wtorek, 27 grudnia 2016

'Wołyń bez komentarza. Wywiady radiowe, wspomnienia ocalałych, dokumenty'

Opowieści o rzezi wołyńskiej słyszałam już w dzieciństwie, z komentarzem, nie mów w szkole. Rodzina ze strony mojej mamy pochodzi z Wołynia, ale udało im się uciec. Więc słyszałam o rżnięciu ludzi piłą, o nadziewaniu dzieci na płoty i wrzucaniu w studnię, o paleniu całych kościołów, o masakrowaniu ludzi. Parę lat temu moja ciocia opowiadała o tym strachu, które przeżywała jako dziecko. Tego nie da się zapomnieć. Potrzeba czytania o tych tragediach jest ogromna, bo dotychczas była tylko książka Siemaszków. No i film, na który boję się iść.
Ucieszyłam się więc, gdy zobaczyłam, że Zona Zero wydało książkę o Wołyniu. Ukazała się ona 12 października 2016 roku. 
Liczy sobie 400 stron i zawiera około 50 relacji ocalałych oraz dokumenty: protokoły przesłuchań, dyrektywy UPA i raporty i meldunki delegatów Polskiego Państwa Podziemnego oraz Korpusu Obrony Wołynia. Ciekawa jest rozmowa z metropolitą Andrzejem Szeptyckim. 

Relacja pierwsza pod tytułem 'Kainowa zbrodnia' to zapis radiowego reportażu. Słuchałam tego reportażu, pamiętam, w 70 rocznicę mordów wołyńskich i tego drżenia w głosie pani Ireny Gajowczyk opowiadającej o tym, jak na listku kapusty niosła wodę dogorywającej matce, której m.in. ucięto piersi. I właściwie ten pierwszy reportaż oddaje to, co jest główną zawartością tych wszystkich dramatycznych relacji: strach ofiar, bezrozumna agresja agresorów, pastwienie się nad ofiarami, celowe zadawanie im bólu, mordowanie całych rodzin i wiosek. Było to tak bestialskie, że nawet żołnierze niemieccy byli potem przerażeni. Pojawia się gdzieś w środku książki opowiadanie o zakrwawionej izbie, gdzie opłatek był zbryzgany krwią, a wszyscy domownicy porżnięcie na kawałki. Gdzie kończy się rozkaz, a gdzie zaczyna 'inicjatywa oprawców?"

Trauma ludzi trwała przez dziesiątki lat. Do dziś ludzie boją się jechać na Ukrainę. Ja nie jestem w stanie zrozumieć tego pastwienia się nad ludźmi, tego że zadawano im tyle cierpień. Nawet Niemcy zabijali strzałem, nawet Rosjanie w Katyniu - strzałem. Rozrywanie ludzi na kawałki jest przejawem jakiegoś zezwierzęcenia, które porównać można z mordami w Rwandzie.
W rozmowach ocalałych widać żal, że przez tyle lat nie uznano tego za ludobójstwo, że banderowcom stawiane są pomniki, że strona ukraińska pomija temat milczeniem. Jest się czego wstydzić, to prawda, ale takie omijanie tematu nie załatwia sprawy.
Z wielką uwagą wczytywałam się w dokumenty. Parę wniosków miałam. 
Po pierwsze język dokumentów polskich i UPO-wskich. To prawda, odezwa UPA była kierowana do ludzi, a dyrektywy strony polskiej do przełożonych, ale różnica w języku jest DIAMETRALNA. Literacki język dyrektyw generała Roweckiego oraz pełna inwektyw Odezwa Komendanta Głównej UPA z czerwca 1943 roku 'do nardu ukraińskiego', zamieszczona na stronach 183-188. Co tam mamy? Obwinianie Polaków o mordowanie wiosek, nakaz żeby nie wierzyć Polakom, wiele przymiotników typu 'masowo', 'zbrodniczego' itd. Zważywszy na to, że odezwa pisana była już po wielu rzeziach, a przed tą największą 11 lipca, brzmi to oburzająco. Razi przemieszanie stylu oficjalnego z kolokwialnymi określeniami, które nie pasują do stylu oficjalnego, jakim jest odezwa, ale pewnie były zrozumiałe dla adresatów. Jednakże stylistycznie jest to okropne i drażniące. A w dodatku kłamliwe. Oto ten fragment:
Jest jeszcze w książce kilka protokołów z przesłuchań dowódców poszczególnych band UPA. Znamienne, że każdy z nich zeznawał, że w chwili napadu był nieobecny, ale znał wszystkie detale....
W opowieściach ludzi mamy też te, które mówią o zdradach przez najbliższych sąsiadów, ale i o ostrzeganiu Polaków, o tym, że za pomoc groziła taka sama śmierć jak Polakom. Nie wiem czy IPN zrobiło jakieś wyliczenia na ten temat.
Książka opatrzona jest zdjęciami. Oto jedno z nich:
 Tutaj pozwolę sobie urwać rozważania. Napiszę tylko, że tej książki na pewno nie zapomnę.

Daję książce 10 gwiazdek
Za egzemplarz do czytania dziękuję Księgarni Ludzi Myślących i wydawnictwu Fronda:
https://www.wydawnictwofronda.pl/wp-content/themes/fronda-book-catalog/assets/images/logo.png
  Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

piątek, 23 grudnia 2016

Wigilia u hrabiów Tyszkiewiczów z Landwarowa



Źródło zdjęcia



Wspomnienia Stefana Marii Tyszkiewicza (ur. 1894), syna hrabiego Władysława z Landwarowa o wieczerzach wigilijnych w rodzinnym domu:

„W kątach prostokątnej sali jadalnej stały ogromne słupy uwite z suchych zbóż, pamiątka po ostatnim jesiennym urodzaju, nadzieja na płodny następujący rok. Lubiliśmy z rodzeństwem zawieszać na nich przyczepione do jedwabnych wstążeczek małe czerwone jabłuszka, rajskimi zwane. O zmierzchu cichaczem wymykaliśmy się z pałacu do stajni, żeby posłuchać, o czym mówią nasze ukochane zwierzęta – konie, którym dawaliśmy resztki opłatków zebrane ze świątecznego stołu. W salonie stała Piękna Pani – choinka ustrojona w iskrzące barwami kule przywiezione przez naszych Rodziców z Niemiec, pod którą już czekały na nas prezenty wręczane przez Tatę.

Stół na 12 osób był u nas zawsze przykryty śnieżnobiałym obrusem, ale tego wieczoru także bogato przybrany gałązkami świerkowymi. To była inna wieczerza niż zwykle, bo potrawy, zwykle po kolei podawane przez naszych służących, już na stole stały. Ale to nie znaczy, że można było najadać się do woli. Trzeba było trzymać się dobrych zasad savoir-vivre, no i żeby następnego dnia brzuchy nie bolały. Lokaj Franek, w czarnym fraczku i w białych rękawiczkach, majstrował tylko przy zupach. Zawsze były wedle życzenia minimum dwie. Najczęściej migdałowa i grzybowa, choć kiedy byliśmy tylko we własnym gronie, mogła być nasza tradycyjna niedzielna zupa, rakowa. Jadaliśmy karpia po żydowsku i w galarecie (z warzywami), okonie serwowane z siekanym jajkiem (zdaje się, że danie zapożyczone z Zatrocza), kulebiaka z rybą i cebulą, słodkawe kulki typu pączków z nadzieniem z kapusty, uszka grzybowe, makowiec z kandyzowaną pomarańczową skórką, strudla z suszonymi śliwkami, marcepanowe figurki, leguminy. U nas w Landwarowie, mimo że byliśmy posądzani o »prostactwo«, najważniejszy był… śledź. Także w czasach przedwojennych i powojennych, kiedy znaleźliśmy się na emigracji. Normalnie była to potrawa biednych rodzin, ale do naszego domu weszła poprzez zażyłe kontakty z Petersburgiem. I już nigdy nie wyszła”.


Na podstawie wywiadu z Lilianą Narkowicz, badaczką dziejów rodu Tyszkiewiczów

"Kurier Wileński", 23 grudnia 2016 r.




Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie na Wileńszczyźnie



wtorek, 20 grudnia 2016

Jan Gawroński, Moje wspomnienia 1892-1919

Dziś o książce, a raczej imponującym tomie (707 stron w twardej oprawie) pod tytułem "Moje wspomnienia 1892-1919", które spisał późniejszy dyplomata Jan Gawroński. 
Cóż to za pyszna (z małym zastrzeżeniem, o którym poniżej) książka! Jak to się czyta! To wspaniały przykład pamiętnikarstwa - inteligentnego, niezwykle interesującego już od pierwszych stron, gdzie poznajemy całą galerię postaci znamienitych, ważnych dla naszej historii, a także zupełnie nieznanych postaci ciotek, kuzynek, sąsiadek, panienek z dworków galopujących na rasowych arabach z rodzinnych stajni, a także dostojnych matron pamiętających jeszcze powstania narodowe, stojących na straży obyczaju.


Po wspomnienia Gawrońskiego sięgnęłam przygotowując własną książkę. Autor był bowiem praprawnukiem bohaterki mojej nowej publikacji. Ukazanie się więc rodzinnych wspomnień - nie ukrywam - było dla mnie pozyskaniem kolejnego, ciekawego źródła.
Gawroński urodził się na Litwie w rodzinie ziemiańskiej, a przez matkę - Lubomirską z domu - skoligacony był z najpierwszymi polskimi rodami. Jego dziadkiem był Jan Tadeusz Lubomirski - wielki społecznik i Maria z Zamoyskich, właściciele Małej Wsi pod Grójcem, domu w Warszawie przy Wareckiej, a także wołyńskiego Ławrowa. 


