, uważany przez innych za dziwoląga, którego jedynym pragnieniem było być wolnym i móc pisać. A to nie było mu dane, gdyż by utrzymać swą matkę, chorą siostrę i jej syna musiał wykonywać znienawidzony zawód nauczyciela rysunków. Gdy nie otrzymał upragnionego urlopu w jednym z listów pisał :"[...]nadal hałastra będzie wyprawiała harce na moich nerwach. [...] Nerwy moje rozbiegły się siecią po całej pracowni robót ręcznych, rozprzestrzeniły się po podłodze, wytapetowały ściany i oplotły gęstąplecionką warsztaty i kowadło..."

               Drugim bohaterem  książkiWiesława Budzyńskiego - równie intrygującym -  jest miasteczko Drohobycz na Kresach, na tle którego ukazuje on Bruno Schulza. Wielonarodowy, barwny w tamtym czasie Drohobycz, w którym ten czuł się najlepiej, i którego nie chciał opuszczać....nawet dla Józefy Szelińskiej, nazywanej przez siebie narzeczoną, tego nie zrobił i nie przeniósł się do Warszawy. Drohobycz, w którym się urodził, żył, tworzył i w końcu znalazł  tragiczną śmierć z rąk SS-mana, i pozbawiony został pośmiertnego miejsca. Drohobycz, ktróry nigdy go nie znał tak do końca i nie docenił, w którym dzisiaj mało kto wie kim Bruno Schulz był.


                "Schulz pod kluczem" to świetnie i szybko się czytająca biografia nietuzinkowego człowieka, ale również miasta, które przechodziło jak on różne koleje losu, co zubożyło je pod każdym względem .

                 Książka jest zaopatrzona w stare zdjęcia Drohobycza i rysunki Bruno Schulza, w tym jego autoportrety, co dodatkowo podnosi jej wartość a poza tym mnóstwo przypisów, z których dokładnie poznajemy osoby, których wspomnienia pojawiają się na jej kartach. A Drohobycz, jak się okazuje był rodzinnym miastem wielu znakomitości..........znanych, mniej znanych i zupełnie nieznanych.

_______________________


Wpis pochodzi z mojego bloga

czwartek, 8 czerwca 2017

Aneta Prymaka-Oniszk, „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”




Nie mam na razie czasu na szerokie rozpisywanie się o tej książce, ale chciałabym jednak zaznaczyć, że jest taka pozycja. Moim zdaniem, jest ona dość cenna ze względu zupełnie zapomniany temat bieżeńców polskich w czasie I wojny światowej. Być może zainteresują się nią ci wszyscy, których pociąga tematyka I wojny światowej, Kresów i rewolucji październikowej?

Kiedy w 1915 roku nastąpiła ofensywa wojsk prusko-austriackich na froncie wschodnim, Rosjanie zaczęli się cofać. Jednocześnie zarządzili ewakuację ludności cywilnej z niektórych terenów. Ewakuacja była praktycznie przymusowa, wojska rosyjskie paliły domy, całe wioski, niszczyły także zasiewy (to było w porze wiosenno-letniej). Ludzie chcąc nie chcąc, musieli udać się na tułaczkę w głąb Rosji. W niektórych przypadkach ich wędrówka trwała kilka lat, aż do czasu rewolucji październikowej w Rosji, a zdarzało się, że i dłużej. Niektórzy wracali, inni nigdy nie wrócili do Polski. Temat bieżeńców był kilka razy podejmowany przez literaturę piękną okresu międzywojennego („Florian z Wielkiej Hłuszy” Marii Rodziewiczówny), a także literaturę powojenną („Szklana góra” Eugeniusza Werstina) oraz emigracyjną („Lewa wolna” Józefa Mackiewicza).

Natomiast Aneta Prymaka-Oniszk napisała na ten temat reportaż historyczny, posiłkując się przy tym różnymi, dość bogatymi źródłami.

