środa, 17 maja 2017

"Ścieżki życia" Feliksa Trusiewicza - harcerza, żołnierza wołyńskiej Armii Krajowej i pisarza




Ścieżki mojego życia to napisana przepiękną polszczyzną kresową autobiografia - urodzonego u zarania niepodległości Drugiej Rzeczpospolitej - wybitnego Polaka, przez całe życie wiernego trzem wartościom: Bóg, honor i Ojczyzna, harcerza, kolejnego zasługującego na odznaczenie Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, żołnierza wołyńskiej Armii Krajowej, mechanika samolotowego, mającego na swoim koncie wiele osiągnięć inżyniera, debiutującego w późnym wieku obiecującego pisarza, a także męża, ojca i dziadka.

Ścieżki mojego życia to cenny dokument historyczny, to bowiem charakterystyka kawału polskiej historii rozgrywającej się przez cały XX wiek, ale także zapis obserwacji rzeczywistości dzisiejszej, postnowoczesnej. Jej siłą są rzeczowość, pokora, powściągliwość ocen, szczerość opowiadania. W tej autobiograficznej książce znajdziemy także swego rodzaju pamiętnik z okresu dojrzewania i lat edukacji kolejno w Łucku, Klewaniu, Kołkach i znów w Klewaniu (nie brakuje interesujących anegdot dotyczących szkolnych przygód, kolegów Żydów i Ukraińców oraz nauczycieli), a także subtelną, zapisaną między wierszami historię rodzącego się uczucia do przyszłej żony Wiesławy. Ponadto z ogromnym pietyzmem Feliks Trusiewicz odtworzył topografię swojego domu i gospodarstwa, obyczaje i codzienne życie ludzi zamieszkujących Wołyń przed drugą wojną światową, szczególnie jego rodzinną wieś Obórki i okolice. Z czułością i miłością sportretował swojego przedwcześnie zmarłego ojca, macochę, rodzeństwo i ukochaną babcię Wiktorię Kopij, której zadedykował tę książkę.

Są w autobiografii zachwyty nad pięknem tamtejszej przyrody o każdej porze roku, często groźnej i niedostępnej, jest pamięć o niezwykłych mieszkańcach tej krainy podmokłych łąk, mszarów, lasów, błot i rozlewisk… Jak wspomina autor,

[…] chodziłem z kolegami na długie wycieczki na wschód od Klewania. Tam w okolicy Smorżew były przepastne jary i tajemne, ukryte w zieleni pieczary po wydobyciu kredy. Taka jest rzeźba wyżyny rówieńskiej, pofałdowana i pełna jarów.

Autor zapamiętał również przejażdżki saniami w zimowej scenerii do Łopatnia, wycieczki szkolne, między innymi do Janowej Doliny, na cmentarze legionistów w Koszyszczach i Kostiuchnówce, do Czartoryska nad Styrem, gdzie zwiedził „piękny gotycki kościół i jego rozległe tajemne podziemia”. 

Mapka w Leksykonie zabytków architektury Kresów południowo-wschodnich

Obok reminiscencji znajdziemy w książce wspaniałe, pełne cennych detali przyczynki etnograficzne (np. fascynujące opisy bogatej kultury ludowej Wołynia, jego folkloru, architektury miast i miasteczek, powszednich i świątecznych obyczajów) oraz historyczne. Autor przypomina na przykład, że

Kołki doskonale znał Józef Ignacy Kraszewski, który przez siedem  był zarządcą majątku we wsi Omelno, oddalonej o siedem kilometrów od Kołek. W tym czasie pisarz napisał Wspomnienia Wołynia, Polesia  i Litwy. Według Kraszewskiego to miasteczko nazywało się kiedyś Romanów, ale po pożarze, który je strawił w połowie osiemnastego wieku, nadano mu nazwę Kołki.
Miasteczko to było typowe dla północnego Wołynia. Położone nad rzeką Styr, długim szeregiem parterowych drewnianych budynków ciągnęło się wzdłuż prawego brzegu tej rzeki. Ubogie i cywilizacyjnie zacofane, jak cały otaczający region, nie posiadało kanalizacji, studni głębinowych, porządnych chodników ani utwardzonych ulic […]. Dopiero na przełomie lat 20. i 30. wybrukowano część głównej ulicy biegnącej od mostu. Większe budowle w miasteczku to: kościół, cerkiew, synagoga, młyn, no i most, wszystko drewniane.

