poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Sylwia Zientek, "Kolonia Marusia”, czyli o Wołyniu z perspektywy wnuków ofiar




I oto mamy kolejną książkę o ludobójstwie na Wołyniu, tym razem napisaną przez przedstawicielkę trzeciego pokolenia ofiar tamtej rzezi. Jest to autobiograficzna powieść o trzech pokoleniach kobiet z rodziny wywodzącej się z Wołynia. Na tym przykładzie widać, że trauma tamtych strasznych wydarzeń przenosi się z pokolenia na pokolenie niczym jakaś choroba dziedziczna, powodując spustoszenia nerwowe i psychiczne.

W książce jest kilka planów czasowych, a wydarzenia historyczne przeplatają się ze współczesnymi. Narratorka całości, Sylwia, jest jednocześnie jej bohaterką Sylwią. Można zatem uznać, że narratorka, bohaterka i autorka są w pewnym sensie tożsame.

Akcja zaczyna się w Kolonii Marusia w gminie Czaruków pod Łuckiem. Zaczęłam czytać i zaraz sprawdziłam, czy to nazwa fikcyjna, czy też wioska ta istniała naprawdę. No, bo jeśli to ma być dokument, to ja sprawdzam. Kolonię Marusia znalazłam na bardzo dobrej (w sensie informacyjnym) stronie o Wołyniu (wolyn.ovh.org/opisy/marusia-07.html). Znalazłam także nazwisko dziadków autorki Błoński. Z tym, że powieściowi dziadkowie Błońscy to Władysław i Konstancja, którzy mieli kilkoro dzieci, w tym Cyryla i Halinę, matkę Sylwii. A na stronie wołyńskiej napisano tak: „Błoński Adam, żona Anna z d. Wosiak, syn Czesław. Razem z mieszkańcami kolonii uciekają do Łucka, a po „repatriacji” zamieszkali na Pomorzu.” I w tym miejscu to ja mam dysonans poznawczy, bo ktoś tutaj się myli albo kłamie. Albo też autorka zmieniła imiona swoim dziadkom, nie informując o tym czytelników? A w dobie internetu ciekawski czytelnik może przecież sprawdzić takie szczegóły. Autorko, proszę to koniecznie wyjaśnić!

Wracając do tematu książki…

Jest początek lat trzydziestych, Władysław (no, niech mu będzie Władysław! Chociaż nie wiem, co autorka ma do Adama?) Błoński wraca na Wołyń z pieniędzmi, których dorobił się podczas pięciu lat ciężkiej harówki w Ameryce. Nie jest już młody, ale za to bogaty, ma dom, ziemię, sad, konie i liczny inwentarz. Potrzebna mu tylko młoda, urodziwa i robotna żona. I znajduje śliczną, niespełna dwudziestoletnią Konstancję, która jest od niego młodsza o kilknaście lat. Konstancja ma za sobą piękny romans z młodym poetą Józefem Czechowiczem, który pracował jako nauczyciel w szkole na Wołyniu i pisał dla niej wiersze. Ale tamto się skończyło, więc wychodzi za mąż za starego Władka, który ma tyle morgów ziemii i wszelakiego dobra, że będzie teraz pierwszą gospodynią w okolicy. Przed wojną Błońskim rodzi się syn i córka Halina, przyszła matka Sylwii.

Przychodzi wojna i okres „pierwszych” Sowietów. Błońscy cudem unikają wywiezienia na Sybir. Potem jest okupacja niemiecka, w czasie której najpierw jest likwidacja Żydów. A potem przychodzi czas na Polaków. Latem 1943 roku mieszkańcy Kolonii Marusia słyszą o napadach na polskie wsie, zabijaniu Polaków, gwałtach, rabunkach i paleniu ich domów. Tuż po słynnej krwawej niedzieli (11 lipca 1943 roku), kiedy to w ramach masowej eksterminacji Ukraińcy mordowali Polaków w prawie stu miejscowościach na Wołyniu, ludzie z Kolonii Marusia uciekają do pobliskiej większej wioski, gdzie znajduje się więcej uchodźców, którzy schronili się w miejscowym kościele. Błońscy także zatrzymują się tam na krótko, potem ruszają dalej, do ciotki w Łucku. Mają szczęście, bo kościółek, który zostawili za sobą, wkrótce zostaje spalony przez banderowców wraz z ludźmi, którzy byli w środku. Po jakimś czasie z Łucka wyjeżdżają „do Polski”, najpierw w okolice Lublina, potem na Ziemie Odzyskane, gdzieś pod Olsztyn.