Nie lubię tego robić, ale ze względu na brak czasu, oto cytat ze strony wydawcy książki „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”:

„Lato 1915 roku. Armia rosyjska pod naporem wroga wycofuje się z Królestwa Polskiego i zachodnich krańców Imperium. „Niemiec będzie babom cycki obcinał” – niesie się po wsiach. Spod Lublina, Chełma, Łomży, Ostrołęki, a nawet Warszawy obładowane wozy ruszają w głąb Rosji. Z obszarów na wschód od Białegostoku wyjeżdża nawet osiemdziesiąt procent mieszkańców. Wędrują w skwarze, bez wody i jedzenia. Niemieckie samoloty bombardują wojsko, nie szczędząc uciekinierów. Przy drogach zostają mogiły, część ciał leży niepogrzebana. Wybuchają epidemie. Masowo umierają dzieci.
Bieżeńcy – tak po rosyjsku nazywają uciekinierów carskie władze – są rozwożeni po całej Rosji. Gdy we wsiach gdzieś na Syberii czy nad Donem z trudem budują nowe życie, wybucha rewolucja, niszcząc pozostałe filary „odwiecznego porządku”: carską władzę i religię. Bieżeńcy znowu ruszają w drogę, teraz w drugą stronę, do odrodzonego Państwa Polskiego. Powrót przynosi kolejne „końce świata”.
Z terenu Polski wyjechać mogły ponad dwa miliony osób, ale o bieżeństwie milczą podręczniki. Opowieść ocalają potomkowie bieżeńców. To historia, którą można opowiadać z wielu perspektyw: ludzi postawionych w ekstremalnej sytuacji, chłopów, których świat ginie na ich oczach, wreszcie – uchodźców, uciekinierów, ofiar kolejnych wojen.
"To znakomite opracowanie losów poszczególnych ludzi i całej zbiorowości doświadczonych kataklizmem wojny i towarzyszącej jej polityki."
prof. dr hab. Eugeniusz Mironowicz
"„Szli dzień i noc…” Na wschód. Katolicy, prawosławni, Żydzi, panowie, służba, chłopi, kobiety, dzieci, konie, bydło i psy; zdumiewający exodus wyparty z pamięci następnych pokoleń przez inne nieszczęścia XX wieku. Aneta Prymaka-Oniszk postanowiła, że nie zostawi tych uciekinierów. Jej książka to rzetelny dokument historyczny, piękna opowieść, dowód współczującej pamięci."

Małgorzata Szejnert”

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

piątek, 2 czerwca 2017

Marian Hemar, Awantury w rodzinie

 


 




"Moją ojczyzną jest polska mowa,
Słowa wierszem wiązane.
Gdy umrę, wszystko mi jedno gdzie,
Gdy umrę, w niej pochowają mnie
I w niej zostanę."



Polak amator

     Galicyjski Żyd, Marian Hemar, określający się jako „ochotniczy Polak… Z zaciągu, nie z poboru”, „Polak amator” w książce zatytułowanej „Awantury w rodzinie” dał wyraz swej bezwarunkowej miłość do Polski i Lwowa. Pierwsze ćwierćwiecze życia, spędzone we Lwowie, ukształtowało w nim poetę i pisarza, a warszawskie lata wieku męskiego przyniosły znaczący dorobek literacki. Emigracyjny okres londyński to wieczna polemika z tymi, którzy nie opuścili Kraju w wyniku kataklizmu wojny światowej.
Jan Marian Hescheles parał się wieloma formami literackimi: od piosenek, przez fraszki, wiersze, do szkiców, esejów, dramatów, tłumaczeń, recenzji. W pamiętnych latach dwudziestych XX wieku osiadł w środowisku warszawskich kabaretów, teatrów, prasy, radia i poetów „Skamandra”. Był u szczytu kariery, gdy zdarzył się wrzesień 1939 roku. Porażony klęską przedwojennej Polski, nie mogąc się pogodzić z komunistycznymi nie(porządkami) w Ojczyźnie, zdecydował się na los wiecznego tułacza, tak bliski polskim twórcom.