Na następnych stronach możemy przeczytać charakterystykę wielonarodowościowego społeczeństwa kołkowskiego. Jak pisze autor, „taka różnorodność występowała też w szkole, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli”. Nauczycielką polskiego w klasach szóstej i siódmej była Dora Herszkowiczówna - Żydówka. Warto przytoczyć historyjkę związaną z jedną z prowadzonych przez nią lekcji, którą Feliks Trusiewicz zapamiętał szczególnie:

Pewnego razu ćwiczyliśmy inscenizację wiersza Adama Mickiewicza Pani Twardowska. Ja grałem rolę Twardowskiego. W miejscu, gdzie należało mówić: „z bród żydowskich ma być strzecha…”, pani Dora przerwała mi, mówiąc: „Trusiu, powiedz z bród hiszpańskich…”. Byłem zadowolony z tej zmiany, bo wobec moich żydowskich koleżanek i kolegów brzmiało to niezręcznie. Żydzi dobrze postrzegali Mickiewicza, chociażby za Jankiela, ale dzieci i młodzież mogła czuć się urażona zwrotem „z bród żydowskich ma być strzecha…”. Jak wiadomo, w czasach mickiewiczowskich wszyscy Żydzi mieli długie brody, zaś Polacy, Litwini i Rusini - rzadziej.

Autor wspomina z dumą swoją przynależność do harcerstwa, Krucjaty Eucharystycznej, organizacji „Strzelec” w Obórkach, lektury wielu książek, mrożącą krew w żyłach przygodę… z wilkami (tak! tak!) oraz ciężką pracę polową w gospodarstwie, by utrzymać rodzinę po śmierci ojca. Wszystko to ukształtowało silny charakter i zaszczepiło wartości, dzięki którym pokolenie Feliksa Trusiewicza, co on sam podkreśla, zdało egzamin w czasie drugiej wojny światowej.



Za sprawą tej wspomnieniowej książki otrzymujemy bogaty w szczegóły opis krainy dzieciństwa, jaką był dla autora leżący w dorzeczach Styru i Horynia północny Wołyń, zwany także Polesiem Wołyńskim. Była to ziemia zamieszkana przed drugą wojną światową przez różne nacje i stany, pełna rozległych lasów, niedostępnych moczarów, bagnistych łąk, rozlewisk rzecznych, ale i piaszczystych nieużytków; kraina targana burzliwymi wypadkami historii. Symbolem tej ziemi uczynił autor w jednej ze swych znakomitych powieści nie bez powodu „duszohubkę” - prymitywnie wykonaną, chybotliwą i łatwo wywrotną łódkę, której używali tamtejsi rybacy.

Ciche ustronie Polesia Wołyńskiego i harmonijne współżycie międzyetniczne brutalnie zburzył wielki gwałt - wojna. Następuje okrutna okupacja sowiecka, a po niej niemiecka, niosąca terror wobec ludności żydowskiej i jej zagładę, a także rzeź ludności polskiej dokonaną przez bandy nacjonalistów ukraińskich. Na te mroczne wydarzenia wojenne patrzymy oczami młodego mężczyzny, który ucieczki od nękających myśli szukał między innymi w wypełnianiu obowiązków szkolnych, w nauce. Starał się nie tracić zapału i wyrwać ze stanu marazmu duchowego po utracie niepodległości Polski. W okresie okupacji sowieckiej nie tylko uczył się pilnie, ale także musiał podjąć pracę. Potrzebna okazała się umiejętność rachowania oraz znajomość języka rosyjskiego. Zatrudnienie znalazł w przedsiębiorstwie eksploatującym las (przed wojną radziwiłłowski). Gdy nastała okupacja niemiecka, wrócił do domu i zajął się gospodarstwem. W tym okresie jego rodzina, mimo groźby kary śmierci, przez kilka tygodni ukrywała w swoim domu Żyda i jego córeczkę (mówiącą piękną polszczyzną). Autor interesująco, realistycznie i ze szczegółami odtworzył warunki życia pod dwoma okupacjami.

