wtorek, 29 września 2015

Martin Pollack, Po Galicji





Uczta czytelnicza! Sugestywna, czasem reporterska, czasem poetycka podróż po krainie, której już nie ma.

I tu następuje miejsce na dygresję.
Momentami bywa tak, że tęsknię za poprzednimi epokami i żałuję, że nie przyszło mi żyć w XVII wieku (występującym u mnie zamiennie z fin de siècle'm). Wyobrażenie tamtych czasów, obyczajów, historii, panujących zasad oraz zupełnie innym niż dziś świat uruchamia wyobraźnię i marzenia. Wzdychając w skrytości do czasów Wittelsbachów, czy też do dusznych kawiarni pełnych artystycznej cyganerii, myślę sobie o Martinie Pollacku, który tą książką przeniósł się do XIX wiecznej Galicji, na czas lektury wskrzesił ją znów do życia, pisząc ten zbiór wrócił do opisywanych czasów, był ich uczestnikiem. Koniec dygresji.
Przekopując się przez przepastne austriackie archiwa odnajdywał pocztówki z Pokucia, lokalne gazety z rejonów Czerniowic, Drohobycza czy Stanisławowa. Czytając ówczesne aktualności odtwarzał atmosferę miasteczek, nastroje społeczne, opisywał wiodące profesje, zwyczajne dni, troski tamtejszych ludzi. Bez ubarwień i optymistycznych naleciałości, z reporterską wnikliwością przemierza zabłocone rynki miast, odwiedza biednych Żydów pracujących w fabrykach zapałek, czy też zagląda na targ, gdzie biedacy handlują starzyzną, Hucułowie przybywają z owcami i bydłem, pomniejsi gospodarze kupują grzebienie dla narzeczonych.
Ta wschodnia rubież CK Monarchii była zapadłą, dość zapomnianą i biedną prowincją, posiadającą jednak duże aspiracje, stąd w miastach pyszniły się dworce kolejowe, a w kawiarniach abonowano dziesiątki pism, Wielkim bogactwem tamtych czasów była wieloetniczność, wielonarodowość mieszkańców: Żydzi zarówno postępowi, jak i malowniczy tradycjonaliści chasydzi, Rusini, Niemcy, Hucułowie, Polacy, Potrafili koegzystować na jednej ziemi, potrafili być sąsiadami, nie szkodząc sobie nawzajem.

Opisy codziennych zmagań, wnioski dotyczące zawirowań gospodarczych (złote czasy wydobywcze - w rejonie Drohobycza pozyskiwano ropę, był to też czas budowania tras kolejowych), a także wypisy z sytuacji społecznych, dają spójny i wielobarwny obraz tej właśnie prowincji.
Wielką przyjemnością było czytanie pośród zapisków autora fragmentów Sklepów cynamonowych, które odnosił Polack do topografii miasta.
Osobną przyjemnością jest poznawanie artykułów z lokalnych pism, które na bieżąco relacjonowały zdarzenia z okolicy. Najbardziej jaskrawy przykład doniesienia z życia codziennego (który to przemienił się w tym wypadku w literacki felieton) to artykuł z Czernowitzer Allgemeine Zeitung, zatytułowany Samobójstwo w wannie. Ten fragment zdecydowanie zrobi wrażenie na czytelniku!
Gdy skończyłam dziś czytać tę książkę poczułam zawód, że to już, że kończy się poznawanie przywołanej przez Pollacka krainy. Choć brudna, biedna, prowincjonalna, to jednak fascynująca, momentami egzotyczna, a na pewno pełna życia była wschodnia Galicja.
Ta lektura była dla mnie wielką przyjemnością!



Tekst oryginalny ukazał się na blogu BuchBuchBicher

niedziela, 27 września 2015

Panorama Plastyczna Dawnego Lwowa


Źródło


25 września w Hali Stulecia we Wrocławiu otwarta została wystawa prezentująca Pano­ramę Pla­styczną Daw­nego Lwowa. Jest to nie­zwy­kły obiekt, którego autorem jest Janusz Witwicki, archi­tekt, pra­cow­nik naukowy Poli­tech­niki Lwow­skiej. Wraz ze zespo­łem współ­pra­cow­ni­ków przez kil­ka­na­ście lat budo­wał model daw­nego Lwowa.

„Panorama” ukazuje wygląd zabudowy Lwowa w roku 1772 w obrębie fortyfikacji miejskich, chociaż według pierwotnego zamysłu swego twórcy prezentować miała całe miasto wraz z okolicznymi wzgórzami. Planowano, że jej otwarcie uświetni obchody 600-lecia przyłączenia Ziemi Lwowskiej do Królestwa Polskiego. Historia potoczyła się jednak inaczej i model nigdy nie został ukończony.

Do września 1939 r. zdążono wykonać najbardziej charakterystyczne dla sylwety miasta budowle oraz część kamienic. Prace kontynuowano podczas okupacji. Losy „Panoramy” po zajęciu Lwowa przez Rosjan i włączeniu miasta do Ukraińskiej SSR stały się bardzo niepewne. Z jednej strony model wzbudził zainteresowanie sowieckich architektów i historyków architektury, z drugiej był obiektem bardzo niewygodnym dla nowych władz. W tej sytuacji inż. Janusz Witwicki rozpoczął usilne starania o zgodę na przewiezienie „Panoramy” wraz z dokumentacją do Warszawy.

Twórcy „Panoramy” nie było jednak dane wyjechać ze swym dziełem ze Lwowa. Na trzy dni przed planowanym terminem wyjazdu w pracowni na Ormiańskiej pojawiło się trzech mężczyzn podających się za dziennikarzy lub historyków sztuki. Następnego dnia – 16 lipca 1946 r. – ciało twórcy Panoramy znalezione zostało na ulicy. Wezwanej do lwowskiej siedziby NKWD Irenie Witwickiej, żonie Janusza, nie pozwolono na dokonanie identyfikacji ciała. Pogrzeb inż. Witwickiego odbył się 22 lipca 1946 r.

Dopiero przemiany polityczne w Polsce po 1989 r. pozwoliły rozpocząć starania o eksponowanie modelu. W 1994 r. „Panorama” stała się depozytem rodziny Witwickich przechowywanym we wrocławskim Muzeum Historycznym, później Muzeum Miejskim Wrocławia. Po raz pierwszy model udostępniony został publiczności – najpierw we wrocławskim Arsenale, później w jednej z sal w kamienicy „Pod Złotym Słońcem” przy wrocławskim Rynku. Jednak po kilku latach wymagająca gruntownych prac konserwatorskich „Panorama” została ponownie złożona i spakowana.

Teraz Panorama została nie tylko odnowiony ale także uzupełniona o efekty specjalne. Blisko czterysta budynków wykonanych w skali 1:200 zyskało nowoczesną iluminację, dzięki kamerom budowle można oglądać z różnych perspektyw. Wrocław zyskał nową atrakcję turystyczną!
_ _ _ _

Wnuczka Janusza Witwickiego - pani Ewa Chrzanowska-Parsons - zwraca się z apelem o pomoc w odszukaniu osób ktore znały tworców Panoramy. Publikujemy listę osób z nadzieją, że uda się odnaleźć osoby, które dysponują wiedzą lub pamiątkami z powstania tego niezwykłego dzieła:


1) BEDNARSKI Henryk (ur.1907) - archiwista i buchalter PPDL
2) BIAŁY Leszek – fotograf
3) CZESAK Bohdan - fotograf
4) DAŃCZAK Feliks (1924-1974) – artysta modelarz
5) DĘBICKI Zdzisław (ur.1911) – artysta modelarz
6) DIAMANDÓWNA Wanda - modelarka?
7) DOMOSŁAWSKI Adam – inżynier
8) DURSKI – nic o nim nie wiadomo
9) FELDMAN Filip – architekt
10) GELIS Adam – inżynier. Pozostał we Lwowie.
11) GROER Franciszek – profesor. Fotograf
12) GUBERNARCZUK Anna (ur.1905) – posługaczka.
13) HIOLSKI Włodzimierz – „Lwowicz” (1927-2002) („Dunek”) modelarz
14) HRYNIEWIECKA Irena zamężna Smolana – modelarka, żołnierz AK
15) HRYNIEWIECKI Jerzy (1922-1978)– architekt, fotograf, żołnierz AK
16) KARASIŃSKI Janusz (ur.1917) – modelarz, żołnierz AK.
17) KIRSCHNER Tadeusz – malarz
18) KONDZIOŁA Janina (ur.1921) – artystka modelarka. Być może z domu Zającówna.
19) KŰHNEL Adam (ur.1909) – architekt.
20) LENKIEWICZ Adam (1888-1942?) – profesor, reprodukcja planów, fotografie. Zamordowany.
21) LINK Danuta zamężna Dańczak
22) ŁABINOWICZ Adam (ur.1919) – artysta modelarz
23) ŁOBOCKI Jan Kanty Modest (1920-2000) – architekt, fotograf
24) ŁODZIANA Tadeusz (1920-2011) – artysta modelarz
25) MILENICZEK Władysław - pozłotnik
26) MORWITZ Zygmunt – architekt
27) MOUSSON Lucyna (ur.1918) – artystka modelarka.
28) OLPIŃSKI Jan - Inż.. architekt
29) ROKICKI Władysław (ur.1889) – dozorca domu przy ul. Ormiańska 23.
30) SŁONIEWSKI Jarosław
31) SZYMAŃSKI Mieczysław (ur.1928) - technik
32) TYSS Włodzimierz – mgr, reprodukcja planów
33) UHORCZAK Franciszek (1902-1981) – prof. geograf, kartograf
34) URBANOWSKI Jerzy (ur. 1921) – artysta modelarz
35) WITWICKA Irena z d. Christ (1909-2004) – żona Janusza Witwickiego
36) WITWICKI Janusz (1905-1946) – inz. Architekt, modelarz. Twórca PPDL
37) WITWICKI Jerzy (ur.1928) – artysta-modelarz
38) WITWICKI Michał (1921-2007) architekt, bratanek Janusza Witwickiego.
39) WITWICKI Władysław – (1878 - 1948) ojciec Janusza Witwickiego
40) ZAJĄCÓWNA Janina – modelarka być może zamężna Kondzioła.
41) ZATURSKI Ludwik – dr, reprodukcja planów
42) ŻDŻARSKA Aleksandra zamężna Hryniewiecka (ur.1924) – fotolaborantka, modelarka.

