poniedziałek, 24 lipca 2017

Wojciech Wiśniewski, „Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową”





„Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową” Wojciecha Wiśniewskiego to jakby druga część znakomitej książki tego samego autora „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”. 
Helena z Zanów Stankiewiczowa to rodzona siostra Tomasza Zana i – podobnie jak on – potomkini słynnego Tomasza Zana „Promienistego”, przyjaciela Adama Mickiewicza. Te dwie książki razem składają się na tragiczną, barwną i interesującą historię rodziny Zanów. Siostra opowiedziała o tych rzeczach, które Tomaszowi wydawały się nieistotne i mało ważne. Jej wspomnienia to urocza, a miejscami dość dramatyczna opowieść o losach Polaków na kresach wschodnich. 
Zdaniem siostry, Tomasz Zan, zwany przez najbliższych Musiem, interesował się przede wszystkim wojaczką, a sprawy domowe obchodziły go dużo mniej, właściwie prawie wcale. Nie wdawał się więc w opowieści o babkach, ciotkach, krewnych i znajomych, romansach, zwyczajach domowych i zwyczajnym życiu codziennym w polskim dworze na kresach Rzeczpospolitej. O tym właśnie opowiedziała jego młodsza o dwa lata siostra.
Helena z Zanów Stankiewiczowa także urodziła się w pałacu matki w Duksztach, później zaś wyszła za mąż za Kazimierza Stankiewicza, właściciela majątku Berżeniki. Na okładce tej książki jest zaznaczony zielonym punktem, niedaleko granicy z Łotwą. 
Była panną piękną i posażną, pochodziła ze znanej na Kresach rodziny, miała więc wielu starających się. M. in. oświadczył się jej kompozytor Karol Szymanowski, który spędzał wakacje w majątku jej babki w Gierkanach. Muzyk jednak nie był zupełnie w guście młodej dziewczyny. Po pierwsze wydawał się jej za stary, do tego jakiś taki zniewieściały. Wprawdzie ubierał się wytwornie i elegancko, ale na śniadania przychodził w jakiejś jedwabnej piżamie, co właściwie nieco gorszyło młodą panienkę ze dworu. Odmówiła więc Szymanowskiemu, co spotkało się z aprobatą jej ojca, który dobrze wiedział, że muzyk absolutnie nie nadaje się na męża. Pewnie słyszał o jego homoseksualnych skłonnościach… 
„Przemądrzały Muś (brat) wrzasnął:
- Jesteś wariatka. Taką mogłaś zrobić partię. Zobaczysz, zostaniesz starą panną!
Mama płakała, ale nic nie powiedziała.”
Wkrótce potem brat przedstawił jej swojego przyjaciela, to jest mieszkającego w sąsiedztwie Kazimierza Stankiewicza, który po zniszczeniach wojennych odbudowywał właśnie rodowy majątek w położonych niedaleko Dukszt Berżenikach. To było zauroczenie od pierwszego wejrzenia. I to z obu stron!
Mamy więc w książce takie dialogi, niczym z powieści Jane Austen:
„- A ty z czego tak się cieszysz?
- Bo dzisiaj Stankiewicz mi się oświadczy.
- Oj, nie bądź taka pewna.
- Bardzo proszę, możemy się założyć.”
Rzeczywiście, wkrótce Stankiewicz oświadczył się:
„- Może zgodziłaby się pani zostać moją żoną – wydukał wreszcie z ulgą, że zdobył się na taki bohaterski czyn.
- Nie mogę odpowiedzieć od razu, za mało pana znam (…)
Miałam pewną wprawę, bo już kilka razy zdarzyło mi się dać kosza różnym konkurentom. Wówczas jednak używałam banalnych argumentów, że jestem jeszcze za młoda, nie myślałam o małżeństwie, że po prostu nie kocham. Tym razem jednak był to przystojny, przyjemny, kulturalny, pracowity, dobrze jeżdżący na koniu, prawdziwy mężczyzna z pięknym dworkiem, który prosił mnie o łaskę. Powiedziałam mu więc, że porozmawiam z tatusiem i odpowiem na jego propozycję.”  