Feliks Trusiewicz, którego trzy znakomite powieści wołyńskie prezentowałam na blogu, jest jednym z ostatnich żyjących świadków niespotykanej i wstrząsającej rzezi Polaków na Wołyniu. Miał dwadzieścia jeden lat, gdy policja ukraińska (tzw. szucmani) przy pomocy Niemców spacyfikowała w listopadzie 1942 roku jego ukochaną wieś i bestialsko wymordowała wszystkie mieszkające tam rodziny polskie. Był to pierwszy masowy mord ludności polskiej na Wołyniu, inspirowany przez nacjonalistów ukraińskich. Położoną wśród pięknych lasów kolonię tworzyło do czasu masakry dziesięć rodzin... Feliks Trusiewicz jako jedyny we wsi cudem wtedy ocalał, tylko dlatego, że jego babcia, mając przeczucie, iż policja ponownie przyjdzie, poprosiła go, by opuścił Obórki. W czasie obławy i masakry dokonanej przez ukraińską policję z Cumania (rankiem 13 i 14 listopada) nie było go więc we wsi. W książce Ścieżki mojego życia te wydarzenia poznajemy z krótkiej, ale bardzo osobistej i przejmującej do głębi perspektywy:

Stało się coś strasznego, nagle straciłem wszystko: swoją rodzinę, dom rodzinny i środowisko - moich kuzynów i sąsiadów. Losem Opatrzności pozostało mi tylko moje młode życie, również zagrożone, dzieliłem bowiem los tułających się Żydów. Każdy szucman lub nieprzyjazny człowiek mógł mnie bezkarnie zabić, a wszyscy, a wszyscy, którzy przyjęli mnie do domu, podlegali karze jak z ukrywanie Żyda. Wzrastałem w klimacie ukochanej rodziny, bez niej nie potrafiłem egzystować. W obliczy śmiertelnego zagrożenia nie było czasu na rozpacz. Musiałem niezwłocznie sam podejmować decyzje […] (s. 89).

Warto w tym miejscu dodać, że o swoich traumatycznych przeżyciach po raz pierwszy Feliks Trusiewicz napisał w 1985 roku (z inspiracji i przy wsparciu mieszkającej od lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych kuzynki Krystyny Korneluk-Eliasz) wspomnienia, którym nadał tytuł Pokolenie. Rodzinna monografia została wydana w tym samym roku w dwóch wersjach: polskiej i angielskiej w Filadelfii (ostatnia w przekładzie kuzynki autora). Kronika obejmuje okres od założenia Obórek do końca drugiej wojny światowej. Kilkanaście lat później ukazała się jej kontynuacja (dwa kolejne tomy). Tym razem autor postanowił napisać wspomnienia skupione bardziej na jego doświadczeniach, na jego ofiarnej walce w szeregach Armii Krajowej po ocaleniu z pogromu, na przeżywanych przez niego w tamtym okresie uczuciach (na przykład dojmującej samotności).


Treść tej części książki wspomnieniowej, poświęconej okresowi drugiej wojny światowej, trzyma w napięciu, wzrusza, krzepi, czasami wręcz szarpią serce, ponieważ dotyka problemu wiary i jej ocalającej mocy. Gdy po stracie w okrutny sposób rodziny, autor, szukając schronienia, udał się do Łucka, wstępował na modlitwę do tamtejszej katedry. Spotkał wtedy legendarnego kapłana - księdza Władysława Bukowińskiego, który go wyspowiadał. Wspominając tamten bolesny i samotny czas, Feliks Trusiewicz wyznaje:

W tym ciężkim okresie mojego życia odczułem i doświadczałem bezcenną wartość daru naszej świętej wiary. Depozyt tej wiary przekazała mi moja babunia, ale też ojciec, który choć ciągle się śpieszył, to nigdy nie zaniedbywał porannego pacierza, który odmawiał na kolanach. Wiara była zbawczą konsolą, wpierającą mnie w tym ciężkim okresie mojego permanentnie zagrożonego życia. To zagrożenia było realne i stałe.