Źródła informacji o Panoramie Plastycznej Dawnego Lwowa:
http://panoramalwowa.pl/
http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35771,14636370,Historia_Panoramy_Lwowa_jak_z_hollywoodzkiego_dramatu.html
https://www.facebook.com/JanuszWitwicki.panorama/timeline/?ref=bookmarks


   

piątek, 25 września 2015

"Ziele na kraterze". Książka "dla tych, którzy mieli dzieci, i dla tych, którzy byli dziećmi"


Więc napiszę dla tej Anny-Krystyny książkę o Tobie i o Domeczku, w którym rosłaś - jakbym w dłonie wziął ciepły kłębuszek życia i niósł między szare mury drapaczy w ten doskonale zorganizowany straszny świat. […] Ta książka będzie z uśmiechów, wzruszeń; przypomnień - o życiu Twoim i jej matki. Niech w jej życiu, obskoczonym przez nie wiem jakie radary, helikoptery, telewizje, atomy, sączy się z dna istnienia zapach tych lat, z których wyszła Twoja szukająca, chłonna, nieukojona dusza, paląca się jak płomień na wietrze.
 
Żyjesz, Krysiuniu. Żyjesz i żyć będziesz.
 
(Melchior Wańkowicz, Epilog i Prolog. List do Krysi [w:] Ziele na kraterze, Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 431)


Tę wzruszającą opowieść o osobistej stracie związanej z Powstaniem Warszawskim napisał Melchior Wańkowicz w Stanach Zjednoczonych, gdzie przebywał od 1949 roku. Wspomnienia ukazały się w Nowym Jorku dwa lata później. Miały odtąd siedemnaście wydań i stały się najchętniej czytaną książkę napisaną przez „ostatniego, co tak piórem wodził”. W 1957 roku czytelnicy „Życia Warszawy” uznali Ziele na kraterze za najlepszą publikację opowiadającą o okupacji i powstańczej stolicy. Wiele rodzin przetrzebionych przez wojnę odnajdywało na stronicach dzieła swoje losy i przeżycia. Aleksander Małachowski ochrzcił Ziele na kraterze mianem „elegii na śmierć córki”. 

Współczesne polskie matki i ojcowie, szczęśliwie żyjący w czasach pokoju, mogą w tej książce zobaczyć siebie w radości i trudzie budowania ogniska domowego, wychowywania dzieci, organizowania dnia codziennego, wspólnego bytowania, śmiania się, podróżowania i walczenia z przeciwnościami. Książka opowiada również o różnych barwach dzieciństwa. Na taki trop odczytywania Ziela na kraterze naprowadza wielokrotnie sam pisarz:

Przecież ta książka jest dla mamuś i dla tych, którzy mieli dzieci, i dla tych, którzy byli dziećmi. Ta książka jest po to, żeby złożyli samotne ręce stwardniałe od pracy i przypomnień. Ta książka przeprasza, że co pewien czas rozdzierają się jej pogodne na razie karty.

Dzieło to przepajają polskość, smak życia, duch przygody i szczęście rodzinne. Każda literka napęczniała jest sercem oraz dobrego gatunku sentymentem. Z każdej stronicy „sączy się miodopłynna mądrość”.

W trakcie lektury można pomyśleć niejednokrotnie, że życie w rodzinie Wańkowiczów płynęło bez zgrzytów, problemów różnej natury czy wzajemnych nieporozumień, dopóki na ich dom nie zaczął się sypać popiół z kataklizmu dziejowego. W każdej rodzinie piętrzą się czasem różne trudności, choćby natury finansowej. Pisarz niewątpliwie mitologizował, a więc przekształcał biografię swoją  i najbliższych jego sercu osób w legendę. Choć postacie i wydarzenia nie są fikcyjne, mamy do czynienia z prawdą zmyśloną. Utwór ten rości sobie prawo do prawdy, ale jednocześnie nie brakuje w nim zmyślenia. Prawdziwość opisania przez Wańkowicza życia jego rodziny, zwłaszcza w okresie międzywojennym, budzi wątpliwości literaturoznawców. Aleksander Małachowski napisał, że

...ciepło Wańkowiczowskiego domu, ten arcypotężny magnes przyciągający sympatię jego czytelników, jest w znacznej mierze kreacją czysto literacką [...] Przeto prawdziwe życie tej rodziny nie płynęło jak w tej bajce, którą za chwilę przeczytamy. Ale to jest przecież ta słynna Wańkowiczowska mozaika.

Pożycie małżeńskie między Kingiem a Królikiem jawi się nam jako sielankowe, pełne zawsze wzajemnego zrozumienia i czułości, pozbawione animozji czy okresów oddalenia od siebie. W 2010 roku na łamach „Rzeczpospolitej” w artykule pt. Róż na kraterze Aleksandra Ziółkowska-Boehm napisała, że obraz małżeństwa i domowego szczęścia Wańkowiczów pokazany w „Zielu na kraterze“ był tylko literacką kreacją. Małżeństwo Wańkowicza i jego żony Zofii nie najlepiej się układało, momentami wręcz dramatycznie. Przytoczyła ona relację samego Wańkowicza, według której pod koniec lat 20. Zofia odeszła od niego do jego przyjaciela Tadeusza Lechnickiego, aby powrócić do niego po blisko roku. W tym czasie jego córki znajdowały się pod opieką siostry Wańkowicza, Reginy. Zdaniem pisarza, Zofia nie rozumiała go i nie była „prawdziwym partnerem” w jego życiu. Artykuł Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm zawiera pełny tekst Diariusza Melchiora Wańkowicza, w którym pisarz krytycznie wypowiada się o swojej żonie.

Ziele na kraterze to, obok Szczenięcych lat (pisałam o nich TUTAJ), swoista „rodzinna” beletrystyka. Jakże krzepiąca i „nawznioślająca duszę”! Pozwala nam wniknąć w najgłębsze treści życia małżeńskiego oraz macierzyństwa i ojcostwa. I tyle wspomnień z naszego własnego dzieciństwa wywołuje… Wańkowicz w pewnym miejscu wyznaje:

Miałem inne dzieciństwo − więcej przystosowane do administrowania niż do bezpośredniego wytwarzania, więcej do panowania niż do pracy od dołu, więcej do syntezy niż analizy, więcej do przeżywania niż życia. 

Dla mnie Ziele na kraterze to najpiękniejsza książka o rodzinnym życiu: jego blaskach, troskach, radościach, macierzyńskich i ojcowskich uczuciach, ciążącej na rodzicach odpowiedzialności za „kiełkowanie” i „owocowanie” małych istot, o duszy dziecinnej, o bezpowrotnie minionych latach, o tęsknocie, o żalu, że coś się przeoczyło lub zaniedbało w czasie procesu wychowawczego (w trakcie budowania więzi z córkami), o uczeniu dzieci „wsiąkliwości w życie” i zaciekawienia światem, o tym, jak hodowało się przed wojną dziewczęta na to, aby „umilały życie męskie, aby kondensowały czar kobiecości”,... Ziele na kraterze jest „sączącą pasma modlitwy do nieba” opowieścią o „małym zielu przebijającym się przez rodzicielską skałę”. W polskiej literaturze niewiele mamy tak pięknych peanów na cześć rodziny i działalności pedagogicznej. Moc tego dzieła jest po prostu upajająca, a jej końcowe partie, opowiadające o matczynej stracie, o cierpieniu matki, wręcz ściskają za gardło. Ponadto jest to dla mnie książka o istocie polskości, "kozaczym duchu" Polaków, ich umiłowaniu wolności i życia swobodnego, wojennej zawierusze i jej niszczycielskim wpływie na życie milionów rodzin, o powstańcach warszawskich i ich ofierze.

Pisarz stara się wystrzegać zanudzania i okadzania czytelników „dydaktycznym smrodkiem”, stosując wiele zabiegów literackich, w tym zwłaszcza ironię. Książka wzrusza i bawi równocześnie. Język dużej części utworu cechuje się wszystkimi typowymi dla ludzi wywodzących się z Kresów naleciałościami i elementami (soczyste i „pełne rumieńców” frazy, długie zdania, regionalizmy i neologizmy, np. „neronić”, „odchwycenie się”, „rozcieplić”, „wyserdaczyć”, „wyportczyć”, „rozbufić”, „rozwinogronić”, „seksapilować się”). W końcowej części dzieła język zmienia się w lapidarny, suchy, pozbawiony ozdobników. Staje się urywany, dławiący.

 Ziele na kraterze kończą się słowami: „Gryfa” nie odnaleziono dotąd. A jednak! Dowódcę Krystyny, którego ojciec zachłannie i bezskutecznie szukał, odnalazła wiele lat później Aleksandra Ziółkowska-Boehm. „Ostatnim ogniwem dotyczącym wspomnień o Krysi Wańkowiczównie”, starszej córce pisarza poległej szóstego dnia sierpniowego zrywu powstańczego, nazwała pisarka spisaną przez siebie w listopadzie 2010 roku poruszającą relację „Gryfa”. Możemy i warto zapoznać się z nią, gdyż została opublikowana cztery lata później w jej książce pt. Druga bitwa o Monte Cassino i inne opowieści (o której pisałam TUTAJ). 