Hemar a sprawa polska

     Marian Hemar w szkicach powstałych w przeciągu dwudziestu pięciu lat uciążliwej tułaczki poruszył wiele tematów związanych z utraconą Ojczyzną – Polską, z pozyskaną ojczyzną – Anglią, z życiem emigracji, gdzie „każdy z nich ma kogoś z rodaków współwygnańców,… «któremu się nie kłania»”, z życiem pisarza i poety. Wszystkie te eseje napisano piękną polszczyzną zgodnie z zasadami higieny językowej wyznawanej przez autora. Hemar – prozaik nie unikał w swych rozważaniach kwestii ogólnych, które dotykał, jakby mimochodem, reagując piórem na  aktualne wydarzenia w Kraju i poza Nim. Sprawa polska pozostawała przez wszystkie emigracyjne lata w jego sercu na miejscu centralnym; stał na stanowisku, iż jest ona kluczem do literatury polskiej. Jakkolwiek „przemieniona w emocjonalizm, w sentyment, w egzaltację”, jednakże „Literatura nasza spełniła w historii naszej zadania, jakich zaszczytu nie dostąpiła literatura żadnego narodu na świecie”. O piszącym w tym duchu Marianie Hemarze można by powiedzieć, że był „Polakiem-szowinistą, który byłby skłonny utrzymywać, że Pan Bóg, stwarzając świat, wyrzekł słowa „Stań się!” - po polsku”.

Tam jest dom mój, gdzie książki moje

     Drugim ważkim zagadnieniem w zbiorze felietonów emigracyjnego twórcy są książki, rozumiane jako przejaw kultury wyższej: „Tam jest dom mój, gdzie książki moje”. Kilkustronicowy „Toast”  na zdrowie książki autor kończy słowami najpełniej świadczącymi o fundamentalnej roli, jaką przypisuje słowu drukowanemu: „najlepiej uczy, najwięcej mówi, najgłębiej przemawia do serca i do wyobraźni, najczulej wzrusza, najweselej bawi,… w odcięciu od wszystkiego świata czytana – książka”.
Swoisty traktat o książkach i czytaniu obejmuje omówienie problematyki książki emigracyjnej oraz  wnikliwe recenzje i szczególne referencje dla wybranych książek. Autor pochylił się nad kwestią, która i mnie bardzo interesuje, tłumaczenia literatury pięknej, a szczególnie poezji. Wymienił zasadnicze warunki, jakie musi spełnić dobre tłumaczenie literackie odnośnie treści, formy, stylu i piękna, konkludując: Na nic przekład, który „przełoży wiersze bez ich poezji”. W rozdziale „Angielski Pan Tadeusz” Marian Hemar opowiada o doskonałym przekładzie naszej epopei narodowej przytaczając wersy oryginalne i angielskie, np.
„O, roku ów, kto ciebie widział w naszym kraju!
O year of years, and to have seen thee there!

Marian Hemar, Fryderyk Jarossy i Julian Tuwim  - 1936
Marian Hemar, Fryderyk Jarossy i Julian Tuwim  - 1936

Sztuka i komercja

     Wspominając wybitne postaci polskiej przedwojennej kultury, z podziwu godną uczciwością, wracał pamięcią do ich najlepszych dokonań, nie pomijając i drobnych potknięć twórczych i życiowych. Przywołał pamięcią Juliana Tuwima, Jana Lechonia, Fryderyka Jarosy’ego, Stanisława Cat-Mackiewicza, Sergiusza Piaseckiego, Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego, Rafała Malczewskiego, Marka Hłaskę i wielu ludzi teatru krajowego i emigracyjnego. Narodowa scena jest adresatem toastu, który Marian Hemar wzniósł „na cześć naszego teatru, który najgorsze klęski naszego narodu zmienia w najwyższe zwycięstwa naszej sztuki”. Rodzime spektakle mógł wystawić jedynie „teatr dbały o kulturę gry zespołowej i dekoracji, o szlachetną linię repertuaru, często wbrew interesom komercyjnym”. Autor przypisuje komercji wyjątkowe znaczenie, donosząc w „Kablem z Ameryki”, w swego rodzaju rozprawkach, o pogoni za dolarem i reklamie. Równie niechętnie odnosi się do wszechobecnej polityki, która jest amoralna, bowiem  „jest sztuką działania dla dobra własnego narodu… jest sztuką świętego egoizmu, świętego oportunizmu, świętej hipokryzji, świętego profitu”. Poruszając trudne tematy emigracyjnej egzystencji Polaków na Wyspach Brytyjskich analizował wydarzenia i stosunki polsko-angielskie oraz polsko-niemieckie na przestrzenie kilku wieków dziejów Europy. 