Wkrótce doszło do kolejnych rzezi polskich kolonii. Jak wspomina autor, wszędzie czyhały siekiery i noże „ryzunów” - tak bowiem nazywano sprawców zbrodni. Jednak lud polski nie załamał się i organizował punkty samoobrony, m.in. w Hucie Stepańskiej i Przebrażu. Dużą część swoich wspomnień poświęcił Feliks Trusiewicz między innymi bohaterskiej defensywie Przebraża, ostatniego obronnego bastionu Polaków przed bojówkami UPA. Autor brał w tej obronie czynny i dzielny udział. Był bowiem członkiem załogi działającej w tej miejscowości placówki samoobrony. Próbując ukazać jej znaczenie, w swojej powieści Hawryłko nazwał Przebraże „enklawą wolności narodowej” i „dryfującą łodzią rozbitków, walczących o utrzymanie się na powierzchni wzburzonego oceanu”. Nie bez powodu przebrażanie określali swoje małe państewko mianem „Polska Rzeczpospolita Przebrażańska”. Jak wspomina autor w Ścieżkach…, 

Po zaprzysiężeniu rozpocząłem twarde i pełne niebezpieczeństw życie partyzanckie. Polegało ono na ciągłym bojowym pogotowiu i trudach dalekich niekiedy marszów patrolowych lub służbie wartowniczej, strzegącej placówkę przed niespodziewanym napadem (s. 103).

Po nadejściu Armii Czerwonej Feliks Trusiewicz wstąpił do polskiej brygady partyzanckiej  „Grunwald” zorganizowanej za zgodą władz sowieckich w celu „oczyszczenia terenu z resztek band UPA”. Jej dowódcą został kpt. Józef Sobisiak „Maks”, a zastępcą komendant samoobrony w Przebrażu Henryk Cybulski. Po rozwiązaniu brygady ogłoszono żołnierzom, że wszyscy zostaną wcieleni w szeregi armii polskiej znajdującej się na terenie Związku Radzieckiego. Feliksa Trusiewicza przydzielono do mającego powstać Czwartego Pułku Zapasowego. W trakcie podróży w głąb Rosji, do Korostyszewa, pociąg zatrzymał się w Kijowie. Po uzyskaniu przepustki na wyjście na miasto autor udał się z dwoma kolegami na spacer.

W pewnym momencie idący naprzeciw nas staruszek wykrzyknął po polsku: „Boże, skąd tu polscy żołnierze?!... Czy to sen?...”. Był to tutejszy Polak. Wzruszona obejmował nas, a my jego. Starzec miał autentycznie łzy w oczach, gdy mówił’ „Bardzo mało nas, Polaków tu zostało. Jestem już bardzo stary i niedołężny fizycznie, ale zawsze pamiętam, że jestem Polakiem i duszy polskiej nikt z mego serca nie wyrwie. Takim zostanę do śmierci. […] Ten relikt polskości w tym mieście bardzo mnie przejął, bo wypowiedź naszego rodaka to świadectwo przetrwania mimo dziejowego dramatu, który dotknął Polaków na tych terenach. […] W pamięci pozostała mi jego piękna polska mowa, silnie nacechowana wschodnim akcentem, no i przede wszystkim ten duch polski, niezłomny. Ten człowiek chyba wywodził się z polskiej inteligencji, spacyfikowanej przez reżim sowiecki (s. 137-138).

W połowie sierpnia 1944 autor wrócił do Polski, do Lublina.  Jego grupa została zakwaterowana w barakach… byłego niemieckiego obozu zagłady w Majdanku. To musiało odcisnąć silne piętno na psychice:

Rzecz można, dymiły jeszcze niewygasłe krematoria, a w głębokich rowach, gdzie mordowano i palono ludzi (bo krematoria nie nadążały), nie ostygły jeszcze popioły i widać było resztki niespalonych ciał ludzkich (s. 147).

Kolejnym przystankiem autora okazał się Zamość, gdzie rozpoczął naukę w Technicznej Szkole Lotniczej na mechanika. Po zakończeniu wojny szkołę przeniesiono do Warszawy, gdzie kontynuował próbę zdobycia zawodu. Jednym z jego elementów było odbycie praktyki w Krakowie. Nie tylko dla miłośników samolotów arcyciekawy może być rozdział przedstawiający, jak wyglądały te zajęcia na lotnisku rakowickim, i sylwetkę sowieckiego pilota, kapitana Wani. Sporo miejsca, nie bez powodu, poświęcił autor sylwetce tego niezwykłego Rosjanina, "za mało zaangażowanego politycznie" według jego kolegów. Rozdział ten zrobił na mnie duże wrażenie.