I dalej:
„- A kiedy mogę spodziewać się odpowiedzi?
- No, dziś.
- Jak to? Dziś? Przyjadę do Dukszt bez zaproszenia? – Kazimierz był wyraźnie niezadowolony z mojej odpowiedzi.
Wpadłam na pomysł, że gdy będziemy wyjeżdżać z Berżenik, rzucę rękawieczki za skrzynię w korytarzu, a wieczorem Kazimierz przyjedzie z nimi do Dukszt.
Kiedy wróciliśmy ze spaceru, całe towarzystwo jeszcze tańczyło. My też ruszyliśmy w tany. Muś tańczył wtedy z siostrą Kazimierza i kiedy go mijałam, pokazałam mu sygnet (prezent od Kazimierza – przypis mój, Mery O.). Zaskoczony, zrobił głupią minę i powiedział bez sensu:
- No, uważaj, uważaj…
Rano odsypialiśmy przebalowaną noc, a po obiedzie poszłam do ojca na rozmowę.”
Ojciec, Tomasz Zan, pochwalił córkę za rozwagę, że wybrała Stankiewicza, mimo, że kręciło się koło niej tylu innych panów.  Uważał go bowiem za dobrą partię. Matka jednak, dziedziczka pałacu w Duktach, nie była zadowolona, liczyła bowiem, że jej córka złapie bogatego męża, np. wyjdzie za Justyna Strumiłłę z kluczem wielkich majątków. Ustalono, że Helena wyjedzie na rok postudiować w Krakowie, by zastanowić się nad swoim pomysłem zamążpójścia. I jeśli nadal będzie go podtrzymywać, to w następnym roku wyjdzie za Kazimierza.
W ten właśnie sposób 22-letnia Helena z Zanów stała się panią na Berżenikach. Ślub odbył się w 1926 roku, ale potem okazało się jednak, że to nie ona rządzi w domu, ale pracująca tam od lat kucharka Stefcia Szwarc, osoba dość obcesowa, która przemawiała do nowej pani w trzeciej osobie. „Nigdy nie zapomnę, jak pierwszego ranka, jako młoda dziedziczka wyszłam z sypialni i zauważyłam na progu zabłocone buty Kazimierza. Wstawał o czwartej, piątej rano i szedł z pracownikami w pole. Wzięłam więc buty do kuchni i nalałam wody do cebra, żeby je obmyć z gliny. A Stefcia jak nie ryknie:
- Zostawić to. Niech nie pokazuje, że taka pracowita. Fora z kuchni!”
Helena i Kazimierz Stankiewiczowie mieli trójkę dzieci: dwie córki i synka. Żyli w Berżenikach, prowadząc tam spore gospodarstwo rolne oraz letni pensjonat dla gości z Wilna i z Warszawy. Zdaje się, że to ich bytowanie przypominało egzystencję bohaterów powieści „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. Ot, takie życie dworkowe… Wokół mieszkała rodzina i znajomi. Większość osób była ze sobą w taki czy inny sposób spokrewniona. Pielęgnowano nawet bardzo stare więzy rodowe, pamiętano o kuzynach czwartego, piątego czy nawet szóstego stopnia. Takimi dalekimi krewnymi byli np. dla Heleny Stankiewiczowej słynny pisarz Józef Weyssenhof (który napisał swoją najgłośniejszą powieść „Soból i panna” biorąc za wzór ludzi z okolicy) czy ówczesny wysoki urzędnik w Wilnie, a późniejszy pisarz Michał Kryspin Pawlikowski, autor autobiograficznych książek „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego” oraz „Wojna i sezon”.
A potem nadeszła wojna, wrzesień 1939 roku, i wszystko się skończyło wraz z wejściem Sowietów. Dalsze życie Heleny to już była ciągła, stopniowa utrata. Najpierw straciła dom w Berżenikach, a potem swoją małą, kresową ojczyznę. Po wojnie repatriowała się „do Polski” i zamieszkała z rodziną w Warszawie. Pracowała jako kierowniczka stołówki, a potem magazynierka w szpitalu. Zmarła w 1996 roku. 
Jej córka Krystyna Stankiewiczówna nie tak dawno udzieliła wywiadu, w którym opowiadała o życiu w Berżenikach i pokazywła zdjęcia z rodowego albumu. Te rozmowy, prowadzone w jej warszawskim mieszkaniu, można znaleźć na YT
 
 
     
