środa, 27 stycznia 2016

Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”




„Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” autorstwa Władysława i Ewy Siemaszków (ojciec i córka) to olbrzymia, dwutomowa, licząca w sumie prawie 1500 stron praca dokumentująca zbrodnie popełnione przez Ukraińców wobec Polaków w latach 1939-1945. Powiat po powiecie, gmina po gminie, wieś po wsi - zostały tu bardzo dokładnie opisane wszystkie miejscowości, w których Ukraińcy zabijali i męczyli Polaków. Autorzy wykonali benedyktyńską pracę, docierając do olbrzymiej ilości świadków tych wydarzeń i zbierając ich świadectwa. Jest to właściwie czarna księga ukraińskich zbrodni począwszy od pierwszych dni II wojny światowej aż do jej końca.  

Zachowanie Ukraińców  wobec Polaków w tym okresie pełne było wyrafinowanego, niczym nie uzasadnionego okrucieństwa. Korzystali oni ze starych, wypróbowanych przez ich dziadów i pradziadów metod zabijania. Podobne akty terroru popełniane przez kozacką dzicz opisano już w XVII wieku, w okresie powstania Chmielnickiego w XVII wieku, a także w czasie tzw. koliszczyzny, czyli kozackiej rebelii w wieku XVIII. Można tu więc wyliczyć takie metody jak: rąbanie ofiar siekierami, przerzynanie żywcem piłą, wydłubywanie oczu, obcinanie uszu i języków, rozpruwanie brzuchów ciężarnym kobietom i wyciąganie płodów, rozpruwanie brzuchów mężczyznom i wyciąganie jelit, nabijanie niemowląt na sztachety w płocie, wrzucanie ludzi do studni itp. W czasie Wigilii w Łucku Ukraińcy weszli do domu na przedmieściu, pozabijali ludzi, a kawałki ich ciał położyli na przygotowane wcześniej talerze. Było to dla nich bardzo zabawne. Takich barbarzyńskich czynów nie dokonywali ani Niemcy, ani Sowieci!

Autorzy przedstawiają ludobójstwo Polaków na Wołyniu jako zbrodnię, którą popełnili UKRAIŃCY, a nie – jak to się zwykle pisze w opracowaniach historycznych – członkowie rozmaitych organizacji wojskowych. Zdaniem Siemaszków, jest to ludobójstwo dokonane przez Ukraińców, a nie np. UPA, banderowców, nacjonalistów ukraińskich czy jak ich tam zwać… Bo w mordach i podpalaniu polskich wsi uczestniczyli zwykli ludzie, nie żadni tam wojskowi, ale przeciętni, normalni ukraińscy chłopi, a także ich żony i dzieci. Często bywało tak, że na akcję pacyfikacji polskiej wsi w mroźną noc (napadano zwykle wtedy, kiedy wszyscy byli w domach, chodziło o element zaskoczenia) jechali po prostu sąsiedzi: ukraińscy mężczyźni zajmowali się mordowaniem Polaków, ukraińskie kobiety rabowały w tym czasie ich dobytek, a ukraińskie dzieci podpalały domy. Do tego wszystkiego namawiali ich wcześniej ukraińscy duchowni, którzy przez akcją mordowania sąsiadów święcili narzędzia zbrodni, czyli noże, kosy, siekiery, grabie i piły. Autorzy są jednak sprawiedliwi i odnotowują także przypadki, kiedy Ukraińcy pomogli Polakom. Bo i takie sytuacje się zdarzały.  

Największą zaletą tej  książki jest to, że nie jest pisana na podstawie dokumentów wyciągniętych z archiwów, ale na bazie zeznań żyjących świadków tych okropnych wydarzeń, jakie miały miejsce na Wołyniu. Praca opatrzona jest obszernym indeksem rzeczowym, a także mapkami, z których wynika, jaki układ terytorialny miały zbrodnie Ukraińców. Objęły one właściwie cały Wołyń. Polaków mordowano głównie na wsiach, choć zdarzały się także napaści na domy w miastach stojące gdzieś na uboczu lub na peryferiach. 