Halina Błońska po wojnie wychodzi za mąż za zawodowego wojskowego nazwiskiem Znojek, rodzi dwie córki. Sylwia jest jej późnym dzieckiem, urodziła się w 1974 roku. Pod koniec lat 1970. Znojkowie przeprowadzają się z Biskupca do Warszawy, ojciec Sylwii nie dostaje, niestety, awansu na generała, zaś matka popada w lekomanię, alkoholizm, hipochondrię, depresję i w końcu za łapówkę załatwia sobie rentę chorobową. Sylwia ma ciągoty artystyczne, ale kończy prawo i dostaje pracę w jakiejś korporacji. Po śmierci rodziców rzuca tę robotę i zaczyna pisać książki. I tyle.

W sumie jest to dość banalna historia, typowa dla wielu Polaków z Kresów. Odebrałam to jako opowieść, która nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, gdyby nie fakt tej wołyńskiej traumy. Mała Halina jako dziecko była zabierana przez matkę na liczne pogrzeby ofiar rzezi wołyńskiej, widziała leżące w otwartych trumnach pokawałkowane zakrwawione ciała ludzkie, spotykała dzieci, których już brakuje na następnych pogrzebach, bo w międzyczasie zostały zamordowane przez Ukraińców. I przez to właśnie Halina całe późniejsze życie odczuwa strach i lęk przed jakimś nieszczęściem czy katastrofą. Jest nerwowa, nienawidzi i boi się Ukraińców.

Pewne jej cechy dziedziczy Sylwia, która nie lubi w sobie tego, co jest podobne do matki. Także jest nerwowa i ma liczne lęki. Cierpi na obsesję własnej tuszy i brzydzi się mięsa, zwłaszcza tłustego, którym matka karmi ją w dobrej wierze. W końcu zostaje wegetarianką i z tego tytułu popada w konflikty z rodzicami. Uśmiałam się, jak czytałam o oburzeniu Sylwii, którą rodzice próbowali uratować przed głodową śmiercią z powodu wegetarianizmu (uważali go za szkodliwą manię), wrzucając po kryjomu łyżki smalcu do wege-zupki, którą sobie sama gotowała.

Poza tym - jak odniosłam wrażenie – Sylwia jest typowym przedstawicielem pokolenia czytelników „Gazety Wyborczej” w średnim wieku. Jest także pod wpływem filozofii gender i feminizmu, pisze, że przeszła jakąś skomplikowaną psychoanalizę, której nie skończyła, bo zamiast „wykrzyczeć gniew na matkę”, jak kazała jej pani psycholog, napisała tę ksiażkę, w której rozlicza się z rodzinną przeszłością. Męczące było dla mnie czytanie, jak Sylwia tu i ówdzie bredzi coś o wybaczaniu Ukraińcom i stara się być bardzo poprawna politycznie wobec wszystkich (z wyjątkiem własnych rodziców), a w końcu pochyla się z troską nad biednymi ukropami ginącymi w Donbasie (to są chyba skutki oglądania telewizyjnych reportaży o wojnie na Ukrainie Marii Stepan i Arlety Bojke). Szczerze mówiąc, wszystkie problemy i obsesje Sylwii wydawały mi się mocno wydumane, jakieś takie blade, anemiczne, mało istotne, a nawet wręcz śmieszne przy straszliwej tragedii, jaką przeszli Polacy pomordowani na Wołyniu.

Całość jest rozpisana na sceny a wydarzenia historyczne przeplatają się ze współczesnymi. Najbardziej interesująca była historia starszych Błońskich, dzieje Haliny były już mniej ciekawe, zaś historię Sylwii właściwie mogłabym sobie darować, gdyby była przedstawiona w porządku chronologicznym, to jest na końcu. Wtedy pewnie wcale bym jej nie przeczytała. A tak, szukając dalszych informacji o starych Błońskich, czytałam rozsiane po całej książce te intymne rozważania o własnym życiu, te utyskiwania i żale na matkę, te pretensje do całego świata i to przekonywanie siebie co kilkanaście stron: „jestę pisarkom!”, „jestę pisarkom!”, „jestę pisarkom!”. Chciałoby się jej powiedzieć: „Weź Sylwia, zjedz kotleta i przestań pierdolić! Dobra, jesteś pisarką i ciesz się życiem, a nie marudź!”.