Są więc to wspomnienia ziemiańskiego syna, który urodził się jeszcze w czasach, gdy świat ten istniał, niezmienny od stuleci, ze swymi tradycjami, poszanowaniem wartości, ale i ze swymi przywarami. Wraca do czasów dzieciństwa i młodości spędzonych na Litwie, ale nie z poczuciem nostalgii za utraconym rajem, ale z wyrazem szczęścia, że dane mu było to wszystko przeżyć. Zobaczyć i uczestniczyć w świecie, w którym istniały starodawne hierarchie wartości, choćby w czasie siadania przy stole, gdy odwiedziny sędziwego dziadka leżącego w łóżku i czytającego nowy numer "Timesa" robiły na nim niesamowite wrażenie, gdy na jego drodze stawały "straszne ciotki" przy których bał się nawet odzywać. 
Wspomina stary litewski obyczaj trzymania we dworach oswojonych niedźwiedzi. Mały Jaś niekiedy trzymając się bujnego futra zwierza siadał na niego i starał się nieco "pojeździć". Miś bywał czasem w dworskiej kuchni, gdzie potrafił obracać rożen, a zdarzało się, że wchodził do salonu pełnego gości, bo potrafił też otwierać klamki, czasem znikał w dworskich zagajnikach wybierając się na maliny lub czając się na dziewczynę, która nosiła mleko z rannego udoju.
Mnóstwo tu anegdotek, zabawnych historyjek, dialogów, spostrzeżeń. Co ważne, Gawroński, który zmarł w 1983 roku, spisywał swe wspomnienia z młodości w latach jakże już innych obyczajowo, społecznie, pisał z innej perspektywy, mając ogromny bagaż doświadczeń i poczucie zarówno życiowych strat jak i zysków. 
Jak na dyplomatę przystało, pisze z pełną elegancją, jeśli pojawiają się ploteczki to raczej jako pogodne anegdoty, bez złośliwości. Poczucie humoru, umiejętność analizy i czynienia ciekawych refleksji są na pewno atutem tych wspomnień. 



Dzieciństwo, szkoły (w Zakopanem i w Anglii), czas rodzenia się niepodległości, wojna, rewolucja. To wszystko opisuje Gawroński powracając z perspektywy czasu do dawnych lat. Lat młodości. 
Pisząc o tych bardzo ciekawych wspomnieniach muszę napisać o sprawie, która mnie zaskoczyła, a nawet zdumiała, gdy czytałam książkę. Po raz pierwszy spotkałam się z tym, by autor pamiętnika o ziemiańskim (przez matkę arystokratycznym) pochodzeniu miał taki stosunek do Kresów. Stosunek, który dla mnie jest szokujący! Dokładnie do Wołynia i Ukrainy, bo Litwę (z której pochodził) widzi już łagodniejszym, innym okiem. Na 3 czy 4 stronach Gawroński przeprowadza swój wywód na temat sytuacji Wołynia i Ukrainy, gdzie Polaków widzi jako obcych okupantów traktujących te ziemie jak kolonie! 
Przyznam szczerze czytałam te strony z prawdziwym niesmakiem, bo jest to analiza absolutnie obca mojemu pojmowaniu Kresów. Spotkałam się z takim widzeniem Kresów w opracowaniach niektórych historyków lub w artykułach prasowych, ale absolutnie tego rodzaju przedstawienie historii tamtych ziem i ludzi nie znajduje u mnie zrozumienia. 
Dwieście pierwszych stron książki, które mnie oczarowały nagle przy tych kresowych wywodach, uległy zatarciu. Skutecznie zmniejszyło to mój początkowy entuzjazm, z jakim czytałam pierwsze karty. Nawet 100, 200 stron dalej, przy innych wątkach i opisach nie mogłam wciąż pozbyć się niesmaku. Nie chciałabym jednak - bo byłoby to niesprawiedliwe - by wymowa kilku stron (ale jak ważnych ze względu na poruszony problem!) miała znaczenie przy całościowej ocenie tej książki. 


***
Książka jest bardzo starannie wydana - twarda okładka, wyklejka z "Mapą Ziem Polskich od Odry do Dniepru, od Karpat po Morze Bałtyckie i Dźwinę" z 1914 roku. Fotografie z rodzinnych albumów są znakomitym uzupełnieniem treści. Książkę kończy posłowie Tomasza Gąsowskiego, jest także dokładny wykaz ilustracji, wywód przodków Jana Gawrońskiego w postaci drzewa genealogicznego, który rozpoczyna się między innymi od Klementyny Kozietulskiej, siostry słynnego szwoleżera. Mamy też indeks osób i noty biograficzne najważniejszych postaci pojawiających się na kartach tych wspomnień, co na pewno ułatwia lekturę, bo wyjaśnia, że dana postać to stryjeczny dziad autora lub siostra jego babki. 

Podsumowując - Wydawnictwo Literackie serwuje nam wyjątkową perłę pamiętnikarską nieocenioną dla badaczy jako źródło i wspaniałą lekturę dla tych wszystkich, którzy lubią czytać o czasach i ludziach, którzy przeminęli. Będę do niej wracać niejednokrotnie, omijając jedynie kilka stron, z których wymową nie mogę się zgodzić.

Tekst oryginalny na blogu: O biografiach i innych drobiazgach


czwartek, 15 grudnia 2016

Magdalena Jastrzębska, Panie kresowych siedzib





„Panie kresowych siedzib” Magdaleny Jastrzębskiej, specjalistki od biografii dawnych polskich dam, to zbiór interesujących szkiców biograficznych przedstawiających sylwetki 21 polskich kobiet. W większości są to dziewiętnastowieczne arystokratki zamieszkujące tereny Litwy, Białorusi i Ukrainy. Na przykładzie ich losów autorka dała zbiorowy portret kresowych Polek ze szlacheckich rodzin.

Przedstawione w tym zbiorku panie nie należą do osób powszechnie znanych współczesnemu czytelnikowi (no, może za wyjątkiem Eweliny Hańskiej). Autorka pisze, że przy ich wyborze kierowała się własnym subiektywnym gustem, aczkolwiek nie zdradza do końca, co powodowało, iż wybrała te, a nie inne kobiety (a chciałoby się to jednak wiedzieć!) W sumie więc czytamy o paniach z rodów Radziwiłłów, Branickich, Sanguszków, Sapiehów, Przezdzieckich, Krasińskich, Lubomirskich, Chodkiewiczów, Puzynów i Czackich i o ich posiadłościach (są to m. in. słynne Antoniny Potockich, Beńkowa Wisznia Fredrów, Nieśwież Radziwiłłów, Biała Cerkiew Branickich i Wierzchownia Hańskich).

Z całej książki najbardziej zapadły mi w pamięć trzy bohaterki, to jest Zofia Klimańska (z domu Chłopicka), Ewelina Hańska (z domu Rzewuska) i Regina Korzeniowska, jedyna panna w tym zbiorze kresowych wdów, rozwódek i mężatek.

Zwłaszcza pierwsza z nich miała barwny życiorys, który mógłby stać się stać kanwą powieściowego melodramatu lub filmu kostiumowego. Młoda i ładna Zofia Klimańska zadawała szyku w wileńskich salonach w czasach młodości Adama Mickiewicza. Kochał się w niej Antoni Odyniec, młodszy kolega wieszcza, a także rosyjski podstarzały senator Leon Bajkow, który nawet się z nią zaręczył, ale nie zdążył się ożenić, bo nagle umarł. Związek młodziutkiej Polki i rosyjskiego czynownika został uwieczniony w III części „Dziadów” Adama Mickiewicza:

„Bajkow! – Tobie by się zdało
Trochę balsamu, bo masz takie trupie ciało,
A żenisz się. Czy wiecie on ma narzeczoną
(…)
Tę panienkę, tak patrzaj, białą i czerwoną
(…)
Nie pojmuję, jak oni mogli pannę zmusić
Pięknymi usteczkami słowo tak wykrztusić.”


Dalszy życiorys pięknej Zofii był dość skomplikowany. Jakieś nieudane małżeństwo, rozwód czy też ucieczka od męża, mieszkanie z ukochanym w jego majątku na „kocią łapę” (w tamtych czasach, o zgrozo!) i podawanie się za jego żonę bez ślubu, jakieś próby literackie i dziennikarskie, w końcu utrata majątku po powstaniu listopadowym i wczesna śmierć tuż po pięćdziesiątce (a może zresztą, w tamtej epoce to nie była wczesna śmierć?).

Interesującą biografię miała również Ewelina Hańska, siostra pisarza Henryka Rzewuskiego i Karoliny Sobańskiej (agentki wywiadu carskiego, która uwodziła Adama Mickiewicza w pięknych okolicznościach przyrody krymskiej), która zasłynęła tym, że będąc mężatką i żoną jednego z najbogatszych wówczas polskich panów na Ukrainie, nawiązała kontakt listowny a potem romans z najmodniejszym pisarzem i celebrytą swojej epoki. Z dalekiej Ukrainy pisała bowiem listy do Honoriusza de Balzac, modnego pisarza paryskiego, czytanego przez damy w całej Europie, którego była wielką fanką. O losach tego romansu i późniejszego małżeństwa opowiada stary serial francusko-polski „Wielka miłość Balzaka”, w którym rolę Eweliny zagrała młoda Beata Tyszkiewicz. A związek z Balzakiem to nie był jeszcze koniec romansów tej damy!