Liryczne niebotyki

   Epik i liryk, obdarzony otwartym umysłem, przeanalizował w szkicach różnice między tworzeniem poezji a prozy, konkludując: „Wiersz jest znacznie łatwiejszy, właściwie pisze się sam”. No, cóż…
     W twórczości literackiej Mariana Hemara na pierwszy plan wysuwa się piękny poetycki język i jedyne w swoim rodzaju poczucie humoru. Z bogatego wachlarza przykładów literackiego talentu  autora zawartych w publikacji „Awantury w rodzinie” przedstawiam kilka próbek, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Część z nich urzekła mnie poetycką formą wyrazu: „nieskazitelną dykcją, której humor rzeźbi zdania”, „gdy sobie w oczy pomyśleć” czy „miałem wrażenie, jakbym te strony czytał szeptem”. Inne zaś zainteresowały mnie szczególną grą słów: określenie drapaczy chmur - „tych dzielnic postawionych na sztorc”, niepochlebna opinia o Żydzie - „ob-żydliwy” czy nazwanie wydawcy „akuszerką literatury”.

Być Polakiem w Polsce

     Marian Hemar wielkim patriotą był! Jego patriotyzm łączył żarliwy romantyczny idealizm z realizmem obrońcy Ojczyzny, świadomego blasków i cieni polskiego przedwojnia i powojnia.
„Modlitwa”
Marian Hemar
Marian Hemar
Nie sprowadzaj nas cudem na Ojczyzny łono,
Ni przyjaźnią angielską, ni łaską anielską.
Jeśli chcesz nam przywrócić ziemię rodzicielską,
Nie wracaj darowanej. Przywróć zasłużoną.

Nasza to wielka wina, żeśmy z Twoich cudów
Nic się nie nauczyli. Na łaski bezbrzeżne
Liczyliśmy, tak pewni, jakby nam należne,
Aby nas wyręczały z Jej należnych trudów.

Za bardzośmy Ojczyznę kochali świętami.
Za bardzośmy wierzyli, że zawsze nad Wisłą
Cud będzie czekał na nas i gromy wytrysną
Z niebieskiej maginockiej linii ponad nami.

I co dzień szliśmy w pobok Niej – tak jak przechodzień
Mija drzewo, a Boga w drzewie nie pamięta.
Marian Hemar
Marian Hemar
A Ojczyzna codziennie przecież była święta,
A Ona właśnie była tym cudem na co dzień.

Spraw, by wstała o własny wielki trud oparta,
Biała z naszego żaru, z naszej krwi czerwona,
By drogo kosztowała, drogo zapłacona,
Żebyśmy już wiedzieli, jak wiele jest warta.
By już na zawsze była w każdej naszej trosce
I już w każdej czułości, w lęku i rozpaczy,
By wnuk, zrodzon w wolności, wiedział, co to znaczy
Być wolnym, być u siebie – Być Polakiem w Polsce. 
My, współcześni czytelnicy, możemy tylko zapytać starozakonnego lwowiaka:
„Kto mu wyszeptał słowo nadziei,
Że on na zawsze, na wszystkie dni,
Do polskiej mapy ten Lwów przyklei
Gumą arabską...kropelką krwi...?”

 Tekst ukazał się na blogu CzytamPoPolsku.pl



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...