 Okazało się, że generał Janusz Brochwicz-Lewiński „Gryf”, który był dowódcą Krystyny Wańkowiczówny ps. „Anna” i zarazem świadkiem jej ostatnich dni, wrócił do Polski w 2002 roku po pełnym zamętu, obfitującym w barwne lata życiu. W czasie powstania, 8 sierpnia, został ciężko ranny, a po kapitulacji ewakuowany do Niemiec. Aleksandra Ziółkowska-Boehm przeprowadziła z nim pięć lat temu obszerny wywiad, w którym „Gryf” wyznał, że jej śmierć odczuł bardzo głęboko oraz opowiedział, jak ją pochował, że nie miała Krysia „trumny z polskiej sosny”, jak w Kwiatach polskich”, że Stanisław Leopold „Rafał”, który wtedy z nim był, płakał, patrząc na mnie. Mówił też: „Co ja powiem pani Wańkowiczowej… jak jej powiem, że jej córka nie żyje”…
 
 Jej ojciec odpowiedziałby: Żyjesz Krysiuniu. Żyjesz i żyć będziesz. 
 
Recenzja ukazała się na blogu Szczur w antykwariacie
 

środa, 23 września 2015

Piotr Zychowicz, Pakt Piłsudski - Lenin





„Będzie to ponura opowieść o upadku ducha, ludzkiej podłości i destrukcyjnej roli ideologii działających na szkodę własnej ojczyzny”. [s. 197] Tak sam pan Piotr napisał o jednej części swojej książki. Części jest w sumie cztery, ale wszystkie równie ponure i pejoratywnie oceniające ówczesnych polskich polityków.

Inspiracją do napisania owej książki była inna powieść Lewa wolna autorstwa Józefa Mackiewicza. To właśnie tu Mackiewicz wysnuł tezę, że rewolucję można było zdławić w zarodku, sił wtedy nie brakowało, zabrakło jednak woli oraz zrozumienia samej istoty rewolucji oraz błędnego rozeznania zagrożenia czyhającego na Polskę. Mackiewicz wchodzi w rolę historyka, który wyjaśnia przyczyny i przebieg wojny polsko-bolszewickiej. Za błędne decyzje wini Naczelnika Państwa-Józefa Piłsudskiego. Autor znał całą sytuację z autopsji, gdyż jako młody chłopak wziął ochotniczo udział w tej wojnie. Obraz wojny, widzianej oczami zwykłych żołnierzy, ma się nijak do pocztówkowego wizerunku ułanów, jaki utkwił w naszej świadomości zbiorowej. W Pakcie Piłsudski-Lenin Zychowicz przychylając się do tezy Mackiewicza i opowiada na pytanie, które pojawia się na kartach Lewej wolnej - Dlaczego Polacy, naród tak rycerski, nie chce nas wyratować do bandy zbójców, którzy opanowali władzę w Rosji? Chodziło oczywiście o Rosję bolszewicką.

Na początku książki pojawia się alternatywna, krótka historia, z gatunku, co by było gdyby Piłsudski podjął inną, odpowiednią decyzję. Ziściłby się scenariusz bardzo imperialistyczny dla Polski, ale możliwy do spełnienia. Na następnych kartach Piotr Zychowicz analizuje wszystkie przyczyny, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej Polacy dwukrotnie - w roku 1919 i 1920 - stanęli przed szansą zadania reżimowi Lenina śmiertelnego ciosu. Piłsudski odegrałby decydującą rolę w dziejach świata. Bowiem to od niego zależało, czy czerwona komunistyczna ideologia przetrwa, czy będzie jedynie epizodem w dziejach Europy.

Jesienią 1919 roku wszystko wskazywało na to, że rewolucja upadnie. Na południu rozpoczęła się ofensywa białego generała Denikina, który na czele swoich oddziałów zajmował kolejne miasta Rosji. Na północy walczyły wojska Judenicza, a na Syberii Kołczaka. Do Polski z tajną misją przybył Julian Marchlewski - bezpośredni przedstawiciel wodza rewolucji. Jego celem było nakłonienie Józefa Piłsudskiego do zachowania neutralności w wojnie z białymi. W rezultacie, kiedy niemal wszystkie dywizje bolszewickie zostały zdjęte z frontu polskiego i przerzucone do walki z ofensywą Denikina, kiedy „biały” generał słał do naczelnika państwa listy z prośbą o rozpoczęcie ofensywy, wojska polskie stały i.... czekały. Piłsudski nie chciał bowiem pomagać białym, gdyż uważał ich za większe zło niż czerwoną rewolucję. Jak bardzo się pomylił w swojej ocenie bolszewizmu pokazała wiosna roku 1920, kiedy Lenin zapragnął przenieść płomień rewolucji na zachód po trupie Polski. Pomylił się również w swojej koncepcji polityki federacyjnej (swoją drogą bardzo ambitnej i mocarstwowej). Dobitnie pokazała to polska wyprawa na Ukrainę, w wyniku której żadna Ukraina nie powstała.

W sierpniu 1920 roku Polacy znów przeleli inicjatywę. Po zwycięskiej bitwie warszawskiej bolszewicy cofnęli się na całej linii. Po zakończeniu ofensywy niemeńskiej we wrześniu 1920 roku armia czerwona na froncie polskim praktycznie przestała istnieć. Na Krymie trwała ofensywa białej armii pod wodzą generała Wranglera (kontynuatora Denkina). Armia polska dysponowała wtedy siłą 900 tys. bagnetów i szabel. I tak, jak przed rokiem, dostała rozkaz wstrzymania ofensywy, a rząd zawarł bolszewikami rozejm zakończony traktatem ryskim. Temu wydarzeniu Piotr Zychowicz poświęca sporo miejsca, nazywając to dosadnie "Hańbą ryską", "czwartym rozbiorem Polski", "Nową Targowicą", "Jałtą '21". To bardzo ostra i dosadna krytyka całej ryskiej delegacji, jej przedstawicieli. Włosy się jeżą na głowie i nóż w kieszeni się otwiera, gdy się czyta, co nasi przedstawiciele tam wyprawiali. „Od zarania dziejów zawsze było bowiem tak, że warunki pokoju zależały od wyników zmagań militarnych. Dyktował je zwycięzca, a nie zwyciężony. Tym razem, po raz pierwszy w dziejach dyplomacji, miało być inaczej”. [s. 229] Mieliśmy wszystko - asami mogliśmy rzucać z rękawa. Wygrana bitwa warszawska, potężna armia polska, wspomagana przez Białorusinów, wojska Wranglera, wysokie morale żołnierzy i świadomość, że bolszewickie wojsko praktycznie nie istnieje, gdyż jest rozrzucane na wielu frontach, a na dodatek nie ma uzbrojenia ani nawet umundurowania. Tymczasem to, co wydarzyło się w Rydze, Zychowicz nazywa upodleniem Polaków. A wszystko przez nacjonalistyczne wizje stworzenia „Polski jedynie dla Polaków”. Nie miała znaczenia granica państwa, nie liczyli się Polacy mieszkający na Rusi i Białorusi. Polscy dyplomacji chcieli wyciąć ten „wrzut”, twierdząc, że nie potrzebne są im mniejszości. A sam Naczelnik Państwa zaczynał „endecieć”, porzucił po prostu swoją federacyjną koncepcję, swoje marzenia.

Wielka wizja stworzenia państwa w granicach z roku 1772 uległa w gruzach. Zabrakło u nas polityków, którzy byliby temu wierni. Wierni mocarstwu stworzonemu przez naszych przodków. Nie kadłubową „Polską dla Polaków”, małe państewko, a imperialną Rzeczypospolita od morza do morza, w której herbie obok Orła Białego znalazłoby się miejsce dla litewskiej Pogoni i patrona Rusi, Archanioła Michała. Tym samym ojczyzna Mickiewicza, Traugutta i Kościuszki przestała istnieć. Taka Polska pozostała jedynie w powieściach Sienkiewicza. „Mężowie stanu”, którzy podpisali traktat w Rydze, te ziemie traktowali jak „jakieś afrykańskie kolonie, w których cienka polska warstwa <wyzyskiwaczy i kolonizatorów> gnębiła ludy tubylcze”. [s.384] Tymczasem droga na Moskwę stała przed Polakami otworem.

Dostaje się tu nie tylko zresztą Piłsudskiemu. Wincenty Witos i Stanisław Grabski również zbierają cięgi od Piotra Zychowicza. I słusznie. Trudno zrozumieć dlaczego, ci politycy byli tak krótkowzroczni, jak mało przewidywalni, jak egoistyczni. Kierowali się jedynie osobistymi urazami i emocjami.

Piotr Zychowicz uprzedzając fakty - że pewnie stanie teraz w ogniu krytyki, że odezwą się „badacze oburzacze”, którzy będą krzyczeć, że łatwo jest się wymądrzać, kiedy posiada się już odpowiednią wiedzę - pisze: „zawsze na poparcie swoich tez przytaczam opinie ludzi, którzy żyli wówczas. Opinie tych nielicznych Polaków, którzy byli mądrzy przed szkodą, a nie po szkodzie". [s. 222] I rzeczywiście tak jest. Książka jest bogata w wypowiedzi ludzi II Rzeczypospolitej, polityków, pisarzy, zwykłych obywateli, jak również pojawiają się tu opinie współczesnych historyków i publicystów. Dużo tu też fragmentów literatury, obszerne cytaty z Lewej wolnej, twórczości Żeromskiego, pamiętników i roczników. Wzbogaca to fakty historyczne, jak i dowodzi słuszności tezy postawionej w książce.