Na filmikach na YT widać, że Sylwia jest atrakcyjną, sympatyczną i wygadaną kobietę i naprawdę nie rozumiem, skąd ta niska samoocena.

Przyznam się, że z początku dobrze mi się czytało tę książkę, ale tylko tak mniej więcej do setnej strony. Potem była już orka na ugorze i dość nudne przedzieranie się przez kolejne wynurzenia znerwicowanej Sylwii, której rzeczywistość myliła się do tego stopnia, że wspomniała o oglądaniu słynnego serialu „Niewolnica Isaura” w roku 1988, kiedy wiadomo, że był on w Polsce wyświetlany na przełomie lat 1984/1985. Toż przecież można to było sprawdzić w Wikipedii, nieprawdaż? Aż sobie ten szokojący błąd zaznaczyłam karteczką w książce, by nie zapomnieć o nim jak będę pisała recenzję.

Na koniec…

Dobra wiadomość jest taka, że książki o Wołyniu zaczęło pisać trzecie pokolenie dawnych polskich mieszkańców Ukrainy. Dobrze, że nawet przedstawiciele pokolenia korporacyjnych lemingów z Warszawki odważyli się przypominać swoich dziadków, którzy cudem uratowali się spod ukraińskiej siekiery. Dobrze, że film „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, którego Sylwia, pisząc książkę jeszcze nie widziała, ale słyszała, że powstaje, spowodował usunięcie pewnych tabu w psychice rodzin ofiar wołyńskiego ludobójstwa, że wyszli w końcu z szafy, że pokazali te swoje nieszczęścia światu. Ale przecież można by to jakoś lepiej napisać? Może w innej manierze? Może bez tej całej psychoanalizy i rozważań o nieszczęśliwej rodzinie?

Przecież ta rodzina Sylwii to była normalna polska rodzina żyjąca w PRL-u! Takich rodzin mieszkających w M4 z płytkami PCW, meblościanką, dywanami, firankami i tapicerką w kwiaty było wiele i jakby tak każdy zaczął tak lamentować jak Sylwia, to nie wiem, co by było. Chyba by dla wszystkich nie starczyło relanium (Właśnie, relanium! Ważny wątek w tej powieści!).

Wniosek?

Można przeczytać. Ale niekoniecznie.

 
Zientek Sylwia, „Kolonia Marusia”, wyd. w.a.b, Warszawa 2016
 
 
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


4 komentarze:

  1. To samo przyświecało Krystynie Januszewskiej, gdy pisała swoje "Dziedzictwo". Są również odniesienia do siebie i "powołyńskiej" historii, jest trauma. Ale nie ma nachalnej psychologii. Nawet nie ma dosłowności w pokazaniu rzezi, a książka i tak robi i wrażenie. Czytelnik wie, że traumę przenosi się na kolejne pokolenia i że to będzie się działo, aż historia zostanie należycie rozliczona...

    OdpowiedzUsuń
  2. 'Poza tym - jak odniosłam wrażenie – Sylwia jest typowym przedstawicielem pokolenia czytelników „Gazety Wyborczej” w średnim wieku. Jest także pod wpływem filozofii gender i feminizmu'... - Pokolenie GW? A pokolenie Dziennika Polskiego? Bez przesady, żeby ludzi dzielić według gazet, to już jakaś obsesja.
    A jeszcze coś: to traumy się dziedziczy? Ładnie opisała pani te nieścisłości.
    Wierzę, że książka nawet o Wołyniu może być banalna. Albo coś się napisało dobrze, albo źle.
    A ofiary wojen powinny budzić współczucie, gdziekolwiek by one nie były. To wcale nie chrześcijańskie, że nasze tragedie będziemy podkreślać, a cudzych nie zauważać. Ja nie widzę problemu w tym, że jakiś naród ma swój kraj. Już Jan Paweł II, którego tak wszyscy cenimy, podpieramy się na każdym kroku, mówił, że każdy naród ma prawo do swojego państwa.
    Ja uważam, że to co spotkało Polaków na WOłyniu jest troszkę konsekwencją upartej polityki Piłsudskiego, który nasiedlał, nasiedlał Polaków na Wołyniu. Uparł się na to. Ludzie kupowali pole, bo było tam tanio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w ogóle to jest zgodne z prawem, takie przezywanie Ukraińców?

      Usuń
    2. Ojoj, tyle uwag...
      Chętnie bym się odniosła, gdyby były bardziej uporządkowane. Bo tak to nie wiem, od czego zacząć i na czym skończyć ;)))

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...