sobota, 28 stycznia 2017

„Peczara” – Janina Zofia Potocka, Zofia Barbara Potocka (wspomnienia matki i córki z Podola) i co ma do tego „Sława i chwała” Jarosława Iwaszkiewicza





Ta książka zawiera w sobie dwa teksty. Są tu wspomnienia matki i córki z rodziny Potockich z Peczary (potomkowie Szczęsnego Potockiego z Tulczyna). Peczara to nazwa majątku Potockich na Podolu. Pałac położony był nad Bohem, w byłym województwie bracławskim, na samym pograniczu Dzikich Pól. W XVII wieku, kiedy teren ten był we władaniu Turków, założył tam swoją rezydencję zarządzający tym obszarem Dukas-Bej, jego dziełem są też spadające do rzeki tarasowe ogrody. W końcu XVIII wieku właścicielem Peczary był wojewoda bracławski Jan Świeykowski, który też wybudował pałac peczarski. Po bezdzietnych Świeykowskich majątek przypadł siostrzeńcowi żony Świeykowskiego (Oktawia, córka Szczęsnego Potockiego), Konstantemu Potockiemu, synu Jarosława Potockiego. Po nich Peczarę objął syn Konstantego, także Konstanty i to był już mąż Janiny Zofii z Potockich, autorki zamieszczonego w tej książce dziennika.

Pałac w Peczarze stał pomiędzy dwoma ogrodami na wysokim brzegu Bohu. Był tam park, lipowe aleje, baseny i wodotryski, a także klomby ozdobnych kwiatów. Wieś Peczara łączyła się ze wsią Mazurówka. Nazwa Peczara pochodziła od niedostępnej jaskini w wysokim brzegu rzeki Boh, do której chronili się okoliczni mieszkańcy w czasie najazdów tatarskich. Cały majątek składał się z pięciu tysięcy dziesięcin ziemi (nie pytajcie, ile to hektarów, bo nie wiem); było pięć folwarków i półtora tysiąca dziesięcin lasu. Pod koniec XIX wieku Konstanty Potocki rozwinął odziedziczony majątek, pobudował gorzelnię, wielki młyn turbinowy na Bohu, pobudował nowe murowane budynki we wszystkich folwarkach, pozakładał stawy rybne, stadniny koni, owczarnię, sady i ogrody, wybrukował drogi, poprawił istniejące już mosty i przeprawy na rzece Boh, wybudował domy dla oficjalistów dworskich i założył prężnie działającą ochotniczą straż pożarną. Po śmierci Konstantego majątek odziedziczył najstarszy syn jego i Janiny Zofii – Franciszek Potocki. I to był już ostatni pan Peczary.

Matka, Janina Zofia z Potockich, Potocka pisze dziennik, który rozpoczyna się latem 1914 roku, w przededniu I wojny światowej. Jako pierwsze wydarzenie przedstawiła wizytę u Radziwiłłów w Ołyce. Odbywał się tam właśnie jubileusz pięćdziesięciolecia pożycia małżeńskiego Ferdynanda i Pelagii Radziwiłłów. Wśród gości była sama śmietanka polskiej arystokracji, nie tylko z Kresów. Byli tam Radziwiłłowie, Potoccy, Czartoryscy, Braniccy, Zamoyscy, Lubmirscy, Skórzewscy, Hutten-Czapscy, Sapiehowie - wszyscy jakoś połączeni więzami bliższego i dalszego pokrewieństwa. Uroczystość była wspaniała, bardzo wystawna, z mszą jubileuszową i przyjęciem w ogrodzie. W książce znajduje się zbiorowe zdjęcie wszystkich gości, pamiątka dawnego, przedwojennego świata. Ale nad tym sielskim, letnim przyjęciem już wisiał miecz Damoklesowy. Już się było dokonało zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, już o tym rozmawiano, już oczekiwano nadchodzącej wojny. Ale nikt z gości nie myślał, że ta wojna zmiecie i na zawsze zniszczy ich magnackie fortuny.

Autorka prawie całą I wojnę przeżyła jeszcze w swoim domu w Peczarze, gdzie mieszkała po śmierci męża. Gospodarował tam wówczas jej najstarszy syn Franciszek Potocki. Wielką tragedią była dla niej śmierć najmłodszego syna Tomasza Potockiego, który walczył jako ochotnik w wojsku rosyjskim i podczas bitwy pod Warszawą z wojskami niemieckimi wystawił głowę z okopu, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa. Poległ 16 października 1914 roku. Zrozpaczona matka pojechała do Warszawy pochować ukochanego syna, a potem znowu wróciła do siebie na Podole. Dalszy jej dziennik to opisany dokładnie, miesiąc po miesiącu, przebieg I wojny światowej. Czytamy, jaki miała ona wpływ na najbliższą rodzinę Potockich, ich sąsiadów, krewnych i całą Polskę, która w tym czasie powoli powstawała na nowo pod względem politycznym i wojskowym.

Janina Zofia Potocka przebywała w tym czasie nie tylko na Podolu, ale także w Warszawie, Kijowie, Odessie i innych miejscach. Dość dokładnie dokumentowała, co w tym czasie działo się na kresach, opisywała m. in. ruchy wojsk wszystkich walczących stron, a także straszliwą w skutkach działalność bolszewików, m. in. pogromy polskich dworów na Podolu dokonywane przez pijanych, bezpańskich, pozbawionych przywództwa żołnierzy i podburzonych przez bolszewików rusińskich chłopów, którzy palili i rabowali majątki polskiego ziemiaństwa. Pierwszy pogrom w Peczarze odbył się w grudniu 1917 roku, w okresie Bożego Narodzenia. Do pałacu weszło czterdziestu pijanych żołnierzy, którzy domagali się kluczy do piwnicy, gdzie były schowane beczki z alkoholem. Za nimi weszli chłopi i pokradli wiele rzeczy. Podpalili zorganizowany przez Potockich lazaret dla rannych w oficynie. Majątek uratowało wojsko, które nadeszło z Tulczyna z pulemiotami. Autorka w tym czasie przebywała w Kijowie, wieści na temat rodzinnego majątku otrzymywała od służby. W lutym 1918 roku dowiedziała się, że w Peczarze bolszewicy otworzyli gimnazjum. Ucieszyła się, że może to zabezpieczy same mury od ostatecznego zniszczenia. W tym czasie wiele działo się na Ukrainie. Wszyscy walczyli ze wszystkimi, wojsko rosyjskie było w rozsypce, samoistnie tworzyły się oddziały wojska polskiego, głowę podnosili także Rusini, którzy wtedy właśnie zaczęli przeistaczać się w Ukraińców (z pomocą Austrii). A potem na Ukrainę weszli Niemcy… Potocka z rodziną wyjechała z Kijowa do Warszawy 3 czerwca 1918 roku. I to był już koniec jej życia na Kresach. W swym dzienniku opisała jeszcze koniec panowania Niemców w Warszawie i narodziny państwa polskiego po I wojnie światowej, z uwzględnieniem różnych niuansów politycznych.