Piotr Zychowicz stroni jednak od totalnej krytyki Piłsudskiego. Każda postać ma swoje cienie i blaski. Chwile wielkości i chwile słabości. Nie można przecież odmówić Marszałkowi zasług dla Rzeczypospolitej. Stworzenie Legionów, koncepcja federacyjna, przewrót majowy, pakt o nieagresji z III Rzeszą. To jak najbardziej autor docenia. Jednak w rozgrywce z białą i czerwoną Rosją Piłsudski popełnił tragiczną w skutkach pomyłkę. Za bardzo rozpamiętywał zabory, stłumione powstania i carskie represje, nie potrafił przełamać swojej niechęci do Rosji. Nie rozumiał, że wraz z rewolucją bolszewicką wszelkie stare spory i krzywdy powinny pójść na dalszy plan. Wszystko to było konsekwencją krótkowzroczności i lekkomyślności nie tylko jego, ale i większości naszych polityków-doradców. „Dwukrotnie nie skorzystali oni z szalonej okazji, aby zadusić czerwonego potwora w jego moskiewskim leżu. Pozwolili mu rosnąć i pęcznieć, nie rozumiejąc, że jest tylko kwestią czasu, jak potwór ten pożre również ich”. [s. 420]

Można jedynie mieć nadzieję i życzenie, aby w Polsce było więcej takich historyków jak Piotr Zychowicz. Żeby to oni nadawali ton dyskusji o naszej trudnej przeszłości. Żeby wybili się poza „poprawność polityczną”, a nie byli tylko „badaczami oburzaczami”. Żeby dążyli do ustalenia obiektywnej prawdy i analizowali błędy popełnione w przeszłości. Żeby za wszelką cenę nie starali się udowodnić, że żadne błędy nie zostały popełnione, a wszelkie podjęte decyzje były słuszne i genialne. Żeby potrafili krytyczne analizować nasze dzieje, i wskazywać na popełnione błędy. Żeby mieli odwagę rozprawiać i z naszymi narodowymi mitami. Żeby nie przejawiali kompleksu niższości wobec innych narodów, a jedynie mieli odwagę dążyć do prawdy. 

Jeszcze parę słów o wydaniu, gdyż wieńczy ono tu dzieło. Całość treści uzupełniają liczne mapki, Są one idealnie edytorsko wkomponowane. Czytając, ma się przed oczami linię granic państwa, jak wyrażali to sobie Piłsudski czy Dmowski. Do tego dochodzą liczne zdjęcia z opisywanych wydarzeń, jak fotografie "bohaterów" książki oraz reprodukcje barwnych pocztówek patriotycznych i plakatów propagandowych.

 
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem
 

 

niedziela, 20 września 2015

Kresy - lista lektur wg Stanisława Srokowskiego





Pisarz Stanisław Srokowski przedstawił na FB listę lektur kresowych, prosząc o jej szerokie rozpropagowanie – co niniejszym czynię.


Stanisław Srokowski pisze: TWÓRZMY DOMOWE BIBLIOTEKI KRESOWE


Srokowski: „Polacy zawsze sobie radzili w trudnych czasach. Teraz też mamy trudne czasy. Coraz bardziej odczuwamy i widzimy, jak obce siły pragną zdeformować nam i zniszczyć tożsamość narodową i wymazać z pamięci historię. Boją się konfrontacji z wielkimi charakterami i przykładnymi bohaterami narodowymi. Okaleczają i zabijają naszym dzieciom wrażliwość. Nie możemy się poddać tej presji. Szczególnie nie wolno nam zapomnieć o największej tragedii Polaków na Kresach, o ludobójstwie jakiego dokonali na naszych ojcach, matkach, braciach i siostrach ukraińscy faszyści. Wciąż nie możemy się doczekać, by polski parlament potępił te zbrodnie. Ostatnio Ukraina na forum ONZ sprzeciwiła się potępieniu nazizmu. A polska delegacja wstrzymała się od głosu, czyli praktycznie zgodziła się na symbole nazistowskie we Lwowie, Tarnopolu i Stanisławowie, na polskich historycznych ziemiach. Nie pozwólmy, by nasze dzieci nie wiedziały, co się stało na Kresach. Dlatego zakładajmy w naszych domach BIBLIOTEKI KRESOWE.”


A oto lista lektur kresowych wg Srokowskiego:

Joanna Wieliczka-Szarkowa - "Czarna Księga Kresów",
Joanna Wieliczka-Szarkowa - "Wołyń we krwi".
Krystyna Lubieniecka Baraniak- "Sybirska odyseja".
Maria Dębowska – „Kościół katolicki na Wołyniu” w warunkach okupacji 1939-1945”.
Władysław Filar, -"Przebraże bastion polskiej samoobrony na Wołyniu".
Władysław Filar – „Wołyń 1939-1944. Eksterminacja czyli walki polsko-ukraińskie”
Stanisław Jastrzębski – „Ludobójstwo ludności polskiej przez OUN-UPA w województwie stanisławowskim w latach 1939-1946”
Marek Koprowski - „Między Bugiem a Sturem”
Marek A. Koprowski – „Wołyń. Epopeja polskich losów 1939-2012”
Marek Koprowski – „Kresy we krwi”.
Aleksander Korman – „Ludobójstwo UPA na ludności polskiej. Dokumentacja fotograficzna”.
Władysław Kubów – „Terroryzm na Podolu”.
Adam Wiesław Kulik - "Czas hieny".
Lucyna Kulińska i Adam Roliński – „Antypolska akcja nacjonalistów ukraińskich w Małopolsce Wschodniej w świetle dokumentów Rady Głównej Opiekuńczej 1943-1944”.
Lucyna Kulińska – „Dzieci Kresów”, T. I, II, III.
Grzegorz Łukomski, Czesław Partacz, Bogusław Polak – „Wojna polsko-ukraińska 1918-1919”.
Witalij Masłowśkyj – „Z kim i przeciw komu walczyli nacjonaliści ukraińscy w latach II wojny światowej”.
Romuald Niedzielko - „Kresowa księga sprawiedliwych 1939-1945. O Ukraińcach ratujących Polaków poddanych eksterminacji przez OUN i UPA”, Warszawa 2007.
Czesław Partacz – „Wołyń i Małopolska Wschodnia 1943-1944”.
Janusz Paluch – „Rozmowy o Kresach i nie tylko”.
Czesław Partacz -„Polska wobec ukraińskich dążeń niepodległościowych w czasie II wojny światowej”.
Leon Popek –„Wołyń podróż sentymentalna”.
Leon Popek - "Cmentarz parafialny w Ostrówku na Wołyniu”.
Leon Popek – „Ostrówki. Wołyńskie ludobójstwo”
Wiktor Poliszczuk -"Gorzka prawda: cień Bandery nad zbrodnią ludobójstwa".
Wiktor, Poliszczuk - „Integralny nacjonalizm ukraiński jako odmiana faszyzmu”.
Edward Prus – „Banderomachia”.
Edward Prus – „Holocaust po banderowsku”.
Szczepan Siekierka, Henryk Komański – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939-1946”.
Szczepan Siekierka, Henryk Komański, Krzysztof Bulzacki – „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie lwowskim 1939-1947”.
Ewa Siemaszko, Władysław Siemaszko - „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945”.
Ewa Siemaszko – „Wołyń naszych przodków. Śladami życia-czas zagłady”.
Stanisław Srokowski – „Nienawiść”.
Stanisław Srokowski, trylogia kresowa: „Ukraiński kochanek” t. I, „Zdrada” t. II, „Ślepcy idą do nieba” t.III.
Stanisław Srokowski – „Strach”.
Stanisław Srokowski – „Hnilcze, prawda, pamięć i ból”.
Józef Wołczański - „Eksterminacja Narodu Polskiego i Kościoła rzymskokatolickiego przez ukraińskich nacjonalistów w Małopolsce Wschodniej w latach 1939–1945”.
Tadeusz Isakowicz-Zaleski - „Przemilczane ludobójstwo na Kresach”.
Tadeusz Isakowicz-Zaleski - „Chodzi mi tylko o prawdę”.
Tadeusz Isakowicz-Zaleski – „„Nie zapomnij o Kresach”.
Tadeusz Isakowicz- Zaleski - „Słownik biograficzny księży ormiańskich i pochodzenia ormiańskiego w Polsce w latach 1750-2000”.
Tadeusz Isakowicz – Zaleski - „Arcybiskup ormiański Izaak Mikołaj Isakowicz „Złotousty”: duszpasterz, społecznik i patriota 1824-1901”.
Sulimir Żuk – „Skrawek piekła nad Podolem”.


Tekst pochodzi z bloga Archiwum Mery Orzeszko

czwartek, 17 września 2015

Tylko we Lwowie albo o „Wysokim Zamku” S. Lema





Słuchajcie, na samym początku powiem jasno: uważam „Wysoki Zamek” za książkę właściwie znakomitą. To jest świetna powieść – niepowieść o tym, jak działa pamięć, o tym, że to jest strasznie wybiórcza, trudna do okiełznania siła. A przy okazji jest to też studium dzieciństwa w świecie, który się stracił. I chociaż swoje uwagi mam, to „Wysoki Zamek” już teraz od progu polecam wszystkim. A przy okazji dawno się już nie śmiałam tak głośno, jak na początkowych rozdziałów tej skromniutkiej, krótkiej prozy. 

Autobiograficzny „Wysoki Zamek” jest właściwie nie tyle próbą, podjętą przez uznanego już wtedy pisarza – jesteśmy już po „Solaris”, czy po sztandarowych robocich prozach Lema – by przybliżyć czytelnikom własną osobę. To raczej – miejscami frustrująca dla samego narratora – próba opowiedzenia w miarę spójnej historii o dzieciństwie i wczesnej młodości, spędzonej w mieście, do którego nie można się już udać, by coś sobie przypomnieć właśnie tam, bo to miasto, dom rodzinny, koledzy – już nie istnieje. Lem urodził się we Lwowie w 1921 roku – prowadzi nas od najwcześniejszych wspomnień (które czasami mu opowiedziano), przez pierwszą szkołę aż do matury tak właściwie, z przebłyskami późniejszymi.