Według bardzo ostrożnych szacunków w okresie 1939-1945 Ukraińcy zamordowali około 60-80 tysięcy Polaków. Dokładna liczba pomordowanych jest trudna do ustalenia z wielu powodów, m. in. dlatego, że nie zawsze było komu policzyć te trupy, po prostu po zbrodni nie został już nikt żywy. Niektóre źródła podają, że mogło to być w sumie nawet 200 tysięcy Polaków. W każdym razie była to ogromna liczba ludzi, którzy stracili życie na Wołyniu. Dochodzi do tego wielka ilość dzieci, które straciły rodziców, a same uratowały się, lub ktoś je uratował z masakry. Dzieci te do końca życia także były (a niektóre jeszcze są) ofiarami tego ludobójstwa. Doliczyć do tego należy wielką ilość Polaków, którzy wprawdzie uszli z życiem, ale stracili na Wołyniu dorobek całego życia, a także swoją ojczyznę, w której ich przodkowie mieszkali od czasów Bolesława Chrobrego.  

Mimo niezaprzeczalnych dowodów, ludobójstwo na Wołyniu jest wciąż przemilczane. Z różnych względów nie mówiono o nim w okresie PRL-u, nie mówi się także po 1989 roku. Przyczyną tego zamiatania pod dywan takiej zbrodni jest – moim zdaniem - niewłaściwie pojęta strategia dyplomatycznej przyjętej przez kolejne rządy Polski wobec Ukrainy. A przecież Ukraińcy nigdy nie przeprosili za tę zbrodnię, nie ukorzyli się, tak jak to zrobili Niemcy po drugiej wojnie światowej. Dla Ukraińców tamci zbrodniarze są bohaterami, stawiają im pomniki i nazywają ulice imionami tych, którzy wtedy mordowali Polaków.  

Jeszcze kamyczek osobisty… W mojej miejscowości mieszkają potomkowie Polaków, którzy musieli uciekać z Wołynia. Nie tak dawno rozmawiałam z panią, której dziadkowie zostali zamordowani przez Ukraińców we wsi Nieświcz koło Łucka. Zanotowałam jej opowieść. Oto ona:
„Nasza rodzina mieszkała na Wołyniu, pomiędzy miastami Łuck i Równe. Przed wojną dziadek był zarządcą w dużym majątku ziemskim. W czasie wojny Ukraincy zabili dziadka, a potem babcię, to jest matkę mojej matki. Zabili, a później wrzucili ją do studni. A moją mamusię uratowała Ukrainka Wierka. 

To było tak…

Pod koniec wojny większość Polaków uciekała z wiosek do Łucka przed banderowcami. Babcia z dziećmi też miała uciekać. Póki co, chowali się po domach przed banderowcami, nie rozpalali ognia, by dym z komina nie zdradził, że ktoś tam jest w środku żywy.

Pewnego razu babcia z inną kobietą zostawiły dzieci i poszły do takiego domu na skraju wsi, by tam ukradkiem zrobić pranie, bo już nie miały żadnych czystych rzeczy. Rozpaliły w piecu, banderowcy dostrzegli dym, wpadli tam, zarezali obie kobiety, a trupy wrzucili do studni. Dzieci siedziały same, bały się okropnie i były głodne. Uratowała je znajoma matki, Ukrainka Wierka. Jej mąż też poszedł do banderowców, bo inaczej całą ich rodzinę by zabili. Ale jej się zrobiło żal tych głodnych dzieci, co tam były schowane. Poszła tam i dała im jeść. W nocy przyśniła się jej Matka Boska, która kazała się jej nimi zaopiekować. No to następnego dnia też poszła dać im jeść. Kolejnej nocy znowu ukazała się Wierce Matka Boska i mówiła, by zabrała dzieci z tamtego pustego domu. No to Wierka wzięła je do siebie, w tajemnicy przed swoimi. Jakby się Ukraińcy dowiedzieli, że ona chowa polskie dzieci, to by ją na pewno zabili. I dobrze, że je zabrała, bo następnego dnia w ten dom uderzyła bomba i tam tylko wielka dziura w ziemi została. Jakby tam ktoś był, to by nie przeżył.