Druga część książki to wspomnienia Zofii Barbary Potockiej, napisane w klasycznym stylu pamiętnikarskim, być może nieco lepsze literacko niż pisane na gorąco zapiski jej matki. Autorka tego memuaru przeżyła dramatyczne chwile w czasie I wojny światowej i wejścia bolszewików na Kresy. Opowiada o historii swojej rodziny, dzieciństwie spędzonym w Peczarze, panowaniu bolszewików na Ukrainie, pogromach polskich dworów przez rozjuszone rusińskie chłopstwo i swej pracy pielęgniarki w wojennych lazaretach. Z tych wspomnień wyłania się obraz bardzo odważnej kobiety, która nie licząc się z niebezpieczeństwem potrafiła jeździć do rodzinnego domu już po pogromach i ratować stamtąd, co jeszcze się dało.

Zofia Barbara Potocka przytacza w swym pamiętniku spis kresowych rezydencji na Podolu, które zostały bezpowrotnie utracone dla Polski:
Jarmolińce – Orłowskich
Babin – Mańkowskich
Kapuściany – Szczeniowskiego
Pieńkówka, Sumówka, Obodówka – Sobańskich
Pietniczany i Strzyżawka – Grocholskich
Buszynka – Steckich
Peczara, Teplik, Sitkowce, Sobolówka – Franciszka Potockiego
Smotrycz, Janów, Tomaszpol, Uładówka – różnych Potockich
Popieluchy, Sokołówka, Charytonówka – różnych Brzozowskich
Kuna, Dzwonnicha, Jaroszynka, Gniewań – różnych Jaroszyńskich
Berszada – Jurewicza
Krasnosiółka, Honorówka – Lipkowskich
Czarnomin – Czarnomorskiego
Strzelczyńce, Kanawa – Chatkiewiczów (Chodkiewiczów)
Tokarówka – Świeykowskich
Połowinczyk – Ułaszynów
Rosochowata – Nikorowiczów
Jakuszyńce i Hryców – Artura i Aleksandra Russanowskich
Szapijówka, Zielona, Satanów – Tyszkiewiczów
Pisarzówka – Czosnowskich
Kuźmince – Bonieckich
Stanisławczyk, Daszów, Raszków, Maków - ?
Hajworon – Rzewuskich
Piatyhory – Czartoryskich
W okolicy mieszkały też rodziny Sokołowskich, Dawidowskich, Turskich, Iwańskich, Głębockich, Orlikowskich, Szaszkiewiczów, Bnińskich i Wołoszynowskich.

Mam poważne podejrzenia, że to właśnie Janina Zofia z Potockich Potocka była prototypem pani Royskiej ze „Sławy i chwały” Jarosława Iwaszkiewicza. Wskazuje na to wyraźnie fakt, że Zofia Barbara Potocka pisze, iż Iwaszkiewicz opisał jej matkę oraz jej pannę służącą w jednej ze swych powieści. A Iwaszkiewicz nie napisał przecież innej powieści o kresach wschodnich, tylko „Sławę i chwałę”, której pół pierwszego tomu dzieje się przecież na Ukrainie. Zbieżne są także inne rzeczy, takie jak dom w Odessie i spędzanie tam letnich wakacji, czy okoliczności śmierci Tomasza Potockiego i Józia Royskiego, który także poszedł na ochotnika do wojska (tyle że polskiego) i wystawił głowę z okopu, przez co otrzymał śmiertelny strzał. Zbieżności faktograficzne zauważa się także z pamiętnikiem Iwaszkiewicza, który w „Książce moich wspomnień” opisał, jak jeździł odzyskiwać różne rzeczy ze splądrowanych majątków, podobnie jak Zofia Barbara Potocka. Nie prowadziłam dokładnych badań „Sławy i chwały” na tę okoliczność, piszę tylko o tym, co mi się od początku rzuciło w oczy. Być może Iwaszkiewicz, jeżdżąc po dworach polskich jako korepetytor, był także na wakacjach w Peczarze lub jej pobliżu? Jak kogoś to interesuje, to niech sobie tropi dalej…

Zdjęcia Peczary dawne i całkiem współczesne można sobie obejrzeć na wspaniałym blogu historyczno-turystycznym, którego autorem jest pan Serge Kotelko z Odessy, który ma polskie korzenie (babcie, prababcie – Polki). Blog nazywa się po rosyjsku „Putjeszestwuja istoriej”, co jest trudno przetłumaczalne na język polski. Znaczy to mniej więcej tyle, co „podróżując poprzez historię”.

Bloga Serge’a odkryłam już dawno, szukając wiadomości o Nowosielicy na Wołyniu, którą opisała Zofia Kossak-Szczucka w „Pożodze”. Serge jeździ po Ukrainie, opisuje i fotografuje dawne polskie zabytki, dwory, pałace, zespoły pałacowo-parkowe, prowadzi także różne śledztwa historyczne. Na blogu przedstawia historię poszczególnych obiektów w języku rosyjskim, ukraińskim, częściowo francuskim i polskim. Prosi o pomoc w przetłumaczeniu tekstów na język angielski i polski (choć zauważyłam, że kilka postów jest już po polsku).

Chciałabym zainteresować tym blogiem polskich miłośników kresów wschodnich.
A tutaj jest link do wpisu o Peczarze (wpis jest po rosyjsku, ale zdjęcia możecie sobie obejrzeć, nawet jak nie znacie tego języka):

 Печора. | Путешествуя Историей

Печора. Часть вторая. | Путешествуя Историей



„Peczara”, Potocka Janina Zofia z Potockich, „Dziennik 1914-1919”, Potocka Zofia Barbara, „Moje własne wspomnienia”, wyd. LTW, Łomianki 2014
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko

wtorek, 24 stycznia 2017

Powstanie Styczniowe z perspektywy szlacheckich dworów na wschodnich kresach Rzeczpospolitej w opowiadaniach Elizy Orzeszkowej


Oni (R. 1863) Elizy Orzeszkowej (ze zbioru opowiadań Gloria victis: 1906-1908)

Pisarka wraca pamięcią do lat swojej młodości spędzonej w stronach poleskich, gdzie obserwowała owo "wrzenie serc i głów w kotle niewoli, pod pokrywą tajemnicy". Wiosną 1863 roku Eliza Orzeszkowa miała dwadzieścia dwa lata. W poleskim dworze słuchała wtedy i obserwowała Romualda Traugutta, który zgromadzonym członkom organizacji powstańczej paru powiatów poleskich miał oznajmić, iż "przyjmuje dowództwo nad miejscowym oddziałem zbrojnym lub też je odrzuca". Eliza Orzeszkowa czuła się związana z obozem demokratycznym, pomagała w ukrywaniu i przewożeniu przez granicę Romualda Traugutta, była łączniczką partyzantów, zaopatrywała ich w żywność.