Zaś trzecia bohaterka, Regina Korzeniowska, czyli jakaś praciotka czy prababka z bocznej linii pisarza Josepha „Conrada” Korzeniowskiego, ujęła mnie swoją ekscentrycznością i manierą zachowania w stylu klasycznej starej panny, niczym z angielskich kryminałów. Podoba mi się to, że kiedyś stare panny mogły sobie pozwolić na różne dziwactwa i nikt nie miał do nich żadnych pretensji z tego powodu, a nawet, co więcej, oryginalność charakteru to była cecha pożądana u takich dam.

Książkę Magdaleny Jastrzębskiej czyta się szybko, lekko i przyjemnie, choć – aby dobrze zapamiętać poszczególne damy – dobrze jest przeczytać ją parokrotnie (albo po prostu mieć pod ręką i czasem do niej wracać, ja już czytałam ją dwa razy). Historie przedstawionych bohaterek utrzymane są w klimacie retro, napisane spokojnie, ale z uwzględnieniem różnych sensacyjnych smaczków, w które obfitowały ich życiorysy. Książka zawiera indeks osobowy i porządną bibliografię, z której miłośnicy historii Polski mogą sobie spisać parę ciekawych tytułów.

Myślę, że Autorka tej książki, wyrasta na godną następczynię takich popularyzatorów historycznych biografii jak Gabriela Pauszer-Klonowska („Pani na Puławach”, rzecz o Izabeli Czartoryskiej), Zbigniew Kuchowicz („Barbara Radziwiłłówna”), Janusz Roszko („Awanturnik nieśmiertelny”, rzecz o Beniowskim) czy Marek Ruszczyc (różne biografie), którymi zaczytywali się ludzie w PRL-u. W każdym razie, w tę stronę idzie to pisarstwo, które jest bardziej pogłębione i oparte na szerszej dokumentacji historycznej niż tak popularne dzisiaj książki autorów piszących o historii w stylu prymitywnych tabloidowych ciekawostek.

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


niedziela, 11 grudnia 2016

Tadeusz Zubiński, Ogień przy drodze






„Ogień przy drodze” Tadeusza Zubińskiego to kolejna współczesna powieść polska o tematyce kresowej. Jej akcja rozgrywa się na Podolu w osadzie Hallerówka i miasteczku Rudawka w latach 1939-1945.

Nauczyciel Łukasz Winnicki, rodem z kieleckiego, osiadł na Podolu w okresie międzywojennym i ożenił się z tamtejszą krasawicą, młodą Ukrainką o imieniu Aleksandra, z ukraińskiej wsi Tuzubińce. Urodził im się syn Wiktor, który – według tamtejszych zwyczajów – powinien być Polakiem. Na kresach wschodnich było bowiem tak, że w mieszanych rodzinach polsko-ukraińskich córki dziedziczyły narodowość i religię po matce, a synowie po ojcu. Jednak Wiktor nie chce być Polakiem, pociąga go bowiem ukraińskie dziedzictwo. Bywa często w Tuzubińcach, gdzie nasiąka ukraińską kulturą i mentalnością, zwłaszcza czuje się związany z bratem matki, wujem Fiedką, który jest wyznawcą ideologii banderowskiej i należy do UPA. Na początku powieści Wiktor ma zaledwie 16 lat, ale już dokonał wyboru narodowego i religijnego. W niedzielę woli iść z matką do cerkwi niż z ojcem do kościoła.

„Ogień przy drodze” zaczyna się latem 1939 roku. Na Podole dochodzą wieści o zbliżającej się wojnie. Do notariusza Olgierda Podkańskiego z pobliskiego miasteczka Rudawka przyjeżdża nieoczekiwanie 17-letnia bratanica Wanda z Warszawy. Rodzice wysłali ją tu, by skryła się u stryja, bo wojna z Niemcami na pewno zagrozi stolicy. Myślą sobie, że na dalekich kresach można będzie bezpiecznie przeczekać wojenną zawieruchę.

Jakiś czas wszyscy żyją w oczekiwaniu na nadchodzącą wojnę. A kiedy ona wreszcie się zaczyna, to robi się taki zamęt, jakiego nie oczekiwano. Na Podole docierają zaledwie jakieś strzępy wiadomości, telefony nie działają, radio też, bo nie ma prądu. Coś tam wiadomo od kogoś, kto ma jeszcze radio na baterie… Po okolicy plątają się jacyś uchodźcy z głębi kraju, jakieś oddziały wojskowe. Panuje chaos i bałagan. Łukasz Winnicki przygarnia do domu jednego z wędrowców, którym okazuje się sędzia śledczy Ferdynand Uxakowski, który w momencie wybuchu wojny jechał sobie pociągiem na imieniny Stefana (2 września) do Krzemieńca, ale wojsko zatrzymało pociąg i skierowało na Tarnopol. A potem zaczął się błąkać w poszukiwaniu jakiejś władzy. Ale żadnej władzy polskiej już nie ma.

Panuje takie bezkrólewie, że nagle wszystko wolno. Nawet zabić człowieka. Pewnej nocy ktoś zabija Łukasza Winnickiego. Kto? Dlaczego? Można tylko podejrzewać. Polacy sądzą, że zrobili to Ukraińcy, a Ukraińcy mówią, że winni są Polacy, którzy zamordowali Łukasza za to, że wstawiał się za nimi. W tej sytuacji nie ma już nikogo, kto by utrzymał Wiktora przy polskości. W domu Winnickich zaczyna się oficjalnie, na co dzień mówić po ukraińsku. Do tej pory był tam w użyciu język polski. Po ukraińsku tylko się śpiewało i kłóciło. I to jest już początek końca polskiego Podola.

No, a potem to już wiadomo: 17 września na Kresy, a trochę później także na Podole, wchodzą Sowieci. Potem, w 1941 roku, wchodzą Niemcy. A jeszcze później banderowcy zaczynają masowo zabijać mieszkających tam Polaków. Napadają także na Hallerówkę. A koleje losu bohaterów plączą się coraz tragiczniej… Dalej nie piszę, kto ciekaw, niech czyta!

Przyznam się, że bałam się trochę lektury tej książki. Od dawna czytam głównie wspomnienia i pamiętniki, przeplatane czasem dla urozmaicenia dość prostymi historyjkami fabularnymi. Jestem już w takim wieku, że męczy mnie fikcja i wymyślone relacje książkowe. Nie ciągnie mnie ani do trudnej prozy, ani tym bardziej do poezji. A tu masz! Poznałam Autora na FB i obiecałam, że przeczytam tę książkę. Słowo się rzekło. Trzeba wykonać! Wypożyczyłam tę powieść z biblioteki. Była trochę złachana, a to już dobry prognostyk. Znaczy, ludzie czytają. Znaczy, da się! Ale przeraziły mnie pochwalne zdania zamieszczone na skrzydełku powieści , że „Zubiński to rasowy epik”, że korzysta z tradycji literackiej Buczkowskiego, Kuśniewicza, Odojewskiego, Turczyńskiego i Haupta. Cóż, Buczkowskiego i Kuśniewicza to miałam na liście z literatury współczesnej na polonistyce w latach 1980. By zaliczyć egzamin, trzeba było przeczytać „Czarny potok” i jedną powieść Kuśniewicza. Powiem tak: Kuśniewicza jeszcze dało się czytać. Ale książki Buczkowskiego to nie przeczytała ani jedna osoba z mojego roku. Nie dało się po prostu! Do Odojewskiego podchodziłam parę razy i nic. Nie chwyciło. Tych dwóch ostatnich w ogóle nie znam. Tja… Do tego na skrzydełku okładki straszy pochwalne zdanie w wykonaniu Berezy. Henryka Berezy, znanego profesora, który budził grozę w studentach polonistyki. Brrr! W sumie, to nie była dla mnie dobra rekomendacja. Ale skoro wydał to Zysk i S-ka, więc chyba książka będzie do czytania? Taką miałam nadzieję, zaczynając lekturę.

Ogólnie – nie mam żadnych zastrzeżeń do „Ognia przy drodze”, jeśli chodzi o treść. Fabuła powieści jest interesująca, choć z drugiej strony – dość typowa. To jedna z wielu kresowych opowieści, świetnie uzupełniająca to, czego dowiedziałam się o śmierci polskich kresów z książek, które czytam od paru lat. Na pewno zachowam ją długo w pamięci.

Ale ta forma! Mój Boże! Forma tej powieści była dla mnie okropnie trudna i zanim wgryzłam się w nią, to trochę trwało. Najtrudniejsze było pierwsze 50 stron. Potem już jakoś poszło. Chodzi o to, że autor mówiąc o prostych sprawach używa bardzo złożonego, poetyckiego języka, do którego naprawdę trudno się przyzwyczaić. Na szczęście zdania są krótkie. Ale czasem są tak przeładowane różnymi metaforami, że trzeba je czytać po parę razy, by dojść, o co w ogóle chodzi. A ja takich tekstów nie czytuję na co dzień. Całe lata pracowałam „w języku”, ale tak, że zajmowałam się głównie eliminowaniem zbędnych przymiotników i pisaniem lub poprawianiem czyjegoś pisania tak, by było „prosto i jasno” i by to było zrozumiałe dla ludzi. Mój Boże, dobrze, że autor nie trafił na mnie jako na redaktora. Połowę metafor bym mu pewnie wykreśliła :)))

A tu masz! Obiecałam, trzeba było czytać i nie marudzić. No, cóż, jestem ambitna i pracowita jak pszczółka i jak się naprawdę zawezmę, to przeczytam prawie wszystko. No, więc udało się! Przedarłam się przez tę powieść! Sukcesem jest dla mnie, że ogólnie wiem, o co chodzi i jak potoczyły się dalsze losy bohaterów.