I tak moja mamusia cudem uratowała się od śmierci. Do końca życia modliła się do Matki Boskiej, dziękowała jej za ocalenie. Wierka z Ukrainy dwa razy przyjeżdżała do nas, do Polski.  Mamusia była jej bardzo wdzięczna. A my nigdy tam nie byliśmy, na tym Wołyniu.”

Dowiedziałam się, że dziadek mojej rozmówczyni nazywał się Paszkowski, przed wojną skończył studia rolnicze, pracował jako zarządca majątku (folwarku?), że jak przyszli Niemcy to nie opuścił swojej wsi. Kiedy Ukraińcy zaczęli zabijać Polaków, to nie chciał uciekać, bo sądził, że jemu nic nie zrobią, bo to przecież znani od lat sąsiedzi. Ale mimo to, Ukraińcy przyszli, wyprowadzili jego i jeszcze paru innych mężczyzn niby to do urzędu gminy i po drodze zabili (zarezali?, zastrzelili?). Dzisiaj w tej wsi jest pamiątkowy obelisk z nazwiskami tych zabitych, ufundowany przez potomków Polaków.”

Tragedia rodziny Paszkowskich z Nieświcza także została opisana w książce Ewy i Władysława Siemaszków.

Siemaszko Ewa, Siemaszko Władysław, „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”, wyd. von Borowiecky, Warszawa 2008

3 komentarze:

  1. To droga książka, niestety. Niby chcę ją przeczytać, ale z drugiej strony boję się, koszmarów sennych. Mnie się to w głowie nie mieści, że można tak dręczyć ludzi. Ale tak było. Dzieci rozpoznawano po ubranku.
    W dodatku fotografowano te bestialstwa! Widziałam w internecie zdjęcie człowieka z czasów Rzezi, powieszonego do drzewa za jedną nogę,, tak bokiem, wielki kołek wsadzono w odbyt, a dookoła tego drzewa ogromny tłum ludzi. Czy są granice okrucieństwa? W książce Tochmana o Rwandzie czytałam o krojeniu ręki po kawałku i zmuszaniu dzieci do gwałcenia matek.

    W każdym razie trauma u tych, co przeżyli, jest tak wielka, że żadne siły nie zmusiłyby ich do pojechania na Ukrainę.
    W dodatku zbrodniarze nie ponieśli kary, ba, nawet się nie przyznali. Przecież nawet tabu jest powiedzenie, że to było ludobójstwo. A co to było? Igraszki szatana?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnią słyszałam w moim mieście, gdzie jest pełno Polaków rodem z Wołynia taką historię, ze facet (wnuk Polaków zamordowanych przez Ukrainców) pojechał do tej ich rodzinnej miejscowości. Chciał postawić na cmentarzu tablicę pamiątkową dziadkom, bo nie mają grobu. Poszedł gadać do miejscowego popa, a ten mu odradził jakiekolwiek pisanie o UPA i mordach, bo taka tablica długo nie postoi. W końcu facet napisał na tej tablicy, że dziadkowie "umarli". Pop był zadowolony. I tak do dziś duchowieństwo unickie bierze udział w zakłamywaniu ludobójstwa na Wołyniu. To bylo latem zeszłego roku.

      Usuń
    2. Całkiem możliwe. Według mnie, przez takie udawanie, ze tego nie było, Ukraińcy jednocześnie nie mówią o tych ludziach, którzy pomagali swoim sąsiadom.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...