 
Dzięki opowiadaniu poznajemy sylwetkę późniejszego ostatniego dyktatora Powstania Styczniowego przez pryzmat młodej kobiety, która miała sposobność przypatrzenia się jego sposobowi myślenia i działania, gdy zaczynał walczyć na Polesiu. Traugutt wyznał, że jeszcze niedawno był przeciwnikiem powstania i zwolennikiem "białych", ale kiedy "znaczna część kraju w ogniu już stoi", doszedł do wniosku, że trzeba się zjednoczyć i przejść do czynu. Uważał, że "niewola zabija dusze", że "nikomu nie wolno zabijać dusz ludzkich i odwrotnie: duszom ludzkim nie wolno pozwalać, aby ktokolwiek je zabijał". Eliza Orzeszkowa stała się wówczas członkinią "legioniku kobiet", który miał wspierać materialnie lub w innej formie oddział dowodzony przez Traugutta. W opowiadaniu pojawia się motyw echa leśnego, podobnie jak w utworze Żeromskiego: "Z horeckich lasów wylatywały częstsze wieści i rozlatywały się po przestrzeni szerokiej, budząc w sercach i głowach głębokie i wierne echa".

Oficer (R. 1863) Elizy Orzeszkowej (ze zbioru opowiadań Gloria victis: 1906-1908)
To kolejna piękna opowieść pisarki o "ludziach, którzy byli miąższem swojego ojczystego drzewa", jak zapowiada we wstępie. Zapoznajemy się ze szlakiem bitewnym partii powstańczej pod wodza Romualda Traugutta na poleskiej ziemi. Głównym bohaterem jest Oleś Awicz, który po klęsce swojego oddziału w poleskich lasach trafia do więzienia. Tam poznaje polskiego pochodzenia oficera służącego w rosyjskiej armii, z którego oddziałem niedawno przegrali powstańcy. Okazuje się on bratem stryjecznym Olesia przyjaciela, który zresztą zginął w tej bitwie. W więziennej celi toczy się dyskusja pomiędzy tak różnymi osobami, między Polakami, ale walczącymi we wrogich sobie wojskach. Powstaniec przekonuje oficera w służbie Moskalom: "To są prawa natury, które w nas przemówiły, to wola Boga, który każdemu z ludzi i z narodów dał duszę osobną i wolną, to krzyk naszej duszy do świata, do ziemi, do nieba, że żyjemy i że żyjących nikt nie ma prawa wtrącić do mogiły. Zginiemy - dobrze, ale ten krzyk nasz, krwią i łzami ociekły, zostanie w powietrzu i tym, co po nas przyjdą, umrzeć nie da i sennych zrywać będzie z puchowych pościeli [...]". Oficer przejdzie przemianę duchową. Podstępem wyprowadzi powstańca z więzienia i wypuści na wolność, ratując go od kajdan sybirskich, a potem odbierze sobie życie. 

Bóg wie kto (R. 1863) Elizy Orzeszkowej (ze zbioru opowiadań Gloria victis: 1906-1908)
Zabarwione humorem opowiadanie o życiu, które zamienia się w galimatias, i młodości, której cechą jest płatanie figli. Orzeszkowa wspomina, jak z grupką kobiet w pośpiechu robiła szarpie i bandaże, szyła koszule jedwabne i konfederatki. Najważniejszego materiału potrzebnego do wykonania konfederatek, czyli barankowego oszycia, posiadały bardzo mało, więc martwiły się, czy go wystarczy do stu czapeczek. 

A cóż to były te konfederatki i jak wyglądały? Były to sukienne czapki bez daszka o główce z kwadratowym denkiem i otokiem, obszyte  barankiem. Powszechnie noszono je w Polsce od XVI w. Orzeszkowa opisuje barwnie ów marcowy dzień, który spędziła z ośmioma innymi kobietami na szyciu dla powstańców. Kiedy zorientowały się, że zabraknie materiału, wpadły na iście szatański pomysł. Cała sprawa przybierze obrót nieoczekiwany dla pań.

Gloria victis (R. 1863) Elizy Orzeszkowej (ze zbioru opowiadań Gloria victis: 1906-1908)

 To najbardziej znane opowiadanie ze zbioru w całości poświęconego tematyce powstańczej i mającego walory cennego źródła historycznego. Cały utwór ma osnowę na poły baśniową, na poły realistyczną. Akcja rozgrywa się na Polesiu Litewskim, w lasach horeckich. Historię walecznych powstańców i ich wielkiego dowódcy opowiadają drzewa: "Leciał tedy wiatr nad Polesiem" i nad całym światem, ażeby "zbierać jego prawdy i baśnie, minione dzieje, wyronione jęki, echa staczanych walk [...]". Jak echo powtarzają słowa: "Przeznaczenie stoi za ludźmi welonem tajemnicy zasłonięte i w dłoni trzyma kołczan z tysiącem zdarzeń...". Ważniejsi bohaterowie to Maryś Tarłowski, Jagmin, który zakochany jest w siostrze Tarłowskiego - Anielce. Przyroda odgrywa w tym utworze pierwszorzędną rolę, jest świadkiem i uczestnikiem zdarzeń.

Eliza Orzeszkowa z dużym autentyzmem i artyzmem odtworzyła atmosferę tamtej doby. Przypomina bohaterstwo i tragedię uczestników zrywu powstańczego, głoszą apoteozę czynu patriotycznego i jego historyczną, nieprzemijającą wartość. Język cechuje się liryzmem, poetycznością i heroistycznym patosem. W opowiadaniach Orzeszkowej można dostrzec sporo dydaktyzmu oraz przejawów wiary w sens walki o dobrą sprawę, nawet jeśli nie kończy się ona zwycięstwem.



Tekst ukazał się pierwotnie na blogu Szczur w antykwariacie


piątek, 20 stycznia 2017

Odnaleziono nieznaną powieść autorstwa matki Henryka Sienkiewicza!