Z pewnością czytelnicy lubiący poezję mogą rozsmakować się w tej prozie, mogą chłonąć jej malarskość i sensualność. W końcu – nie wszyscy ludzie czytający książki mają alergię na poezję, tak jak ja. Bo pan Tadeusz Zubiński naprawdę dobrym pisarzem jest! A o Kresach pisze tak, jakby tam, na tym Podolu faktycznie był latem 1939 roku i zapamiętał wszystkie tamtejsze barwy, zapachy i smaki.

Ogólnie, mimo mojego wcześniejszego marudzenia, przyznać muszę, że to jest dobra powieść pod względem artystycznym. Z pewnością lepsza niż ostatnio okrzyczane, nagradzane teksty lansowane przez „salon” i okolice (ja takie też czytam, tylko o nich nie piszę na blogu, by mnie do prokuratury nie podali za wyzwiska i inne rzeczy). Szkoda, że o „Ogniu przy drodze” jest tak cicho. Nie zajmuje się tym tekstem krytyka, milczą też blogerzy książkowi. A jest to powieść godna lektury. Miłośnicy Kresów mogą ją postawić na jednej półce z takimi kresowymi utworami jak „Ukraiński kochanek” Stanisława Srokowskiego czy „Lwowska noc” Wiesława Helaka. Podobny klimat, podobna fabuła, bohaterowie itd.


Zubiński Tadeusz, „Ogień przy drodze”, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009

Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

środa, 7 grudnia 2016

Magdalena Jastrzębska, Listy z Kresów



„Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej” -  to książka, która oferuje znacznie więcej, niż sugeruje podtytuł. Nie można było przecież skonstruować portretu tak wyjątkowej arystokratki bez wniknięcia w spory kawałek polskiej historii. Jest to biografia fascynującej kobiety, ale także zaduma nad losem powstańców, zesłańców i bohaterów narodowych i opowieść o dziejach wielkich majątków położonych na Wołyniu i Podolu, które dawno już przepadły w odmętach czasu i w zawirowaniach historii. To opowieść, która skupia się na ukazaniu doli Polaków z Kresów Rzeczypospolitej u schyłku barwnej epoki. To wreszcie saga rodu Moszyńskich, ponieważ autorka dociera do źródeł powstania ich legendarnej fortuny i odkrywa jedną z przyczyn jej spektakularnego upadku.
Przez lata dzieje rodu Moszyńskich niemal zupełnie zostały zapomniane, wystarczyło jednak przeprowadzić kwerendę w muzeach, archiwach i bibliotekach, by okazało się, że ich historia jest unieśmiertelniona w dziennikach i wspomnieniach różnych osobistości, w listach, portretach malarzy (w dziełach Jana Matejki), a także w utworach literackich, bo przecież swój prestiż rodzina zawdzięcza mariażowi z córką słynnej hrabiny Cosel ( którą uwiecznił w swej powieści Józef Ignacy Kraszewski), a ważny epizod z życia rodziny natchnął Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania i dramatu.
Bohaterka książki – Józefa z Moszyńskich Szembekowa była córką niedobranej pary. Jej ojciec – Piotr Moszyński, zesłany za działalność konspiracyjną, przez wiele lat rozdzielony z rodziną, cieszył się niezwykłym autorytetem wśród rodaków, w pewnym sensie imponował nawet samemu carowi. Matka – Joanna Moszyńska, a później Jurjewiczowa - była kobietą słabą i podatną na wpływy. Nie zdołała nie tylko wywiązać się z obowiązków matki i żony, ale także nie uniosła presji środowiska, które w żonach zesłanych patriotów (zwłaszcza tak majętnych) szukało wzorów bohaterskiej postawy, oczekiwało trwania przy mężu i roztaczania opieki nad zesłańcami. Taką protektorką okazała się jedna z najbliższych przyjaciółek domu – Róża z Łubieńskich Sobańska, którą nazywano „Różą Sybiru”. Joanna Moszyńska przez kilka lat starała się, co prawda, o wyjazd do męża, ale gdy w końcu taka możliwość się pojawiła – hrabina zmieniła zdanie. Nie tylko nie wyjechała, ale już zdążyła zaplanować sobie życie z innym partnerem, w dodatku - z oficerem rosyjskich huzarów. Istnieją pewne spekulacje dotyczące udziału i manipulacji pani Wesołowskiej (nauczycielki i damy do towarzystwa) w sprawie połączenia hrabiny z oficerem i właśnie ten motyw zainspirował Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania (oraz jego scenicznej przeróbki). „Noc czerwcowa” jest opowieścią (dramatem), który mówi o miłości, powinności i zdradzie, ale Iwaszkiewicz ukrył prawdziwe imiona swych bohaterów, a poza tym udało mu się wyeksponować uniwersalny dramat człowieka. Nie potępił jednoznacznie hrabiny, uczynił z niej również postać tragiczną, dowodząc, że „każdy człowiek ma swój Sybir”.
Wróćmy jednak do naszej bohaterki. Życie Józefy pod wieloma względami układało się dramatycznie. W dzieciństwie została pozbawiona rodziców (matka pochłonięta była sobą), z ojcem mogła kontaktować się jedynie poprzez korespondencję. Zachowane listy z tego okresu zachwycają kaligrafią - zwłaszcza, gdy dociera do nas, że pisało je kilkuletnie/kilkunastoletnie dziecko, a stają się przejmujące - gdy dowiadujemy się, jakim okrucieństwem nauczycielki zostały okupione. Dzieciństwo i młodość Józefy to w dużej mierze walka rodziców o opiekę nad nią, ponieważ po rozwodzie matka nagle uzmysłowiła sobie własne obowiązki. A może raczej dotarło do niej (nie bez udziału jej nowego męża), że córka jest główną właścicielką fortuny? W tej batalii wygrał ojciec, któremu udało się po ośmiu latach rozłąki sprowadzić córkę do siebie. Mieszkali razem aż do jej zamążpójścia.
Przebywając pod dachem ojca Józefa poznała jego ideały (Piotr Moszyński zadbał o odpowiednie wykształcenie, w jego biblioteczce nigdy nie brakowało patriotycznych, nawet zakazanych książek; przekonujemy się także, że był nowoczesnym rodzicem – podarował przecież córce egzemplarz książki „Niebezpieczne związki” Laclosa). Józefę wkrótce połączyła przyjaźń z innym legendarnym patriotą, żołnierzem powstania listopadowego i zesłańcem, dużo starszym od siebie - hrabią Romanem Sanguszką. Za mąż jednak wyszła niefortunnie (to słowo jest zupełnie na miejscu) za Józefa Szembeka. Kandydat odpowiadał zarówno ojcu i córce, o ile jednak Piotr Moszyński szybko dostrzegł wady zięcia i próbował jakoś zaradzić – Józefa nigdy nie przyjęła słów krytyki, a kolejne ciosy przyjmowała ze stoickim spokojem. Jest w tym jakaś przewrotność losu... Być może pozostała do końca oddaną, lojalną żoną, ponieważ podświadomie chciała postępować zupełnie inaczej, niż jej matka?
Przyznaję, że opowieść o Józefie Szembekowej zachwyciła mnie, a jednocześnie głęboko zaintrygowała. Penie trochę inaczej, niż wynikałoby to z intencji autorki. Doceniam pracę Magdaleny Jastrzębskiej, bo nie można nie docenić godzin poświęconych w archiwach, ale także pięknej polszczyzny i jasnego stylu; mam wielkie uznanie dla pasji, której zawdzięczamy wydobycie Józefy z mroków niepamięci. Jednocześnie jednak – (och!, z pewnością to zasługa Jastrzębskiej, ale także Kraszewskiego, Matejki i Iwaszkiewicza, w pewnym sensie także - Agaty Tuszyńskiej, która swego czasu oddała należne miejsce w literaturze innej Józefie) – zaczęła mnie gnębić myśl, że w całej historii, a przede wszystkim w samej bohaterce – tkwią jeszcze nieodkryte pokłady potencjału literackiego. Sama biografia przecież układa się w gotową konstrukcję fabularną, a wszelkie dramatyczne zwroty w życiu bohaterki musiały generować cały szereg rozterek, które Jastrzębska naświetliła na tyle, na ile pozwoliła formuła biografii. Mogłyby one jednak stanowić doskonały punkt wyjścia do psychologicznej rozbudowy postaci i zaowocować stworzeniem złożonej i niejednoznacznej bohaterki. Cóż by to była za bohaterka!
W głowie kłębi się mnóstwo pytań… Jak się czuło dziecko, któremu wmawiano, że jest upośledzone z powodu rudych włosów? Co przeżywało, gdy chciało przelać całą swoją miłość i tęsknotę do ojca, a nauczycielka po raz dwudziesty darła list i kazała przepisywać na nowo? Jak wyglądało powolne dochodzenie do równowagi i odkrywanie własnej wartości? Czy Józefa kiedykolwiek zrozumiała swoje znaczenie i miejsce w świecie? Dręczy mnie też kwestia: czy rzeczywiście tak łatwo mogła przełknąć powtórny ożenek swego ojca ze swoją rówieśnicą i najbliższą przyjaciółką? Ileż musiało kosztować ją udręki w pogodzeniu się z tą decyzją! A sprawa Sanguszki? Czy niechęć starej matki zrujnowanego hrabiego mogła stać się przeszkodą dla gorącego uczucia? I dlaczego matka raczej nie naciskała na mariaż, skoro Józefa była piękną, inteligentną kobietą, a zarazem najpotężniejszą partią w kraju? Czy młoda dziewczyna doprawdy tak łatwo pogodziła się ze szlachetną rezygnacją swego wybranka? A może wcale nie było tak silnego uczucia? Co sprawiło, że mając tyle pięknych patriotycznych przykładów wokół siebie – Józefa oddała serce zwykłemu lekkoduchowi, który dość przewrotnie, na jej zgubę, zmaterializował się chyba wprost z kart książki „Niebezpieczne związki”?