Wiśniewski Wojciech, „Pani na Berżenikach. Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową”, wyd. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

wtorek, 18 lipca 2017

Stanisław Wasylewski, Pod kopułą lwowskiego Ossolineum

Zakład Narodowy im. Ossolińskich we Lwowie










 

Od wolontariusza, przez stypendystę,  do asystenta

     200 lat temu Józef Maksymilian Jan Ossoliński herbu Topór ufundował tzw. Zakład Narodowy będący w założeniu ośrodkiem kultury i nauki polskiej (z naciskiem na polską literaturę). Zadaniem instytucji biblioteczno-muzealnej było podtrzymywanie tożsamości narodowej Polaków w Rzeczypospolitej zniewolonej przez zaborców. Przez mury szacownego Ossolineum przewinęła się cała plejada światłych polskich umysłów: uczonych, literatów, wydawców, bibliotekarzy, itp. Niektórzy z nich stali się bohaterami wspomnień Stanisława Wasylewskiego, zatytułowanych „Pod kopułą lwowskiego Ossolineum”. 
Stanisław Wasylewski przebył w Ossolineum drogę od wolontariusza, przez stypendystę,  do asystenta. Dane mu było poznać tajniki instytucji od podszewki, co skwapliwie przekazał czytelnikom swych pamiętników. Organizacja pracy biblioteki, ścieżki kariery zawodowej, sekrety katalogów, sygnatur, fiszek i zamówień przybliżone w rzeczonej publikacji zyskały na atrakcyjności w oczach miłośników książek. Wydarzenia opisane w „Pamiętniku stypendysty i asystenta Zakładu Narodowego im. Ossolińskich w latach 1905-1910” nie ograniczone zostały jednak do wymienionego pięciolecia. 

Przytułek św. Ossolina

     „Przytułek św. Ossolina”, jak żartobliwie nazywano Lwowską wszechnicę, wychował i wypuścił w świat wielu wybitnych Polaków, aby nieśli kaganek oświaty i sztandar polskości. O tych najbardziej zasłużonych dla Polski, Lwowa, Ossolineum toczy wspomnienia autor, który wyfrunął z tego gniazda polskości do Wielkopolski.  Wśród znakomitych ossolińczyków jego pamięć i pióro utrwaliły postaci Karola Szajnochy, Antoniego Małeckiego, Wojciecha Kętrzyńskiego, Bronisława Gubrynowicza, Juliusza Kleinera, Władysława Bełzę, Ludwika Bernackiego, Mieczysława Tretera, Czarnika, Hirschberga. W kilku rozdziałach pojawiły się osobistości szczególnie wyróżniające się w działalności na rzecz polskiego Lwowa,  np. Tadeusz Rutkowski – pomysłodawca Lwowskiej Galerii Sztuki, w której zgromadzono prywatne kolekcje polskich miłośników sztuki. Do dzisiaj galeria ta jest największym repozytorium malarstwa polskiego poza granicami kraju. 


Sala rękopisów lwowskiego Ossolineum
Sala rękopisów lwowskiego Ossolineum
Galeria obrazów - Muzeum Lubomirskich - Ossolineum we Lwowie
Galeria obrazów - Muzeum Lubomirskich - Ossolineum we Lwowie


















Akcja oczyszczania zbiorów muzealnych i bibliotecznych

     Zbiory lwowskiego Ossolineum zawierające unikalne zacne dzieła polskiej i światowej kultury i sztuki, pochodzące z kolekcji Lubomirskich, Sapiehów, Mniszków,  Skarbków, służyły pokoleniom Polaków aż do września 1939 roku, gdy nastąpił kres cywilizacji w jej dotychczasowym rozumieniu. Po drugiej wojnie światowej do Polski powróciło jedynie 20 % zasobów Ossolineum - część jako „dar narodu ukraińskiego dla narodu polskiego” (sic!). Reszta pozostała w Zakładzie Narodowym przemianowanym na Lwowską Narodową Naukową Bibliotekę Ukrainy im. Wasyla Stefanyka. Niestety, część zbiorów w ramach tzw. „akcji oczyszczania zbiorów muzealnych i bibliotecznych z dzieł szkodliwych” Ukraińcy trwale zniszczyli, aby nie pozostały ślady polskiej obecności na zachód od linii Curzona. Ossolińskie zbiory, które po wojnie znalazły się w Polsce, umieszczono we Wrocławiu pod starą nazwą Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.
Księgarnia - Ossolineum we Lwowie