Dopiero co zakończył się rok Henryka Sienkiewicza, a tymczasem, zupełnie przypadkiem odnaleziono powieść, którą napisała jego mama. Po 150 latach! Książka nie była nigdzie odnotowana, nikt nie miał pojęcia o jej istnieniu, nie miała także postaci klasycznej książki. Była publikowana w odcinkach w gazecie "Bazar" w 1856 roku. Henryk Sienkiewicz także publikował trylogię w odcinkach w gazecie, było to wówczas powszechnie praktykowane, a ludzie chętnie czytali takie "seriale".

Książka Stefanii z Cieciszowskich Sienkiewiczowej ma tytuł "Jedynaczka".

"Jedynaczka" jest to opowiadanie o losach rozpieszczonej dziewczynki, wychowywanej przez zakochanych w niej dziadków. - Kochają oni swoją wnuczkę, pieszczą i psują tym wychowaniem, efektem tego jest niestety życie według standardu: wszystko mi wolno, ja mam prawo do życia takiego, jakie sobie wymarzyłam, wszyscy powinni mi ulegać, treścią mojego życia jest zabawa, szukanie nowych przyjemności - opisywał prezes Towarzystwa im. H. Sienkiewicza. Według niego "Jedynaczka" to powieść bardzo dobrze skomponowana. - Jest konstrukcją zwartą, bardzo interesująco ujętą, w tak zwaną konstrukcję ramową, zaczyna się i kończy taką samą sytuacją - wyjaśniał Ludorowski. (LINK)


Cały artykuł, a w nim więcej szczegółów, znajdziecie TUTAJ.


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ryszard Jan Czarnowski, Lwów. Okupacja sowiecka i Lwów. Okupacja niemiecka









Dwie książki Ryszarda Czarnowskiego o Lwowie, które powinno się czytać jedną po drugiej: „Lwów. Okupacja sowiecka” i „Lwów. Okupacja niemiecka” to zapis tego, co działo się we Lwowie w czasie II wojny światowej.  
 Mamy tu więc opis pierwszej okupacji sowieckiej Lwowa, która zaczęła się we wrześniu 1939 roku, a skończyła w czerwcu 1941 roku oraz okupacji niemieckiej, która nastąpiła potem, a skończyła się kolejnym wejściem Sowietów do miasta nad Pełtwią. 
Autor przytacza wiele znanych, mniej znanych i w ogóle nieznanych ogółowi faktów. Przypomina m. in. że na początku wojny Lwów bronił się przed atakiem niemieckim, a dopiero potem na horyzoncie pojawili się Sowieci. Przytacza legendarne (nie wiadomo, czy prawdziwe) zdanie niemieckiego emisariusza, który zaczął rozmowy o poddaniu Lwowa: „Jeżeli poddacie Lwów nam, pozostanie on w Europie, jeżeli poddacie go bolszewikom – już na zawsze pozostanie w Azji.” Jednak to radzieckie czołgi weszły do Lwowa 20 września 1939 roku. 
Później nastąpił okres bardzo trudny dla Polaków: prześladowania, aresztowania, wywózki. Wszystko było niby chaotyczne, ale jednak dobrze zorganizowane. Były wcześniejsze listy proskrypcyjne Polaków do wywózki, podobnie jak u Niemców książeczki z adresami Polaków przeznaczonych do likwidacji. W tym czasie w gazecie „Czerwony Sztandar” wydrukowano słynny proroczy wiersz, którego autorem po latach okazał się Zbigniew Turek, nauczyciel z Podkarpacia (przez długi czas przypisywano autorstwo błędnie Czesławowi Miłoszowi).  
Wiersz brzmiał tak:
Runą i w łunach spłoną pożarnych
Krzyże kościołów, krzyże ofiarne…
I w bezpowrotnym zgubi się szlaku
Z ziemi lechickiej Orzeł Polaków…


O jasne słońce wodzu Stalinie
Niech sława Twoja nigdy nie zginie…
Niech nas jak orły powiedzie z gniazda
Pięcioramienna Sowietów gwiazda…


Na ziemskim globie flagi czerwone -
Będą we wichrach grały jak dzwony…
Czerwona Armia i wódz jej Stalin -
Odwiecznych wrogów na wieki obali.


Zaćmij się rychło w wieczne godziny…
Polsko, i Twoje córy i syny.
Wiara i każdy krzyż na mogile -
U stóp nam w prochu legnie i pyle.


Jednak wiersz wydrukowano zgodnie z zaleceniami autora tak, że obok siebie znalazły się zwrotki pierwsza i trzecia oraz druga i czwarta, co w efekcie dało taki tekst:
Runą i w łunach spłoną pożarnych Na ziemskim globie flagi czerwone -
Krzyże kościołów, krzyże ofiarne… Będą we wichrach grały jak dzwony…
I w bezpowrotnym zgubi się szlaku Czerwona Armia i wódz jej Stalin -
Z ziemi lechickiej Orzeł Polaków… Odwiecznych wrogów na wieki obali.
O jasne słońce wodzu Stalinie Zaćmij się rychło w wieczne godziny…
Niech sława Twoja nigdy nie zginie… Polsko, i Twoje córy i syny.
Niech nas jak orły powiedzie z gniazda Wiara i każdy krzyż na mogile -
Pięcioramienna Sowietów gwiazda… U stóp nam w prochu legnie i pyle.
Czarnowski pisze, że Sowieci planowali wywiezienie z Kresów 170 tysięcy Polaków. Nie udało im się to, bo weszli Niemcy.  M. in. była planowana wielka wywózka w czerwcu 1941 roku, pociągi były już przygotowane i czekały na dworcu we Lwowie, kiedy III Rzesza zaatakowała Związek Radziecki. I tak się złożyło, że tymi właśnie pociągami, którymi Polacy mieli wyjechać na Sybir czy do Kazachstanu, uciekali na wschód ewakuujący się Rosjanie i Żydzi na służbie sowieckiej. Tak zdecydowało przeznaczenie… 
Najstraszniejsze było to, co stało się na końcu, tuż przed ostatecznym wyjściem Sowietów ze Lwowa. W więzieniach NKWD i strażnicy zrobili krwawą rzeź więźniów, masowo zabijali ludzi w celach, zamurowywali ich w ścianach i w piwnicach. Zwalniano pospolitych przestępców, a likwidowano politycznych, to jest głównie Polaków, ale też Ukrainców. (W więzieniu Brygidki zamordowano np. śpiewaka operowego Jurija Szuchewicza, brata Romana Szuchewicza „Czuprynki” z UPA. )

