niedziela, 3 września 2017

Józef Weyssenhoff, „Soból i panna”





„Soból i panna” Józefa Weyssenhoffa to najsłynniejsza polska powieść myśliwska, dzisiaj już nieco zapomniana. Odkurzyłam ją sobie, bowiem przeczytałam niedawno wspomnienie Tomasza Zana o tym, jak we wczesnej młodości słuchał autora czytającego kolejne rozdziały tej powieści. 


Mam ogromne poczucie winy, bowiem powinnam była przeczytać tę książkę przeszło trzydzieści lat temu, na egzamin z literatury Młodej Polski, ale – ponieważ nic wtedy jeszcze nie wiedziałam o Kresach wschodnich - nie zrozumiałam jej wtedy zupełnie. W ogóle mnie nie zainteresowała, a wręcz znudziła i pewnie nigdy bym po nią ponownie nie sięgnęła, gdyby nie niedawna lektura książki Wojciecha Wiśniewskiego „Ostatni z rodu. Rozmowy z Tomaszem Zanem”, o której pisałam tutaj 
 

Tak to właśnie nieraz literackie tropy wiodą czytelnika od jednej ksiażki do drugiej.

Józef Weyssenhoff, wuj Tomasza Zana, opisał w „Sobolu i pannie” świat, którego już nie ma. Uwiecznił ludzi, zwierzęta, krajobrazy i zdarzenia na dawnej Litwie, w okolicy Rakiszek w okręgu poniewieskim. I jeśli będziemy czytać tę powieść jako zapis tamtego świata, to od razu stanie się ona bardziej interesująca. Nie należy jednak szukać w niej romansu, bo ten jest tutaj mniej ważny, a do tego blady i schematyczny. 


A więc do rzeczy! 


Akcja tej powieści z kluczem dzieje się tuż przed I wojną światową. Młody student z Wilna Michał Rajecki przyjeżdża na wakacje do swego majątku w Jużyntach. Spędza lato na wspólnym polowaniu z sąsiadem z Gaczan, nieco starszym od siebie Stanisławem Pucewiczem. Pierwowzorem Pucewicza był inflacki baron Piotr Rozen, który wraz z młodym Tomaszem Zanem i innymi sąsiadami w początkach XX wieku słuchał wieczorami przy kominku w Duksztach (majątku Zanów), jak autor czyta kolejne odcinki powstającej powieści. 


W czasie polowania bohaterowie powieści przypominają sobie starą polską pieśń łowiecką „Pojedziemy na łów, towarzyszu mój”, w której jest mowa o tym, że na polowaniu można spotkać i zwierzynę, i dziewczynę.
Dalej dzieje się tak, jak w tej pieśni. Myśliwi znajdują piękną, 17-letnią litewską chłopkę, Warszulkę Łaukinisównę rwącą orzechy z „pańskiego” krzaka. No i wtedy jakaś iskra przeskakuje pomiędzy paniczem Michałem a Warszulką. Zawiązuje się między nimi jakieś porozumienie, ale – jak już wspomniałam – ten romans jest oparty na schemacie „panicz i dziewczyna” i nigdzie nie wychodzi poza tenże stereotyp. Tu jest ilustracja tego wątku powieściowego, której autorem jest Henryk Weysenhoff, kuzyn autora:

Ale przecież nie o ten romans przecież chodzi w tej powieści, ale o pokazanie całej palety różnych barwnych typów ludzkich, jakie Michał spotyka podczas wakacyjnych polowań na Litwie i nie tylko. Każdy z rozdziałów jest bowiem opisem kolejnego polowania i właściwie poszczególne rozdziały można czytać jako odrębne opowiadania. Mnie najbardziej przypadła do gustu opowieść o Trembeliszkach i zimowym polowaniu Stanisława Pucewicza w tej okolicy. Jest to po prostu narracyjny majstersztyk! 


W ogóle, jestem bardzo pozytywnie zaskoczona „Sobolem i panną”. Nie sądziłam, że lektura tego szacownego zabytku literackiego przyniesie mi tyle radości, przyjemności i wzruszeń estetycznych. Całość jest napisana pięknym językiem, cudowną polszczyzną, przy czym nawet liczne opisy przyrody nie nudzą, tylko dodają całości kolorytu. Jako miłośniczka psów zauważyłam, że z ogromną miłością pisze autor także o wiernych pomocnikach myśliwego, o tych dzielnych psach myśliwskich, które nawet troszeczkę personifikuje, przypisując im prawie ludzie cechy i zdolność myślenia. Jakież to rozczulające! I chyba dzięki Weysenhoffowi przekonałam się do polowań! Zdaje się, że one wcale nie są takie nudne. Kiedyś myślałam, że to tak jak zbieranie grzybów czy jagód, że myśliwi tylko snują się ze strzelbą po lesie… A to przecież niesie ze sobą tyle niezwykłych wrażeń, przeżyć i pięknych widoków. W końcu cała nasza sarmacka kultura związana była z polowaniami! 


Na koniec chciałabym dodać, że – jak zwykle – szukałam sobie w sieci wieści o tym, gdzie są miejscowości opisane w powieści i co tam się teraz dzieje. Z ogromną przyjemnością donoszę, że literackie Gaczany rodu Pucewiczów z „Sobola i panny” istnieją naprawdę. Właśnie tam powstała inna powieść Weyssenhoffa, czyli "Puszcza". Do II wojny światowej mieszkał tam Piotr Rozen, czyli pierwowzór powieściowego Stanisława Pucewicza. Potem byli tam Sowieci, Niemcy i znowu Sowieci. Piotr Rozen i jego syn Antoni musieli opuścić rodzinny dom. Ale historia plecie niezwykłe zakończenia. Po wielu latach okazało się, że Antoni Rozen, który nigdy nie zrzekł się litewskiego obywatelstwa, może odzyskać swój rodowy majątek od rządu litewskiego. I oto, po różnych perypetiach, Gaczany znowu należą do Rozenów! Od paru lat jest tam pensjonat, który reklamuje się jako „polski dwór na Litwie”. A to jest strona tegoż pensjonatu, zajrzyjcie: 

Weyssenhoff Józef, „Soból i panna”, wyd. Świat Książki, Warszawa 2007
Żródło ilustracji: Wikipedia, File:Sobol i panna by Weyssenhoff.jpg



Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...