Magazyn książek lwowskiego Ossolineum
Magazyn książek lwowskiego Ossolineum


Zakład Narodowy im. Ossolińskich i Lwowska Galerię Sztuki

     Pod kopułą lwowskiego Ossolineum tworzono dzieła schlebiające sztuce pisania piękną polszczyzną. Strony kreślone ręką Stanisława Wasylewskiego urzekły mnie m.in. połączeniami wyrazów, jak „ślad palca pana-lindowego” czy „niepamiętny świetnych Jana – Kazimierzowych tradycji”. Młody adept sztuki katalogowania uspokoił się, gdy jego „dusza cofnęła się z ramion na swoje miejsce”. Pamiętniki stypendysty tchną młodzieńczym optymizmem, choć pisane były przez dojrzałego człowieka,  bowiem „Szczęśliwi ci, którym barwy ((lat minionych )) nie narzuca spuchnięta wątroba”, jak napisał we wstępie autor. 

Rzeczpospolita Polska zniknęła na długie 123 lata z map Europy, lecz nie zniknęła z serc polskich patriotów, którzy tak, jak pewien lwowski księgarz „wszystkie swe wydawnictwa kalkulował na Polskę Niepodległą”. W takim duchu, dzięki staraniom najświatlejszych Synów Ojczyzny powołano do życia Zakład Narodowy im. Ossolińskich i Lwowską Galerię Sztuki.
Stanisław Wasylewski, Pod kopułą lwowskiego Ossolineum, Ossolineum 1958

Tekst ukazał się na blogu CzytamPoPolsku.pl 

piątek, 14 lipca 2017

Magdalena Jastrzębska, Panie kresowych siedzib

Nie wiem jak to się stało, że przegapiłem ubiegłoroczną premierę książki Magdaleny Jastrzębskiej. Jeszcze nie przeczytałem "Pań kresowych siedzib", a już ukazała się kolejna - "Portret Klementyny". Na szczęście rozpoczęły się wakacje, które sprzyjają nadrabianiu zaległości czytelniczych. Przechodząc do rzeczy: "Panie kresowych siedzib" to zbiór dwudziestu jeden opowieści o kobietach, które zapisały się w historii kresów. Przyznam, że mimo sympatii do autorki podszedłem trochę nieufnie do książki. Jestem przyzwyczajony do klasycznych biografii Magdaleny Jastrzębskiej tzn. jedna książka poświęcona jednej osobie. Wtedy można przedstawić wszystkie szczegóły z życia danej osoby, ukazać ją jako postać z krwi i kości, pokazać jej zalety i słabości. Cenię biografie Magdaleny Jastrzębskiej za powściągliwość w ocenach i dystans zachowywany w stosunku do prezentowanych postaci. Czytelnik sam może pokusić się o ustosunkowanie się do danej bohaterki. Tym razem na niespełna 250 stronach przedstawiono aż 21 kresowych dam. Trudno spodziewać się zatem pełnego portretu psychologicznego bohaterek. Zyskujemy za to coś innego - dostajemy próbkę wszystkich kobiet działających na kresach w XIX i na początku XX wieku. Możemy poznać życie całej grupy, a nie tylko jednej osoby. Oba podejścia mają swoje plusy i minusy. "Panie kresowych siedzib" są inne od poprzednich książek Magdaleny Jastrzębskiej. Inne, ale nie gorsze.
Przed lekturą zwracam uwagę na dwie rzeczy - okładkę i generalnie szatę graficzną oraz bibliografię. Okładka jak zwykle piękna. Wydawnictwu LTW można pogratulować grafika. Tekst wzbogaca prawie 150 ilustracji (zarówno czarno-białe, jak i w kolorze). Nie zdecydowano się na wkładkę z kredowym papierem, co dla mnie akurat nie jest minusem. Nigdy nie lubiłem wędrować pomiędzy głównym tekstem a ilustracjami z wkładki. Drugą istotną dla mnie kwestią, o której wspomniałem jest bibliografia. Nie przepadam za publikacjami, które wykorzystują jedynie dostępną na wyciągnięcie ręki literaturę przedmiotu. Magdalena Jastrzębska wykorzystała materiały archiwalne z Archiwum Narodowego w Krakowie, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Narodowej i i Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu oraz wiele artykułów z prasy.