Pierwsze patrole niemieckie pojawiły się we Lwowie 30 czerwca 1941 roku. Zaś pierwsze oddziały, które zajęły Lwów, to były kolaborujące z Niemcami oddziały ukraińskie – Sondergruppe „Nachtigall”, ukrainska formacja działająca u boku 1. Pułku „Brandenburg” podporządkowanego w tej operacji Abwehrze. „Nachtigallem” dowodził samozwańczy generał Roman Szuchewicz „Czuprynka”. Oddział SS „Nachitgall” powstał  z inicjatywy Kongresu Organizacji Ukrainskich Nacjonalistów  w marcu 1941 roku. Miejscem szkoleń pod kierunkiem oficerów SS i Abwehry były koszaru SS w Neuhammer (Świętoszowice)  pod Wrocławiem. Kapelanem jednostki był ksiądz Iwan Hrynicki oddelegowany przez metropolitę Szeptyckiego dotychczasowy proboszcz cerkwi świętego Jura we Lwowie. Hrynicki po wojnie próbował ratować Ukrainców z SS Galizien, którzy współpracowali z Niemcami. Prosił, by Amerykanie nie oddawali ich Sowietom. Potem uciekł do Kanady, był wykładowcą teologii na Ukrainskim Uniwersytecie w Wisconsin. 
Niemcy zaczęli rządy we Lwowie od pacyfikacji polskiej inteligencji i polskich patriotów. Tym razem to Ukraińcy ze Lwowa przygotowali listy Polaków do aresztowania, które przekazali Niemcom. Aresztowania Polaków wg tych list zaczęły się 3 lipca 1941 roku. Aresztowań dokonywali nie tylko Niemcy, ale też Ukraincy z batalionu „Nachtigall”. 4 lipca 1941 roku na Wzgórzach Wuleckich Niemcy zamordowali polskich profesorów z Uniwersytetu Lwowskiego (za Sowietów ludzie ci normalnie pracowali na uczelni). Opuszczone przez Sowietów budynki więzienne we Lwowie Niemcy zajęli na początku lipca 1941 roku. 
W okupowanym przez Niemców Lwowie zaczęły się polowania na Żydów, którzy zaczęli się ukrywać. Wcześniej, za Sowietów, ich los był lepszy niż Polaków, bo wielu Żydów było komunistami i służyło Sowietom. Generalnie – za Sowietów bardziej ucierpieli Polacy, za Niemców – Żydzi. Ale Polakom też łatwo nie było, bo ich gnębili zarówno Niemcy jak Ukraińcy. 
Tu przykład listu, który otrzymywali Polacy od Ukraińców w czasie niemieckiej okupacji Lwowa:
 „Wzywa się was jako polską rodzinę do opuszczenia tego miejsca w ciągu 48 godzin i wyniesienia się z ziem ukraińskich na zachód za San. Nie wykonując polecenia do 11 kwietnia 1944 , wydajecie na siebie wyrok śmierci i zostanie unicestwiona (spalona) wasza majętność.” 
Obie książki Ryszarda Czarnowskiego napisane są pięknym, gawędowym stylem i nie są przeładowane przypisami, indeksami i bibliografią, co sprzyja łatwiejszej lekturze. Autor nie sili się na "naukowość", ale po prostu opowiada o Lwowie. Bardzo dobrze mi się to czytało. Dzięki lekkiej formie przyswoiłam wiele cennych informacji historycznych, których wcześniej nie znałam. 
Ale, książki te mają jedną wielką wadę. 
Chodzi o druk, który okropnie męczy oczy. 
Bardzo więc proszę wydawnictwo "Rytm": 
kochani, zmieńcie ten druk w swoich książkach, na Boga! Strasznie przeszkadzał mi w lekturze ten fantazyjny krój liter! Taki druk nie tylko potwornie męczy oko i rozprasza uwagę, ale też powoduje, że czytelnik mimo woli odwraca uwagę i skupia się na tych malowniczych literkach. Czytałam te książki dość długo, bo wielokrotnie musiałam przerywać lekturę, by oczy mi odpoczęły.
Bardzo proszę drukować książki NORMALNYM, wyraźnym drukiem!
Wypożyczyłam jeszcze z biblioteki książkę o Grodnie tegoż autora i wydaną w tym samym wydawnictwie. No i naprawdę nie wiem, czy w ogóle do niej podejdę. Boję się o swoje oczy. 
Czarnowski Ryszard Jan, „Lwów. Okupacja sowiecka”, Oficyna Wydawnicza „Rytm”, Warszawa 2016
Czarnowski Ryszard Jan, „Lwów. Okupacja niemiecka”, Oficyna Wydawnicza „Rytm”, Warszawa 2016




Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


czwartek, 12 stycznia 2017

Pałace i dwory Kresów - prezentacja albumu.











Pałace i dwory Kresów, Dzięciołowski R., teksty Jaroszewski T. S., wstęp Anna Potocka, wydawnictwo Świat Książki, wydanie 2005, okładka twarda z obwoluta, stron 223.


oryg. post z 1 stycznia 2017 r. blog Słowem malowane

niedziela, 8 stycznia 2017

Kresowiana. Róże „Marechal Niel”


Jedną z rzeczy, do których polscy wygnańcy z kresów wschodnich tęsknili przez resztę swojego życia były żółte pnące róże o nazwie „Marechal Niel” uważane za jedne z najlepszych róż herbacianych na świecie. 

Podobno nigdy już potem nie udało się już wyhodować takich róż, jakie rosły w parkach otaczających polskie pałace i dwory na Ukrainie. Nazywano je niegdyś pieszczotliwie „marszanilki” albo po prostu „nile”. 

Gatunek róży pnącej „Marechal Niel” został wyhodowany w połowie XIX wieku. Nazwany został na cześć francuskiego wojskowego, marszałka Adolfa Niel (1802-1868), 


który walczył po stronie Francji w wojnie krymsko-rosyjskiej, miał swój wielki udział w zwycięstwie w walce o kurchan Małachow (1855), za co otrzymał order Legii Honorowej. Potem brał udział w wojnie francusko-austriackiej, zasłużył się w bitwach pod Magentą (1859) i Solferino (1859). Na polu bitwy pod Solferino otrzymał tytuł marszałka Francji. W latach 1867-1869 był francuskim ministrem wojny (właściwy tytuł to sekretarz obrony). 

Legenda mówi, że generał Niel ofiarował cesarzowej Francji Eugenii 


piękną żótą różę, która wyrosła z bezimiennej szczepki podarowanej mu we Włoszech.

- Jak się nazywa ta róża? – spytała cesarzowa.
- Nie ma jeszcze imienia – odparł wojskowy.
- W takim razie niech się nazywa „Marszałek Niel”.
- Ależ, pani, nie jestem marszałkiem!
- Teraz już jesteś! 

Tyle podanie… 

A naprawdę gatunek ten został wyhodowany w 1862 (lub 1864) roku w miejscowości Montauban przez francuskich ogrodników o nazwisku Pradel. 