Potem była Legnica, gdzie Feliks Trusiewicz wziął ślub z „dziewczyną z Wołynia”, następnie praca w Technicznej Szkole Lotniczej jako wykładowcy materiałoznawstwa lotniczego. W tym czasie zostanie zwolniony z wojska i pracy, kiedy nie zadeklaruje woli współpracy z Informacją Wojskową - organem sowieckim NKWD. Zaczyna się poszukiwanie pracy i różne starania, by utrzymać żonę i małe dziecko. W tym celu przeprowadza się z rodziną do Wrocławia, który w 1947 roku nie był jeszcze politycznie opanowany przez komunistów. Z miastem z tym postanowił autor związać się na dłużej, zdając tam maturę w wieczorowym liceum mechanicznym, a następnie zdobywając wyższe wykształcenie na wydziale mechanicznym Politechniki Wrocławskiej i pracując jednocześnie w Fabryce Baterii i Ogniw, gdzie z sukcesem wprowadzał innowacyjne rozwiązania produkcyjne, nie bez przeszkód ze strony władz partyjnych, jako że PZPR chciało politycznie umacniać tak zwaną klasę robotniczą. Ponieważ autor nie dawał urobić się na modłę socjalistyczną, miał wiele kłopotów, między innymi został zwolniony z pracy mimo dużych zasług dla rozwoju zakładu.

Nie sposób streścić wszystkich interesujących i znaczących wątków życiorysu wojennego i powojennego autora, bogatego w wiele zaskakujących i bolesnych doświadczeń. Jak sam napisał na początku książki, "życiorysu naznaczonego losowymi stygmatami". Przeczytałam tę autobiografię jednym tchem, z prawdziwym zachłyśnięciem. Byłam miejscami oczarowana znakomitymi charakterystykami zabytków, przyrody, poznawanych na różnych etapach życia ludzi, miejscami zaś wstrząśnięta i przygnębiona opisami tragedii osobistej autora albo też pokrzepiona jego odwagą, jaką wykazywał w najtrudniejszych momentach i okolicznościach.



Feliks Trusiewicz, ukazując ścieżki swojego długiego życia,  ujawnia potęgę miłości, wiary w Bożą Opatrzność, odwagi, wysokiej kultury duchowej i wierności najwyższym wartościom. Autorowi doskonale udało się odtworzyć z pamięci swój dawno umarły już świat wołyński, rodzinną ziemię i bliskich, porzuconych na prowizorycznych cmentarzach, a także opisać swoje dojrzałe życie rodzinne i zawodowe najpierw w Legnicy, a potem we Wrocławiu. Przedstawia epizody ze swej kariery. Z tych wspomnień buduje pisarz obraz konfliktów, metod działania, a także wizerunki typów psychologicznych Polaków w PRL-u, szczególnie w latach 40. i 50. Ze szczególną wnikliwością ukazuje pisarz ich mentalność. We fragmentach opisujących realia życia w  PRL-u i sposoby radzenia sobie z nimi, Feliks Trusiewicz utrwalił sugestywny obraz ówczesnego społeczeństwa. Był jednym z tych, którzy nie mogąc liczyć na zmianę systemu i nie mieszcząc się w tej rzeczywistości ze swymi poglądami i wrażliwością, postanowili być dobrzy w swojej specjalności. I okazał się bardzo dobry, nadzwyczaj – jako inżynier. To była służba ludziom, ale także wielka służba Polsce. On jej służył przez dziesięciolecia.

Ścieżki mojego życia to z jednej strony opis uroku wołyńskiego krajobrazu, zapisywanie nostalgii towarzyszącej wspomnieniom okresu dzieciństwa i wczesnej młodości oraz odmalowanie dawnych czasów, a z drugiej - uczciwe, pełne pokory, wdzięczności i zdumienia zarazem spojrzenie na całe swoje długie i  pracowite życie poświęcone służbie Polsce. To autoportret człowieka o imponującej sprawności, typowej dla AK-owskiego pokolenia, ale też człowieka imponującej skromności. 

Wszystkie cytaty zaznaczone kursywą pochodzą z książki Ścieżki mojego życia, Wrocław 2017. 
Książki pisarza można zamówić za pośrednictwem strony autorskiej FELIKS TRUSIEWICZ
Recenzja ukazała się pierwotnie na blogu Szczur w antykwariacie

2 komentarze:

  1. Tak zachęcasz do czytania Feliksa Trusiewicza, że chyba się w końcu skuszę ;)))

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...