niedziela, 1 stycznia 2017

Walerian Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach




„Gawędy o czasach i ludziach” księdza Waleriana Meysztowicza to zbiór arcyciekawych i barwnych opowieści o rodzinie, krewnych i znajomych autora z czasów dzieciństwa i młodości. Większość tych historii dotyczy mieszkańców dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Kompozycja całości nawiązuje do znanego wyłącznie w polskiej literaturze gatunku gawędy szlacheckiej (vide „Pamiątki Soplicy” Henryka Rzewuskiego).




Walerian Meysztowicz (na zdjęciu), syn znanego litewskiego ziemianina Aleksandra Meysztowicza, urodził się w 1893 roku w Pojościu na Kowieńszczyźnie. Uczył się w słynnym liceum w Carskim Siole. W czasie wojny polsko-bolszewickiej walczył jako żołnierz w ochotniczym oddziale polskiej samoobrony pułkownika Jerzego Dąbrowskiego, pierwszego kresowego „Łupaszki” (tak, tak, to nie pomyłka, bowiem przed „Łupaszką” Zygmuntem Szyndzielorzem był jeszcze „Łupaszka” Dąbrowski, który w 1939 roku lał Niemców aż miło!). W tym samym oddziale byli również bracia Józef i Stanisław Mackiewiczowie, hrabia Eustachy Sapieha, książę Włodzimierz Czetwertyński, hrabia Jan Tyszkiewicz i inni młodzi przedstawiciele kresowej arystokracji i ziemiaństwa. Po I wojnie światowej rodzina Meysztowiczów utraciła Pojoście (majątek znalazł się po litewskiej stronie granicy i został znacjonalizowany). Zaś Walerian Meysztowicz został księdzem: pracował najpierw w kurii wileńskiej, a potem w Watykanie, gdzie zresztą przeżył całą II wojnę światową (jako obywatelowi polskiemu nie wolno mu było wychodzić poza granice Watykanu). Po wojnie razem z Karoliną Lanckorońską i innymi założył w Rzymie Polski Instytut Historyczny. Był historykiem i archiwistą watykańskim. Zmarł w 1982 roku.


„Gawędy o czasach i ludziach” nie są typową autobiografią, ani też pamiętnikiem. Mimo wielu namów, Meysztowicz nie chciał pisać nic takiego. Pozostawił szkice o ludziach, których znał i którzy byli dlań ważni. Są wśród nich rodzice (o ojcu pisał per „pan Meysztowicz”), służba domowa, sąsiedzi bliżsi i dalsi, rodzina i zaprzyjaźnione rody kresowe (Radziwiłłowie, Skirmuntowie, Chodkiewiczowie, Dowgiałłowie), a także wielu znajomych (moim zdaniem, do najciekawszych należą szkice o Jerzym Dąbrowskim i Stanisławie Mackiewiczu, byłym koledze z wojska i późniejszym redaktorze „Słowa” wileńskiego). Bardziej interesująca wydaje się część „kresowa” tej książki niż „kościelna”, w której autor przedstawiał znanych mu dostojników kościelnych.


Czytamy też o pałacach i rezydencjach kresowych (m. in. Młynów i Nieśwież). Najpiękniej jednak opisał autor swój dom rodzinny w Pojoście i panującą tam wspaniałą atmosferę:


„… gdy śnieg pokrył pola, a długie wieczory zmuszały do przebywania w domu – gdy babunia, moja matka, nauczyciele i dzieci w bawialnym pokoju przed kominkiem słuchali Sienkiewiczowskiego „Na polu chwały” czy wierszy Tetmajera – mój ojciec w gabinecie obok, przy dużym mahoniowym stole, pisał. Raz była to ilustrowana rysunkami Siestrzeńcewicza broszura „Lusterko” – w lekkiej, pięknej formie przedstawiająca krakowską tezę: „zgubiły nas wady nasze”. To znów, gdy po zabójstwie Maurycego Karpia, o którym przecie napiszę, znalazło się u mego ojca bogate archiwum senatorskiego rodu – była to historyczna monografia o tej niegdyś tak znacznej, dziś zapomnianej rodzinie. Pisał przy lampie. Czasami wstawał, i przez bawialnię i całą amfiladę ledwie oświetloną małymi lampkami, z rękami na plecach, przechadzał się, myśląc. Nie trzeba mu było wówczas przeszkadzać. Sam często przystawał w bawialni, zamieniał parę słów i wracał do pisania.”


Na początku Meysztowicz zaznaczył, że postanowił o każdym pisać dobrze i że martwił się, jak to wyjdzie. Ale wyszło znakomicie! O niektórych jednak mimo tego założenia, napisał dość krytycznie, np. o Stanisławie Mackiewiczu, który mu podpadł tym, że po wojnie nie został za granicą, ale pojechał do PRL-u. Dobrowolne udanie się do kraju rządzonego przez bolszewików uważał bowiem Meysztowicz za haniebną zbrodnię. Jego zdaniem, Europa po II wojnie światowej podzieliła się na imperium zła (Związek Radziecki i kraje mu podporządkowane) i resztę. Sam uważał się za polskiego patriotę, a jednocześnie Litwina:


„„Litwin jestem” mówił Kościuszko. „Ojczyzno moja”, pisał Mickiewicz. Wszyscy uważaliśmy siebie za Litwinów i Polaków równocześnie. Do dziś na pytanie, czy jestem Litwinem, nie umiem odpowiedzieć prostym „nie”. Przeciwieństwo polsko-litewskie zaczęło się zarysowywać w pierwszych latach po roku 1900.”