Róże „Marechal Niel” zrobiły jednak prawdziwą furorę nie we Francji, ale wśród Polaków. Były dostępne w szkółkach ogrodniczych na terenie całej Galicji, zapewne także na Wołyniu i Podolu, skoro tak często je tam sadzono. Z pewnością sprzyjał im tamtejszy łagodny klimat i duże nasłonecznienie. Ich pędy osiągały wysokość (długość?) do czterech metrów, zaś pełne, duże kwiaty miały około 10 centymetrów średnicy; ich kolor był żółty, ale nie czysto żółty, lecz raczej żółto-zielony. Była też odmiana zupełnie biała. Kwiaty wydawały niezapomniany, mocny zapach. Różany, herbaciany, bardzo charakterystyczny…


Olbrzymia stara pnąca róża „Marechal Niel” rosła w Nowosielicy na Wołyniu. Nowosielica, dawniej zwana Nowosiełycą, należała niegdyś do dóbr książąt Ilii i Beaty Ostrogskich. Później była we władaniu Sanguszków, Lubomirskich i Giżyckich. Ostatnim właścicielem tej posiadłości był książę Józef Potocki z Antonin. Tamtejszy pałac zbudowany w XIX wieku w stylu neogotyckim był otoczony pięknym parkiem. Obok znajdowała się palmiarnia i oranżeria. Tak o tym pisała Zofia Kossak-Szczucka, której mąż, Stefan Szczucki, był ostatnim dzierżawcą tego majątku:  

 „Dość daleko za pałacem, na końcu ciemnej, żywicą pachnącej i zwartej alei świerkowej, stała pochylona ze starości oranżeria, pełna staroświeckich cytryn, kamelii i innych, niegdyś modnych roślin, o sztywnym, dziwacznym listowiu. Osobliwością jej była niezmiernie sędziwa i sękata palma, o której mówiono, że jest jeszcze jedną z tych, które niegdyś pożyczała hetmanowa Rzewuska dla ustrojenia pałacyku w Hrehorówce na przyjazd Aleksandra I.
Prawdziwą jednak ozdobą starej oranżerii nie było to tragiczne w swym zmarnieniu drzewo, ale przepyszna róża „Marechal Niel” na głównej ścianie rozpięta, o pniu grubości ludzkiego ramienia, cały strop obejmująca zieloną, gęstą kopułą. Nikt nie umiał oznaczyć jej wieku, ale zapewne musiała ona pamiętać lata bardzo odległe i dawne. Pomimo to corocznie kwitła obficie, począwszy od pierwszych dni kwietnia do ostatnich czerwca. W przeciwieństwie do pnia jędrnego i krzepkich konarów, kwiaty miała wiotkie, bezsilne łodygi i mocną woń, właściwą kwiatom konającym. Nawet kolor ich nie był żółtawy, ale zielono-biały. Miały w sobie wdzięk i piękność rzeczy, które giną. Nieraz wówczas, patrząc na kwitnącą starą różę, mówiliśmy sobie, że umrze niedługo, nie przypuszczając, że razem z nią zginie wszystko, co rosło i kwitnęło.” (Kossak Zofia, „Pożoga”, wyd. Greg, Kraków 2010)

Marszanilka rosła także w parku w Wolicy Kierekiszynej na Wołyniu, siedzibie rodu Pruszyńskich. Nazwa miejscowości pochodziła od jej pierwszego właściciela, którym był uszlachcony polski Tatar, Kierekiesza. Późniejszymi właścicielami byli m. in. Czaccy, którzy rozpoczęli tam budowę okazałego pałacu. W XIX wieku Wolicę kupił od nich Mieczysław Pruszyński, dziadek pisarza Ksawerego Pruszyńskiego, który jednak był  tak skąpy, że nie chciał dokończyć budowy niszczejącej rezydencji, ale zamieszkał w starym budynku położonym nieopodal. Był to duży, rozłożysty dwór z czerwonym dachem stojący na szczycie wzgórza. Cześciowo był urządzony w stylu myśliwskim: do połowy ścian była dębowa boazeria, wyżej poroża jeleni i łosiów oraz wypchane głowy odyńców. 

Pisarz Ksawery Pruszyński, syn ostatniego właściciela Wolicy, tak zapamiętał to miejsce: 

„Był to majątek bez tradycji, kupiony dla mego właśnie ojca”. W środku parku niszczała wielka, niedokończona rezydencja pałacowa, której budowę rozpoczęli poprzedni właściciele Czaccy, a rodzina Pruszyńskich mieszkała w wielkim, niskim, starym dworze. Latem wszystko wokół rosło bardzo bujnie, z niezwykłą żywotnością, a zimą wszystko zasypywał śnieg. „Pod oknem mojej matki, niskim oknem, chwiał się tylko melancholijnie dziwny stwór w miejscu, gdzie latem kwitły róże „Marechal Niel”.” (Ksawery Pruszyński, „Na czarnym szlaku” (w :) „Kraj lat dziecinnych”, Londyn 1987)
Ten sam gatunek róż podziwiano we dworze Lemieszówka w pobliżu Białej Cerkwi na Kijowszczyźnie, należącym do rodziny Dunin-Kozickich: 

 „W okresie letnim wokoło dworu biegł szlak kwiecisty z pąsowych, wiecznie kwitnących crimstonów i złotożółtych nielów, pnących się bujnie po granitowych złomach wysokiego cokołu i sięgających drewnianych kolumienek krytej werandy. Z drugiej strony terasa, otoczona żelazną balustradą, i znowu powódź oplatających się giętkimi łodyżkami różowych, bukietowych różyczek.”
Maria Dunin-Kozicka, „Burza od wschodu. Wspomnienia z Kijowszczyzny (1918-1920)”, wyd. LTW, Łomianki 2015)

Róże „Marechal Niel” uwieczniła również w swych wspomnieniach pochodząca z Galicji Magdalena Samozwaniec, kuzynka Zofii Kossak:

 „Potem pierwsze zamąźpójście, kariera dyplomatyczna męża, zagranica, królowie i książęta, którzy rzucali mi pod nogi pęki róż (Marechal Niel), cukry i wszelkie frukty.” (Magdalena Samozwaniec, „Z pamiętnika niemłodej już mężatki”)

Malowali te kwiaty malarze francuscy (Henri Fantin Latour) i polscy (Alfons Karpiński i Władysław Ślewiński). 