W cieniu zamku

Muszę powiedzieć, że ta figura zamku królującego nad miastem skojarzyła mi się od razu z co duszniejszymi prozami Kafki, ale „Wysoki Zamek” to jest zupełnie inna para butów. Po pierwsze, Lem na początku bawi czytelnika garściami anegdotek. Dowcip jest zupełnie bezpretensjonalny, jest lekko, trochę nostalgicznie, ale bez przesady. Autor przytacza od czasu do czasu dość kompromitujące szczegóły ze swojego dzieciństwa, przygląda się sobie bezlitośnie, choć – jak zaznacza we wstępie – często kusi go, żeby już w tej miejscami rozpełzającej się na boki w dygresje narracji uwić myśl przewodnią, pokazać, do czego prowadziły już zajęcia dzieciństwa. Ale kiedy konstatuje, że pisać nauczył się w wieku lat czterech, ale nie miał wówczas nic istotnego do zakomunikowania tą drogą, już wiadomo, że jeśli tę myśl wplata, to robi to w sposób nienachalny, a bardzo dla czytelnika zajmujący.

Równocześnie jest to powieść o Lwowie, ale powieść bardzo mało melancholijna. To w istocie nie bardzo nawet jest portret miasta, co pejzaż poskładany z różnych miejsc istotnych dla chłopca i nastolatka: cukierni, targów wystawowych, miejsc, gdzie rozkładało się wesołe miasteczko, rupieciarni, skąd dało się wygrzebać kawałki blach do składania różnych eksperymentalnych konstrukcji, czy drogi ze szkoły do domu i z powrotem. I te miejsca Lem wspomina bez łzy w oku, bez wzdychania, a raczej z taką rozbrajającą konstatacją, że jakimś cudem to wszystko kiedyś istniało, a przestało istnieć i jak to się stało, kiedy, czemu nikt się nie zorientował, że nie przetrwa w takim kształcie – nie wiadomo. Zresztą widać miejscami, że powieść jest z lat 60. Bo kiedy Lem pisze o początku wojny, mówi o roku 1941 – nie ma też mowy o sowieckich żołnierzach, można odnieść wrażenie, że wyłącznie armie niemieckie są tu synonimem wrogiego żołnierza.

Męskie miasto

Jeśli czegoś jeszcze w powieści brakuje – i nie da się tego złożyć na karb jakichkolwiek obaw o ingerencje cenzury (w tekście tak delikatnie poskładanym z zakrętów pamięci byłoby to zupełnie kuriozalne) – to kobiety. Lem wspomina ojca, dokładnie, często, ta figura ojca przewija się w wielu miejscach albo jako ojciec rzeczywisty, albo jako powidok pamięci. Natomiast nic właściwie nie mówi o matce. Matka jest jakby przezroczysta – jeśli się pojawia, to w parze z ojcem albo tylko na mgnienie oka. Jakby nic tej dwójki ze sobą nie łączyło. Muszę przyznać, że w pewnym momencie ta nieobecność robi się naprawdę dojmująca.

Lem omija też wszelkiego rodzaju miłostki szkolne (z niewielkimi, ogólnymi wyjątkami) skupiając się raczej na portretach kolegów ze szkoły i nauczycieli oraz swoim życiu umysłowym. I wiecie, w tym nie ma nic złego, po prostu tak odmalowany Lwów zwraca na siebie uwagę: to jest bardzo męskie, w tych wspomnieniach, miasto. Co przybiera czasami rozmiary dość kuriozalne, bo nawet stara Hucułka z ostatniego rozdziału okazuje się być... żołnierzem w przebraniu, który chce młodzieży zademonstrować podstępy nieprzyjacielskiego wywiadu.

Potem zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach

Ten cytat wyżej – skądinąd uważam, że przepiękny – dobrze też oddaje drugą stronę powieści. Bo jest też „Wysoki Zamek” refleksją o sztuce w ogóle, o tym, jak to jest, że jakaś książka jest genialna, a inna nie. Dostajemy zatem anegdotkę z wystawy sztuki abstrakcyjnej, gdzie Lem kontempluje z rozpędu rzeczy eksponatami nie będące, historię o tym, jak uważał, że natrafiwszy na jego wczesne wiersze gestapo padnie z wrażenia, i o tym, jak prędzej czy później z takich młodzieńczych wydumanych fantazji się wyrasta. Lem jest tu dość bezlitosny, pokazuje, że relatywizm w sztuce prowadzi w gruncie rzeczy do zaniku czegoś takiego jak „dzieło”, przynajmniej w takim sensie, w jakim je kiedyś rozumiano. Ale i wobec przeszłości nie jest bezkrytyczny. Pisze na przykład tak:

Mówiąc o sztuce […] zarówno wychowujemy, jak i wychowywani jesteśmy w przeświadczeniu, jakoby dzieła nieznacznie tylko różniły się od grabi, w półmroku leżących. Ten, kto na nie nastąpi, dostanie w łeb, aż go jasność nagła omroczy, i nie inaczej ma być z dziełem znakomitym: tego, kto się doń weźmie, nagły, choć niespodziewany trafi zachwyt.
[cytuję z wydania Wydawnictwa Literackiego z 2000 roku, s. 114]


Doskonałe, prawda? Na pewno zdarzyło się nam wszystkim nie oberwać takimi grabiami – i co wtedy, zachwycać się, nie zachwycać się? Lem zresztą pokazuje, że w gruncie rzeczy liczy się przy obcowaniu ze sztuką, a konkretnie – z literaturą, nie tylko talent pisarski, ale przede wszystkim talent czytelniczy. Chyba każdy czytelnik poczułby się dowartościowany po takim stwierdzeniu. Lem twierdzi bowiem, że to wielka sztuka, odczytywać z powieści drugie dna, obnażać poukrywane sensy, a czasami czytać dzieło pod włos i zupełnie wbrew autorskim intencjom. Więc nie jest czytanie w żadnym stopniu wyłącznie biernym odbiorem w tej Lemowskiej optyce.


Podsumowując – czy da się odpowiedzieć za Lemem, jak działa pamięć? Nie, nie da się. Jeśli można coś o niej powiedzieć, to na pewno wiemy jedno: nie działa tak, jak chcemy. Wspomnienia nachodzą autora, a on je zapisuje, ale to wcale nie oznacza, że pamięta co by chciał i jak by chciał. I może dlatego „Wysoki Zamek” to taka dobra książka: nieprzegadana, dowcipna, refleksyjna. Nic, tylko czytać!

 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Pierogi pruskie
 
 

wtorek, 15 września 2015

Józef Ignacy Kraszewski, Jaryna





„Jaryna” to krótka powieść współczesna Józefa Ignacego Kraszewskiego. Rozgrywa się w połowie XIX wieku na Podolu. Jej główny bohater, Ostap Bondarczuk, pochodzi z ludu. Jest Rusinem. Tak prawidłowo w języku polskim nazywa się lud zamieszkujący Ukrainę. To naprawdę Rusini, a nie Ukraińcy! 

Ostap Bondarczuk jest wykształconym na lekarza prostym chłopem. Kraszewski ukazuje go zgodnie z popularną w XIX wieku konwencją dobrego i sprawiedliwego dziecka ludu. A więc Ostap ma swoje niewielkie gospodarstwo, lecz w wolnych chwilach leczy ludzi, nawet Żydów, i nie bierze za to pieniędzy. Żyje samotnie, kryjąc w głębi serca tajemnicę dawnej wielkiej miłości. Był niegdyś bardzo zakochany z wzajemnością w pewnej kobiecie, ale usunął się na bok i jego ukochana wyszła za jego przyjaciela, hrabiego Alfreda.

Nagle odwiedza go ów hrabia, który musi uciekać ze swego majątku za granicę austriacką, do Lwowa, bo zabił kogoś w pojedynku. Prosi Ostapa, by podczas jego nieobecności zaopiekował się jego majątkiem i rodziną, to jest żoną Michaliną i maleńkim synkiem. Ostap przystaje na to, jednak woli stawić się przed obliczem hrabiny jako człowiek żonaty. Nie chce bowiem kusić losu, kiedy będzie przebywał sam na sam z hrabiną. W tym celu żeni się z młodą rusińską chłopką Jaryną (Ireną), którą wraz z całą rodziną wykupuje od jej pana za dużą sumę pieniędzy. Zaraz po ślubie opuszcza żonę i jedzie do pałacu przyjaciela. 

W tej niewielkiej powieści, takim skromnym obrazku obyczajowym, znajdziemy masę problemów typowych dla ówczesnej kresowej wsi na Podolu. Kraszewski znakomicie opisał sytuację pańszczyźnianych chłopów, ich zależność od pana oraz buntownicze skłonności, które w każdej chwili mogą grozić wybuchem. Chłopi oscylowali wówczas pomiędzy czapkowaniem panu a chęcią krwawej zemsty za swe upokorzenia.

W powieści jest scena, gdy zbuntowani Rusini chcą spalić dwór i zamordować dziedziczkę lub znienawidzonego ekonoma. Pamiętajmy, że w momencie dziania się powieści, od czasu Koliszczyzny, straszliwego powstania chłopów, hajdamaków i Kozaków, które rozlało się na całą Ukrainę, minęło zaledwie kilkadziesiąt lat. W czasie Koliszczyzny okrutni Rusini zamordowali prawie 200 tysięcy Polaków i Żydów. Ich wystąpienia zostały stłumione przez wojska polskie i rosyjskie. Pamięć o tych wydarzeniach tkwi jeszcze w bohaterach Kraszewskiego.