Podczas lektury "Listy z Kresów..." czytelnik musi sobie odpowiedzieć na wiele podobnych pytań i po głębszym namyśle dojdzie do wniosku, że nie da się na nie w sposób łatwy i przyjemny odpowiedzieć. Właśnie w tych pytaniach i kolosalnych dylematach można odnaleźć psychologiczno-literacki potencjał, który być może kiedyś natchnie kogoś do napisania biografii Józefy Szembekowej pod takim właśnie kątem...

Tekst ukazał się na blogu Książki Oli

sobota, 3 grudnia 2016

Piotr Zychowicz, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”





„Pakt Piłsudski-Lenin” Piotra Zychowicza to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników Kresów wschodnich, choć Autor nie lubi tej nazwy i konsekwentnie nie używa jej w swojej książce, zastępując ją nazwą „Polska”. Dla Zychowicza bowiem słowo „kresy” oznacza marginalizowanie całych terenów, na których kiedyś żyli Polacy. Powołuje się przy tym na cytat z pamiętników Michała K. Pawlikowskiego, który pisał tak:

„Wyraz „Kresy” oraz urzędowe „Ziemie Wschodnie” po prostu mnie mierżą. Do roku z grubsza 1914 mówiliśmy Polska albo Rzeczpospolita Obojga Narodów, albo Korona i Litwa. I oto nagle po roku 1918 ograniczyliśmy pojęcie Litwy do małego obszaru dawnej guberni kowieńskiej, a pojęcie litewski do jakiegoś miliona ludzi posługujących się wyłącznie językiem litewskim. Ten lęk przed nazwą „Litwa” i ukucie niezgrabnych eufemizmów „Ziemie Wschodnie” lub „Kresy” trącą zaściankiem i kompleksem niższości. Dla mnie istnieją: Korona i sfederowane z nią Wielkie Księstwo Litewskie. Nie możemy z dnia na dzień zmieniać terminologii, która wytrzymała pięćsetlenią próbę historii.” (Zychowicz, s. 31)

Tematem tej książki jest tajny (właściwie jakby utajniony przez oficjalną wersję historii po dziś dzień!) układ pomiędzy Józefem Piłsudskim a bolszewikami, na mocy którego Piłsudski dwa razy wstrzymał wojska polskie, które miały szansę ruszyć na pomoc konającej armii białej Rosji i ostatecznie dobić bolszewików. Taka możliwość pojawiła się po raz pierwszy w 1919 roku, kiedy to wojska bolszewickie zostały z trzech stron otoczone przez armie białych Rosjan i Polaków. Z południa znajdowała się armia generała Antona Denikina (przypomnijmy, był to pół-Polak, syn polskiej krawcowej z Włocławka i rosyjskiego wojskowego), ze wschodu armia Aleksandra Kołczaka, z północy armia generała Jewgienija Millera, z północnego wschodu armia generała Nikołaja Judenicza. I to wszystko razem parło na Moskwę. Gdyby tylko jeszcze dopomogło polskie wojsko idące w tym samym momencie z zachodu, można było dobić „czerwoną zarazę” (jak pisze autor) od razu. Wystarczyłoby tylko, by Polacy zajęli miasto Mozyrz na Polesiu i zadali ostateczny cios sowieckiej 12. Armii, a śmiertelny pierścień wokół wojsk Lenina-Trockiego zamknąłby się raz na zawsze. Między Polakami a Moskwą nie stała wtedy żadna poważna siła.

Piłsudski wstrzymał jednak pochód polskich wojsk na wschód, choć o pomoc błagał go wtedy generał Denikin. Piłsudski nie chciał jednak pomagać carskiemu generałowi, bo ten wypowiadał się za przywróceniem dawnego imperium rosyjskiego, a Polskę widział na jej etnicznym terytorium. I bez tej polskiej pomocy wojskowej, wiosną 1920 roku, w Noworosyjsku nad Morzem Czarnym armia Denikina została dobita. Ale wcześniej, w trakcie wstrzymania polskiego frontu (dokładnie w dniach 22 -30 lipca 1919 roku), w Białowieży odbyła się pierwsza runda rozmów polsko-bolszewickich. Ze strony radzieckiej brał w nich udział polski komunista Julian Marchlewski. Sowieci obiecywali, że w zamian za zaniechanie dalszego pochodu wojsk polskich, gotowi są zrzec się na naszą korzyść całej Litwy i Białorusi, czyli terytorium dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Druga runda tych rozmów odbyła się 19. października 1919 roku w Mikaszewiczach (powiat łuniniecki) na Białorusi, na zapleczu polskiego frontu. Tym razem Marchlewski przywiózł ze sobą żonę i córkę, a także kilku innych komunistów. Ze strony polskiej w rozmowach brali udział Michał Kossakowski oraz dwóch zaufanych oficerów Piłsudskiego: kapitan Ignacy Boerner i porucznik Mieczysław Birnbaum (jako oficer wywiadu polskiego był tam obecny Stanisław Baczyński, ojciec poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego). Piłsudski wolał układać się z bolszewikami niż z Denikinem, bo chciał, by dawna, carska Rosja została dobita. Zresztą, jako były socjalista, miał jakąś dziwną słabość do czerwonych, z których zresztą wielu znał osobiście. Siedział przecież jako więzień polityczny na zesłaniu za udział w spisku mającym na celu zabicie cara Aleksandra II (mordercą cara był brat Lenina, Aleksander, a jego towarzyszem był brat Piłsudskiego, Bronisław). Socjaliści znali się także z rozmaitych spotkań i zjazdów partyjnych. W pewnym więc sensie bolszewicy byli starymi znajomymi Piłsudskiego.

Ta decyzja układania się z czerwonymi przyniosła taki efekt, że zdążyli okrzepnąć po walce z białymi i latem 1920 roku ruszyli na Polskę, niszcząc wszystko po drodze i niosąc na zachód światową rewolucję. W sierpniu 1920 roku Polacy zwyciężyli bolszewików pod Warszawą i popędzili ich z powrotem na wschód. A potem sytuacja się powtórzyła. Front polski na wschodzie w pewnym momencie stanął, mimo, że o pomoc błagał teraz Polaków generał Piotr Wrangel, dowódca Sił Zbrojnych Południa Rosji, zwany Czarnym Baronem. Warto zaznaczyć, że Wrangel obiecywał Polakom więcej niż Denikin, jeśli chodzi o nasze ziemie wschodnie. Ale i tym razem Piłsudski był nieugięty wobec carskiego wojskowego. Nie ufał bowiem rosyjskim generałom. Zdecydowanie wolał bowiem bolszewików. I tak, 12 października 1920 roku zawarty został rozejm wojskowy i wstępny traktat pokojowy między Polską a bolszewikami. Dzięki temu mogli oni, nie obawiając się ciosu z zachodu, spokojnie zająć się unicestwieniem armii generała Wrangla. 12 listopada czerwoni wdarli się na Krym, który był ostatnim bastionem carskiej Rosji.

„Walka o wolną Rosję była przegrana. Obóz białych – który można porównać z naszymi żołnierzami wyklętymi lub francuską Wandeą – poniósł ostateczną klęskę. Rosja przestała istnieć na zawsze” (Zychowicz, s. 195)

Autor tej książki uważa, że gdyby w październiku 1920 roku Piłsudski ponownie nie wstrzymał pochodu polskich wojsk, Polacy wraz z Wranglem weszliby do Moskwy i ostatecznie zwyciężyli bolszewików. Ale tak się nie stało. Zamiast triumfalnego zwycięstwa (to hipotetyczne wzięcie Moskwy przez Polaków zostało opisane na początku książki w konwencji political fiction) był traktat w Rydze, traktat, w którym strona wygrana (Polacy) robiła ustępstwa na rzecz strony przegranej (bolszewików). Traktat ten nazywa Zychowicz czwartym rozbiorem Polski, bo Polska zrzekła się wówczas sporej części swojego terytorium, oddając zamieszkałych tam Polaków na pastwę czerwonego terroru. Traktat ryski był też swojego rodzaju rozbiorem Litwy, Białorusi i Ukrainy pomiędzy Polskę a Sowdepię.

No i te błędne decyzje Piłsudskiego krwawo się potem zemściły. Ale nie na nim, bo zdążył już umrzeć. Zemściły się na Bogu ducha winnych Polakach. Czyżby była to jakaś karma, jaką musimy odcierpieć za to, że spowodowaliśmy cierpienia innych (zarówno Polaków, jak i Rosjan, Rusinów, Białorusinów i Litwinów)?

Konsekwencje traktatu ryskiego były straszliwe. W jego efekcie bolszewicy wyniszczyli w latach 1930. Polaków z tzw. dalszych kresów wschodnich, weszli do Polski we wrześniu 1939 roku, no dalej nie ma co pisać, bo wszyscy to wiedzą. Skutkiem traktatu ryskiego były wywózki na Syberię, do Kazachstanu, zamordowanie Polaków w Katyniu, w końcu całkowite odebranie nam Kresów wschodnich po II wojnie światowej i to wszystko, co działo się dalej.

