wtorek, 12 kwietnia 2016

Henryk Cybulski, „Czerwone noce” – czyli o tym, jak polska wieś na Wołyniu skutecznie obroniła się przed ukraińskimi mordercami



„Czerwone noce” Henryka Cybulskiego to pamiętnik komendanta obrony polskiej wsi Przebraże na Wołyniu, która w okresie 1943 – 1944 była głównym punktem oporu polskiej ludności przez ukraińskimi bandami UPA i oddziałami tzw. „bulbowców” (inna zbrodnicza odmiana ukraińskich nacjonalistów).

Henryk Cybulski sam pochodził z Przebraża. Jego rodzice mieli tam niewielkie, kilkunastohektarowe gospodarstwo. Przed wojną był sportowcem Klubu Sportowego Przysposobienia Wojskowego w Łucku i zdobywał laury na zawodach ogólnopolskich w biegach przełajowych. W 1937 roku rozpoczął pracę w nadleśnictwie Kiwerce. Po wejściu na Kresy Armii Czerwonej, zimą 1939/1940 został aresztowany i wywieziony aż za koło podbiegunowe, skąd udało mu się uciec wiosną 1940 roku, po czym przez osiem tygodni przedzierał się do domu. Nie mógł jednak zostać w Przebrażu, bo właśnie tam przede wszystkim szukałoby go NKWD. Schronił się w innej miejscowości na Wołyniu, ukrywając się przed władzami do wejścia Niemców w 1941 roku. Potem znowu pracował jako leśniczy w Julanie koło Łucka, a potem w nadleśnictwie Głębokie. Miał kontakt z polską organizacją podziemną oraz z działającymi w okolicy partyzantami radzieckimi. Pomagał ukrywać Żydówkę Dwojrę Blank, córkę właściciela kamienicy w Łucku, która uratowała się ze spacyfikowanego przez Niemców żydowskiego miasteczka Zofiówka. Dwojra w przebraniu wołyńskiej chłopki udawała kuzynkę Cybulskiego, Irenkę. 

Wiosną 1943, kiedy zaczęły się napady UPA na polskie wsie, Cybulski porzucił pracę w lesie i wrócił do Przebraża, gdzie został komendantem obrony całej wsi, w której mieszkało wtedy około 25 tysięcy osób z całej okolicy. Komendantem cywilnym był Ludwik Malinowski. 

Zewsząd dochodziły straszliwe historie o wyrzynaniu całych polskich wsi, torturowaniu ich mieszkańców, paleniu domów itd. W samoobronie Przebraża brali udział młodzi mężczyźni ze wsi, którzy złożyli przysięgę wojskową. Byli podzieleni na cztery kompanie i skoszarowani. Było ich ponad 120 pieszych, do tego 40-osobowy zwiad konny. Broń zdobywali różnie, np. poszukiwali karabinów porzuconych we wrześniu 1939 roku przez wojsko polskie, dostali także jakieś od AK działającego w Łucku, pewną partię broni przywieźli im z Warszawy polscy kolejarze ze stacji Kiwerce, którzy działali w konspiracji. Ale największym wsparciem dla Przebraża byli działający w okolicy radzieccy partyzanci pod dowództwem Nikołaja Prokopiuka, z którymi nawet wspólnie przeprowadzili kilka potyczek zbrojnych z Ukraińcami. Odnotowano trzy duże ataki UPA na Przebraże, z których obrońcy wyszli zwycięsko. 

Oto szkic jednej z tych bitew pochodzący z książki Cybulskiego (zaczerpnięty z Wikipedii):



Żołnierze samoobrony pomagali także w ewakuacji mieszkańcom okolicznych miejscowości, np. pojechali osłaniać odwrót Polaków zgromadzonych w zamku Radziwiłłów w pobliskiej Ołyce. Polska ludność przez pewien czas broniła się tam przed Ukraińcami, ale ich siły były przeważające i musiała uciekać. Żołnierze z Przebraża osłaniali ich odwrót.  Prowadzili także walki zaczepne, napadając na miejscowości ukraińskie, w których znajdowały się ośrodki szkoleniowe UPA i dokonując ich likwidacji. Cybulski spełnił też rolę łącznika słynnego radzieckiego agenta, dywersanta z NKWD Nikołaja Kuzniecowa, który w przebraniu niemieckiego oficera, jako oberleutnant Paul Siebert (to był prawdziwy niemiecki oficer, który znajdował się w radzieckiej niewoli, Kuzniecow udawał jego sobowtóra), zabił niemieckiego generała w Łucku. Cybulski odwoził Kuzniecowa do radzieckich partyzantów w lesie niedaleko Przebraża.    

W tym czasie Niemcy przebywali na posterunkach w Łucku, ale nie wtrącali się w to, w jaki sposób Ukraińcy zdobywają „samostijną” Ukrainę. Pewnym wsparciem dla Polaków byli żołnierze węgierscy służący pod niemieckim dowództwem, którzy dawali się przekupić bimbrem i słoniną, i przymykali oczy na różne wyczyny polskiej samoobrony, dzięki czemu Polacy mieli więcej swobody.

Warunki życia w Przebrażu były bardzo ciężkie. Wieś była względnie zabezpieczona przed ukraińskimi atakami, wokół niej rozciągały się zasieki ze ściętych drzew, okopy i system umocnień ziemnych. Problemem jednak było zakwaterowanie uchodźców, dla których nie starczało miejsca w domach. Mieszkali więc w wykopanych naprędce ziemiankach czy byle jak skleconych barakach. Były także problemy z wyżywieniem takiej liczby ludności, zebraniem zboża z pól, a także jego zmieleniem. Najbliższy młyn parowy znajdował się w pobliskiej wsi zamieszkałej przez Ukraińców. 

Mimo tych trudności, Polakom w Przebrażu udało się szczęśliwie doczekać wyzwolenia tych terenów przez Armię Czerwoną. Dalsze ich losy to była już utrata ojczyzny i wypędzenie. Musieli opuścić Wołyń i udać się na tułaczkę w nieznane. Większość wyjechała na Ziemie Odzyskane, w tym przede wszystkim – na Żuławy, m. in. do Malborka. 

Nacjonalizm ukraiński zwyciężył na Wołyniu. Obecnie w Przebrażu nie ma już śladu po Polakach. Ukraińcy zmienili nawet nazwę wioski na Hajowe (Gajowe).  

Autor tej książki, Henryk Cybulski, był żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego i brał udział w forsowaniu niemieckich umocnień na Wale Pomorskim, gdzie toczyły się wyjątkowo ciężkie walki. Po wojnie mieszkał w Lublinie. Swoje wspomnienia wydał po raz pierwszy w 1966 roku, ale tamte wydanie z wiadomych względów nie zawierało tylu informacji, ile można było napisać po 1989 roku. „Czerwone noce” były pierwszą w historii Polski książką o ludobójstwie Polaków na Wołyniu. Książka miała zostać sfilmowana, jednak żaden polski rząd o to nie zadbał, ponieważ wolał przyjaźnić się z potomkami ukraińskich morderców. Taka sytuacja jest nadal. 

Czytajcie więc „Czerwone noce”! 

Poznajcie prawdę o naszych ukraińskich sąsiadach – mordercach, którzy do dzisiaj nie przeprosili nas za swoje zbrodnie!   

Cybulski Henryk, „Czerwone noce”, wyd. Bellona, Warszawa 1990




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...