W dramatycznej chwili Ostapowi cudem udaje się uspokoić żądnych krwi poddanych i ocalić dwór hrabiny od spalenia. Broniąc budynku przed chłopskim atakiem tak rozmawia z atakującymi Rusinami:

„Alboż to oni nam bracia?
- Alboż nie?
- A to… Lachy!
- A Lachy i Rusini alboż to nie bracia? – spytał Ostap.
- Język prawie jeden, wiara chrześcijańska, i nie oni winni, że ich Pan Bóg uczynił bogatszymi od was i w lepszym stanie postawił. Pracujcie i wy, uczcie się, a dziś nikomu nie zaparte drogi; możecie i wy, jeśli wam ten stan niemiły, wynijść z niego i dopracować się innego. Alboż to ojcowie tych panów nie wyszli także z pracowitych ludzi? Zresztą, któż to, jeśli nie Chrystus Pan powiedział, że wszyscy ludzie są braćmi?”


Nieco mniej interesująco kształtuje się przedstawiony w „Jarynie” wątek miłosny. Kraszewski nigdy nie był mistrzem w opisywaniu uczuć męsko-damskich. Miłość Jaryny do Ostapa, Ostapa do dziedziczki Michaliny i vice versa – wszystko to jest pokazane w sposób papierowy i schematyczny. Narrator rozwiązuje skomplikowany układ miłosny poprzez zagranie w stylu pozytywistycznym. Hrabina zaczyna rozmawiać z Jaryną, uczyć ją różnych rzeczy i „podnosi” w ten sposób prostą dziewczynę z ludu do poziomu wykształconego Ostapa.

Schematyczne, a nawet wręcz czytankowe, jest także końcowe rozwiązanie całej fabuły. Mimo to, powieść ta, podobnie jak i inne współczesne powieści Kraszewskiego, przynosi wiele autentycznych opisów życia codziennego tamtej epoki. Warto się przyjrzeć, jak przez wieki narastała nienawiść polsko-ukrainska i jak tliła się niszcząca zawiść ukraińskich poddanych wobec polskich panów. Te uczucia były tak mocne, że do dzisiaj pozostaliśmy dla Ukrainców znienawidzonymi „Lachami”, których najlepiej jest zabić, spalić i zniszczyć.

Kraszewski Józef Ignacy, „Jaryna”, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987
 
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Archiwum Mery Orzeszko


niedziela, 13 września 2015

Józef Antoni Beaupré − krzemieniecki lekarz, „osobisty rodziny Słowackich przyjaciel”, zesłaniec

Źródło: Polona.pl





Położony w malowniczym rozległym jarze, otoczony siedmioma stromymi wzgórzami Krzemieniec… Miasteczko to zachwycało wyjątkową urodą zarówno w czasach Gimnazjum i Liceum Krzemienieckiego, jak i w okresie międzywojennym. W 1803 roku Krzemieniec przekroczył liczbę zaledwie sześciu tysięcy mieszkańców. Powstanie w 1805 roku, z inicjatywy Hugona Kołłątaja i Tadeusza Czackiego, wyjątkowej szkoły wyrwało Krzemieniec z marazmu i drzemki, w jakie popadło miasteczko u progu XIX stulecia.

W latach 1819−1823 Krzemieniec wyraźnie okrzepł, o czym zaświadczają słowa rozkochanego w nim pamiętnikarza, Franciszka Kowalskiego:

Ulice otaczające gmachy liceum i ogród ozdobione były pięknymi domami; niektóre wyglądały jak pałacyki zamieszkałe przez majętne z różnych stron rodziny, osiadłe dla wychowania swych dzieci. Pomiędzy nimi był piękny własny dom Czackiego i szefa Drzewieckiego. Ludność miejscowa i przyjezdna sprawiała wesoły ruch w mieście, które w epoce mego pobytu podniosło się do niepospolitej zamożności, […] a głośne zabawy, zjazdy na karnawał gości z całego prawie Wołynia i Podola, bale, koncert rożnych przyjezdnych artystów, ubiory, stroje, powozy itp., dały powód niektórym do nazwania Krzemieńca małym Paryżem.

Krzemieniec miał nieodpartą siłę przyciągania. W „małym Paryżu” zamieszkało wielu cudzoziemców z pochodzenia, a Polaków z wyboru. Krzemieniecki lekarz, Józef Antoni Beaupré, czuł się Polakiem i jako patriota doświadczył zsyłki dwukrotnie. To jego ojciec, konfederat barski, Francuz, który przybył do Polski w 1760 roku, wybrał sobie tę ojczyznę.


piątek, 11 września 2015

Natalia Babina, Miasto ryb





To moje pierwsze spotkanie z literaturą białoruską i szczerze powiem, że ta książka to jedno wielkie zaskoczenie i jej ocena nie jest łatwa. Podobny problem miał chyba autor opisu na okładce, bo ma się on nijak do zawartości treściowej książki. Ale po kolei.

Akcja zaczyna się, gdy Ała, kobieta w sile wieku, przebywająca w domku swojej babci Makryni w Dobratyczach przepędza skutecznie atakującego ją czarta używając, że tak powiem, broni fizjologicznej, czyli podpaski nasiąkłej krwią menstruacyjną. Początek z gatunków mocnych, nieprawdaż? Potem to już jest jazda bez trzymanki. Ała wychowała się wraz ze swą siostrą bliźniaczką w Dobratyczach, wiosce nad Bugiem, gdzie obecnie mieszka po traumatycznych problemach i zawirowaniach, w jakie obfitowało jej życie. Jej przeżycia z przeszłości odsłaniane są stopniowo, ale chwila obecna nie nosi znamion spokojnego odpoczynku. Dzieje się wiele, a kolejne turbulencje obejmują: dwa morderstwa, szantaż szemranego biznesmena, bezprawne aresztowanie, fałszywe zeznania, poszukiwania skarbów w pasie nadgranicznym, a w tle wybory prezydenckie z jedynym słusznym kandydatem nachalnie promowanym przez państwową telewizję.

Wszystko jest opisane w tonie autoironicznym i ma posmak gorzkiej komedii, gdyż przedstawione w tonie lekko surrealistycznym wydarzenia nie są lekkie, łatwe i przyjemne, choć ton wypowiedzi mógłby to sugerować. Z naszej perspektywy niektóre sytuacje są wręcz niewyobrażalnie niesprawiedliwe i bezprawne. Ale rzeczywistość, w której żyje Ała, nie jest całym jej światem. Mamy tu również element fantastyczny, gdyż główna bohaterka odkrywa w sobie umiejętność przenoszenia się w czasie i obserwacji życia ludzi, którzy żyli tu na tej ziemi przed wiekami, w czasach unii brzeskiej i później.

Autorka z miłością pisze o Dobratyczach, o swojej małej ojczyźnie. Z dużą dozą uczucia maluje też portrety mieszkańców jej rodzinnej wioski, ich życzliwość, dziwactwa składające się na wielobarwną mozaikę ludzką, która przyciąga uwagę i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Na okładce dość wyraźnie zaznaczone jest zdanie, że „to nie jest książka o Łukaszence”. Wspomina się też o „normalności” kraju: Internet w domu, dobrze funkcjonujące firmy. A tymczasem w książce tej „normalności” w sensie uznawanym przez obywateli demokratycznego kraju jak na lekarstwo. Być może ta zapowiedź z okładki jest „zasłoną dymną” dla autorki, która nadal mieszka na Białorusi, ale może też wynikać z faktu, że osoba opracowująca ten tekst nie czytała książki.

Książka jest napisana specyficznym stylem, który summa summarum zyskał moje uznanie swoją jędrnością i autoironicznym wydźwiękiem. Dużą wartością są odwołania do historii tych ziem, mieszanki języków i kultur, choć w moim odczuciu zbyt mało jest tu odniesień do polskiego żywiołu i jego wpływu na wydarzenia historyczne kształtujące oblicze tych ziem, a jeśli już są wzmianki, to niezbyt pochlebne. Vide wspomnienie o osadzeniu człowieka w Berezie Kartuskiej za "wygadywanie na Piłsudskiego" czy wzmianka o akcji Wisła w Polsce.

Czy to bajka, czy surrealistyczna opowiastka z nierealnym happy endem czy też próba pokazania specyfiki tych ziem i tego kraju, który ma coraz więcej problemów z własną tożsamością narodową, o czym świadczy wzrastający lawinowo odsetek ludności posługującej się jeżykiem rosyjskim kosztem białoruskiego, trudno powiedzieć. Niech każdy oceni samodzielnie. Wydaje mi się, że warto sięgnąć po tę książkę, jeśli szukamy czegoś świeżego i niestandardowego.


Natalia Babina (ur. 1966) - białoruska dziennikarka i pisarka ukraińskiego pochodzenia. Wychowywała się na pograniczu kultur białoruskiej, ukraińskiej i polskiej. Jest autorką powieści "Miasto ryb". Mieszka obecnie w Mińsku. Pisze po białorusku i ukraińsku.
Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye



Autor: Natalka Babina
Tytuł oryginalny: Рыбін горад
Wydawnictwo: Rebis
Seria: Salamandra
Tłumacz: Małgorzata Buchalik
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 304

wtorek, 8 września 2015

Anna Herbich, Dziewczyny z Syberii





"To dowód na to, że kobiety wcale nie są płcią słabą. Są silniejsze, bardziej wytrwałe do mężczyzn. (...) każdego dnia z zaciśniętymi zębami toczyły walkę o przetrwanie. Swoje, swoich dzieci, mężów, rodziców. Wiele z nich tę walkę wygrało. Nie było takich przeciwności i przeszkód, których nie mogły pokonać. Nic, ale to nic nie było w stanie nas złamać”. Tak mówi jedna z bohaterek, jedna z setek, tysięcy, milionów... Oficjalnych statystyk nie ma. Nie ma raportów stwierdzających ile przeżyło, ile zmarło, a ile zaginęło. Ta książka to świadectwo tych, które przeżyły, ale czy można stwierdzić, że im się udało?