To nie jest popularna czy też kanoniczna wersja historii. Wiele z powyżej przedstawionych faktów jest celowo przemilczanych lub inaczej interpretowanych przez historyków głównego nurtu. Paktowanie Piłsudskiego z wysłannikami Lenina i Trockiego było przemilczane już w okresie międzywojennym. Zychowicz napisał tę książkę pod prąd oficjalnej wersji, opierając się na dokumentach z epoki, wspomnieniach i pamiętnikach, których lista jest bardzo długa. Najważniejsza z nich jest książka Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”, która w konwencji literackiej opowiada o paktowaniu marszałka z Sowietami na zgubę Polski.

Znałam wcześniej ten utwór Mackiewicza, czytałam także niektóre z cytowanych przez Autora memuarów z epoki. Ale wszystko zebrane razem w postaci jasno zrozumiałego wykładu zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałam tę emocjonalnie napisaną książkę jednym tchem, wspólnie z Autorem rozpaczając dzisiejszej nocy nad tragicznymi konsekwencjami błędnych decyzji marszałka Piłsudskiego, który lekką ręką oddał na zmarnowanie ogromne terytorium należące niegdyś do Polski wraz z mieszkającymi tam ludźmi, a także zaprzepaścił niezwykłą szansę na odrodzenie imperium polskiego w granicach przedrozbiorowych.

Zychowicz pisze o sobie, że jest polskim patriotą imperialnym i należy temu przyklasnąć. Dlaczego nie wykorzystać szansy, by zostać państwem wielkim i niezwyciężonym? Piłsudski tę szansę zaprzepaścił! Powstaje pytanie: czy ten człowiek naprawdę zasługuje na to, by stawiać mu pomniki i nazywać jego imieniem ulice i inne rzeczy? To jest temat pod rozwagę.

A Zychowiczowi za tę książkę należy się miejsce nie tylko w kresowym panteonie ale również w kresowym raju, jaki zapewne istnieje na tamtym świecie. Brawo ten pan!

Zychowicz Piotr, „Pakt Piłsudski-Lenin, czyli jak Polacy uratowali bolszewizm i zmarnowali szansę na budowę imperium”, wyd. Rebis, Poznań 2016


Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

środa, 30 listopada 2016

Tadeusz Olszański, Stanisławów jednak żyje







Stanisławów Andrzeja Potockiego
Tadeusz Olszański zaskoczony szeroką reakcją czytelników na swą wspomnieniową książkę „Kresy Kresów. Stanisławów” wydał następną pod tytułem „Stanisławów jednak żyje”. Znalazły się w niej reminiscencje byłych stanisławowian oraz dzieje polskiego niegdyś Stanisławowa, założonego przez Andrzeja Potockiego herbu Pilawa w 1662 roku. Trzysta lat później szczątki założyciela miasta sprofanowali komuniści niszcząc rodowe krypty Potockich w ufundowanej przez nich kolegiacie!


Ateny Pokucia za Krakowem i Lwowem
Stanisławów, jaki pozostał w sercu i pamięci Tadeusza Olszańskiego był trzecim co do wielkości, po Krakowie i Lwowie, miastem Galicji. Tętniło w nim życie tolerujących się nawzajem narodowości: polskiej, żydowskiej, rusińskiej, niemieckiej, ormiańskiej i innych. Przedsiębiorczy obywatele stolicy Pokucia wybudowali nowoczesne fabryki, sklepy, szkoły, szpitale, elektrownie. Wspomnienia Tadeusza Olszańskiego dotyczyły również spraw bliskich młodemu pokoleniu. Obszernie opisane zostały dzieje stanisławowskiej edukacji od założenia w XVII wieku Kolonii Akademickiej, która zyskała określenie „Ateny Pokucia”. Sport w Stanisławowie zasłynął przede wszystkim dwoma klubami i drużynami piłkarskimi: Górką i Rewerą, o których autor publikacji opowiedział z dziennikarską pasją.

„Tragiczna konspiracja”
Stanisławów, jak wspomina Tadeusz Olszański, był miastem szczególnie mocno przywiązanym do Ojczyzny, więc zareagował bardzo emocjonalnie na brunatną i czerwoną okupację. Stanisławowscy Polacy konspirowali i w szeregach Armii Krajowej i poza Nią. Pozostawała to jednak „tragiczna konspiracja” z powodu wielu denuncjacji, jakich dopuszczali się ukraińscy i żydowscy współobywatele. Mimo tego, autor napisał wiele dobrego o Żydach, stanowili oni przecież znaczną część społeczności Stanisławowa; okresowo mieszkało ich tylu, co Polaków. Mieli też bohaterskie karty w dziejach Pokucia. Oddział żydowskiej partyzantki Panteleria zlikwidował m.in. lokalnego szefa gestapo hauptsturmführera Tauscha. Niestety, dowódca jednostki Anda Luft zginęła razem ze swym maleńkim dzieckiem.
Wacław Chowaniec - syn
Wacław Chowaniec - syn
Tadeusz Chowaniec - syn
Tadeusz Chowaniec - syn
Stanisław Chowaniec - ojciec
Stanisław Chowaniec - ojciec
  

Drukarz, prezydent, dyrektor banku
Wierny syn Stanisławowa przywołał na kartach książki pamięć kilku jego krajan. Moje szczególne zainteresowanie wzbudziły trzy nazwiska: Chowaniec, Łukoski, Gutt Mostowy.
Stanisław Chowaniec był prężnie działającym właścicielem drukarni, a najstarszy z jego synów Wacław nawet prezydentem miasta. Stanisławów zawdzięcza mu rozwój infrastruktury miasta i obiektów użyteczności publicznej. Wacław Chowaniec pełnił w późniejszym czasie funkcję dyrektora banku we Lwowie. Uciekająca ze Lwowa do Generalnej Guberni rodzina Wacława znalazła oryginalny schowek na brylanty mające im uratować życie - jubiler powklejał je w pazurki futerka z lisa. Polak potrafi!
Wacław drukarnię przekazał bratu Tadeuszowi, który doprowadził ją do rozkwitu. Tadeusz Chowaniec został aresztowany przez NKWD i zamordowany w Charkowie w 1940 roku.


Legiony Polskie, Wojsko Polskie, Batalion "Zośka" Armii Krajowej 

Niezwykłym bohaterstwem wykazała się rodzina Łukoskich. Kazimierz Orlik-Łukoski służył w Legionach Polskich, był generałem Wojska Polskiego, walczył w kampanii wrześniowej i brał udział w obronie Lwowa. Aresztowany przez NKWD został zamordowany w Charkowie po pobycie w obozie w Starobielsku w 1940 roku. Jego synowie, Andrzej ps. „Blondyn” i Jerzy ps. „Żereń”, żołnierze Batalionu „Zośka” walczyli w Powstaniu Warszawskim. Andrzej zginął 18 sierpnia 1944 roku.
Andrzej Łukoski - syn
Andrzej Łukoski - syn
Jerzy Łukoski - syn
Jerzy Łukoski - syn
Kazimierz Orlik Łukoski - ojciec
Kazimierz Orlik Łukoski - ojciec


Mord w Czarnym Lesie i gestapowskie psy 


Równie tragicznie zakończone życie doktora Jana Gutta Mostowego pochodzącego z Poronina mogło by stanowić kanwę dla scenariusza filmu akcji. Półwiecze dzielnego Polaka obfitowało w nieoczekiwane wydarzenia i zwroty akcji: była nauka w Krakowie, służba w austriackim wojsku, praca w Niemczech, pobyty we Francji i Belgii, studia medyczne w Szwajcarii, europejska kariera zapaśnicza, zaciąg do Armii Hallera, praktyka lekarska w Stanisławowie. W sierpniu 1941 roku zamordowany został w siedzibie Gestapo (prawdopodobnie przez psy Hansa Krügera) . Kilka dni wcześniej gestapo pod dowództwem Hansa Krügera zamordowało ponad dwustu pięćdziesięciu przedstawicieli inteligencji Stanisławowa. Ich masowe groby – doły śmierci w Czarnym Lesie odkryto dopiero w 1988 roku! Podobnie we Lwowie na Wzgórzach Wuleckich uśmiercono kilkudziesięciu profesorów w lipcu 1941 roku.

Stanisławów, Opole, Iwano-Frankiwsk 

Polski Stanisławów skonał 27 lipca 1944 roku wraz z wkroczeniem Armii Czerwonej. Kolejne wywózki i wysiedlenia ludności polskiej w ramach tzw. repatriacji, a w rzeczywistości depatriacji miały charakter czystki etnicznej; prowadzone były systemowo i na masową skalę. Stanisławowianie osiedleni zostali na Ziemiach Odzyskanych, głównie w Opolu, ale również niektórzy z nich rozjechali się po całym świecie. W miarę możliwości spotykają się raz do roku w swym „kraju lat dziecinnych” i wspominają...


Stanisławowa już nie ma! Po trzystu latach istnienia jego miejsce na mapach zajął Iwano-Frankiwsk.



Tekst ukazał się na blogu Czytam Po Polsku


niedziela, 27 listopada 2016

Mamert Stankiewicz, Z floty carskiej do polskiej




Autor tych wspomnień, kapitan Mamert Stankiewicz, jest znany szerokim kręgom polskich czytelników jako tytułowy bohater kultowej książki Karola Olgierda Borchhardta „Znaczy kapitan”. Jego niezwykłe i barwne koleje losu możemy poznać z autobiograficznej pozycji „Z floty carskiej do polskiej”.