Informacje historyczne na temat róży „Marechal Niel” zaczerpnęłam m. in. z ciekawego bloga o kwiatach:

Moje róże – moja pasja » Blog Archive » Marechal Niel


Źródło ilustracji:
1.      Róża Marechal Niel – Wikipedia. Flore_des_serres_v16_059a
2.      Porteret marszałka Adolfa Niela – Wikipedia. Adolphe_Niel
3.      Portret cesarzowej Eugenii - Wikipedia. Empress_Eugénie,_Hillwood_Museum,_1857
4 .  Róża 'Marechal Niel'. Fot. www.polona.pl


Tekst oryginalny na blogu: archiwum mery orzeszko




sobota, 7 stycznia 2017

Piotr Jaźwiński, Aleksander Jaźwiński, Wołynianki. Z Wołynia do PRL





"Wołynianki" czy "Wołyń"
Książka pt. „Wołynianki. Z Wołynia do PRL” nie ma prawie nic wspólnego z filmem Wojciecha Smarzowskiego zatytułowanym „Wołyń”, który dostał się ostatnio na ekrany naszych kin. Bohaterowie publikacji Piotra i Aleksandra Jaźwińskich rzeczywiście pochodzą z Uściługu na Wołyniu – jednej z krain historycznych Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Położenie województwa wołyńskiego na mapach I i II Rzeczypospolitej pokazują ryciny:
Rzeczpospolita Obojga Narodów
Rzeczpospolita Obojga Narodów

















Siermiężna peerelowska rzeczywistość
Autorzy: Piotr – ojciec i Aleksander – syn napisali na poły autobiograficzną powieść zakorzenioną w wołyńskiej ziemi, która wykarmiła wiele pokoleń polskich patriotów. Kresowe dworki należące do bardziej lub mniej majętnych Polaków wyposażyły młode generacje w system wartości i zasad moralnych, według których największym dobrem jest umiłowana Ojczyzna. Ale stał się wrzesień 1939 roku, a z nim kres Rzeczypospolitej. Hitlerowscy i bolszewiccy okupanci wydarli Polakom wszystko to, co oni znali, posiadali, kochali. Kresowianom została tylko „tradycja pieczołowicie przekazywana następnemu pokoleniu”. Tradycja rozumiana jako „sposób bycia widoczny w życiu codziennym, to drobiazgi pozornie niewiele znaczące, a jednak wyróżniające je z tłumu i wzbudzające szacunek”. I z tym „bagażem” bohaterowie książki reprezentujący trzy pokolenia rodaków wkroczyli do siermiężnej peerelowskiej rzeczywistości. Główny punkt ciężkości opowieści zawiera obraz codziennych potyczek Barbary i Izy o zapewnienie rodzinie choć minimum potrzebnego do jej egzystencji. Z drugiej strony pokazano trudną walkę starszej pani, kresowej inteligentki, z młodymi „o trwanie przy tradycjach i wartościach minionego świata” oraz „nawoływanie do bezkompromisowej postawy wobec zdrajców i wroga”. Niniejsza książka jest najlepszym dowodem, że walka ta miała sens. Jej autorami są wszakże wnuk i prawnuk starszej pani - obaj absolwenci Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego (Uniwersytet Józefa Piłsudskiego) zgłębiający tajemnice historii Polski.

Propaganda sukcesu
Publikacja „Wołynianki…” obok poważnych kwestii przynosi też i chwile oddechu od trudnych zagadnień. Barbara, dojeżdżająca do pracy podmiejskim pociągiem, nieuprzejmemu mężczyźnie odpowiedziała: „A co tak w przejściu stoi, boi się zgubić w dużym mieście?” Gdy molestujący Barbarę p.o. dyrektora krzyknął do niej „Ty parszywa suko!” ze spokojem oznajmiła: „Nie obrażaj, chamie, przy mnie psów”.
Kreatywnie uczyniono użytek z wycinków z gazety „Expres Wieczorny” i ze zdjęć dokumentalnych budując wokół nich elementy fabuły książki. Tekst książki ilustrują liczne zdjęcia archiwalne przedstawiające realia okresu „małej stabilizacji”, gdzie kwitła propaganda sukcesu i wszystko miało wyglądać jak najlepiej. Na fotografii z wnętrza szewskiego warsztatu rzemieślnik pracuje w garniturze, białej koszuli i krawacie. Jak stolica, to stolica!
Afera mięsna... (www.fakt.pl)
Afera mięsna... (www.fakt.pl)
Szewc Wacław Kielman podczas pracy w swoim zakładzie
Szewc Wacław Kielman podczas pracy w swoim zakładzie




Najdumniejsze z dumnych Element obcy klasowo, jak nazywano w PRL byłych ziemian, z całych sił starał się opierać wszechobecnej indoktrynacji oraz pielęgnować uświęcone wielowiekową tradycją normy postępowania, zdając sobie sprawę, że „Im kto słabszy moralnie, im bardziej oderwany od tradycji, im bardziej prostacki, tym bardziej skłonny do zła”. Owe strażniczki polskości, przedstawicielki polskiej inteligencji, szczególnie wyczulone na przejawy etosu Niepodległej Ojczyzny, z ogromnym wzruszeniem uczestniczyły w patriotycznych nabożeństwach, gdzie wreszcie Polacy „czuli swą siłę, siłę wypływającą z bycia jednością, bycia najdumniejszym z dumnych Narodem”.

Wołynianki, które przepędzono z Wołynia do PRL-u, wypełniły swoje zobowiązanie moralne wobec zamordowanej Ojczyzny. To one, Matki Polki, wychowały młode pokolenie już nie–Wołyniaków na wiernych synów Rzeczypospolitej.

Afera mięsna i mord sądowy
Jednym z bardziej makabrycznych wydarzeń pokazującym, do czego byli zdolni obrońcy systemu komunistycznego, stała się tzw. afera mięsna, mająca uzasadnić olbrzymie braki na rynku mięsnym. Za rzekome nadużycia w handlu mięsem oskarżono dziesięć osób. Głównym oskarżonym uczyniono Stanisława Wawrzeckiego (ojca aktora Pawła Wawrzeckiego) dyrektora stołecznego przedsiębiorstwa MHM. Wyrokiem sądu orzekającego w trybie doraźnym podejrzanego skazano na karę śmierci. W marcu 1965 roku Stanisława Wawrzeckiego powieszono. Miał czterdzieści cztery lata. Zabójstwo to było jednym z tzw. mordów sądowych (tylko w latach 1944-56 wykonano ich około pięciu tysięcy). "Władza ludowa" za wszelką cenę starała się zmusić społeczeństwo do posłuszeństwa.

Przemijanie i odchodzenie

Sądzę, że niebagatelnym atutem powieści Jaźwińskich, wywołującym u czytelnika refleksje i przemyślenia, pozostaje ujęcie kwestii umierania kogoś bliskiego. Członka rodziny, przyjaciela i mentora, a wreszcie ukochanego psa. Wiemy, że temat ten, poruszany wielokrotnie przez literatów, nie należy do łatwych. Tym większy szacunek i uznanie należy oddać autorom rzeczonej powieści, którą z przekonaniem można polecić nawet wymagającym czytelnikom.