Gracowanie chwastów z szosy po obu stronach rowu. Norma: czterdzieści pięć metrów. A żar lał się z nieba. Albo pobudka w środku nocy, gdy było jeszcze ciemno. Potem jedynie zupa "plujka" i naparstek oleju do wypicia. A następnie praca przy rozładowywaniu węgla. Noszenie stukilogramowych worków. Najgorszy był jednak głód. Dziś nie do wyrażenia, dla nas mieszkających w tej szerokości geograficznej. Choroby. Szkorbut. Pęcherze na nogach i rękach. Wysypki. Osłabienie. Dzielnie celi z wieloma kobietami, z reguły kryminalistkami, które w nocy okradały z odzieży. Tak wyglądała codzienność w łagrach. Na tej "nieludzkiej ziemi" mijały kolejne dnie i miesiące, wypełnione codzienną walką o przetrwanie. 

Paradoksalnie rok 1945 - rok zakończenia II wojny światowej był dla więźniów z łagrów rokiem klęski. Nie oznaczał zakończenia czy skrócenia wyroku. Raczej gasły wszelkie nadzieje. Nie było nawet do czego wracać. „Gdy stanęłyśmy na brzegu Wisły, zamarłyśmy z przerażenia. W miejscu, gdzie niegdyś znajdowało się wielkie, tętniące życiem miasto, rozciągało się gigantyczne rumowisko. Morze wypalonych ruin po sam horyzont”. [s. 230]

Anna Herbich dotarła do 10 bohaterek. Kobiet, które przeszły piekło, ale się nie poddały. Każda z tych historii nadaje się na osobny scenariusz filmowy. Dziesięć opowieści łączy jedno: determinacja. To właśnie ona nie pozwoliła tym kobietom się poddać. Ścierały się w śmiertelnym boju z dziką syberyjską przyrodą, głodem, chorobami i najgorszym wrogiem człowieka – drugim człowiekiem. Pracowały w kołchozach, sowchozach, kopalniach. Na rękach umierali im bliscy. Opowiedziały tu swoje losy pełne nadziei i heroicznej walki. Czytałam do wszystko z niedowierzaniem. Choć zdawałam sobie sprawę z okrutności systemu sowieckich łagrów. Jednak poznanie z imienia konkretniej kobiety, jej losów przedwojennych, potem zesłania, pracy i momentu powrotu, sprawiło, że obraz każdej „dziewczyny” stanął mi przed oczami.

I na koniec moja osobista dygresja. "Dziewczyny z Syberii" zaczęłam czytać po jakimś ciężkim dniu w pracy, gdzie zostałam niesłusznie upomniana przez dyrektora, potem oszukano mnie w sklepie i jeszcze zgubiłam 50 zł. Fatalny dzień po prostu. Po pierwszych kartkach lektury uświadomiłam sobie, że mam ogromnie szczęście, a cały ten pechowy dzień jest niczym starszym, w porównaniu z tym, co przezywały owe bohaterki. My, żyjąc w ówczesnych czasach, możemy jedynie dziękować Bogu, że żyjemy tu i teraz. Problemami dnia dzisiejszego są dylematy w stylu, "co by tu dziś ugotować na obiad?" albo "w co się ubrać na spotkanie z przyjaciółmi?". Nijak to ma się co codziennych dylematów dziewczyn pracujących na Syberii. Nie te okoliczności, nie ten wymiar zrozumienia. Niech historia tylko nigdy się nie powtórzy!

Tekst oryginalny ukazał się na blogu Gorąca czekolada z cynamonem 


niedziela, 6 września 2015

Biografia wołyńskiego rodu: Trusiewiczów (część 1)


Wołyń, ziemia położona na wschodnich rubieżach Polski, po rozbiorach zwana wołyńską gubernią, historycznie bardzo związana z Polską i Litwą, w dawnych latach była przedpolem wielkich stepów sięgających hen aż do Dzikich Pól. Wielokrotnie najeżdżana przez Tatarów i Turków, usiana licznymi kurhanami po krwawych bitwach, zawsze niespokojna i burzliwa, była bastionem polskiego oręża przeciw wschodnim najeźdźcom. W czasie drugiej wojny światowej ziemia ta była świadkiem tragedii ludności polskiej barbarzyńsko mordowanej przez szalejący żywioł szowinizmu ukraińskiego (Feliks Trusiewicz, Kraj nad Styrem, w: Pokolenie, wyd. II, Wrocław 2005, s. 12).




Feliks Trusiewicz, którego dwie znakomite powieści kresowe prezentowałam już na blogu, jest jednym z ostatnich żyjących świadków niespotykanej i wstrząsającej rzezi Polaków na Wołyniu. Miał dwadzieścia jeden lat, gdy policja ukraińska (tzw. szucmani) przy pomocy Niemców spacyfikowała w listopadzie 1942 roku jego ukochaną wieś i bestialsko wymordowała wszystkie mieszkające tam rodziny polskie. Był to pierwszy masowy mord ludności polskiej na Wołyniu, inspirowany przez nacjonalistów ukraińskich. Położoną wśród pięknych lasów kolonię tworzyło do czasu masakry dziesięć rodzin... Feliks Trusiewicz jako jedyny we wsi cudem wtedy ocalał. W czasie obławy i masakry dokonanej przez ukraińską policję z Cumania (rankiem 13 i 14 listopada) nie było go we wsi.

O swoich traumatycznych przeżyciach napisał w 1985 roku (z inspiracji i przy wsparciu mieszkającej od lat sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych kuzynki Krystyny Korneluk-Eliasz) wspomnienia, którym nadał tytuł Pokolenie. Rodzinna monografia została wydana w tym samym roku w dwóch wersjach: polskiej i angielskiej w Filadelfii (ostatnia w przekładzie kuzynki autora). Kronika obejmuje okres od założenia Obórek do końca drugiej wojny światowej. Kilkanaście lat później ukazała się jej kontynuacja (dwa kolejne tomy). 


 

Historia Polaków, którzy żyli na Wołyniu, pisana jest krwią, potem i łzami. Lektura Pokolenia Feliksa Trusiewicza porusza najczulsze struny z uwagi na autentyzm faktów i bolesne doświadczenia autora, który był niemal naocznym świadkiem zbrodni ludobójstwa, dokonanej przez nacjonalistów ukraińskich na polskich rodzinach mieszkających w kolonii Obórek podczas okupacji terenów II Rzeczypospolitej przez III Rzeszę. W okrutny sposób stracił wtedy całą swoją rodzinę... 

Obórki były pierwszą masową zbrodnią Ukraińska Powstańcza Armia na ludności polskiej Wołynia, do której sprowokowała Niemców. Natomiast rzeź ludności polskiej UPA rozpoczęła trzy miesiące później - 16 lutego - wymordowaniem polskiej wsi Parośle. Eskalacja tych zbrodni na wielką skalę rozpoczęła się w marcu 1943 roku, a jej apogeum w lipcu tegoż roku. 


Wydana własnym sumptem ocalałych potomków rodu  Trusiewiczów książka to z jednej strony opis uroku wołyńskiego krajobrazu, zapisywanie nostalgii towarzyszącej wspomnieniom okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, a z drugiej - bolesny powrót do ojczyzny utraconej, skrwawionej ziemi. Rodzinnej wsi autora już nie ma. Są tam przede wszystkim trupie pola, gdyż 51 Polaków tam zamordowanych do dziś nie ma grobów:

Po kolonii pozostał tylko wysoki krzyż w środku oraz zgliszcza i kikuty wysokich, sterczących kominów. Kominy te przez długi jeszcze czas, jak wyciągnięte ku niebu ramiona, zdawały się wołać o pomstę. Z czasem jednak rozmokły i runęły, tworząc stos gruzu, dziś już porosły trawą i krzewami. Nie ma już dziś Obórek. Pozostał tylko las wokoło, a u jego stóp cicha, zapomniana mogiła. Las ten szumi nadal, jak gdyby opowiadał historię kolonii,o jej początku, okresie jej rozkwitu i tragicznym końcu.


Feliks Trusiewicz w Pokoleniu powraca najpierw myślą do czasu, gdy harmonijne (zgodne z naturą i porami roku) życie w spokojnej wsi było dla niego oazą tradycji, polskości, piękna i dobra. Pisze:




W  mojej pamięci Obórki to biało bielone domy kryte gontami, a pod strzechami jaskółcze gniazda.  W środku  kolonii  wysoki  krzyż zwany  "Figurą",  a  tuż obok  wiekowy  dąb.  I  piękne zielone  łąki,  często  w  poranki  mgłą spowite,  a  w  ciągu  dnia  mieniące  się  w  słońcu  przeróżnym kwieciem i niezliczoną ilością wielobarwnych motyli i ważek. Poprzez te podmokłe wiosną łąki, pełne  złoto-żółtych  kaczeńców,  majestatycznie  kroczyły długonogie  bociany  i  zręcznie  dziobem wychwytywały żaby. Wokół tych łąk pólka uprawne, a wśród sadów i bzów − domy kolonii. Ta malownicza całość otoczona była lasem jak olbrzymim, zielonym wieńcem.



Obraz Wołynia mógłby  w jego myślach, pamięci i uczuciach pozostać na zawsze arkadyjski, gdyby nie ludzka nienawiść. Feliks Trusiewicz nie tylko relacjonuje okrutną zbrodnię dokonaną na jego rodzinie i całej kolonii, ale ukazuje też cały kontekst wojennej rzeczywistości Wołynia, pełnej paradoksów, niespodziewanych ocaleń, różnych form konspiracji i samoobrony Polaków.  Do głębi przejmujący jest opis ucieczki ocalałego Feliksa Trusiewicza przed morderczymi sotniami, a następnie dramatyczne ukrywanie się w mieście Łuck, by w końcu dotrzeć do powstałego w maju 1943 roku ośrodka samoobrony polskiej we wsi Przebraże. 