Mamert Stankiewicz był człowiekiem Kresów. Jego rodzina wywodzi się z dawnego województwa wileńskiego (ze strony ojca z powiatu brasławskiego, ze strony matki z dziśnieńskiego). Urodził się w Mitawie (dzisiaj Jełgawa) w 1889 roku jako syn carskiego oficera (ojciec skończył szkołę wojskową w Rydze i służył w mitawskim pułku piechoty). Dość liczna rodzina Stankiewiczów mieszkała więc na stałe w Mitawie, a na lato wyjeżdżała do majątku dziadków (rodzice matki) położonego nad rzeką Dziśnieńką, gdzie jechało się pociągiem z Mitawy do Rygi, potem do Dyneburga, a stamtąd do stacji Borkowicze, gdzie czekały już konie i powóz wysłane przez dziadka.

Mamert i jego bracia skończyli rosyjską szkołę początkową w Mitawie. Czytać, pisać i modlić się po polsku nauczyła ich matka. Potem była szkoła realna w Mitawie, w końcu Korpus Kadetów Morskich w Petersburgu, słynna szkoła wojskowa z tradycjami, no i służba w carskiej flocie na Bałtyku. Mamert ożenił się z siostrą swojego kolegi szkolnego, Heleną Jankowską, swoją pierwszą miłością, w której kochał się od 12. roku życia.

Najciekawszy okres opisany w tych wspomnieniach to czas rewolucji październikowej i tego, co nastąpiło później, a zwłaszcza podróż autora dookoła świata, z Rosji do Polski (inaczej w tamtym czasie się nie dało, bo drogę zagradzał niemiecki front). W 1918 roku Mamert w przebraniu uciekł z ogarniętej rewolucją Rosji (przepustkę na wyjazd dawał mu towarzysz Załkind, który w czasie spotkania w Pałacu Zimowym strzelał sobie z pistoletu w ścianę, ot, tak, dla rozrywki) i przez Finlandię i Szwecję udał się statkiem do Ameryki. Miał zamiar w taki czy inny sposób dostać się do Polski. W Rosji pozostawił żonę z dzieckiem. W Stanach Zjednoczonych najpierw nie mógł znaleźć zatrudnienia, potem pracował jako sekretarz w rosyjskim konsulacie w Pittsburghu. Potem udało mu się sprowadzić zza oceanu żonę z córeczką. W 1919 roku został zwolniony z konsulatu i dostał polecenie dołączenia do rządu admirała Aleksandra Kołczaka na Syberii. Stankiewiczowie wraz z córką ruszyli więc pociągiem na zachód Ameryki, stamtąd popłynęli statkiem do Japonii, potem zaś znowu pociągiem do Omska, gdzie w tym czasie rezydował rząd białych Rosjan admirała Kołczaka. Ich odyseja przypominała nieco przygody opisane w powieści „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a. Zdążyli zagospodarować się w Omsku, kiedy przyszedł rozkaz ewakuacji na wschód, bo z zachodu zbliżał się front bolszewicki. Trzeba było szybko uciekać. Ale jak?

Sytuacja rodzinna była dramatyczna, bowiem dokładnie w tym czasie Helena Stankiewiczowa była wysoko w ciąży. Miała rodzić, dosłownie już, lada dzień! Nie było wiadomo, co robić w tej sytuacji: czekać w Omsku na poród, narażając się na późniejsze, ewentualne bolszewickie represje, czy też uciekać pociągiem wraz z białymi Rosjanami. Stankiewiczowie wybrali w końcu to drugie rozwiązanie, żona z córką pojechały wcześniejszym pociągiem, mąż późniejszym, potem się spotkali. W końcu jednak, na skutek zdrady czeskich żołnierzy prowadzących straż na linii kolejowej, i tak wszyscy razem z Kołczakiem wpadli w ręce czerwonych. Ostatecznie, Mamert znalazł się w więzieniu w Irkucku, gdzie uwięziono również admirała Kołczaka, który wkrótce został zgładzony przez bolszewików. Naszemu kapitanowi również groziła śmierć, jednak zamiast tego trafił do obozu koncentracyjnego na Syberii, później został wypuszczony na wolność. W międzyczasie, w trakcie tych dramatycznych wydarzeń, jego żona urodziła drugą córkę. Dopiero w 1921 roku, po zawarciu traktatu w Rydze, Stankiewiczom udało się cudem, przez Moskwę, przedostać do Polski. I tak zakończyła się trwająca trzy lata dramatyczna podróż dookoła świata. Stracili wszystko, co posiadali wcześniej i byli całkowicie zrujnowani finansowo i obdarci. W wolnej Polsce musieli dorabiać się od zera.

Na początku lat 1920. Mamert zaczął pracować w powstającej właśnie szkole morskiej w Tczewie i wychowywać nowych marynarzy. I ta jego właśnie działalność została opisana piórem kapitana Borchardta. Rodzina osiadła ostatecznie w Tczewie, gdzie wynajęła pięciopokojowe mieszkanie (Helena Stankiewiczowa wraz z córkami została usunięta z Tczewa przez Niemców jesienią 1939 roku, kiedy hitlerowcy wysłali całą ludność napływową z Pomorza do Generalnego Gubernatorstwa).

W okresie międzywojennym kapitan Stankiewicz pływał na m/s „Piłsudski”. Wtedy też, w wieku niespełna 50 lat, spisał swoje wspomnienia, które zakończył w 1937 roku. W przededniu wybuchu II wojny światowej, 24 sierpnia 1939 roku, dostał rozkaz, by wyprowadzić z Gdyni do Wielkiej Brytanii statek „Kościuszko”, który w tym czasie był kompletnie pozbawiony wszelkiego wyposażenia i już przygotowany do sprzedaży na złom. Kapitan musiał uczynić go sprawnym do żeglugi, szybko zebrać załogę i zdążyć wydostać się z Bałtyku, zanim wybuchnie wojna. „Kościuszko” wypłynął z Gdyni dosłownie w ostatniej chwili, 28 sierpnia wieczorem. Przepłynął Morze Północne i 2 września dotarł do Anglii.

W listopadzie 1939 roku Stankiewicz objął dowództwo na transportowcu wojskowym m/s „Piłsudski”. Miał dołączyć z tym statkiem do konwoju. Jednak 26 listopada okręt został storpedowany przez Niemców. Kapitan został na pokładzie do końca, ewakuował się wraz z ostatnimi marynarzami na małej tratwie. Kiedy po paru godzinach rozbitków uratował brytyjski niszczyciel, kapitan był już w takim stanie wychłodzenia, że nie udało się go uratować. Jego pogrzeb odbył się 29 listopada w Hartlepool.

Wspomnienia Mamerta Stankiewicza w postaci maszynopisu ofiarowały Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni jego córki, Anna Tomaszewska i Irena Małecka. Po raz pierwszy zostały wydane w latach 1990. Ja czytałam drugie wydanie. Podobno w oryginale tekst był o wiele dłuższy, ale przez wydawcę został znacznie skrócony i zredagowany. Jednak wiele to nie pomogło w odbiorze całości. Kapitan Stankiewicz miał widocznie naturę pedanta, gdyż pisał tak, aby wszystko było dokładnie i szczegółowo. Nie dbał wcale o to, by było ciekawie czy interesująco. Jak ognia unikał wszelkiej sensacji. Nawet swoje niezwykłe przygody w Ameryce i na Syberii przedstawił w konwencji prawie urzędniczego sprawozdania. Opowieści Stankiewicza daleko na przykład do sensacyjnej fabuły przygodowej opowiedzianej przez Ferdynanda Ossendowskiego, który mniej więcej w tym samym czasie kręcił się po Syberii i Mongolii (był w otoczeniu szalonego barona, czyli generała Romana Ungern von Sternberg) i napisał potem książkę „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”.

Autobiografię Stankiewicza czyta się tak sobie... Jakby nie chodziło o wspomnienia Kresowiaka i epizod amerykańsko-syberyjski, pewnie dałabym sobie w ogóle spokój z tą lekturą. Wiele miejsca poświęcił Stankiewicz opisom statków, rejsów i innych kwestii około marynarskich, do tego napisał o tym w sposób tak nudny, że całe fragmenty tej książki zaledwie przekartkowałam. Być może mogą one być interesujące dla historyków polskiej floty wojennej czy handlowej, ale zwykłemu czytelnikowi trudno jest przedzierać się przez te rozważania.

Aaaa, właśnie, rozważania! Rozważania filozoficzne kapitana Stankiewicza! Tego w tej książce nie brakuje! Autor jawi się w niej jako szlachetny człowiek honoru, naśladowca Conrada, a jego wspomnienia mają nieść naukę młodym pokoleniom polskich marynarzy. Obala przy tym związane z zawodem żeglarza mity, zwłaszcza mit wiecznej przygody i niezwykłego powodzenia u kobiet (zdaniem Stankiewicza, nieprawdą jest, że marynarz ma żonę w każdym porcie, a kwestie lupanarów po prostu go mierżą).

Warto tu przypomnieć, że bardzo interesujące wspomnienia o Stankiewiczu pozostawił jego wychowanek ze szkoły morskiej w Tczewie, Karol Olgierd Borchadt, autor książek „Znaczy kapitan”, „Krążownik spod Samosierry”, „Szaman morski” i innych. Opisał w nich Mamerta jako ekscentrycznego nauczyciela morskiego fachu, który w każde prawie zdanie wtrącał słowo „znaczy”.