Zapewniam Was, że wspaniale czyta się tę książkę! To kopalnia wiadomości o świecie, który przeminął na zawsze wraz z końcem I wojny światowej. W moim prywatnym rankingu kresowych opowieści „z pierwszej ręki” znajduje się ona w samej czołówce wśród książek, które przeczytałam do tej pory. Dodam jeszcze, że wielką zaletą wydania londyńskiego, które udało mi się upolować w jednej z bibliotek, jest cudowny, „gruby” i wyraźny druk zupełnie nie męczący oczu.


Meysztowicz Walerian, ksiądz, „Gawędy o czasach i ludziach”, wyd. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1993


Źródło zdjęcia: Wikipedia, File:Walerian Meysztowicz.jpg

Alicja Łukawska
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

wtorek, 27 grudnia 2016

'Wołyń bez komentarza. Wywiady radiowe, wspomnienia ocalałych, dokumenty'

Potrzeba czytania o tych tragediach jest ogromna, bo dotychczas była tylko książka Siemaszków. No i film, na który boję się iść.
Relacja pierwsza pod tytułem 'Kainowa zbrodnia' to zapis radiowego reportażu. I właściwie ten pierwszy reportaż oddaje to, co jest główną zawartością tych wszystkich dramatycznych relacji: strach ofiar, bezrozumna agresja agresorów, pastwienie się nad ofiarami, celowe zadawanie im bólu, mordowanie całych rodzin i wiosek. Było to tak bestialskie, że nawet żołnierze niemieccy byli potem przerażeni. 
Trauma ludzi trwała przez dziesiątki lat. Do dziś ludzie boją się jechać na Ukrainę. 
Z wielką uwagą wczytywałam się też w dokumenty.






Potrzeba czytania o tych tragediach jest ogromna, bo dotychczas była tylko książka Siemaszków. No i film, na który boję się iść.
Relacja pierwsza pod tytułem 'Kainowa zbrodnia' to zapis radiowego reportażu. I właściwie ten pierwszy reportaż oddaje to, co jest główną zawartością tych wszystkich dramatycznych relacji: strach ofiar, bezrozumna agresja agresorów, pastwienie się nad ofiarami, celowe zadawanie im bólu, mordowanie całych rodzin i wiosek. Było to tak bestialskie, że nawet żołnierze niemieccy byli potem przerażeni. 
Trauma ludzi trwała przez dziesiątki lat. Do dziś ludzie boją się jechać na Ukrainę. 
Z wielką uwagą wczytywałam się też w dokumenty.

Daję książce 10 gwiazdek
  Post pochodzi z bloga Literackie zamieszanie

piątek, 23 grudnia 2016

Wigilia u hrabiów Tyszkiewiczów z Landwarowa



Źródło zdjęcia



Wspomnienia Stefana Marii Tyszkiewicza (ur. 1894), syna hrabiego Władysława z Landwarowa o wieczerzach wigilijnych w rodzinnym domu:

„W kątach prostokątnej sali jadalnej stały ogromne słupy uwite z suchych zbóż, pamiątka po ostatnim jesiennym urodzaju, nadzieja na płodny następujący rok. Lubiliśmy z rodzeństwem zawieszać na nich przyczepione do jedwabnych wstążeczek małe czerwone jabłuszka, rajskimi zwane. O zmierzchu cichaczem wymykaliśmy się z pałacu do stajni, żeby posłuchać, o czym mówią nasze ukochane zwierzęta – konie, którym dawaliśmy resztki opłatków zebrane ze świątecznego stołu. W salonie stała Piękna Pani – choinka ustrojona w iskrzące barwami kule przywiezione przez naszych Rodziców z Niemiec, pod którą już czekały na nas prezenty wręczane przez Tatę.

Stół na 12 osób był u nas zawsze przykryty śnieżnobiałym obrusem, ale tego wieczoru także bogato przybrany gałązkami świerkowymi. To była inna wieczerza niż zwykle, bo potrawy, zwykle po kolei podawane przez naszych służących, już na stole stały. Ale to nie znaczy, że można było najadać się do woli. Trzeba było trzymać się dobrych zasad savoir-vivre, no i żeby następnego dnia brzuchy nie bolały. Lokaj Franek, w czarnym fraczku i w białych rękawiczkach, majstrował tylko przy zupach. Zawsze były wedle życzenia minimum dwie. Najczęściej migdałowa i grzybowa, choć kiedy byliśmy tylko we własnym gronie, mogła być nasza tradycyjna niedzielna zupa, rakowa. Jadaliśmy karpia po żydowsku i w galarecie (z warzywami), okonie serwowane z siekanym jajkiem (zdaje się, że danie zapożyczone z Zatrocza), kulebiaka z rybą i cebulą, słodkawe kulki typu pączków z nadzieniem z kapusty, uszka grzybowe, makowiec z kandyzowaną pomarańczową skórką, strudla z suszonymi śliwkami, marcepanowe figurki, leguminy. U nas w Landwarowie, mimo że byliśmy posądzani o »prostactwo«, najważniejszy był… śledź. Także w czasach przedwojennych i powojennych, kiedy znaleźliśmy się na emigracji. Normalnie była to potrawa biednych rodzin, ale do naszego domu weszła poprzez zażyłe kontakty z Petersburgiem. I już nigdy nie wyszła”.


Na podstawie wywiadu z Lilianą Narkowicz, badaczką dziejów rodu Tyszkiewiczów

"Kurier Wileński", 23 grudnia 2016 r.




Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie na Wileńszczyźnie



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...