Autor połączył w tym swoistym pamiętniku wiedzę historyczną i kresowy regionalizm z własnymi przeżyciami, zaobserwowanymi wydarzeniami, sylwetkami utraconych osób jemu najbliższych. Książka pełna jest nostalgii za utraconym krajem lat dziecinnych, ale jest też formą przywracania pamięci bestialsko pomordowanym przez terrorystów ukraińskich Polakom, w tym kobietom  i dzieci. Dzięki jego wspomnieniom, a także znakomitym powieściom Duszohubka, Hawryłko i Medalionik, wołyńskie kolonie i Polacy, którzy w trakcie drugiej wojny światowej doświadczyli gehenny ze strony trzech wrogów,  nie odejdą w zapomnienie. Pisarzowi zależy wyłącznie na pamięci o dziesiątkach tysięcy osób, które zginęły wówczas z rąk siepaczy, i na prawdzie o tamtych wydarzeniach. Pokolenie to jeszcze jeden cenny dokument historyczny o tragedii wołyńskiej, jednym z największych dramatów w dziejach narodu polskiego.

******************************************************************

 
W 1993 roku decyzją jury konkursu „Kresy Wschodnie pod okupacjami 1939–1945”, organizowanego przez Instytut Studiów Politycznych PAN, autor Pokolenia otrzymał wyróżnienie specjalne za opracowanie tej cennej pod każdym względem kresowej kroniki rodzinnej.
Jestem szczęśliwą posiadaczką trzech części Pokolenia, które otrzymałam w darze od Autora z dedykacją i za które serdecznie dziękuję. 

Recenzja ukazała się pierwotnie na blogu Szczur w antykwariacie

czwartek, 3 września 2015

Stanisław Srokowski, Strach





W książce Stanisława Srokowskiego znajduje się dwanaście opowiadań. Każde z nich wzrusza, przeraża i zmusza do refleksji. Spoiwem wszystkich przedstawionych historii jest wszechobecny w nich Strach. Pochodzący z miejscowości Hnilcze na Kresach Wschodnich autor był jako dziecko świadkiem tragicznych dla Polaków i Ukraińców wojennych dramatów. Wielu opowieści wysłuchał z ust swoich krewnych. Choć jak pisze wszelkie podobieństwo do nazw, nazwisk i postaci jest przypadkowe to niestety wydarzenia przedstawione w książce rzeczywiście miały miejsce.

Już pierwsze opowiadanie pt. „Pochowek polski” jest symboliczną zapowiedzią tego co przeżyją polscy mieszkańcy Kresów. Czytamy opowieść żołnierza, który przedzierając się do rodzinnej wioski po przegranej wojnie obronnej w 1939 r. jest świadkiem szokującej ceremonii odbywającej się nocą na cmentarnym wzgórzu. Zgromadzeni tam ukraińscy mieszkańcy wioski pod przewodnictwem miejscowego popa dokonują profanacji munduru polskiego żołnierza, oraz polskich symboli narodowych: orła w koronie i biało-czerwonej flagi. Plują na orła, deptają go, a następnie wrzucają wraz z flagą i mundurem do dołu. Przy brawach tłumu pop oznajmia, że właśnie pochowali Polskę i zachęca zebranych aby zabijali Lachów bez litości w każdym czasie i w każdym miejscu. Krzyczy, że na tych ziemiach nie ma miejsca dla Polaków, lecz tylko dla Ukraińców.

Autor przyznaje, że celem publikacji było ukazanie klimatu zbrodni i degeneracji człowieka mającej korzenie w ideologii nacjonalistycznej. Stanisławowi Srokowskiemu zależało również na oddaniu atmosfery w jakiej mordy miały miejsce oraz na przedstawieniu reakcji otoczenia na dokonujące się zbrodnie. Dlatego też nie oszczędził nam przerażających opisów morderstw oraz tortur, jakie zadawali ukraińscy mieszkańcy polskim sąsiadom, z którymi łączyły ich wielowiekowe więzy. Napadano na kościoły, księży, profanowano cmentarze, zabijano, kobiety, dzieci i starców. Śmiercią karano tych nielicznych Ukraińców, którzy nie wpadli w morderczy amok i usiłowali przeciwstawić się bandom OUN – UPA ratując swoich polskich przyjaciół.

Nie jest to pierwsze opracowanie poświęcone zbrodniom ukraińskich nacjonalistów na Kresach, które przeczytałem. Żadne z nich jednak nie zrobiło na mnie takiego wstrząsającego wrażenia jak dzieło Stanisława Srokowskiego. "Strach. Opowiadania kresowe” to mocna, trudna, ważna książka. Polecam.

 Tekst oryginalny ukazał się na blogu Zapomniana Biblioteka
 

wtorek, 1 września 2015

Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, tom 2




Truskawiec, Jaremcze, Worochta, Skole, Morszyn… Czy mówią Wam coś te nazwy? Może nie, a może przywołują opowieści z dalekiej przeszłości snute przez dziadków i pradziadków, dla których te miejsca były synonimem wypoczynku w dawnych dobrych czasach. Profesor Nicieja w drugim tomie swojego kresowego dzieła przywołuje pamięć o tych właśnie miejscach oraz o ludziach z nimi związanych.

II Rzeczpospolita to okres niezwykłego rozwoju turystyki i co za tym idzie prywatnych i państwowych inwestycji w rozwój polskich sanatoriów, zwłaszcza tych położonych we wschodniej części kraju, mocno zaniedbanej cywilizacyjnie, dla których turystyczny boom mógł być jednym ze sposobów walki z bieda. Obywatele odrodzonej Rzeczpospolitej często decydowali się na odpoczynek w kraju jakby ciesząc się, że mogą korzystać z uroków przyrody w swoim kraju.

Profesor Nicieja w swoim cudownym stylu zabiera nas w podróż do świata przedwojennych uzdrowisk położonych na Kresach Wschodnich. Pokazuje nam piękno tamtych stron, ludzi, którzy tam mieszkali, tworzyli swój świat brutalnie zniszczony w 1939 r. Autor dotarł do nieznanych szerzej wspomnień i fotografii. Lektura książki sprawia, że przenosimy się do tamtego świata, przeżywamy ludzkie historie, które kryją się za zdjęciami w sepii. Do najbardziej znanych epizodów opisanych przez profesora Nicieję należy niewątpliwie historia pobytu Rity Gorgonowej w Truskawcu. Możemy zobaczyć zdjęcie, na którym stoi razem ze swoim chlebodawcą i jego córką Lusią, o której zabójstwo zostanie oskarżona kilka lat później. Nie miejsce tu na przypomnienie tej niezwykłej historii, jednej z najsłynniejszych spraw kryminalnych Polski przedwojennej, ale to zdjęcie jest przypomnieniem tej tajemniczej sprawy. Z kolei ze Skolem nierozerwalnie związana jest rodzina Groedlów, właścicieli uroczego pałacyku, gospodarzy najsłynniejszych polowań II RP. Jako przedsiębiorcy kierowali się własną ligiką, która ujawnia się w poniższej anegdocie:

„Do legendy przeszły stosunki panujące między pracownikami i pracodawcami w kompleksie zakładów produkcyjnych braci Groedlów. Ilustruje to historia pilarza ze Świętosławia, który pracując w tartaku, zabrał do domu bez powiadomienia właściciela kilka desek. Po otrzymaniu takiej wiadomości Groedel we­zwał go do swego biura i zapytał: "Czy ja ci źle płacę? Potrzebujesz może pożyczki?”. "Nie” – odpowiedział pilarz. "To dlaczego zabrałeś te deski? Idź do pracy i nie wystawiaj mi już więcej złego świadectwa, że niedostatecznie ci płacę i dlatego musisz kraść mi drewno”.

Wiadomość o tej rozmowie rozeszła się wśród wszystkich pracowników tartaków braci Groedlów. I nie zaistniał już drugi przypadek kradzieży desek. Warto wiedzieć, że pracownicy Groedlowa, ponad tysiąc osób, otrzymywali bezpłatnie drewno na opał. Mieszkania remontowano im na koszt firmy. Robotnik, któremu urodziło się dziecko, otrzymywał becikowe oraz w dniu chrztu dziecka darmowy przejazd fabrycznym fiakrem do kościoła, cerkwi lub synagogi.” (s. 170)

Oczywiście nie zawsze było tak różowo, Autor „Kresowej Atlantydy” przytacza również bardziej kontrowersyjne historie, ale zagłada majątku Groedlów to tylko jeden z licznych przykładów katastrofy polskich Kresów Wschodnich jako miejsca na styku kultur Wschodu i Zachodu, miejsca, gdzie ludzie, których różniło wiele, potrafili żyć obok siebie i wzajemnie się szanować.

Opisując drugą książkę z cyklu „Kresowa Atlantyda” mam poczucie swoich ograniczeń. Bo jakież nowe przymiotniki mogę wybrać, aby opisać, jak bardzo mnie ta książka ujęła i jak wielką przyjemnością była jej lektura? No, nie da się, więc będzie krótko. :)

Profesor Nicieja ze znawstwem i lekkością otwiera przed nami skarbiec; skarbiec opowieści, ludzkich historii, niezwykłych miejsc zatrzymanych w kadrze ocalonych z zagłady fotografii. Jego wiedza i przystępny styl pozwala nam przenieść się w czasie i mieć choć przez chwilę poczucie, że byliśmy tam z wizytą…


Tekst oryginalny ukazał się na blogu Notatnik Kaye

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...