Tu kawałeczek Borchardta na zachętę:

„Uroczysta zbiórka wyznaczona była na godzinę jedenastą. Po pobudce i podniesieniu wielkiej gali poszliśmy na śniadanie. Jeszcze tylko ostateczne porządki w miedzypokładzie. Po podniesieniu stołów międzypokład zamienia się w bawialnię. Przebieramy się w wyjściowe, granatowe mundury i stajemy na zbiórce.
Na przemian prószy drobniutki suchy śnieg i wygląda słońce. Od pierwszego maja obowiązują białe pokrowce na czapkach. Nakrochmalone i wyprasowane jeszcze w domu rękami matek i sióstr - wyglądają naprawdę bardzo uroczyście.
Z pokładu rufowego zstępuje kapitan w asyście wszystkich oficerów.
- Baczność! Na prawo patrz!
- Czołem, uczniowie! - wita nas kapitan, stojąc przed nami na baczność i salutując.
- Czołem, panie kapitanie! - skandujemy.
Kapitan przechodzi teraz na prawą burtę i wita się z załogą stałą statku. Po chwili znów wraca na lewą burtę. Że zacznie przemówienie od słowa „znaczy” - nikt nie ma wątpliwości, że tych „znaczy” będzie więcej niż innych słów - też wiadomo. Ale co powie? Z jakiego podręcznika przygotował przemówienie? Kartki nie widzimy, nauczył się pewnie na pamięć.
Przyglądamy się kapitanowi z wielką uwagą. Widać, że jest niezadowolony z roli, jaka mu dzisiaj przypadła w udziale. Kapitan czerwienieje. Jego wydatna szczęka wysuwa się w ten sposób, jak gdyby miał nam udzielić surowej nagany za wielkie przewinienia. Szczęka coraz groźniej przesuwa się do przodu. Nagana będzie silna i płomienna.
Kapitan zaciska zęby i mówi:
- Znaczy, rozumiecie! Znaczy, praojcowie nasi konstytucję ułożyli! Znaczy, dzisiaj obchodzimy takie święto narodowe. Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie podwójne święto. Papież, znaczy Ojciec Święty, Matkę Boską królową Korony Polskiej zrobił! Rozumiecie?... Znaczy, dzisiaj jest jeszcze takie trzecie, małe święto! Znaczy, wyście dołożyli swojej małej inteligencji i statek przygotowaliście do podróży... Znaczy, dzisiaj jest takie POTRÓJNE święto: Znaczy, praojcowie - konstytucje, papież - Matkę Boską, a wy - statek! Znaczy, Rzeczpospolita Polska niech żyje!
- Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!”


A tu jest fragment dziecięcych wspomnień kapitana Stankiewicza, w którym opowiada o wakacjach u dziadków w dziśnieńskim powiecie:
Dzieciństwo i nauka - Cyfroteka.pl


Stankiewicz Mamert, „Z floty carskiej do polskiej”, wyd. Iskry, Warszawa 1997

Tekst pochodzi z bloga Archiwum Mery Orzeszko


środa, 23 listopada 2016

Teresa Siedlar-Kołyszko, Między Dźwiną a Czeremoszem



Od Szarych Szeregów do "Reportaży z ziem I i II Rzeczpospolitej" 

Pozostaję pod wielkim wrażeniem talentu gawędziarskiego pani Teresy Siedlar-Kołyszko, której książkę zatytułowaną „Między Dźwiną a Czeremoszem” przeczytałam ostatnio. Dzięki serwisowi internetowemu obejrzałam także relację filmową ze spotkania z autorką, jakie miało miejsce w Collegium Maius UJ w Krakowie, pod hasłem „Spadkobiercy Unii Horodelskiej - Polacy na Ziemiach Kresowych”. Obydwie formy kontaktu pani Siedlar-Kołyszko z kręgami głodnymi wiedzy o Wschodnich Kresach Rzeczypospolitej, pozwoliły jej wykazać się niebywałą erudycją i umiejętnością przekazywania swej wiedzy innym. Piękne i wartościowe karty swego losu rozpoczęła jako nastolatka walcząc podczas okupacji w Szarych Szeregach - była łączniczką o pseudonimie „Skierka” i „Bystra”. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim parała się dziennikarstwem radiowym i prasowym. Autorka ”Reportaży z ziem I i II Rzeczpospolitej” (wydanych po raz pierwszy w Londynie w 1998 roku) w latach osiemdziesiątych XX wieku rozpoczęła wędrówkę po terenach dzisiejszej Litwy, Białorusi i Ukrainy, docierając do trwających na placówkach Polaków, którym zabrano Polskę przesuwając jej granice na zachód przez „Sowietów, których szatański, brudny paluch pomieszał wszystko”.

Zbiorowe gwałcenie Kresów przez Wielką Trójkę 


Dziennikarka przemierzając krainy dawnej Rzeczypospolitej dostrzegła, niby powielone przestarzałą kalką, scenariusze losów ziem, wyrokami historii skazanych na zbiorowe gwałcenie przez bolszewickich oprawców, którym kibicowali uczestnicy konferencji teherańskiej, jałtańskiej i poczdamskiej. Zagarnięte przez najeźdźców obszary poddane zostały „zemście na wszystkim, co polskie lub Polskę i Polaków przypomina”. Polaków zamieszkujących rejony od Litwy do Ukrainy wymordowano lub wypędzono, kościoły katolickie zabrano, ich księży zgładzono lub zesłano na Sybir „Ruscy zajęli, wymordowali kogo chcieli”. Miejsce rodowitych mieszkańców Kresów Wschodnich zajęli kolonizatorzy z głębi Związku Sowieckiego, dewastując co się dało, „bo przecież na tej ziemi jest polska historia, tradycja i kultura, więc przybyszów to zupełnie nie interesuje”, co najwyżej „Między wzgórzem uczonych [cmentarz – MP] a parkiem i pałacem ostatni dyrektor kołchozu zbudował świniarnię” (sic!).

„Krajobraz po bitwie” - byłby właściwym określeniem stanu faktycznego, jaki zastała Teresa Siedlar-Kołyszko odwiedzając miejscowości położone na wschód od Bugu w początkach lat osiemdziesiątych. Ruiny kościołów zajmowane na magazyny i fabryki, garstki rodaków przyznających się do narodowości polskiej a poza tym wszechobecną biedę, nieporządek i prowizorkę.

Sambor - Kościół św. Stanisława
Sambor - Kościół św. Stanisława
Łuck - katedra św.św. Piotra i Pawła
Łuck - katedra św.św. Piotra i Pawła


Tu zaszła zmiana! 

Nie minęło dziesięć lat, gdy reporterka ponownie odwiedziła znane już sobie miejsca i mogła tylko wznieść okrzyk za Adamem Mickiewiczem i Marią Dąbrowską: „Tu zaszła zmiana!” – skutek pierestrojki. Po wielu staraniach, księżom i wiernym, udało się odzyskać część świątyń, a pozostali przy życiu Polacy pokonując odwieczny strach zaczęli głośno mówić po polsku i „wyśpiewywali odwagę do bycia Polakami”. Nadludzkimi siłami odbudowywano polskie kościoły, aby jak „najszybciej usunąć ten popiół sowiecki przykrywający wszystko”. Tworzono stowarzyszenia i związki Polaków, których głównym zadaniem było zadbać o nauczanie języka polskiego, ponieważ „naród żyje, jeżeli żyje jego język. Mowa jest sercem Polaków; jeśli wydrze się mowę, wydrze się serce i nie ma narodu”. Jednoczący się Polacy umacniali się nawzajem w dziele czuwania „na straży naszych narodowych pamiątek”. 

Pińsk - pałac Butrymowiczów
Pińsk - pałac Butrymowiczów
Równe - willa secesyjna
Równe - willa secesyjna













Aby język giętki powiedział wszystko 


Teresa Siedlar-Kołyszko pisała reportaże o ziemiach rozpostartych „Między Dźwiną a Czeremoszem” piękną, jasną polszczyzną ze wszelkimi jej barwami. Jej „język giętki” mówił

„wszystko, co pomyśli głowa:
A czasem był jak piorun jasny, prędki,
A czasem smutny jako pieśń stepowa”, jak pisał syn tej ziemi – Juliusz Słowacki. Polonistka z wykształcenia, a patriotka z wychowania czerpała z bogactwa naszej klasyki, cytując i odnosząc się do tekstów Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, ale sama również tworzyła udatne frazy:

„jak do kościoła wejdziesz, wtedy wszystko polskie masz wokół siebie… Dusza odpoczywa”
„a tam już było wszystko jak dawniej, jak za Polski”
„duże dzwony spoczywały zakopane w ziemi, oczekując swego zmartwychwstania”
„A tu by się przydał ktoś od remontu dusz naszych, przez komunizm powykrzywianych”
„jak szatan nie z ogonem, ale z sierpem, młotem i gwiazdą na dodatek pomiesza, to już nikt nie może rozplątać”.


Teresa Siedlar-Kołyszko odznaczona Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta postawiła sobie, nam, historii, retoryczne pytania: „Cośmy zrobili, co się stało, jakie fatum oderwało, odebrało wszystko, czym byliśmy, co stanowiło nas jako naród. Gdzie szukać, na jakiej mapie ojczyzny Mickiewicza”, Słowackiego, Moniuszki, Kościuszki, Traugutta, Piłsudskiego? Stojąc przed domem Wieszcza, zadumała się słowami jednego z bohaterów książki:
„może kiedyś przyjdzie tu jeszcze Polska”…


Tekst ukazał się na blogu Czytam po polsku



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...