Autorka wybrała naprawdę ciekawe postaci. Szczególnie zainteresowała mnie Regina Korzeniowska, która zdecydowanie wyróżniała się spośród dam swojej epoki. Nie wyszła nigdy za mąż, poświęcając się pracy naukowej. Niebywale pracowita. Stangreci skarżyli się, że zapala świeczkę w karecie, aby móc pracować nawet w czasie podróży. Była postacią nietuzinkową, z którą wiązało się wiele ciekawych historii i anegdot. Gdy uczyniła ślub, że będzie leżeć krzyżem przed obrazem Matki Boskiej Tywrowskiej jeśli zostanie wysłuchana, to oczywiście spełniła ją, ale za nią szedł lokaj... z materacem. "Nie ślubowałam ja przecie nabawić się reumatyzmów ani też wycierać mym nosem pyłu z waszych butów" - krótko skwitowała bohaterka.

Razem z autorką wędrujemy przez dworki i pałace, przyglądamy się życiu codziennemu kresowych kobiet, cieszymy się z ich sukcesów i smucimy poznając życiowe tragedie. Wchodzimy do świata, który choć przecież nieidealny, to jednak uporządkowany i mam wrażenie, że bardziej przyjazny człowiekowi niż ten dzisiejszy. Dziejowe zawieruchy ostatecznie pogrzebały tamtą rzeczywistość. Zostały z niej wspomnienia i trochę śladów materialnych, z których autorka buduje ciekawą opowieść.

"Panie kresowych siedzib" odczytałem jako opowieść o dobru. Ziemianki zapisały się przyjaźnie w pamięci okolicznej ludności za okazaną pomoc, hojność i ofiarowane innym serce. Niektóre były nadzwyczaj hojne. Jedna z bohaterek, Wanda z Łubieńskich Weyssenhoffowa, bywała oskarżana przez rodzinę o bezsensowną hojność. Wystarczyło, że rozmówca pochwalił należącą do niej rzecz, a ta już ją mu wręczała. Inna z bohaterek z kolei tyle przeznaczała na cele dobroczynne w trakcie jednego roku, ile inni może nie wydali przez całe życie. Może i uszczupliła znacznie stan swojego posiadania, ale niedługo później rewolucja bolszewicka i dwie wojny światowe zmiotły z ziemi większość fortun. Nie pozostało praktycznie nic po działalności tamtych ludzi poza dobrem, które ofiarowali innym.

Tekst ukazał się na blogu Libri amici, libri magistri

sobota, 1 lipca 2017

Wojciech Wiśniewski, Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem






Cóż za książka! Nie mogłam się oderwać i czytałam prawie do białego rana (tym bardziej, że miałam ciężką noc w sensie zdrowotnym, więc i tak bym nie spała). Odkąd przeszło dwa lata temu przeczytałam jej recenzję na blogu Magdaleny Jastrzębskiej (bioggraff.blogspot.com/2015/01/zan-ostatni-z-rodu.html), szukałam jej potem po różnych bibliotekach. I nic. Nigdzie w okolicy jej nie było, niestety. 
Ostatnio, kompletując zamówienie w antykwariacie WAW spotkałam ofertę sprzedaży tej książki za jedyne 13 złotych. I to pierwsze, chyba jeszcze na pół podziemne wydanie! Szybka decyzja: biorę! Bo zwykle wolę pierwsze wydanie niż późniejsze, do tego droższe. Książka trafiła do mnie w stanie idealnym, chyba nie była nigdy wcześniej czytana. Ale w trakcie mojej lektury rozpadła się na części. Jak się okazuje, słynny. „dobry” klej w latach 1980. był równie kiepski w wersji polskiej, jak i we francuskiej. No, nic, wsadzę ją teraz do woreczka, by się nie rozsypała. Bo na pewno będę do niej wracać!
Do rzeczy…
Tomasz Zan z książki Wojciecha Wiśniewskiego był prawnukiem słynnego Tomasza Zana, zwanego przez kolegów „Promienistym”, przyjaciela z młodości Adama Mickiewicza. Tamten Zan wziął na siebie cały ciężar oskarżenia młodych studentów o działalność w kołach filomatów i promienistych. Został za to skazany przez władze carskie na rok ciężkiego więzienia i zesłanie w głąb Rosji. Po powrocie ożenił się z Brygidą Świętorzecką, z którą miał trzech synów: Klemensa, Abdona i Wiktora. Abdon ożenił się z Jadwigą Fergus (córka napoleońskiego adiutanta, Irlandczyka Fergusa) i miał syna Tomasza. Tenże Tomasz ożenił się z Teresą Dowgiałło i był ojcem bohatera naszej książki. 
Tomasz Zan  (1902-1989) urodził się w majątku matki Dukszty:

Dzieciństwo i młodość spędził częściowo tam, a częściowo w majątku Poniemóń, w dawnej siedzibie Fergusów-Białłozorów. Rodzina mieszkała tam w dawnym zamku, starej krzyżackiej twierdzy, gdzie oczywiście coś straszyło. Szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz z nadejściem I wojny światowej, kiedy Zanowie musieli opuścić Poniemóń z obawy przed nadciągającymi wojskami niemieckimi. Tak zaczęła się ich długa tułaczka po Rosji.  Potem przyszła rewolucja październikowa i rządy bolszewików. Tomasz dość wcześnie usamodzielnił się i wprost z ławy szkolnej trafił do wojska. Jego dzieje żołnierskie są bardzo skomplikowane, w każdym razie walczył jako ułan w korpusie generała Józefa Dowbor-Muśnickiego i w obronie Wilna w 1918 roku. Trafił do litewskiej niewoli, z której uciekł i przez Kłajpedę, Wolne Miasto Gdańsk i Tczew dotarł do wolnej już Polski. W Tczewie wsadzono go do aresztu, bo nie posiadał żadnych dokumentów. Uciekł stamtąd i dostał się na front wojny polsko-bolszewickiej. Walczył jako ułan pod dowództwem słynnego rotmistrza Jerzego Dąbrowskiego, pierwszego „Łupaszki”. 
Po wojnie proponowano mu pozostanie w wojsku, ale wrócił do cywila, skończył studia rolnicze w Poznaniu i … wyjechał do Afryki jako współpracownik Ligi Morskiej i Kolonialnej z tajną misją. Kiedy wrócił, ożenił się i objął po matce strasznie zapuszczony i zniszczony przez wojnę majątek Dukszty.
Udało mu się akurat wyprowadzić majątek na prostą, popłacić różne długi i zobowiązania, kiedy wybuchła II wojna światowa. Został zmobilizowany do wojska wiosną 1939 roku i później, przez cały okres niemieckiej okupacji, uważał się nadal za polskiego żołnierza. Należał do Związku Armii Zbrojnej, potem do Armii Krajowej. W 1944 roku został aresztowany przez Sowietów i wywieziony do Riazania. Po powrocie do Polski ujawnił się jako żołnierz AK, co zaowocowało kolejnym aresztowaniem, tym razem przez polską służbę bezpieczeństwa. Tu na zdjęciu z książki Tomasz Zan w mundurze:


Wojciech Wiśniewski prowadził rozmowy z Tomaszem Zanem w latach 1980. Przez pewien czas odwiedzał go dwa razy w tygodniu w jego maleńkim, sześciometrowym pokoiku w bloku w Warszawie, w którym na ścianach wisiały zdjęcia zamku w Poniemóniu oraz dworów w Duksztach, Gierkanach i Hrykowszczyźnie.  Zan opowiadał barwnie i ciekawie, ale trochę chaotycznie. Chętnie i z humorem rozwodził się nad wspomnieniami młodości, ale na niektóre pytania, zwłaszcza związane  z jego podziemną działalnością w czasie wojny, wolał nie odpowiadać. Kolejne  powstające rozdziały książki były czytane, poprawiane i autoryzowane przez Tomasza Zana.  Publikacja ta została doceniona i nagrodzona przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, którzy uznali ją książką roku 1989. Później autor wydał rozmowy z siostrą Tomasza, Heleną z Zanów Stankiewiczową. 
 Wiśniewski Wojciech, „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”, Editions Spotkania, Warszawa-Paryż 1989
Źródła ilustracji: książka Wojciecha Wiśniewskiego oraz Wikipedia (File:Dukszty Lithuania.jpg)

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...