Małgorzata Poniatowska
 Tekst ukazał się na blogu Czytam po polsku

niedziela, 1 stycznia 2017

Walerian Meysztowicz, Gawędy o czasach i ludziach




„Gawędy o czasach i ludziach” księdza Waleriana Meysztowicza to zbiór arcyciekawych i barwnych opowieści o rodzinie, krewnych i znajomych autora z czasów dzieciństwa i młodości. Większość tych historii dotyczy mieszkańców dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Kompozycja całości nawiązuje do znanego wyłącznie w polskiej literaturze gatunku gawędy szlacheckiej (vide „Pamiątki Soplicy” Henryka Rzewuskiego).
 
 




Walerian Meysztowicz (na zdjęciu), syn znanego litewskiego ziemianina Aleksandra Meysztowicza, urodził się w 1893 roku w Pojościu na Kowieńszczyźnie. Uczył się w słynnym liceum w Carskim Siole. W czasie wojny polsko-bolszewickiej walczył jako żołnierz w ochotniczym oddziale polskiej samoobrony pułkownika Jerzego Dąbrowskiego, pierwszego kresowego „Łupaszki” (tak, tak, to nie pomyłka, bowiem przed „Łupaszką” Zygmuntem Szyndzielorzem był jeszcze „Łupaszka” Dąbrowski, który w 1939 roku lał Niemców aż miło!). W tym samym oddziale byli również bracia Józef i Stanisław Mackiewiczowie, hrabia Eustachy Sapieha, książę Włodzimierz Czetwertyński, hrabia Jan Tyszkiewicz i inni młodzi przedstawiciele kresowej arystokracji i ziemiaństwa. Po I wojnie światowej rodzina Meysztowiczów utraciła Pojoście (majątek znalazł się po litewskiej stronie granicy i został znacjonalizowany). Zaś Walerian Meysztowicz został księdzem: pracował najpierw w kurii wileńskiej, a potem w Watykanie, gdzie zresztą przeżył całą II wojnę światową (jako obywatelowi polskiemu nie wolno mu było wychodzić poza granice Watykanu). Po wojnie razem z Karoliną Lanckorońską i innymi założył w Rzymie Polski Instytut Historyczny. Był historykiem i archiwistą watykańskim. Zmarł w 1982 roku.


„Gawędy o czasach i ludziach” nie są typową autobiografią, ani też pamiętnikiem. Mimo wielu namów, Meysztowicz nie chciał pisać nic takiego. Pozostawił szkice o ludziach, których znał i którzy byli dlań ważni. Są wśród nich rodzice (o ojcu pisał per „pan Meysztowicz”), służba domowa, sąsiedzi bliżsi i dalsi, rodzina i zaprzyjaźnione rody kresowe (Radziwiłłowie, Skirmuntowie, Chodkiewiczowie, Dowgiałłowie), a także wielu znajomych (moim zdaniem, do najciekawszych należą szkice o Jerzym Dąbrowskim i Stanisławie Mackiewiczu, byłym koledze z wojska i późniejszym redaktorze „Słowa” wileńskiego). Bardziej interesująca wydaje się część „kresowa” tej książki niż „kościelna”, w której autor przedstawiał znanych mu dostojników kościelnych.


Czytamy też o pałacach i rezydencjach kresowych (m. in. Młynów i Nieśwież). Najpiękniej jednak opisał autor swój dom rodzinny w Pojoście i panującą tam wspaniałą atmosferę:


„… gdy śnieg pokrył pola, a długie wieczory zmuszały do przebywania w domu – gdy babunia, moja matka, nauczyciele i dzieci w bawialnym pokoju przed kominkiem słuchali Sienkiewiczowskiego „Na polu chwały” czy wierszy Tetmajera – mój ojciec w gabinecie obok, przy dużym mahoniowym stole, pisał. Raz była to ilustrowana rysunkami Siestrzeńcewicza broszura „Lusterko” – w lekkiej, pięknej formie przedstawiająca krakowską tezę: „zgubiły nas wady nasze”. To znów, gdy po zabójstwie Maurycego Karpia, o którym przecie napiszę, znalazło się u mego ojca bogate archiwum senatorskiego rodu – była to historyczna monografia o tej niegdyś tak znacznej, dziś zapomnianej rodzinie. Pisał przy lampie. Czasami wstawał, i przez bawialnię i całą amfiladę ledwie oświetloną małymi lampkami, z rękami na plecach, przechadzał się, myśląc. Nie trzeba mu było wówczas przeszkadzać. Sam często przystawał w bawialni, zamieniał parę słów i wracał do pisania.”


Na początku Meysztowicz zaznaczył, że postanowił o każdym pisać dobrze i że martwił się, jak to wyjdzie. Ale wyszło znakomicie! O niektórych jednak mimo tego założenia, napisał dość krytycznie, np. o Stanisławie Mackiewiczu, który mu podpadł tym, że po wojnie nie został za granicą, ale pojechał do PRL-u. Dobrowolne udanie się do kraju rządzonego przez bolszewików uważał bowiem Meysztowicz za haniebną zbrodnię. Jego zdaniem, Europa po II wojnie światowej podzieliła się na imperium zła (Związek Radziecki i kraje mu podporządkowane) i resztę. Sam uważał się za polskiego patriotę, a jednocześnie Litwina:


„„Litwin jestem” mówił Kościuszko. „Ojczyzno moja”, pisał Mickiewicz. Wszyscy uważaliśmy siebie za Litwinów i Polaków równocześnie. Do dziś na pytanie, czy jestem Litwinem, nie umiem odpowiedzieć prostym „nie”. Przeciwieństwo polsko-litewskie zaczęło się zarysowywać w pierwszych latach po roku 1900.”



Zapewniam Was, że wspaniale czyta się tę książkę! To kopalnia wiadomości o świecie, który przeminął na zawsze wraz z końcem I wojny światowej. W moim prywatnym rankingu kresowych opowieści „z pierwszej ręki” znajduje się ona w samej czołówce wśród książek, które przeczytałam do tej pory. Dodam jeszcze, że wielką zaletą wydania londyńskiego, które udało mi się upolować w jednej z bibliotek, jest cudowny, „gruby” i wyraźny druk zupełnie nie męczący oczu.


Meysztowicz Walerian, ksiądz, „Gawędy o czasach i ludziach”, wyd. Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1993


Źródło zdjęcia: Wikipedia, File:Walerian Meysztowicz.jpg
 
Tekst ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...